Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Essie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lutego 2014

Jesienno-zimowi ulubieńcy lakierowi

Zgodnie ze wspomnianym przeze mnie ostatnio postanowieniem zamieszczania tematycznie zróżnicowanych postów, dziś będzie coś dla lakieromaniaczek, czyli jak widać po tytule posta - zestawienie moich ulubionych lakierów jesienno-zimowych. Wyraźnie piszę MOICH, bo wiem, że po pierwsze lakieromaniaczki dzielą się na te, które różnicują odcienie ze względu na porę roku oraz te, które tego nie robią, przy czym obie grupy uważają, że ta druga postępuje kompletnie bez sensu, a po drugie ogólnie dobieranie kolorów to kwestia czysto subiektywna i ja np nie znoszę (i nie noszę) na moich paznokciach zieleni, żółci, ani fioletu (chociaż z tym ostatnim jestem najmniej radykalna), ale wiem też, że jest sporo osób, które w ten sam sposób podchodzą do uwielbianych przeze mnie od niedawna granatów i nie chciałabym ani nikogo przekonywać, że to ja mam lepszy gust, ani też być o tym przekonywana przez jakiegoś uparciucha :)

Poza tym w pierwotnym planie miało być 5 lakierów, ale jak widać, trochę mi się w międzyczasie buteleczki rozmnożyły i ostatecznie wyszło 9, bo z żadnej nie chciałam zrezygnować. Powiem więcej - już po zrobieniu zdjęć i wpisu przypomniałam sobie jeszcze o co najmniej dwóch, które przecież też lubię i noszę, ale cóż - widocznie tak miało być i spóźnialscy może załapią się na kolejną odsłonę tego posta :)

Ok, tyle słowem wstępu, czas na pokaz. 

Tak wyglądają wszyscy szczęśliwcy razem. Jak widać, jestem raczej monotematyczna pod względem producentów, ale zanim na czyichś ustach pojawi się określenie "snobka", powiem tylko tyle - jeśli ktoś kiedykolwiek miał do czynienia z reakcją alergiczną na kosmetyk, ten będzie siedział cicho, a reszcie życzę, aby nigdy Was to nie spotkało. Okazuje się bowiem, że nawet te lakiery, które teoretycznie nie zawierają najszkodliwszych składników (a wśród firm produkujących takie kosmetyki niestety znajduje się m.in. Models Own, na której się srodze zawiodłam!), mogą wywoływać podrażnienie skóry. W moim przypadku najbezpieczniejsze okazały się właśnie Essie oraz OPI, co zresztą mnie cieszy, jako że naprawdę lubię ich produkty. 


A poniżej macie rozpiskę, jak prezentują się poszczególne odcienie - oczywiście przed potencjalnym zakupem i tak zachęcam Was do dokładnego obejrzenia mnóstwa zdjęć w przeglądarce, ponieważ czeluści internetu mają to do siebie, że można w nich znaleźć WSZYSTKO (a czasem nawet więcej niż byśmy chcieli) i naprawdę warto sprawdzać jak dany odcień prezentuje się w różnym świetle i np przy różnych karnacjach. 
Mimo przyznanych im numerków, kolejność jest totalnie przypadkowa. 


Oczywiście doskonale wiem, że dla niewprawnego oka poniższe trzy lakiery mogą wydawać się IDENTYCZNE, ale zapewniam Was, że wcale tak nie jest :) To, za co je uwielbiam to fakt, że żaden z tych kolorów nie jest tak naprawdę typowym granatem - BfB niekiedy wpada w szarość, ASBB potrafi przypominać czerń, a MYM jest taką trochę wypadkową obu pozostałych (najbliżej jest mu do BfB, więc jeśli ktoś nie jest kompletnym lakierowym freakiem, to pewnie spokojnie wystarczy mu jeden z tych odcieni). 


Kolejne trzy kolory to pewnie żadne zaskoczenie, bo takie barwy mi osobiście bardzo kojarzą się z jesienią, a zimą noszę je trochę z rozpędu (i żeby nie było tak strasznie mroczno). Wszystkie są bardzo eleganckie, klasyczne i może dla niektórych trochę nudnawe (chociaż to też subiektywna ocena) :) 


Wśród trzech ostatnich wybrańców są aż dwaj moi ulubieńcy i akurat przy tych odcieniach bardzo Was namawiam do poszukania zdjęć na paznokciach, bo warto! Mówię o Sable Collar (który "wziął" mnie kompletnie z zaskoczenia i przyznam się, że już dawno nie byłam aż tak oczarowana żadnym kolorem - nosiłam go właściwie non stop przez cały miesiąc, co zdarza mi się naprawdę rzadko!) oraz My Private Jet, które należą do lakierów-kameleonów, zmieniających się w zależności od światła - bardzo ciężko jest więc uchwycić ich faktyczną barwę, jak i opisać je w sensowny sposób - najlepiej sprawdzić na sobie :) 


a Wy co najchętniej nosiłyście na paznokciach ostatniej jesieni i (ciągle) aktualnej zimy?


Przy okazji chciałam się także spytać Was, czy macie jakieś specjalne życzenia odnośnie blogowych postów? Bo oczywiście przede wszystkim staram się pisać o tym, co interesuje mnie i o czym sama lubię czytać, z nadzieją, że temat okaże się w miarę ciekawy także dla kogoś jeszcze, ale może chodzi Wam po głowie coś, co chcielibyście tu zobaczyć? 

niedziela, 15 grudnia 2013

Grudniowe paznokcie - combo Essie + Barry M.

Jako że dawno nie było żadnego postu "paznokciowego" (pomijając oczywisty fakt, że dawno nie było JAKIEGOKOLWIEK postu), to dziś wrzucam coś do szybkiego obejrzenia przy niedzielnej kawie :)

Osobiście bardzo lubię takie połączenia (chociaż nie ukrywam, że kiedyś, w czasach "przedblogowych" było inaczej) - niby nic wymyślnego, ale daje ciekawy, nienachalny efekt. A ciemnobordowy lakier w połączeniu z biżuteryjnym złotem to niezłe zestawienie na nadchodzące Święta!


To maleństwo w kolorze ciemnego czerwonego wina (lub krwi żylnej - hehe) to Essie Shearling Darling z zimowej kolekcji o tej samej nazwie. Przyznam się, że na początku ten odcień zrobił na mnie najmniejsze wrażenie - owszem, ładny, elegancki i ...totalnie powtarzalny. Ale ostatecznie polubiliśmy się i mogę go polecić, bo jest niezmiernie łatwy w aplikacji (jeśli ktoś jest bardzo precyzyjny, to nawet jedna warstwa da radę!) i wygląda naprawdę atrakcyjnie na paznokciach. 


A żeby nie było tak całkiem nudno i poważnie, to Essie został "podpimpowany" złotym brokatem od Barry M. o nazwie Yellow Topaz Glitter. 
A efekty możecie obejrzeć poniżej :)



Dla zainteresowanych dodam jeszcze, że od jakiegoś czasu jako bazę stosuję preparat z firmy P2 Perfect Nail Harderer, a mani wykańczam Top Coatem od Sally Hansen Insta-Dri (moja skóra wokół paznokci zbuntowała się przeciwko Seche Vite - najwyraźniej jest tam więcej szkodliwej chemii, niż u Sally - to taka ciekawostka dla tych z Was, które mają wrażliwą skórę). 


Lubicie takie połączenia na paznokciach? Czy wolicie klasyczny, jednobarwny manicure? Przy okazji jestem ciekawa, czy macie jakieś ulubione ozdobne topy (tzn te z Was rzecz jasna, które takie rzeczy uznają)? Bo ja jestem w trakcie polowania na Fairy Dust od China Glaze, ale niestety chwilowo nigdzie nie mogę tego dostać :( Ktoś ma? Albo chce się pozbyć? :)) 

Miłej niedzieli, kochani!

czwartek, 16 maja 2013

Moje obsEssie...

Ponieważ ostatnio dość często w różnych drogeriach pojawiają się promocje na lakiery Essie (obecnie w Hebe i chyba również w Superpharm, chociaż za tę ostatnią informację nie dam sobie uciąć ręki ani żadnej innej części ciała), a nie zawsze tak z biegu potrafimy sobie przypomnieć, co dokładnie chciałyśmy kupić, wrzucam Wam moją małą kolekcję, która być może w jakimś stopniu pomoże komuś podjąć decyzję odnośnie odcienia, który chciałybyście nabyć (lub też nie wiedziałyście, że go chcecie, aż do teraz) :)

A jeśli nie, to przynajmniej możemy sobie razem popatrzeć na urocze kolorowe buteleczki :))

Tak na marginesie napiszę na wszelki wypadek, że ogólnie mam sporo lakierów (chociaż w sumie jak na standardy blogerskie to wcale nie jest ich tak dużo), te 15 sztuk to nie jest jakaś szalona ilość, nie wklejam też tych zdjęć, żeby się pochwalić, więc jeśli kogoś jakoś mocno "boli" fakt, że kupuję lakiery za więcej niż 5 zł, to zapraszam serdecznie w jakiś inny dzień :) 

Jeśli chodzi o mnie i Essie, to mimo tytułu posta, wcale nie mam na ich punkcie jakiejś wielkiej obsesji - są tygodnie, kiedy non stop maluję paznokcie czymś innym, zdradzam ją namiętnie z OPI oraz ostatnio z firmą Barry M., ale faktem jest, że nawet po takiej przerwie zawsze wracam. Najbardziej lubię lakiery o kremowej konsystencji, a w wyborze różnych odcieni koralu i różu, Essie nie ma sobie równych. Poza tym na moich (podkreślam raz jeszcze - na MOICH) paznokciach te lakiery trzymają się jak szalone - w życiu nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby coś mi odprysło, z reguły tylko wycierają się lekko na końcówkach, a zmywam je wyłącznie dlatego, że mam chęć na zmianę koloru. 

Dlatego właśnie mimo różnych opinii, jakie można znaleźć w internecie na temat tej firmy, ja zaliczam się do jej wielbicielek i nie uważam, żeby była ona specjalnie przereklamowana. Chociaż oczywiście wszystko zależy od nastawienia - jeśli ktoś z zasady nie kupuje lakierów za ponad 10 zł, to nic mi do tego - pod warunkiem oczywiście, że nie będzie mnie próbował przekonać, że to są dokładnie takie same lakiery :) Bo nie są :P

No, ale do rzeczy:


Niestety mój aparat nie do końca wyłapuje niuanse zwłaszcza pomiędzy różowymi odcieniami, więc na zdjęciach poniżej może się zdarzyć, że będą one wyglądały bardzo podobnie - w rzeczywistości różnią się od siebie trochę bardziej :)

Powyżej od lewej: Mademoiselle, Sugar Daddy i Fiji - dwa pierwsze są bardzo do siebie podobne, więc na dobrą sprawę nie ma potrzeby posiadania obu (no, chyba, że ktoś bardzo lubi takie delikatne, półprzezroczyste odcienie, dające efekt czystych, naturalnych, zadbanych paznokci) - Sugar Daddy jest troszkę bardziej różowy, ale to naprawdę subtelna różnica. Fiji jest mocno rozbielony i kryjący.  

Od lewej: Tart Deco, czyli dla mnie kolor dyniowy, który na paznokciu można zobaczyć TUTAJ :) i trzy różne korale: Carousel Coral (na paznokciach TUTAJ), California Coral oraz najbardziej różowawy z nich - Cute As A Button (na paznokciach pokazywałam go TUTAJ


  
No i niestety przy kolorach poniżej mój aparat zbuntował się, więc od razu mówię, że te dwie fuksjo-maliny zdecydowanie lepiej pokazuje zdjęcie zbiorowe - żadna nie jest aż tak neonowa jak mogłaby to sugerować poniższa fotka :)


Od lewej mamy Watermelon (ma więcej różowo-malinowych tonów), Lovie Dovie i Rose Bowl (ten ostatni próbowałam pokazać na paznokciach ze średnim skutkiem TUTAJ ) - powiem szczerze, że gdybym miała wybrać pomiędzy Watermelonem i Rose Bowl, to miałabym problem, bo oba kolory uwielbiam (prezentują się zwłaszcza pięknie na stopach latem), ale w sumie jeśli mamy dostęp tylko do jednego, to też nie ma tragedii :)

Tu dwie miętki, od lewej: Mint Candy Apple, którego pewnie nikomu nie trzeba przedstawiać oraz Absolutely Shore (który z kolei w mojej osobistej klasyfikacji znajduje się jednak oczko wyżej od kolegi).

I na koniec dwa ciemniejsze odcienie plus jeden trochę nietypowy jak dla mnie kolor. 
Od lewej: Angora Cardi (pokazywałam go na paznokciach TUTAJ), pastelowy Bangle Jangle i Bahama Mama (zdjęcia na paznokciach TUTAJ).

I to tyle. Jeśli macie jakieś pytania, albo bardzo, ale to BARDZO chciałybyście zobaczyć któryś z pokazywanych kolorów na moich paznokciach (bo niezłe zazwyczaj swatche w internecie są niewystarczające), to dajcie znać - zobaczę, co da się zrobić :) 

Moja ulubiona piątka to:
1. Sugar Daddy
2. Cute As a Button
3. Rose Bowl / Watermelon
4. Carousel Coral
5. Absolutely Shore

Oczywiście tak naprawdę lubię je wszystkie (w przeciwnym wypadku nie byłoby ich u mnie) i moje preferencje też zmieniają się w zależności od: pory roku, pogody za oknem, mojego humoru oraz tego, co mam aktualnie na sobie :)) 

A Wy macie jakieś ukochane Essie, którym warto się przyjrzeć? A może te charakterystyczne prostokątne buteleczki w ogóle Was nie kręcą? 

środa, 8 maja 2013

Ulubieńcy vol.2

W ciągu ubiegłego miesiąca (a właściwie nawet dłuższego czasu, bo mamy już przecież prawie połowę maja) uzbierało mi się kilka rzeczy, które spokojnie mogę opatrzyć etykietką "ulubieńców" - używałam ich bardzo często, więc bez zbędnego gadania, zapraszam do wpisu. 

Jak zwykle starałam się, aby w tej grupce znalazły się nie tylko kosmetyki, ale ogólnie rzeczy, które z jakiegoś powodu chcę i mogę Wam polecić. 


1. Kosmetyki

W tej kategorii znalazły się dwa kremy z firmy Soap&Glory - w tym Hand Food, który spokojnie można określić mianem "kultowego" oraz jego odpowiednik do stóp Heel Genius.

Powiem tak - kiedyś byłam dość sceptycznie nastawiona do tej firmy - wydawało mi się, że te słodkie opakowania retro i piękne zapachy to wszystko, czym mogą się pochwalić. Tymczasem coraz bardziej przekonuję się do ich kosmetyków pielęgnacyjnych i już wiem, że te konkretne kremy zostaną ze mną na dłużej, bo są po prostu rewelacyjne - jedyny minus to ich dostępność w Polsce (ale od czego mamy allegro i znajomych w UK :))

Następnie dwa produkty do pielęgnacji twarzy, które prawdopodobnie również nie będą wyłącznie jednorazową przygodą - ta granatowa butelka to hydrolat rumiankowy, który bardzo pomógł mi przy naprawdę problematycznym wysuszeniu skóry po zimie. Jest bardzo łagodny i jeśli tylko komuś nie przeszkadza charakterystyczny zapach, to naprawdę polecam go z całego serca - używam go codziennie rano do przemywania twarzy po nocy i moja cera jest mi za to naprawdę wdzięczna.

Obok mamy krem neutralizujący zaczerwienienia skóry Anti Rose Eucerin, który jest moim prywatnym odkryciem miesiąca - wiem, że powtarzam się do znudzenia, ale jestem posiadaczką tak wrażliwej i kapryśnej cery, że nigdy nie wiem, co ją podrażni i sprawi, że na widok lustra będę miała ochotę uciec z dzikim wrzaskiem...

Ten krem jest właściwie bezzapachowy, dobrze nawilża, NIE PODRAŻNIA (a wręcz łagodzi istniejące już podrażnienia) i ogólnie nie widzę w nim minusów, więc na pewno kiedy się skończy, kupię kolejne opakowanie.

W grupce kosmetycznej znalazł się również produkt, nad którym się wahałam, ponieważ mam z nim mały problem. Mowa o kredce podkreślającej łuk brwiowy (a właściwie rozświetlającej obszar POD) High Brow firmy Benefit. 

Z jednej strony efekt tego delikatnego rozświetlenia (jest ona w bardzo delikatnym różowym kolorze, więc wygląda naprawdę subtelnie i faktycznie robi różnicę) totalnie mnie zachwyca, jednak po kilku tygodniach regularnego stosowania chyba zaczęła mnie podrażniać :( 
I właśnie dlatego miałam wątpliwości, czy aby na pewno powinna wylądować w ulubieńcach. Jednak po namyśle stwierdziłam, że ponieważ większość z Was ma pewnie mniej szaloną cerę, to efekt jaki daje, pozwala mi ją polecić z czystym sumieniem :)

Na koniec mini-grupki kosmetycznej mamy kilka produktów do paznokci (jakżeby inaczej). Dwa miętusy od Essie to Mint Candy Apple oraz o kilka tonów jaśniejszy i rozbielony Absolutely Shore (wkrótce postaram się go pokazać na paznokciach), które dopasowały się kolorystycznie do pozostałych gadżetów (co widać na zdjęciu zbiorowym :)) 

Kiedy odpoczywam od korali i cielistych lakierów, z reguły wybieram te miętuski. Na stopach natomiast króluje Watermelon, który jest (ex aequo z Rose Bowl) moich zdecydowanym faworytem EVER - w ubiegłym roku praktycznie nosiłam go przez całe lato i jeszcze mi się nie znudził :) A gdyby ktoś koniecznie chciał zobaczyć, jak wygląda na stopach, to zapraszam na mój instagram  (instagram.com/jeanie_n) - tam powinno być jakieś zdjęcie poglądowe :)
 

Przy okazji lakierów nie mogę nie wspomnieć o najlepszym zmywaczu, jaki miałam kiedykolwiek - odkryłam go dzięki moim ulubionym angielskim blogerkom, które zachwycały się nim od dłuższego już czasu - do tej pory jakoś mi się wydawało, że nie ma go w Polsce, tymczasem znalazłam go w Superpharm. Mowa o zmywaczu Bourjois Magic Nail Polish Remover 1 second, który dostajemy w plastikowym słoiczku z czarną gąbką w środku - gąbka nasączona jest zmywaczem z dodatkiem olejków (które naprawdę działają, bo to pierwszy zmywacz, który nie wysusza mi paznokci!) i właściwie mogę o nim powiedzieć tylko WOW, bo zmywa wszystko :)

2. Ubrania
Pozostając w kolorystyce miętowo- seledynowej, najchętniej w tym miesiącu nosiłam moją ulubioną jedwabną chustkę w kropki (widać ją na zdjęciu zbiorowym) oraz tenisówki Lacoste, na które skusiłam się w zeszłym roku i które są jednym z moich najbardziej udanych zakupów - są bardzo wygodne, świetnie wyprofilowane i po prostu ładne :)
3. Relaks


Tu znalazły się dwa produkty, a mianowicie jedna z ulubionych herbat ziołowych z Marksa&Spencera CALMING infusion - bez której właściwie już nie wyobrażam sobie wieczornego rozluźnienia oraz płyta Jessie Ware - pewnie większość z Was doskonale kojarzy jej kojący, kobiecy głos. 
Dla tych, którzy nie kojarzą, mała próbka:

 
A jako bonus, kawałek, który mnie dosłownie prześladuje od momentu, kiedy usłyszałam go po raz pierwszy - zespół The xx uwielbiam (i chyba już o nim tu pisałam), ale ten fragment soundtracku do nowej adaptacji "Wielkiego Gatsby'ego" jest po prostu tak uzależniający, że wrzucam go, gdzie tylko mogę :)


Uff :) Ciekawa jestem, czy znacie / lubicie któreś z ww rzeczy? A może macie coś z podobnej kategorii, co polecacie ze swojej strony?

wtorek, 9 kwietnia 2013

Hello, Spring :)

Nie wiem jak wy, ale ja jestem gotowa na nadchodzącą wiosnę... 

Cóż, nawet jeśli aura zawiedzie, to mam pewność, że moje paznokcie będą się prezentowały kolorowo :)

Chociaż na ogół jestem raczej wierna lakierom OPI i Essie, czasem zdarza mi się mały skok w bok i tak oto do mojego zbioru trafiło kilka nabytków od Barry'ego M. - dwa z nich to standardowa seria, dwa pochodzą z nowej kolekcji Gelly. 

Od lewej: Peach Melba, Satsuma, Grapefruit oraz Blue Moon. 


A dziś postanowiłam trochę zaszaleć i zabawić się trzema odcieniami koralu/pomarańczu.






Dwa razy mamy wspomnianego na początku Barry'ego M., czyli najjaśniejszą Peach Melbę, nasyconą, prawie neonową Satsumę oraz delikatny Tart Deco od Essie.




Oczywiście mój aparat z niewiadomych powodów przekłamuje trochę kolory, uparł się zwłaszcza na Peach Melbę (środkowy palec), która na niektórych zdjęciach wygląda jak żółtawy beż, tymczasem w rzeczywistości z beżem nie ma nic wspólnego...








Poniżej Peach Melba wyszła w miarę, natomiast w realu Tart Deco (palec wskazujący i serdeczny) nie jest tak różowy, jak mogłoby to sugerować to zdjęcie.





Tu z kolei reszta wyszła w miarę, natomiast znowu PM (środkowy palec) zżółkła- strasznie ciężko jest zrobić zdjęcie, które wiernie odda kolor lakieru - wszystkie blogerki paznokciowe, którym się to udaje, właśnie zyskały dodatkową porcję mojego szacunku :)


Tak czy inaczej, "cukierkowy" efekt spodobał mi się na tyle, że zamierzam tak śmigać przez kilka najbliższych dni (przy okazji sprawdzimy trwałość nowych nabytków). 

Co do krycia, to żelowa Satsuma zdecydowanie rządzi - właściwie wystarcza jedna warstwa, rozprowadza się bajecznie i ogólnie bardzo mi się podoba ta formuła - no i przepiękny, soczysty kolor! Peach Melba jest dość wodnista, ale na upartego dwie warstwy dają radę i poza tym nie przysparza większych problemów, natomiast Essie TD broni się niestety wyłącznie kolorem, bo jego aplikacja jest koszmarna - z przykrością sobie właśnie przypomniałam, jak nie znoszę nakładać tego lakieru - smuży jak szalony i zdecydowanie potrzebne są trzy warstwy, żeby wyglądał przyzwoicie. Czasem jednak warto się trochę pomęczyć, dlatego sądzę, że raczej się go nie pozbędę (chociaż miałam już takie myśli) :) 

Wiosno, przybywaj! 

Lubicie takie kolorystyczne "zabawy" czy nie bardzo?

sobota, 8 grudnia 2012

Świąteczne paznokcie :)

Ostatnio wspominałam przy różnych okazjach, że jeszcze do niedawna byłam osobą, która nie (z)nosiła na swoich paznokciach niczego błyszczącego i dla której manicure to lakier, a nie lakier + brokat / wzorki / flejki (ha - do niedawna nie znałam w ogóle tego słowa!) czy nie wiem, co tam jeszcze :)

I co? Aż chciałoby się odpowiedzieć - i jajco :P A konkretnie flejkowe jajco z firmy Color Club, które mnie totalnie zauroczyło i którym macham po paznokciach zawzięcie w tym przedświątecznym okresie, poszukując najfajniejszych połączeń kolorystycznych. 

To, co prezentuję poniżej, podoba mi się bardzo. To Essie Bahama Mama (który sam w sobie jest absolutną słodyczą) i wspomniany top Color Club Snowflakes - fajne jest to, że na delikatnej, cielistej bazie (wcześniejsza wersja była z OPI Bubble Bath, ale niestety jak ostatnia sierota zapomniałam zrobić zdjęcia - będą następnym razem), CC mieni się na srebrno - różowo, a na Essie wygląda jak złote drobiny. Tak, jakbym pokruszyła sobie na paznokcie złotą bombkę :)

Ten duet podoba mi się bardziej niż CC + klasyczna czerwień, która pokazywałam TUTAJ, wygląda jakoś tak bardziej szlachetnie :)


Wiem, że podniecam się jak afektowana pensjonarka na widok panicza na koniu, ale cóż począć - jak już odkryłam moc błyskotek, to chyba mogę się nimi trochę poekscytować :) Po świętach pewnie mi przejdzie :P
W rzeczywistości całość jest trochę ciemniejsza niż na zdjęciach (taka mocna wiśnia), ale równie piękna - moim zdaniem nie wygląda to tandetnie, tylko całkiem interesująco. A co ciekawe, w ciągu kilku ostatnich dni, kiedy miałam na paznokciach ten zestaw, nasłuchałam się sporo komplementów od panów!
Co oznacza, że po pierwsze oni jednak (przynajmniej niektórzy) zwracają uwagę na to, co mamy na paznokciach, a po drugie też lubią efekt bling bling :)


A poniżej "winowajcy" w duecie :)

niedziela, 18 listopada 2012

Sweterkowy Essie :)

Po serii nudziaków, przyszedł czas na żywszy kolor na moich paznokciach. Chociaż pewnie część z Was na widok zdjęć w połączeniu z określeniem "żywszy kolor", parsknie głośnym śmiechem, bo lakieru tego raczej nie możemy zaliczyć do szalonych neonów :)


Wszystko zaczęło się od tego, że Angora Cardi kupiłam mojej przyjaciółce na urodziny. 

A potem gapiłam się jak sroka w gnat na pomalowane nim paznokcie i żałowałam, że nie kupiłam od razu dwóch egzemplarzy. Przez jakiś czas miałam spokój, dopóki ostatnio nie przypomniało mi się o nim podczas wizyty w SP. No, a że załapałam się jeszcze na promocję (chyba -15%), no to same rozumiecie :) 



Uwielbiam ten kolor. U W I E L B I A M. W zależności od oświetlenia, jest albo ciemnym przybrudzonym bordo, albo lekko wpada w czekoladowy brąz - w każdym razie rzuca się w oczy i zwraca na siebie uwagę (już trzy osoby w pracy pytały się o niego ostatnio). 


Co tu dużo gadać, piękny jest po prostu :)


Na zdjęciach widzicie delikwenta po pięciu (!) dniach, więc jeśli chodzi o trwałość, to chyba macie odpowiedź :) Jak zwykle u Essie, starły się końcówki, natomiast cała reszta trzyma się całkiem dobrze. 

 


Standardowo mam na paznokciach warstwę Bondera od Orly, dwie warstwy Essie (chociaż już jedna ładnie kryje, ale dwie podobały mi się bardziej) i Good to Go.


 

Poniżej zdjęcia z lampą, na których widać trochę inny kolor. Ciekawe jest też, jak lakier "odbija" kolory ubrań - kiedy byłam ubrana na brązowo, koleżanka określiła go mianem "czekoladki", natomiast następnego dnia miałam na sobie żakiet ecru i wówczas było wyraźnie widać taki odcień, jak powyżej, czyli brudne bordo :)
 


I co - podoba się Wam?

sobota, 8 września 2012

Zakupy kosmetyczne

Ciężki mam ostatnio czas, tzn po pierwsze w ogóle nie mam głowy ani do większych szaleństw zakupowych, ani do pisania sensownych recenzji (na co pewnie mają również wpływ ogromne problemy skórne, z jakimi się borykałam przez ostatnie parę tygodni - moja pielęgnacja siłą rzeczy została ograniczona do minimum oraz właściwie wyłącznie do kosmetyków i maści aptecznych, ale o tym będzie również trochę niżej :)). 

Poza tym przez przeróżne życiowe zakręty zmuszam się do względnej oszczędności (co niestety wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, zwłaszcza że jestem typem, który lubi poprawiać sobie humor zakupami).

Dlatego też ostatnio starałam się ograniczać do rzeczy, które naprawdę są mi potrzebne / kończą się, lub też z jakiegoś powodu NAPRAWDĘ chcę je mieć i chęć ta przejdzie próbę czasu (u mnie osobiście jest to ok, miesiąc - jeśli po miesiącu nadal do czegoś wzdycham z tą samą intensywnością co na początku, to znaczy to, że faktycznie mam na to chęć, jeśli natomiast po kilku tygodniach zapominam, że chciałam coś kupić, to odpowiedź jest prosta... :))

To, co widzicie poniżej, to rezultat mojego dzisiejszego wypadu do Sephory i TBS oraz tzw. zakupy poboczne, czyli rzeczy, które pojawiły się u mnie stosunkowo niedawno, ale jeszcze ich nie pokazywałam. 

Poza dwiema rzeczami chyba nie ma tu nic specjalnie zaskakującego, ani jakiegoś wielkiego WOW :) 
 

A teraz zbliżenia na moje gwiazdy :)

1. Coś, z powodu czego w ogóle wyruszyłam do Sephory i w dodatku znalazłam to dopiero w drugiej (chociaż w sumie mogło się skończyć jeżdżeniem po całej Warszawie, więc uważam, że nie było źle :)). A mianowicie SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA I MASAŻU TWARZY SHISEIDO THE SCINCARE


Kiedyś marzyłam o szczoteczce Clarisonic, ale powiem szczerze, że po pierwsze zawsze odrzucała mnie cena, ale cóż - to jeszcze można od biedy przeboleć, zwłaszcza że jest to wydatek jednorazowy i raczej na dłużej. To, co ostatecznie zadecydowało, iż poszukam czegoś innego, to moja cera. Obawiam się bowiem, że przy tak wrażliwej skórze jak moja, każde mocniejsze działanie, mogłoby narobić więcej szkody niż pożytku. 



Tymczasem kiedyś natknęłam się gdzieś na zachwyty nad szczoteczką Shiseido - wypowiadały się na jej temat między innymi dziewczyny, które właśnie mają taką wrażliwą cerę. 
Produkt ten nie jest relatywnie tani (kosztuje 109 zł), ale po pierwsze - jest baaardzo trwały (ma się go latami), a po drugie postanowiłam zaczekać z zakupem do 20%-owych obniżek w Sephorze i tak też zrobiłam :) 


Jestem bardzo ciekawa, jak sprawdzi się u mnie ta szczoteczka - na razie mogę powiedzieć, że jest wykonana z bardzo miękkiego włosia, ma też małe gumowe wypustki, które służą do masażu naszej twarzy. 



Ma długą i wygodną rączkę, dzięki czemu raczej nie powinna się wyślizgiwać z dłoni. Ma też plastikową nakładkę na główkę. 
 
Nie mogę się doczekać wieczora, kiedy będę mogła ją przetestować pierwszy raz :)

 2. Co prawda wyżej pisałam o nieimpulsywnych zakupach, ale przyznaję, że najnowsze dziecko Lancome Hypnose Star trochę jednak się zalicza do tej kategorii....Przeżyłabym bowiem bez kolejnego tuszu (na razie używam całkiem niezłej maskary Covergirl, o której wspominałam przy okazji którychś z wcześniejszych zakupów), ale już w sklepie zaczęłam krążyć wokół stoiska Heleny Rubinstein w poszukiwaniu słynnego pytonka :) Jednak po krótkiej, ale treściwej pogawędce z konsultantką obu firm, zdecydowałam się na ten gwiezdny tusz w przepięknym opakowaniu. 
Słyszałam już o nim bardzo pochlebne opinie i teraz mam zamiar sama się przekonać, ile w tym prawdy. Aczkolwiek chwilę jeszcze poczeka na swoją kolej, ponieważ tak jak wspomniałam wyżej, na razie używam całkiem nowego tuszu (no, chyba, że będę malowała się nimi na zmianę). 


Jeśli dobrze kojarzę, to jego normalna cena to 139 zł, natomiast jeszcze do jutra można się załapać również na 20% zniżki. 


Uważam, że jego "galaktyczne" opakowanie jest przepiękne, chociaż wiem, że naprawdę nie powinnam się aż tak ekscytować takimi bzdurkami :) 

3 i 4. Następne w kolejności są drobiazgi z The Body Shop. Poszłam właściwie po masło malinowe, ponieważ właśnie jestem na totalnej końcówce mojego letnio-wiosennego ulubieńca grejpfrutowego, a malinę uwielbiam niemal tak samo. Niestety nie ma obecnie żadnych promocji (tylko na balsamy), więc postanowiłam poczekać, a w międzyczasie zużywać to, co mam w zapasie. 

Na miejscu już przypomniało mi się, że już dawno chciałam kupić słynny regenerujący krem do stóp TBS, który poza tym, że świetnie działa, to jest niesamowitym śmierdziuchem. DOSŁOWNIE :) Dlatego najpierw pochodziłam sobie po sklepie z testerem zastanawiając się, czy oby na pewno wytrzymam ten zapach, ale potem stwierdziłam, że jakimś rozwiązaniem są bawełniane skarpetki na noc. 
A mowa o tym panu: 


Do kompletu dorzuciłam bambusowy grzebień z szerokim rozstawem ząbków, który powinien poradzić sobie z moimi niesfornymi czasem lokami (i podobno świetnie się sprawdza przy rozprowadzaniu maseczek na włosach!). 


Ponieważ nieustannie szukam dobrych kremów na noc oraz pod oczy, a chyba nigdy nie miałam żadnego tej firmy, poprosiłam o próbki tychże. Tak więc będę testować :)


Uff, niby wydawało mi się, że nie ma tego dużo, a jednak trochę się uzbierało. Dlatego resztę postaram się maksymalnie skrócić :) 

5. Lipobase, czyli krem apteczny, który w moim przypadku awansuje do miana cudotwórcy. Razem z niepozornym Alantanem. 
Od kilku tygodni bowiem jestem chodzącym kłębkiem nerwów i niestety zaczęło się to tragicznie odbijać na mojej twarzy - na początku byłam przekonana, że to zwykłe uczulenie (zbiegło się to z moimi pierwszymi użyciami pudru bambusowego z BU, więc całą winę zwaliłam na niego), ale kiedy odstawiłam wszystko, co potencjalnie mogło mnie uczulać, a objawy zamiast zanikać, zaczęły się nasilać, nabrałam pewności, że to jednak coś więcej niż uczulenie. 

Dopiero od dosłownie kilku dni moja twarz wraca powoli do siebie, w dużej mierze dzięki temu kremowi. Jeśli więc macie problemy typu potwornie wysuszone partie skóry (ale dosłownie tak, że skóra się łuszczy i schodzi płatami, bez względu na to, jak i czym byście jej nie nawilżały), które w dodatku pieką, swędzą i są zaczerwienione, to naprawdę polecam mieszankę Lipobase + Alantan. U mnie pomogło. Nadal wprawdzie nie jest idealnie, ale przynajmniej nie czuję się już jakbym się upodabniała do zrzucającego skórę gada :))


 6. Balsam do skórek z Lawendowej Farmy, czyli efekt poszukiwania przeze mnie bardziej dostępnej alternatywy dla mojego ukochanego masełka z Burt's Bees. Ten polski balsam to moje odkrycie roku, jest w 100% naturalny, pachnie jeszcze piękniej cytrynką niż jego amerykański odpowiednik i jest dobre parę razy tańszy :)


Stosuję go od niedawna, ale właściwie i tak nie widać najmniejszego ubytku, myślę, że będzie równie, jeśli nie bardziej wydajny, a jedynym problemem może być fakt, iż trzeba go zużyć w ciągu 4 miesięcy.
Jego skład to: olej rycynowy, masło shea, wosk pszczeli oraz eteryczny olejek cytrynowy i wit. E, tak więc jak widać - samo dobro :) 


6. To z kolei jest produkt, który zawsze staram się mieć w domu, czyli najlepszy dla mnie balsam do ust EVER. Moja ulubiona firma NUXE i słynne miodowe masełko REVE de MIEL - ci, którzy nie lubią słoiczków, mogą się zaopatrzyć w wersję w sztyfcie, ale nie wiem, czy jest ona dokładnie taka sama, bo ja zawsze kupuję tę, którą widać poniżej. Kosztuje około 30 zł, ale moim zdaniem warto, ponieważ: a) jest niesamowicie wydajny i b) nic tak nie nawilża i nie odżywia moich ust, jak ten balsam. I wiem co mówię, bo mam na tym punkcie fioła, więc kolekcję produktów do ust mam również niemałą :)



7. I wreszcie najnowszy kolega do kolekcji, chociaż stosunkowo niedawno zarzekałam się, że właściwie mam już wszystkie kolory lakierów, jakie bym chciała. Ale okazało się, że nie do końca i w tej chwili na "chciejliście" są jeszcze dwa odcienie firmy Gosh (swoją drogą czy ktoś wie, czy można je gdzieś nabyć stacjonarnie w Wawie, czy tylko online??) 

A pan poniżej to Essie Bahama Mama, czyli mój faworyt na nadchodzącą jesień - noszę go od tygodnia (co pewnie widać na powyższych zdjęciach) i naprawdę nie pamiętam już kiedy dostałam TYLE komplementów na temat moich paznokci :) 


Tuż przed zrobieniem tego zdjęcia, odprysł mi lakier na środkowym palcu (przy wydłubywaniu szczoteczki z pudełka) :( Poza tym, od siedmiu dni odnotowałam jedynie standardowe ścieranie się na końcach. 


Tu zdjęcia sprzed kilku dni, zrobione w łazienkowym oświetleniu - żadne chyba i tak nie oddaje prawdziwego koloru, ale jest PIĘEEEEKNY :) 



Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji wycieczki do Sephory nie obwąchała paru flakoników :) 
Szukałam wprawdzie dwóch zapachów, których jestem ciekawa, a mianowicie L Lolity Lempickiej oraz Donny Trussardi, ale niestety jak na złość, okazało się, że Sephora wycofała obie firmy ze swojej oferty. 

Zadowoliłam się więc próbką reklamowanej wszędzie Lady Gaga (chociaż nie sądzę, żebym była odpowiednim targetem tego zapachu), jakimś Givenchy oraz czymś, co bardzo mi się na miejscu spodobało i obawiam się, że może się to skończyć wzdychaniem do kolejnej butelki, a potem zakupem :) A mówię o nowym zapachu Gucci pt. Premiere - na pierwszy węch jest naprawdę fajny - elegancki, nie nachalny, dosyć klasyczny. Zobaczę jak zgra się z moją skórą.


I to już koniec, drogie dzieci. W najbliższym czasie nie przewiduję dalszych zakupów (no, chyba że TBS ogłosi promocję na masła do ciała), tak więc pewnie kolejnym wpisem będzie moje drugie denko lub też coś całkiem od czapy :)
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...