Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki naturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki naturalne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2017

#LIFESTYLE Ulubieńcy kosmetyczni

O kosmetykach nie pisałam już bardzo dawno. Oczywiście pomijając fakt, że OGÓLNIE dawno nie pisałam :)

Ale do rzeczy -  mała częstotliwość tego typu wpisów wynika z tego, że kiedy coś mi podpasuje, to używam tego w koło Macieju i nie widzę potrzeby zmian. No dobra, raz na jakiś czas zdarza mi się, że coś dokupię, ale generalnie jestem pod tym względem nudna jak flaki z olejem. 
Dlatego dziś też nie będzie jakiegoś strasznego szaleństwa, pokażę Wam to, czego używam od jakiegoś czasu i z czego jestem na tyle zadowolona, że chcę Wam to polecić. A czy się skusicie czy nie, to już Wasz wybór :)


Tak, jak wspomniałam na początku - wiele tego nie ma, więc zaczynamy:

1. Podkład Catrice HD LIQUID COVERAGE w odcieniu 020 Rose Beige. 
Pewnie większość z Was kojarzy szał, kiedy ten produkt pojawił się na rynku - nie mam pojęcia, z czego to wynikało, ale ten, komu wówczas udało się go dopaść w jakimkolwiek sklepie, miał poczucie, jakby co najmniej dokopał się do Bursztynowej Komnaty albo znalazł Świętego Graala! Ja też polowałam na niego całkiem długo, a w pewnym momencie odpuściłam, bo stwierdziłam, że no bez przesady, to jest przecież tylko podkład, więc nie będę za nim latała jak kot z pęcherzem po całej Warszawie! No i wtedy właśnie trafiłam przez przypadek na dostawę w Hebe :) Kupiłam, przetestowałam i przepadłam. To jest moje drugie albo nawet trzecie opakowanie i na pewno nie ostatnie.

Wiem, że podkład ma swoich zagorzałych zwolenników, ale i obrywa mu się w równym stopniu - że zapycha, że wysusza etc. Ja powiem tak - u mnie sprawdza się IDEALNIE - mam skórę mieszaną, raczej w kierunku suchej, wrażliwą, z tendencjami do uczuleń i serio - nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Świetnie się dopasowuje, kryje, ale nie robi maski, trzyma się cały dzień na twarzy i jedyne, do czego ewentualnie mogłabym się przyczepić (ale to już naprawdę gdybym bardzo się uparła) to fakt, że po dłuugim dniu zaczynam się trochę świecić. Z naciskiem na "trochę". Ale i tak go uwielbiam i jeśli tylko moja skóra się nie zbuntuje, to na pewno zostanie ze mną na długo.

2 i 3. Róż NARS ORGASM oraz HONEYBEE GARDENS


Pierwszego gagatka zapewne nie muszę nikomu przedstawiać, bo jeśli jakiś kosmetyk kolorowy możemy nazwać "kultowym", to NARS Orgasm z pewnością się do tej grupy zalicza. Przyznam się, że przez długi czas byłam przekonana, że w tym konkretnym przypadku jest to tzw. przewaga formy nad treścią, czyli po prostu rozbuchana reklama, a nie właściwości samego produktu. No i pewnie trochę tak jest. Być może można znaleźć coś tańszego, co nadal będzie wyglądało efektownie. Poza tym nie wykluczam, że do mojej karnacji lepiej pasowałby odcień np, Deep Throat albo Sex Appeal (swoją drogą jestem fanką tych erotycznych nazw!), ale cóż - jakiś czas temu stwierdziłam, że zaszaleję i przekonam się na własnej skórze, o co tyle hałasu. I nie żałuję. Róż jest piękny, ma drobinki (ale nie takie obscenicznie brokatowe, które robią z nas latarnię morską, tylko dające efekt połączenia z rozświetlaczem) i używam go z prawdziwą przyjemnością.

A jeśli zależy mi na delikatniejszym i bardziej naturalnym efekcie, to sięgam po moje odkrycie, czyli HONEYBEE GARDENS. Jak widać na zdjęciu poniżej, mam odcień Breathless i jest to jeden z najpiękniejszych różowych róży (nomen omen), jakie miałam - myślę, że przebija nawet Well Dressed z MACa , który uwielbiałam.



Pokazywany dziś produkt kupiłam w sklepie IHerb (na samym końcu podam Wam kod do zakupów, może ktoś będzie chciał skorzystać), a sama firma jest zdecydowanie warta polecenia. Produkują bowiem kosmetyki naturalne, wegańskie (chociaż nie gwarantuję, że cała ich oferta taka jest), wolne od parabenów, sztucznych barwników i chemikaliów. Myślę, że przy okazji poszukam innych produktów od Honeybee, bo różem jestem zachwycona - jak wspomniałam wyżej, jest bardzo delikatny, ale utrzymuje się na skórze długo i daje się łatwo stopniować.

4. Szminka E.L.F w odcieniu PERFECT PINK


Kolejny zakup z IHerb (być może kiedyś poświęcę temu sklepowi oddzielny wpis, bo przyznam się, że jestem od niego uzależniona - kupuję tam regularnie zarówno kosmetyki, jak i - przede wszystkim - probiotyki i suplementy).

Amerykańska firma e.l.f. (skrót od eyes/lip/face) jest dość znana i z tego, co wiem, lubiana, ma szeroką gamę kolorówki i - co istotne - bardzo dobry stosunek jakości do ceny - często jestem wręcz zaskoczona (pozytywnie!), kiedy sprawdzam opinie, a potem wyszukuję cenę danego produktu.

Co natomiast jest wyjątkowego w TEJ KONKRETNEJ szmince to fakt, że jej kolor dopasowuje się do naturalnego pigmentu naszych ust! Tak więc nie sugerujcie się zdjęciem, bo w opakowaniu szminka jest jasnoróżowa, natomiast na każdej osobie będzie wyglądała całkiem inaczej - fajne, co? Dodatkowo daje leciutki połysk (ale bardzo naturalny) i dzięki zawartości masła shea nawilża usta. Same plusy. Ja jestem bardzo zadowolona, bo na moich ustach daje efekt naturalny, ale jednocześnie podkreślony, a nie przerysowany. Idealna szminka na co dzień.

5. No i last but not least, czyli mój najnowszy nabytek (a właściwie prezent, bo dostałam go na urodziny, czyli naprawdę niedawno) - to woda perfumowana L'OCCITANE TERRE DE LUMIERE



Zapach ten "chodził" za mną od dłuższego czasu, ale niestety nie należy on do najtańszych, więc postanowiłam poczekać do urodzin właśnie i poprosić o niego najbliższych. I nie żałuję, bo od ponad dwóch tygodni jest ze mną dzień w dzień, a ja jestem nim nadal zachwycona. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niewiele jest rzeczy tak subiektywnych jak preferencje zapachowe, więc oczywiście polecam przetestowanie go na swojej skórze.
Poniżej wkleję Wam informację z oficjalnej strony L'Occitane, gdzie będziecie mogły zorientować się, jakie są w nim nuty. Od siebie powiem tak - jest słodki, ale nie mdląco-męczący, w dodatku na skórze (mojej) zmienia się w coś ziołowo-miodowego, z lekkim powiewem lawendy. Wiem, że wiele osób zarzuca L'Occitane podszywanie się pod Mon Guerlain, ale ja się z tym nie zgadzam - psikałam się obiema wodami i Terre de Lumiere podeszło mi zdecydowanie bardziej. Tak więc - jak zawsze - warto sprawdzić na sobie.

Nuty głowy

różowy pieprz

bergamotka z Włoch Orpur

absolut z nasion piżmiana Orpur


Nuty serca

lawenda Orpur

miodowy wosk pszczeli z Laosu Orpur


Nuty bazowe

akacja

olejek z gorzkiego migdała

tonka z Wenezueli Orpur

Sylkolide (piżmo syntetyczne)


I to tyle na dziś, moi drodzy. Jak widać - wpis ewidentnie weekendowy (ale jest!). Zresztą co tu dużo mówić - sama lubię podglądać, czego używają inni, więc czemu nie miałabym się tym podzielić z Wami? A jeśli macie coś fajnego do polecenia (albo chcecie wyrazić swoją opinię na temat któregoś z ww produktów), to wiadomo, że z chęcią poczytam komentarze! 

PS. jeszcze tylko obiecany kod do sklepu IHerb. Działa to w ten sposób, że jeśli zarejestrujecie się, korzystając z poniższego linka lub przy realizacji zamówienia podacie ten kod: MTZ968, to do Waszych pierwszych zakupów dostaniecie rabat od 5$ (przy zakupach do 40$) do 10$ (przy kwocie powyżej 40$). Jak widać - opłaca się skorzystać :) Pamiętajcie jednak, że działa to wyłącznie przy pierwszych zakupach na IHerb! 

Link do zakupów:

https://pl.iherb.com/?rcode=MTZ968

KOD: MTZ968


A tymczasem miłej soboty i do napisania wkrótce!

środa, 12 marca 2014

Co lubi moje ciało? *

* oczywiście poza dobrym jedzeniem (a także tym, czego aktualnie nie może jeść), wygodnymi ubraniami, seksem i paroma innymi rzeczami, które są nie mniej przyjemne, ale o których nie będę dziś pisać :)

Dziś (w ramach odskoczni od tematyki filmowej) będzie o dwóch kosmetykach, które moje ciało bardzo lubi i otrzymuje je w ostatnim okresie dość regularnie i w sporej dawce. 


Masła do ciała The Body Shop są zapewne znane większości z Was i albo je lubicie, albo nie. Nie zamierzam nikogo przekonywać co do ich wyższości nad innymi produktami nawilżającymi - sama zresztą też nie wrzucam ich hurtem do jednego worka, ponieważ nie ukrywam, że dla mnie poza działaniem i składem, liczy się także zapach i zgodnie z tym niektóre lubię, a niektóre omijam szerokim łukiem. Do moich ulubionych należy mango oraz grejpfrut, lubię także malinę, a do tej małej grupki dobiła ostatnio również jagoda, czyli Blueberry. Skład zobaczycie sobie na zdjęciu poniżej, nie ma na co narzekać, bo nie jest zły, może i daleko mu do ideału (czy choćby do rywala poniżej), ale to już kwestia indywidualnego podejścia. 


Podobnie działanie i aplikacja - dla mnie konsystencja jest w sam raz, rozsmarowuje się bez problemu, nie zostawia tłustej warstwy, wchłania się dość szybko, jest raczej wydajne, a zapach mnie osobiście urzeka, bo jest dość słodki, ale nie przesadnie i nie ma w sobie tej sztuczności, która czasem potrafi zwalić z nóg (oczywiście zależy co kto lubi, bo niektórych pewnie może odrzucać). Co do nawilżania, to to jest mi najtrudniej obiektywnie ocenić, ponieważ nie używam masełka codziennie. Jesienią i zimą, głównie po kąpieli, wsmarowuję w ciało znaną wszystkim oliwkę Hipp, a co któryś dzień, wymiennie, stosuję właśnie to masło TBS lub balsam, o którym wspomnę za moment. Tak więc w takiej kombinacji nawilżenie jest idealne, nie mam pojęcia jak sprawdziłby się ten kosmetyk solo. Podejrzewam jednak, że o ile nie macie jakiejś super wysuszonej skóry, to byłoby ok, ponieważ latem używałam wyłącznie wspomnianej wersji grejpfrutowej i nie miałam najmniejszych problemów z przesuszeniem. No, ale wiadomo - wszystko zależy od stanu i rodzaju skóry. 


Ja jagódkę bardzo lubię, szkoda tylko, że teraz to chyba jest wersja limitowana. No i jasna sprawa, że masła TBS kupujemy na przecenach, bo umówmy się, że 65 zł za opakowanie to nie jest rozsądna oferta. 


Drugim kosmetykiem, o którym chciałam napisać, jest balsam do ciała Lavera Body SPA wersja różana i to jest dla mnie strzał w dziesiątkę (lub może raczej w dziewiątkę, bo muszę sprawdzić inne wersje zapachowe). Tu zarówno do składu, jak i działania nie można chyba mieć żadnych wątpliwości, bo kosmetyk jest naprawdę świetny. 
Podaję (za wizaz.pl): /Coconut Dream/ Aqua, Glycerin, Alkohol*, Olea Europea Fruit Oil*, Caprylic Triglyceride, Myristyl Alkohol, Cetearyl Alkohol, Glycine Soja Oil*, Glyceryl Stearate Citrate, Butyrospermum Parki*, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Squalane, Hydrogenated Lecithine, Xanthan Gum, Hydrogenated Palm Glycerides, Vanilla Planifolia Fruit Extract*, Lysolecithin, Cocos Nucifera Extract*, Theobroma Cacao Extract*, Brassica Campestris Sterols, Tocopherol, Lecithin, Helianthus Annus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Fragrance/Parfum. Natural essencial oils: Citral, Limonene, Linalool. 
100% naturalnych składników. 100% składników pochodzenia roślinnego. Dermatologicznie testowany na skórze wrażliwej. Posiada certyfikaty NaTrue i Vegan Society.

Jedyne, na co radzę uważać, to zapach, bo - drogie Panie - jego intensywność może zabić, albo doprowadzić do płaczu, jeśli strzelimy sobie tę przyjemność w ciemno :) Od siebie powiem tak - bardzo lubię zapach róży, ale ten balsam muszę sobie dawkować raz na dobrych kilka dni, bo aromat jest zarówno bardzo realistycznie oddany, jak i diabelnie mocny - i utrzymuje się na skórze równie długo! Jestem bardzo ciekawa wersji lawendowej i kokosowej, chociaż trochę się boję efektu kulek na mole albo batonika Rafaello...

Tak czy inaczej - jeśli jeszcze nie znacie któregoś z ww kosmetyków, a macie chęć na coś nowego, to polecam (z zachowaniem ostrożności i dokładnym obwąchaniem obu wersji PRZED zakupem!) :)

Ciekawa jestem, które z maseł TBS są wśród Waszych ulubionych? Albo czy macie coś innego, z fajnym składem i zapachem, co warto przetestować?  

sobota, 15 lutego 2014

Co ratuje moją skórę?

Wprawdzie pisałam już o tym nie raz, ale ponieważ nie każdy musi śledzić na bieżąco każdy z moich wpisów, powtórzę to dziś i będę pewnie powtarzać jeszcze niejeden raz. Mam bardzo wrażliwą cerę. Powiem więcej - jestem alergikiem, który od lat ma świadomość, że wiele kosmetyków drogeryjnych przynosi mi więcej szkody niż pożytku, dlatego bardzo uważnie dobieram produkty, które na siebie nakładam. Oczywiście nie zmienia to faktu, że i tak trafiam czasem na minę i potem borykam się całymi tygodniami z Atopowym Zapaleniem Skóry, które sprawia, że mam chęć wyrwać sobie z głowy wszystkie włosy. W dodatku niestety cierpię także na nietolerancję pokarmową, która również objawia się ATZ - normalnie ubaw po pachy, gdyby nie to, że często nie jest mi za bardzo do śmiechu. W dodatku wiele produktów, zarówno tych aptecznych, przepisywanych przez dermatologów, jak i kosmetycznych, reklamowanych jako te dla cery super i hiper wrażliwej, alergicznej i nie wiadomo jakiej jeszcze, w ogóle się u mnie nie sprawdza, a niektóre wręcz potrafią zrobić dodatkową krzywdę. 

Ostatnio udało mi się jednak stworzyć coś w rodzaju mojego mini zestawu ratunkowego, który nie raz już pomógł mi w podbramkowej sytuacji i dlatego chcę się tym z Wami podzielić, bo a nuż okaże się, że ktoś z Was boryka się z podobnym problemem i nadal szuka czegoś, co mu pomoże. Oczywiście pamiętajcie o tym, że produkty zawsze dobieramy do swoich indywidualnych potrzeb, bo każda z nas ma inną cerę, a także to, co jednej osobie będzie służyć idealnie, drugiej może zaszkodzić! Dlatego przestrzegam zarówno przed kupowaniem czegoś totalnie w ciemno, a po drugie przed sugerowaniem się wyłącznie reklamami, lub tym, co ktoś inny pisze na blogu - najpierw sprawdzamy składy oraz właściwości danego kosmetyku - wiem, że większość z Was doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale wiem także, jak łatwo jest w zakupowym "amoku" zapomnieć o tych ważnych rzeczach :) 

Produktów, o których chcę dziś napisać, nie jest dużo, właściwie można powiedzieć, że to taka garstka ulubieńców, dobranych autorską metodą prób i błędów, niekiedy odkrytych zupełnie przez przypadek. 


1. Na początek idzie czarne mydło afrykańskie African Black Soap z firmy Nubian Heritage, zamówione przeze mnie w sklepie iHerb. Jak widać na zdjęciu poniżej, zawiera ono m.in. popiół z palmy, ekstrakt z tamaryndowca (czymkolwiek on jest) oraz korę platanową, a także owies, aloes i witaminę E. 


Mydło pachnie bardzo delikatnie i bardzo ładnie (troszkę orientalnie), jest faktycznie calutkie czarne i przyznam się, że w tej grupie było dla mnie największym zaskoczeniem - odkąd używam go do mycia dłoni, moja skóra naprawdę dochodzi do siebie znacznie szybciej (a dodam, że przy podrażnieniu wcześniej musiałam unikać wody, która dodatkowo mnie wysuszała i sprawiała, że skóra pękała). Przetestowałam je także bardzo ostrożnie na twarzy i muszę powiedzieć, że też zauważyłam poprawę! Dlatego póki co - to moje odkrycie tego roku. 

2. Kolejnym odkryciem jest krem Mediderm, jak widać po nazwie - przeznaczony do pielęgnacji skóry z ATZ, łuszczycą czy egzemą. 


I tu ciekawostka - w momencie zaostrzenia mojego AZS, przy nałożeniu na skórę tego kremu, mam wrażenie, że ktoś oblał mnie właśnie żrącym kwasem, który wypala mi twarz - trwa to na szczęście tylko chwilę (upierdliwą, ale powiedzmy, że do przeżycia), a potem następuje długa ulga i autentyczna poprawa stanu skóry :) Przy remisji, krem nie daje aż takich spektakularnych efektów, ale dobrze nawilża i łagodzi podrażnienia. Jest bezzapachowy i tani i na mnie osobiście działa o niebo lepiej niż wszystkie inne apteczne maści, balsamy i elo-bazy. 


3. W okresach, kiedy moja skóra czuje się i wygląda nieco lepiej, lub też kiedy muszę wyjść do ludzi i wyglądać przyzwoicie (czytaj: nałożyć makijaż, który przetrwa cały dzień w mniej więcej nienaruszonym stanie), z pomocą przychodzi mi Emolientowy Krem Nawilżający od Pharmaceris. Jest bardzo delikatny, świetnie nawilża i nadaje się pod podkład. Czasem wymiennie stosuję jeszcze Krem Ratunek (który nie załapał się na zdjęcie grupowe, ale też jak najbardziej znajduje się w grupie ulubieńców!).  



4. Jeśli chodzi o dłonie, to od zawsze testuję jakąś szaloną ilość kremów - zawsze daję się skusić na coś nowego, czego czasem żałuję. Być może uda mi się zrobić za jakiś czas zestawienie aktualnie używanych przeze mnie produktów, z wyróżnieniem tych, które polecam. Wśród nich na pewno znajdzie się Hipoalergiczny Balsam do Rąk firmy Pat&Rub, który uwielbiam za działanie i skład, a nie cierpię za cenę i wydajność - sorry P&R, ale dla mnie regularna cena 39-45 zł za krem do rąk (który naprawdę zużywa się w błyskawicznym tempie) to po prostu zdzierstwo i naprawdę argumenty typu "za dobry skład trzeba płacić" etc. są dla mnie kompletną bzdurą.



5. Last but not least, dwa produkty, które stosuję zamiennie i z których jeden (Uriage) jest ze mną trochę dłużej, a drugi (Caudalie) został kupiony na wypróbowanie stosunkowo niedawno. 
O wodzie termalnej Uriage napisano i powiedziano już chyba wszystko i od siebie dodam tylko, że podpisuję się obiema rękoma pod wszelkimi peanami na jej temat - myślę, że tylko ten, kto nigdy nie borykał się z podrażnieniem skóry może się przyczepić do tego produktu i uznać go za coś zbędnego. Przedtem przetestowałam wiele innych wód termalnych dostępnych na naszym rynku i muszę powiedzieć, że po prostu sorry, ale odpadają w przedbiegach - nie tylko dlatego, że Uriage nie trzeba wycierać i można spokojnie zostawić ją na twarzy do wyschnięcia/wchłonięcia, ale przede wszystkim ze względu na to, że u siebie widzę zasadniczą różnicę w działaniu. Uriage koi. I tyle w temacie. 


Co do wody winogronowej od Caudalie, to na razie mogę powiedzieć dość ostrożnie, że wydaje się być dobrym zamiennikiem Uriage - co być może przyda się komuś, kto ma dostęp do jednej firmy, a drugiej np musi szukać. Moja skóra lubi ten kosmetyk, jest po nim wyraźnie odświeżona i zrelaksowana, a nawet ukojona. Jeśli w międzyczasie ulegnie to zmianie, nie omieszkam o tym wspomnieć :) 

Podsumowując, podkreślę raz jeszcze - to są kosmetyki, które sprawdzają się U MNIE, ze swojej strony więc szczerze je polecam, ale liczę się z tym, że ktoś może w komentarzu napisać, że coś u niego wywołało całkiem inną reakcję. Tak to już jest z kosmetykami, dlatego uważam, że zarówno w drogerii, jak i w aptece należy zachować czujność i nie dać się zanadto ponieść impulsom (no, chyba że jesteście szczęśliwcami i posiadacie skórę jak nosorożec, której nic nie zaszkodzi - wówczas życzę miłego eksperymentowania!) :))

Przyjemnego weekendu, mili moi! 

czwartek, 14 marca 2013

What's new, pussycat?

Dziś będzie post z cyklu "nie-wnoszą-nic-merytorycznego-ale-i-tak-lubimy-je-oglądać", czyli nowe nabytki z ostatnich tygodni (chyba, bo nie pamiętam konkretnie, kiedy co kupowałam). 

Co prawda jakiś czas temu miałam ambitny plan trzymania się z daleka od sklepów, ale jak widać na załączonym obrazku, czasem człowiek musi, bo inaczej się udusi... Usprawiedliwiam się wprawdzie dość żałośnie sama przed sobą, że życie dało mi ostatnio nieźle popalić, więc "należy mi się" - oczywiście to guzik prawda, bo niby dlaczego ma mi się coś z tego powodu należeć - no ale cóż - moje pieniądze, więc mogę sobie ich wydawanie usprawiedliwiać w dowolny sposób :) 

Nie jest tego jakoś dużo, poza tym wszystko zostało dogłębnie przemyślane lub było na liście do kupienia od dawna. Parę rzeczy nadal jest w drodze, ale to dobrze, bo dzięki temu będę mogła je przerzucić do kolejnego wpisu i udawać sama przed sobą, że jestem taka oszczędna i rozsądna (buhahaha). 

No, ale do rzeczy - zbiorczo wygląda to mniej więcej tak:


Jak widać, jest trochę pielęgnacji i kolorówki. No i ciąg dalszy przerwania mojego odwyku lakierowego, o którym wspominałam ostatnio...

Teraz zbliżenia:


 

Na początek zestaw od Lily Lolo, czyli: mój ulubiony podkład w odcieniu Blondie (odkąd go odkryłam, nie sądzę, żebym kiedykolwiek jeszcze wróciła do podkładów "klasycznych" - dla mnie jest po prostu IDEALNY), do niego dorzuciłam róż Ooh La La, o którym naczytałam się tylu pochwał, że uznałam się za skuszoną (na razie się trochę czaję, bo wydaje mi się bardzo ciemny, ale myślę, że to kwestia przełamania się i wyczucia nakładanej ilości) i miniatura pudru Flawless Silk. Do zamówienia wybrałam sobie próbki trzech innych róży (jednego nie ma na zdjęciu, a co ciekawe - na razie najbardziej mi podpasował - mówię o odcieniu Cherry Blossom) i rozświetlacza Star Dust.

 
Następnie idzie pielęgnacja:  skusiłam się na żel do mycia twarzy z firmy Organique - delikatny i z naturalnych składników, do tego dorzuciłam lawendową kulę do kąpieli (której część widać na zdjęciu powyżej), a jako zachętę do kolejnych zakupów dostałam dużą próbkę maski do mycia ciała z lawendą (tak, wiem, jestem monotematyczna z tą lawendą), cytryną i paczuli, która pachnie bosko i generalnie poza tym, że odstrasza wyglądem, to pewnie będzie moim następnym zakupem (więcej o niej możecie poczytać TUTAJ).

Na zdjęciu widać też mój pierwszy kosmetyk Soap&Glory - nie wiem, czy określenie "kultowy" będzie adekwatne, ale na pewno żel do mycia Clean On Me jest jednym z popularniejszych produktów wśród blogerek - często określa się go jako "pachnący jak perfumy Miss Dior Cherie", co być może nie jest do końca prawdą, ale na pewno pachnie bardzo przyjemnie, słodko i luksusowo.

Tu mała dygresja - jeśli chodzi o mnie i o żele pod prysznic, to muszę powiedzieć, że w mojej łazience można dostać oczopląsu - jestem bowiem osobą, która zmienia zapachy w zależności od nastroju, pory roku, pogody za oknem i nie wiem czego jeszcze - dlatego nie wyobrażam sobie używać jednego produktu non stop aż do końca i dopiero wówczas kupować nowy. Dlatego pewnie te 500 ml będzie u mnie gościć dobre parę miesięcy, bo oprócz niego mam ponapoczynanych jakichś pięć lub sześć innych buteleczek :)


O Beauty Elixir od Caudalie czytałam i słyszałam same dobre rzeczy i od dawna chciałam go mieć, ale jakoś zawsze wylatywało mi to z głowy. W końcu jednak się zmobilizowałam i kupiłam buteleczkę 30 ml. 

Używam go codziennie od jakiegoś tygodnia i na razie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona, ale nie zachwycona - to, co zauważyłam, to faktyczne delikatne rozświetlenie twarzy (i nadanie jej lekkiej "świeżości"). Nie wiem, jak z trwałością makijażu, ponieważ ja generalnie na to nie narzekam - mój makijaż zarówno z eliksirem, jak i bez niego trzyma się bez problemów cały dzień, więc tu nie mam zdania. Kosmetyk pachnie trochę ziołowo, w sumie przyjemnie. Nie jestem pewna, czy to mój "must have", czy po prostu raczej coś z kategorii kosmetycznych fanaberii, przekonam się pewnie za jakiś czas. 


O suchym szamponie z firmy Batiste napisano już pewnie wszystko, więc nie będę się powtarzać - mam wersję dla szatynek, bo bałam się białego osadu na włosach, który jest minusem pozostałych wersji. Dla mnie to zdecydowanie produkt awaryjny, ponieważ na codzień nie mam absolutnie potrzeby używania tego typu specyfików - moje włosy wyglądają ok nawet po kilku dniach niemycia i poza mną nikt nie ma pojęcia, czy potrzebują odświeżenia  - taki plus kręconej szopy na głowie :) 

Ale testowałam go kiedy byłam mocno chora, a co za tym idzie, nie miałam siły ani chęci na mycie włosów - wówczas sprawdził się ok, nie mówię, że od razu wyglądałam rewelacyjnie, ale uniósł przyklapniętą plerezę i sprawił, że przestałam wyglądać jak wylizana krowim jęzorem :)





Kolejne dwa lakiery od OPI - bardzo wesoła i trochę cyrkowa Polka.com i odcień, który jest ciężki do zdobycia, a który bardzo spodobał mi się na zdjęciach w necie, czyli My Private Jet.

W drodze są kolejne dwie butelki i na razie to będzie chyba wszystko w tym temacie, bo niestety moje ogromne pudło na lakiery okazało się właśnie troszeczkę zbyt małe...


Rozświetlacz The Balm Mary-Lou Manizer to z kolei kosmetyk, o którym marzyłam od wielu miesięcy. Co prawda biłam się ciągle z myślami, czy nie kupić raczej Mineralize Skinfinish z MACa, ale The Balm kusił mnie swoim przepięknym opakowaniem retro i wydawał mi się trochę lepiej dopasowany do mojej cery. No i w końcu udało mi się go zdobyć i przyznam się, że na razie jestem zachwycona - jest delikatny, daje efekt idealnej tafli na kościach policzkowych i właściwie nie jestem w stanie znaleźć w nim żadnych wad :)


I ostatni zakup, czyli chubby stick z firmy Clinique. Ta kredka jest w docieniu 04 Mega Melon, druga (Strawberry coś tam) do mnie idzie (tak to jest, jak człowiek nie potrafi podjąć prostej decyzji). 

Dla kogoś kto, tak jak ja, lubi mieć na ustach COŚ, ale niekoniecznie w kolorze sprawiającym, że widać je (usta) z odległości dwóch kilometrów, jest to produkt idealny - nakłada się bardzo wygodnie, nie trzeba nawet mieć przy sobie lusterka, bo jeśli tylko mniej więcej wiemy, gdzie mamy wargi, nie da się tym zrobić krzywdy :) Ogromny plus za niewysuszanie (nie jestem pewna tego nawilżania, bo ja i tak zawsze najpierw nakładam bezbarwny balsam - aż takiego zaufania do kosmetyków kolorowych nie mam) i naprawdę ładny odcień - w moim przypadku ciężko mówić o jakimś konkretnym kolorze, ale usta wyglądają świeżo i zdrowo. 

Jak doczekam się wersji truskawkowej, to obiecuję podgląd na ustach. 

Na razie mogę powiedzieć, że obecnie to chyba mój ulubiony kosmetyk kolorowy do ust.

Ufff, zaczynając ten wpis, byłam przekonana, że zakupów nie jest dużo, więc będzie w miarę krótko. Nie uwzględniłam jednak mojego wrodzonego słowotoku, więc przepraszam tych, którym może zdarzyło się w połowie zdrzemnąć :)

sobota, 1 grudnia 2012

Parę drobiazgów i moja Pandora

Po równo trzech tygodniach niecierpliwego oczekiwania, dotarła w końcu do mnie pierwsza paczka z Iherb :) Oficjalnie więc mogę ze swojej strony polecić ten sklep, zwłaszcza jeśli polujecie np na pędzle Real Techniques lub kosmetyki amerykańskie, niedostępne w Polsce. Z tym, że od razu radzę uzbroić się w cierpliwość.
Ja skusiłam się na zestaw pędzli do oczu, o którym myślałam już bardzo długo i dwa drobiazgi.

Nie wykluczam także, że to moje ostatnie "większe" zakupy w najbliższym czasie, jako że od dzisiaj jestem niestety oficjalnie bezrobotna - tak, ostatni dzień listopada nie był dla mnie najszczęśliwszy i to jest kolejny "kamyczek do ogródka" roku 2012 jako jednego z najgorszych w moim życiu. Oczywiście zadziałało "prawo serii" i to właśnie była trzecia zła rzecz, która mnie spotkała w ostatnim czasie. Po cichu liczę na to, że grudzień zleci szybko, a potem uda mi się jakoś ogarnąć i w końcu ustalić sama ze sobą, w jakim kierunku teraz chciałabym podążyć...

No, ale nie piszę tego posta, żeby się żalić, jaka to jestem nieszczęśliwa (są znacznie gorsze nieszczęścia), tylko żeby pokazać, co u mnie przybyło, zatem do rzeczy :)
 
Komplet pędzli Real Techniques do oczu, nowy Badger (których jestem coraz większą fanką) i organiczny balsam do ust firmy Hurraw!.
 

Zestaw składa się z 5 pędzli, w tym jednego do nakładania cienia, pędzla do konturowania, do akcentowania, do eylinera oraz pędzelka do brwi. Jeszcze ich nie testowałam na żywym organizmie (czyli sobie), ale znając (i kochając) inne pędzle tej marki, nie powinnam być zawiedziona.
 


Pędzle otrzymujemy zapakowane w przenośne etui, które można postawić (jak widać na zdjęciu poniżej), lub złożyć i zapakować do torby, bez obaw, że nasze cenne nabytki upaćkają się po drodze.


Za zestaw (są różne rodzaje) zapłaciłam chyba 18$. Dumam jeszcze nad jednym (zestawem), ale tu niestety chyba chwilowo weźmie górę rozsądek (patrz akapit o bezrobociu) i obejdę się smakiem...

Następny w kolejności jest balsam "Stress Soother" amerykańskiej firmy Badger, która specjalizuje się w produkcji kosmetyków naturalnych - w swojej ofercie mają właśnie te słynne balsamy (o których wspominałam już kilkakrotnie u siebie na blogu - np TUTAJ ), sztyfty do ust i pewnie wiele innych rzeczy :) 

Ponieważ z wersji "Sleep Balm" jestem bardzo zadowolona, mam nadzieję, że również Stress Soother mnie nie zawiedzie. Pachnie pięknie - delikatnie i relaksująco, można faktycznie wyczuć mandarynkę i rozmaryn.

Do koszyka dorzuciłam jeszcze ochronny sztyft do ust marki Hurraw!, na który ostrzyłam sobie pazurki od jakiegoś czasu, a kiedy zobaczyłam TEN wpis u ekocentryczki, to wiedziałam, że muszę go mieć natychmiast :) Mój jest o zapachu czekolady, aczkolwiek powiedziałabym raczej, że czuć tam ziarna kakaowca, a nie taką czekoladę, do której jesteśmy przyzwyczajeni. 

Aczkolwiek pachnie obłędnie i ma rewelacyjny skład (powyżej, dla dociekliwych z lepszym wzrokiem). 

A na koniec muszę się pochwalić fantastycznym prezentem, jaki sprawiła mi moja kuzynka z Francji, która w ubiegłym tygodniu przyleciała do Warszawy z niespodziewaną wizytą (ostatni raz była w Polsce jakieś 20 lat temu, jako nastolatka, teraz zachwycało ją mnóstwo rzeczy, a przede wszystkim sam pobyt w kraju przodków :)

Nie jestem wielką fanką firmy Pandora - te wszystkie koraliki w obłędnych cenach mnie zupełnie nie ruszają. Natomiast przyznam się, że na mojej liście "chciejstw", od dawna figurowały dwie rzeczy - pierścionek (na który pewnie jeszcze długo nie będzie mnie stać) i właśnie ta bransoletka - piękna, elegancka, delikatna i ponadczasowa.

Właściwie już sama bransoletka prezentuje się pięknie na nadgarstku, u mnie doszedł do niej jeden z najprostszych srebrnych koralików, który ją idealnie dopełnia. 


Gdybym miała kupić ją sama, pewnie jeszcze trochę bym z tym poczekała, natomiast nie ukrywam, że Sandrine sprawiła mi ogromną radość (zwłaszcza że, jak tłumaczyła, to taka nasza mała rodzinna tradycja, ponieważ ona dostała swoją Pandorę od siostry, a siostra z kolei od ich mamy, teraz do kompletu dołączyłam jeszcze ja, jako ta trzecia, choć nie-rodzona siostra :) 

Noszę ją do wszystkiego i jestem absolutnie zachwycona. I mam nadzieję, że kiedyś uda mi się uzbierać na pierścionek :)

Miłej soboty, kochani!

poniedziałek, 8 października 2012

Moje pielęgnacyjne KWC cz.1

Już od jakiegoś czasu zbierałam się, żeby zrobić coś w rodzaju zestawienia moich ulubionych kosmetyków wszechczasów - taki prywatny ranking produktów, których używam od dłuższego czasu (w większości od lat) i których nie zamierzam zmieniać, bo sprawdzają się rewelacyjnie (a jak wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego). Są to po prostu rzeczy, które sprawdziły się u mnie w różnych okolicznościach, nigdy mnie nie zawiodły i sprawiły, że w danej kategorii nie szukam już nawet ich odpowiedników ani nowości. To taka moja osobista Creme de la Creme :)

Oczywiście znając mnie i moją sklerozę (chociaż ja wolę jak moi znajomi mówią, że mam po prostu pamięć złotej rybki - kto ciekaw, niech sobie wygoogla co to znaczy :)), to pewnie zapomniałam o całym mnóstwie rzeczy, stąd cz.1 w tytule. Nie wykluczam bowiem, że pojawią się kolejne, gdy:
a) przybędzie mi ulubieńców
b) coś mi się przypomni
c) postanowię zrobić kontynuację dotyczącą np. pielęgnacji ciała lub kolorówki

Jak widać, poza sklerozą, cierpię również na lekki słowotok :D

Podejrzewam, że większość prezentowanych przeze mnie produktów lepiej lub gorzej znacie, dlatego postaram się ograniczyć do krótkiego (haha!) komentarza, a jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się jakichś szczegółów, to zapraszam na dół do pytań :) 

1. Kultowy płyn micelarny Bioderma Sensibio. 

Nie wiem, czy jest jeszcze coś nowego i odkrywczego, co można o nim napisać - dla mnie to ideał, oczywiście można ponarzekać na cenę, ale przyznam się, że tak jak używam go od dobrych paru lat, to naprawdę chyba ani razu nie zdarzyło mi się go kupić w standardowej cenie - ZAWSZE gdzieś jest na niego promocja, trzeba tylko poszukać. Co tu dużo mówić - uwielbiam go i absolutnie się nie zgadzam z osobami, które twierdzą, że jest przereklamowany i że na rynku są fantastyczne, o połowę tańsze odpowiedniki. NIE MA :P



2. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu Yves Rocher z wyciągiem z bławatka. 

Jak już gdzieś pisałam, to kolejny produkt, którego używam od wielu, wielu lat i tak jak Biodermę, także zawsze kupuję go na promocji i mam w szafce zapas kilku buteleczek (inaczej bym chyba nie zasnęła).


3. Żel do mycia twarzy Nuxe Perfection. 

W moim zestawieniu zdarzają się także produkty, które dosyć szybko awansowały do grona ulubieńców i to jest jeden z tych przykładów. To moje pierwsze opakowanie, używam go od kilku miesięcy, natomiast muszę powiedzieć, że skubaniec jest tak wydajny, że mam wrażenie, że chociaż go w ogóle nie oszczędzam, ubywa go niezmiernie wolno. Bardzo delikatny i skuteczny specyfik, idealnie współpracuje z moją ulubioną szczoteczką do mycia twarzy Shiseido - tak więc czegóż chcieć więcej? Nie mówię, że już nigdy nie wypróbuję nic nowego z tej kategorii (bo np na liście jest jeszcze Sanoflore), ale na 100% do tego żelu jeszcze wrócę.




4.  Woda termalna Avene. 

Miałam wprawdzie uogólnić to hasło do samej "wody termalnej", ponieważ cały czas poluję na wodę Uriage, która podobno jest lepsza od Avene, no ale ponieważ ranking robię dziś, to muszę przyznać, że do tej pory nie znalazłam lepszego odpowiednika. Wiem, że niektórzy uważają, że kupowanie takiej wody to fanaberia i ogólnie przewaga techniki nad zdrowym rozsądkiem, ale ten kto jest "szczęśliwym" posiadaczem mega wrażliwej cery z całą pewnością potwierdzi, że taka woda naprawdę potrafi ukoić podrażnioną skórę i nie ma w ogóle porównania ze zwykłą kranówką, nawet przegotowaną, przefiltrowaną czy nie wiem jeszcze jaką.




5. Hydrolat oczarowy. 

Mój kosmetyczny "must have". Używam go jako toniku, a także każdorazowo, kiedy chcę odświeżyć swoją skórę, lub też załagodzić jakieś podrażnienia. To kolejny produkt, który po prostu muszę mieć w szafce, a jak się kończy, to natychmiast zamawiam kolejną butelkę. Od czasu do czasu zdarza mi się przetestować inne hydrolaty (chwilowo mam jeszcze lipowy), ale oczarowy bije wszystkie na głowę.



6. Olejek z drzewa herbacianego. 

Koniecznie ze sprawdzonego źródła (z upewnieniem się, że można go nakładać bezpośrednio na twarz) - produkt maksymalnie wydajny i po prostu cudotwórca - na wszelkie niespodzianki, nieprzyjaciół, czy jakkolwiek nazwiemy te paskudztwa, które postanawiają od czasu do czasu uprzykrzyć nam życie (i twarz) - pięknie dezynfekuje, wysusza (ale tylko punktowo) i sprawia, że to co dopiero się wykluwało, prawdopodobnie nigdy już nie wyjdzie poza tę fazę :)




7. Peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych. 

To kolejna rzecz, którą mam od niedawna, ale która momentalnie (właściwie po pierwszym użyciu) wskoczyła na listę ulubieńców i pewnie długo z niej nie zejdzie :) Właściwie ciężko powiedzieć, czy to jest bardziej peeling, czy maseczka, ale na pewno coś, co tacy wrażliwcy jak ja uwielbiają - nawet nie potrafię dokładnie określić, co ten produkt robi z moją twarzą, ale na pewno zostawia ją przepięknie rozjaśnioną, oczyszczoną i szczęśliwą :) Więcej uwag nie mam, mam tylko nadzieję, że moja radość nie okaże się przedwczesna i za miesiąc nie wrócę tu odszczekiwać wszystkie te peany :)




8. Krem Lipobase (a także Elo baza, którego nie ma na zdjęciu, ale uwielbiam oba!)

Kosmetyk, który nie raz uratował mi twarz - tu mała dygresja, ponieważ jak się niedawno okazało, zdiagnozowano u mnie ŁZS (czyli Łojotokowe Zapalenie Skóry), które nasila się w okresach intensywnego stresu i niestety objawia się potwornym wręcz wysuszeniem skóry w niektórych partiach (okolice nosa, brody, uszy, czasem szyja, powieki oraz linia przy włosach) - kto czegoś podobnego nie przeżył, ten pewnie nawet nie jest w stanie sobie tego wyobrazić, bo to jest po prostu koszmar - obłażenie żywcem ze skóry :( 
Dlatego kosmetyki takie jak Lipobase, które jednocześnie nawilżają, natłuszczają i łagodzą te objawy, są prawdziwym skarbem. Minus jest taki, że Lipobase wchłania się tylko do pewnego stopnia, więc generalnie po aplikacji świecę się jak psu jajca, ale cóż - wolę to, niż wyobrażać sobie, że jestem jaszczurką :P




9. Masło shea. 

Właściwie chyba też nie mam co się zbytnio rozwodzić - uniwersalny klasyk - używam go niemal do wszystkiego - począwszy od twarzy, ust, przesuszonych części ciała, jako maskę na stopy, nawilżacz do skórek, a czasem nawet jako okład na włosy. Uwielbiam i koniec. Zwłaszcza w chłodniejszych porach roku staram się wyszukiwać kosmetyki z dodatkiem masła shea - głównie w produktach do rąk i stóp.



10. Olej arganowy.

Kolejny produkt z milionem zastosowań. Ja używam głównie do twarzy i włosów, ale zdarza mi się rozprowadzić kilka kropel na wybrane miejsca na ciele (tam, gdzie pojawiają się jakieś podrażnienia, wysuszenie etc., na wysuszone dłonie, skórki i paznokcie, pod oczy) - często mieszam go z olejkiem ze słodkich migdałów i wówczas to już jest mieszanka prawie wybuchowa, w sensie kosmetyk idealny :)



11. Krem do skórek Burt's Bees. 

Skoro już jesteśmy przy skórkach, to nie mogę nie wspomnieć o tym kosmetyku, który choć niepozorny, naprawdę potrafi wiele :) Moje skórki go uwielbiają, chociaż przyznaję, że czasem są tak wysuszone, że muszę się wspomagać innymi preparatami. Ale używany regularnie (a ze względu na cudowny cytrynowy zapach, to sama przyjemność!), daje widoczne rezultaty. 
Ostatnio jednak (z uwagi na słabą dostępność na polskim rynku) zaczęłam szukać potencjalnego zamiennika i powiem szczerze, że nie wykluczam, że go znalazłam w postaci bardzo podobnego produktu z Lawendowej Farmy - testy trwają, ale póki co muszę powiedzieć, że Balsam do skórek z LF ma szansę zdetronizować BB, głównie ze względu na cenę oraz dostępność.



12. Balsam do ust Reve de Miel firmy Nuxe. 

Chyba nic nie robi tak dobrze moim ustom jak ten balsam - nie wyobrażam sobie nie mieć go przy łóżku, aby móc po niego sięgnąć przed snem. Co wieczór nakładam grubą warstwę i zapominam o problemie pękających i wysuszonych ust :) Można się przyczepić do opakowania (bo to niehigieniczny słoiczek, w którym maziamy paluchami!), ale mnie osobiście to nie przeszkadza, zwłaszcza że używam tego produktu wyłącznie wieczorem przed snem - w torebce noszę inne rzeczy :) 
Aktualnie również testuję kolejny potencjalny zamiennik, czyli Pomarańczowy Cukierek do ust, również z Lawendowej Farmy (jak widać, mamy spory potencjał, który może z powodzeniem konkurować z zagranicznymi firmami) - ten balsamik ma świetny, naturalny skład i póki co sprawdza się wyśmienicie. Na razie nie zdetronizował Nuxe'a, ale kto wie co przyniesie przyszłość :)




13. Balsam ułatwiający zasypianie z lawendą i bergamotką firmy Badger. 

Niestety to najtrudniej dostępny produkt ze wszystkich opisywanych powyżej - znalezienie go i sprowadzenie do Polski wymagało ode mnie trochę trudu, ale muszę powiedzieć, że opłacało się. Nie wiem jak wytłumaczyć fenomen tego produktu - jest to organiczny balsam o dość intensywnym zapachu, który wcieramy w skronie (i ewentualnie w przeguby dłoni) przed snem. Uwalniające się olejki eteryczne sprawiają, że po pierwsze łatwiej przychodzi nam zasypianie (a to liczy się zwłaszcza kiedy mamy jakiś bardziej stresujący okres, jak ja obecnie), a po drugie autentycznie budzimy się w lepszej kondycji i bardziej wyspani - wiem, że brzmi to co najmniej jak bajka o żelaznym wilku, ale u mnie sprawdza się to w 100%. Chwała Bogu, że to taki wydajny produkt, bo przynajmniej mogę mieć nadzieję, że zanim mi się skończy, to uda mi się go znaleźć w jakimś polskim sklepie :)



14. I ostatni produkt na dziś, który oczywiście kompletnie wyleciał mi z pamięci.

A mowa o kultowej oliwce blogerskiego światka, czyli Oliwce HIPP. 

Bardzo ją lubię i stosuję zamiennie ze wszelkimi masłami i balsamami do ciała. Ładnie pachnie, dobrze się wchłania, cudownie nawilża. Większej reklamy chyba nie potrzebuje, bo chyba wszyscy ją znają :)




Ufff, trochę mi się tego nazbierało...Oczywiście miałam rację, że o czymś zapomnę, dlatego sądzę, że za jakiś czas zrobię kontynuację tego mini cyklu.

Podoba Wam się idea przedstawiania takich osobistych Kosmetyków Wszechczasów?

A jak jest z Wami - macie takie produkty, których używacie od lat, czy raczej należycie do grupy poszukiwaczy i wolicie testować ciągle coś nowego? Chętnie poczytam jakie kosmetyki znalazłyby się na Waszej liście.

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...