Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Nie taki hardkor straszny, jak go malują - filmowo o Hardkor Disko

Rzadko piszę (i pewnie prędko się to nie zmieni) o polskim kinie. Nie dlatego, że jestem jakąś wielką filmową snobką, czy też uważam, że polskie kino skończyło się na "Człowieku z żelaza" (względnie na "Psach" i to oczywiście pierwszej części). Powód jest znacznie prostszy - żebym nie wiem, jak się starała, nie potrafię być do końca obiektywna i oceniać starania rodzimych twórców na podstawie tych samych kryteriów, co zwykle. Zazwyczaj więc kończy się to tak, że albo jestem nadmiernie pobłażliwa i wybaczam niedociągnięcia jednym strasznym zdaniem "no, jak na polski film, to było całkiem nieźle", albo jadę w drugą stronę, czepiając się wszystkiego jak rzep wiadomo czego. I tak źle, i tak niedobrze.

Nie twierdzę, że w naszej nowej kinematografii nie zdarzają się perełki (jestem np. zagorzałą wielbicielką Wojciecha Smarzowskiego, kameralnych dramatów w stylu "W imię" czy "Lęk wysokości", a także oryginalniejszych obrazów, takich jak "Dziewczyna z szafy"), ale marzyłoby mi się, żeby takie tytuły nie były jedynie chlubnymi wyjątkami w zalewie jakichś straszno-śmiesznych masakr, które mogą się przyśnić w nocy co wrażliwszym widzom.

Poza tym nie od dziś wiadomo, że my Polacy jesteśmy jak jeden mąż profesjonalnymi krytykami filmowymi, jeśli chodzi o nasze własne podwórko i Boże broń, żeby ktoś nam zarzucił, że się nie znamy - ZAWSZE się znamy! Na wszystkim! Dlatego nauczyłam się dwa razy zastanowić, zanim zacznę wygłaszać publicznie własne opinie, nie za bardzo chcąc dawać do ręki dodatkowy oręż tym, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, że "hańba!" i że "skandal" i że w ogóle polskie kino to dno, albo nawet i gorzej.

A jednak chciałabym wspomnieć o filmie, który zapadł mi w pamięć i który uważam jeden z ciekawszych debiutów, jakie obejrzałam w przeciągu ostatnich miesięcy. Owszem, ma on swoje niedociągnięcia i poniższe słowa, które napisałam* już jakiś czas temu, nadal są dla mnie aktualne, ale przyznam się, że obejrzawszy w międzyczasie całkiem sporo polskich filmów (z których większość stanowiły niestety ciekawe pomysły z kiepską lub bardzo kiepską realizacją), dziś na własny użytek oceniam go znacznie lepiej.

*moja recenzja ukazała się wcześniej standardowo na portalu filmosfera.pl

Zapraszam zatem do lektury, a także osobistej weryfikacji poniższej opinii w kinie :)


Krzysztof Skonieczny zaczął swoją przygodę z reżyserią od teledysków i oglądając "Hardkor Disko" nie sposób o tym zapomnieć. Od strony wizualnej, estetycznej i muzycznej, ten obraz to perełka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to pełnometrażowy debiut. Wszystkie sceny są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a połączenie bardzo malowniczych ujęć, przeplatanych autentycznymi nagraniami z kaset VHS i świetnej ścieżki dźwiękowej sprawia, że łatwo wsiąknąć w tę historię.
Ale...(bo wiadomo, że jakieś "ale" się pojawi). Efektowne sceny i długie ujęcia to jedno, a opowiadana historia to zupełnie co innego. Od strony fabularnej bowiem film niestety dość mocno kuleje, postaci są za bardzo papierowe, ich zachowanie mało prawdopodobne i raczej irracjonalne (kto przy zdrowych zmysłach wpuściłby do domu kompletnie obcego chłopaka, nie zadając sobie właściwie żadnego trudu sprawdzenia czegokolwiek na jego temat?!), a część scen, choć realizatorsko imponująca, wydaje się kompletnie wyrwana z kontekstu. Scena nie staje się bowiem symboliczna tylko z tego powodu, że jest ładnie nakręcona i kiedy umieści się ją w przypadkowym miejscu w filmie (tak jak bohater nie staje się anarchistą poprzez pokazanie jak rzuca w policję koktajlem Mołotowa) - tu można zadać sobie pytanie, czy ta tendencja to swoista maniera reżysera i pozostałość po kręceniu teledysków, czy też jedna z najtrafniej uchwyconych cech portretowanego pokolenia, czyli nieustająca potrzeba bombardowania nowymi bodźcami - wszystko musi być intensywne, głośne, przerysowane, bo nasz mózg oduczył się już odbierania bardziej subtelnych sygnałów. 

Niewątpliwie "Hardkor Disko" to debiut interesujący (choć przypominając sobie całkiem trafny filmowy dialog o "interesujących gniotach", określenie to nabiera nieco sarkastycznej wymowy) i myślę, że ma spore szanse na zdobycie popularności u młodych widzów. To taka współczesna, polska wersja "Buntownika bez powodu", która pokazuje drzemiący w młodym reżyserze potencjał - na razie wprawdzie jest to raczej poszukiwanie swojego miejsca i tożsamości, ale zarazem to, co wyraźnie przebija przez wszystkie niedociągnięcia sugeruje, że Krzysztof Skonieczny faktycznie ma coś do powiedzenia i pokazania. 


Jednocześnie dla mnie osobiście "Hardkor Disko" jest nieco za mało realistyczne jak na wiarygodny dramat i za mało "odjechane" jak na obraz symboliczny - wolałabym, żeby Skonieczny bardziej zdecydowanie poszedł w jedną lub drugą stronę, bo takie stanie okrakiem rzadko komu wychodzi na dobre. Film ogląda się wprawdzie z zaciekawieniem i estetyczną przyjemnością (a także lekkim dyskomfortem psychicznym podczas świetnie nakręconych, ale i brutalnych scen), ale brakuje w nim emocjonalnego dialogu z widzem. Owszem, przez większość seansu historia trzyma nas we względnym napięciu, ale jednocześnie nie wywołuje u oglądającego poczucia jakiejkolwiek więzi z bohaterami. Zarówno matka, jak i ojciec są w całym swoim luzie i "młodzieżowości" zwyczajnie irytujący (choć każde z nich w inny sposób), a Ola ma mentalność nastolatki z osobowością borderline i jej histeryczne miotanie się we wszystkie strony po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Główny bohater zaś sprawia wrażenie, jakby nie do końca sam wiedział, dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób - w pewnym momencie cała otoczka jego groźnej, cichej tajemniczości zapętla się na kształt węża połykającego własny ogon.

Aż do końca nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę nim kieruje  - pragnienie zemsty, nienawiść, samotność, czy chęć zniszczenia rodziny, której sam został pozbawiony? Dla mnie ten wątek nie został wystarczająco rozwinięty, a postać głównego (anty)bohatera wysyła takie mnóstwo sprzecznych sygnałów, że w rezultacie niezmiernie łatwo jest stworzyć sobie z tych fragmentów zupełnie alternatywny scenariusz (wcale nie gorszy od oryginalnego pomysłu!).

Marcin przez większość filmu obserwuje wszystko z obojętną ciekawością drapieżnika, przejawiając wręcz cechy psychopatyczne (jest skupiony wyłącznie na swoim celu, bez przywiązywania wagi do moralnej strony swojego planu), a jednak po fakcie wykazuje coś w rodzaju śladowych wyrzutów sumienia. Jednocześnie scena uwolnienia pod koniec uśpionej furii nie do końca pasuje mi do obrazu tej postaci. Bardziej przemówiłoby do mnie utrzymanie tej psychopatyczno-obojętnej pozy z początku filmu - zwłaszcza, że spojrzenie Kowalczyka jest zarazem hipnotyzujące, jak i podszyte szaleństwem (co widać także w świetnej scenie wzrokowego pojedynku z agresywnym dresiarzem - w którego wcielił się - nomen omen - sam reżyser) i zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi uwierzyć w to, że to postać trochę w stylu Paula i Petera z filmu "Funny Games" M. Hanekego, którzy na pytanie "dlaczego to robicie?" odpowiadają "a dlaczego nie?", niż w ten nieco przestylizowany amok i swoistą "misję". 


Ponieważ jednak jak wspomniałam na samym początku- nie ma nic łatwiejszego niż krytyka cudzego dzieła, a także szczerze doceniam zarówno sam pomysł, jak i sposób realizacji filmu, jestem zdania, że obraz Skoniecznego jest wart obejrzenia - choćby po to, aby przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie jest to głos pokolenia, do którego należymy. A jeśli nie, to warto chociaż sprawdzić, jak bawią  się ludzie z "hajsem", brakiem kompleksów, jakichkolwiek wartości i wrodzoną arogancją. Dla znacznej większości widzów pewnie będzie to konfrontacja ze swoistą egzotyką (w końcu ilu z nas bierze udział w nielegalnych wyścigach samochodowych, czy bawi się do upadłego, wciągając kokę przy pomocy zrolowanej setki?), w dodatku egzotyką raczej pretensjonalną, ale przyznam się, że te "imprezowe epizody" zaciekawiły mnie na tyle, że chętnie obejrzałabym pogłębioną odsłonę życia młodego pokolenia pokazaną oczami reżysera.   

Na koniec zaapeluję jeszcze - bezwzględnie zapamiętajcie sobie nazwiska reżysera Krzysztofa Skoniecznego oraz odtwórcy głównej roli Marcina Kowalczyka (któremu można jedynie pozazdrościć niesamowitej ekranowej charyzmy i swobody, z jaką wciela się w odgrywaną postać). Jeśli któremuś z panów gdzieś po drodze nie powinie się noga, to każdy z nich ma szansę porządnie namieszać w polskim kinie. Oby.

No i trzymajmy kciuki za sukces filmu na wszelakich festiwalach! :)

A w pozostałych rolach występują bardzo interesująca młodziutka aktorka Jaśmina Polak (debiutująca na dużym ekranie) oraz Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior.

Na koniec standardowo spytam: byliście/ widzieliście/ wybieracie się/ podobało się/ co myślicie??

A następnym razem napiszę Wam o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki widziałam od dłuższego czasu! 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bombonierka, czyli filmowo o Grand Budapest Hotel

Żyję. To dla tych, którzy się zastanawiali. A dla wszystkich (bez względu na to, czy się zastanawiali czy nie), recenzja absolutnie wyjątkowego filmu, na który czekałam z zapartym tchem od momentu, kiedy tylko usłyszałam, że powstaje. A potem wyszłam z kina zauroczona dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. A nawet bardziej. 


 Wes Anderson jest bez wątpienia jednym z reżyserów, którzy już od swojego debiutu rezydują w świecie filmowym w stałym miejscu, gdzieś na granicy geniuszu i szaleństwa. Właściwie dowolny tytuł, który wyszedł spod jego ręki można by umieścić w słowniku jako ruchomą ilustrację hasła "fantasmagoria" - dlatego też do zachwytu nad jego dziełami bardzo przydatna (żeby nie powiedzieć niezbędna) jest odpowiednia wrażliwość. Ci, którzy widzieli choćby jeden z wcześniejszych filmów reżysera, wiedzą mniej więcej, czego można się spodziewać po jego kolejnym tytule. Ci, którzy w kinie łakną oczarowania i baśniowych fantazji (ale raczej rodem z mrocznych opowieści braci Grimm aniżeli przesłodzonych disneyowskich obrazków), także powinni być zachwyceni. Jeśli natomiast należycie do widzów, nadających na nieco bardziej logicznych falach, to śmiem twierdzić, że magia i wdzięk najnowszego obrazu Andersona może okazać się dla Was ciężka do przełknięcia. 

"Grand Budapest Hotel" to obraz kunsztowny, przypominający ekskluzywną bombonierkę, pełną przepięknie zapakowanych czekoladek, z których każda stanowi smakową niespodziankę. Jego misterna i wyszukana konstrukcja sprawia, że jest to film, który można (i należy) obejrzeć więcej niż jeden raz, albowiem nawet przy bardzo uważnym śledzeniu tego, co odkrywa przed nami reżyser, nie jesteśmy w stanie docenić wszystkich maleńkich klejnocików, z których składa się ten obraz. 

To szkatułkowa opowieść, w której dostajemy historię zamkniętą w innej historii, pełną kolejnych warstw i zupełnie niespodziewanych zwrotów; równie szaloną, co fantazja Andersona. W dodatku wszystko rozgrywa się w przepięknie skonstruowanym świecie wymyślonym przez reżysera, w którym nawet najdrobniejszy szczegół nie został pozostawiony przypadkowi - już od pierwszych sekund naprawdę przenosimy się do innej rzeczywistości, trochę baśniowej, trochę artystycznej i zapewniam, że ten stan dziecięcego olśnienia nie opuści nas aż do napisów końcowych. Opowiadana historia stanowi raczej pretekst do pokazania rozpędzonego pociągu andersonowskiej wyobraźni oraz całego szeregu błyskotliwych i dowcipnych dialogów, aniżeli cel sam w sobie. Trzeba jednak powiedzieć, że choć w pierwszej chwili możemy mieć wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią, to w ostatecznym rozrachunku fabuła filmu także się broni. 


W centrum wydarzeń mamy Gustawa H., zarządcę ekskluzywnego tytułowego hotelu, który zostaje uwikłany w szeroko zakrojoną intrygę przy okazji kradzieży cennego obrazu. Sensacyjna akcja rodem z surrealistycznej farsy rozgrywa się na tle wydarzeń, które ciężko zaliczyć do zabawnych, a mianowicie para-nazistowskiej agresji na fikcyjne państwo Żubrówki w Centralnej Europie, co nadaje całej historii nieco mroczniejszy wydźwięk. Zresztą Anderson z równą swobodą bawi się komediowym absurdem, by chwilę później przeskoczyć do poważniejszych tematów. Widz zostaje więc bezlitośnie wciągnięty w abstrakcyjny miks miłości, śmierci, wojny i przemocy, pokazanych jednak w sposób przywołujący na myśl estetykę komiksową, a nawet dziecięce kreskówki. Osią, na której opiera się film, jest cudownie pokazana pogłębiająca się relacja Gustawa z hotelowym boyem, a kreacja Ralpha Fiennes'a, wcielającego się w postać dziwacznego mentora to prawdziwa perełka. Dla tych, którzy mają w pamięci jego najmocniejszą rolę w "Liście Schindlera", ta komediowa odsłona może być sporym zaskoczeniem. A jednak sposób, w jaki Fiennes balansuje pomiędzy wyrafinowaniem i (niekiedy naprawdę mocno) zaskakującym optymizmem, ani razu nie popadając w przesadną śmieszność, jest najlepszym świadectwem klasy tego aktora - jego Gustaw H. jest zabawny, ale nigdy nie pretensjonalny i od pierwszej chwili kradnie serca widzom. W tym miejscu nie można nie wspomnieć o całej plejadzie ulubionych aktorów Andersona, z których część pojawia się w większych (i raczej nietypowych dla siebie) rolach, a część zaledwie w epizodach, wzbudzając jednak u widowni taki sam entuzjazm - właściwie przez większą część filmu możemy swobodnie bawić się w grę pt. "kto ze znanych aktorów pojawi się w następnej scenie". W obsadzie mamy więc świetnego debiutanta Tony'ego Revolori oraz ekipę marzeń niejednego reżysera, w której znajduje się m.in. Adrian Brody, Willem Defoe, Tilda Swinton, Edward Norton, Jude Law, Harvey Keitel, Jeff Goldblum, Owen Wilson, Bill Murray, czy nawet George Clooney (przez dosłownie 2 sekundy). 


Im mniej wiemy o samej fabule przed obejrzeniem filmu, tym lepiej dla nas - w ten sposób mamy możliwość podziwiania niezwykłego świata stworzonego przez Wesa Andersona bez uprzedzeń i bez oczekiwań, skupiając się jedynie na samej przyjemności płynącej z oglądania czegoś oryginalnego. Myślę, że najlepszym podsumowaniem zarówno osoby reżysera, jak i postaci jego filmowego bohatera, Gustawa H. może być jedno ze zdań, które pojawia się pod koniec filmu - "podtrzymywał iluzję z nadzwyczajnym wdziękiem". Bo "Grand Budapest Hotel" to iluzja, której nie da się (ani nie chce) wyrzucić z pamięci jeszcze długo po zakończonym seansie. 

W skrócie - kto jeszcze nie widział, ten niech maszeruje do kina. A ci, co widzieli, niech dadzą znać, czy i jak im się podobało. 
I w ogóle to Happy Birthday drogi blogu, bo w międzyczasie stuknęły Ci dwa lata. Kupa czasu. I takie tam. 
Do następnego!

sobota, 8 marca 2014

Hurtowy wpis filmowy cz.2 Mads Mikkelsen odsłona pierwsza

No i bach, kolejny wpis filmowy, druga część hurtowego przeglądu :)

Tym razem głównym bohaterem będzie Mads Mikkelsen, ponieważ uważam, że to jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów, obdarzony taką ekranową charyzmą, że na dobrą sprawę mógłby z powodzeniem przez półtorej godziny siedzieć nieruchomo przed kamerą i przełykać ślinę, a i tak stworzyłby niezapomnianą kreację. Dla tych z Was, którzy nie bardzo wiedzą, o kim mowa, napiszę w skrócie, że Mads jest Duńczykiem i już od początku swojej kariery filmowej wybierał postaci charakterystyczne i zapadające w pamięć, stopniowo wybijając się coraz bardziej i stając się symbolem aktorskiej jakości oraz z czasem także najsłynniejszym duńskim "towarem eksportowym". Bardzo podoba mi się w nim to, że nawet po tym, kiedy został zauważony przez Hollywood i zdobył popularność za oceanem, jego kariera nadal biegnie dwutorowo - nadal kręci filmy także w Europie, ceni sobie życie rodzinne i ma ogromny dystans do całego blichtru i rozgłosu wokół siebie. Do najbardziej rozpoznawalnych tytułów oraz granych przez niego postaci należy bez wątpienia najnowsze wcielenie najsłynniejszego psychopaty ever, czyli Hannibala Lectera w serialu NBC (to jest rola wybitna podwójnie - po pierwsze sama w sobie, a po drugie jako coś, co dla aktora jest niezwykle ciężkie do dźwignięcia, a mianowicie wcielenie się w postać, która została wcześniej zagrana DOSKONALE i bez jednej fałszywej nuty przez Anthony'ego Hopkinsa - a jednak Mikkelsenowi udało się dokonać prawie niemożliwego i zbudował postać od nowa w taki sposób, że nie tylko nie jest ona zaprzeczeniem roli Hopkinsa, ale wręcz stanowi jej dopełnienie - to się nazywa aktorski geniusz!), Lucas w "Polowaniu" (o którym więcej będzie poniżej), czy Le Chiffre w jednym z Bondów - Casino Royale. Jednak poza tymi filmami, w dorobku Madsa znajduje się mnóstwo fantastycznych i mniej znanych tytułów, po które warto sięgnąć, bo każdy z nich jest absolutnie wyjątkowy i daje do myślenia.
Dziś napiszę o kilku z nich, a parę innych zostawię na następny raz :)


The Hunt, czyli Polowanie (w oryginale Jagten) był silnym ubiegłorocznym kandydatem do Oskara w kategorii filmów obcojęzycznych - kibicowałam mu z całych sił, ale niestety niewystarczająco, jak się okazało (przegrał z innym, podobno równie wybitnym obrazem - Wielkie piękno, który nadal jest przede mną, więc ograniczę się tylko do tej krótkiej wzmianki). Wyreżyserował go Thomas Vinterberg, o którym wspominałam pokrótce przy okazji filmu "Submarino" TUTAJ. Przyznam się, że miałam chęć pokusić się o pełną recenzję tego obrazu, bo to prawdziwy klejnot w swojej kategorii, ale nie jestem pewna, czy nie odstraszyłabym Was poziomem mojego entuzjazmu :)
"Polowanie" to film bez jednej zbędnej sceny, zrobiony z taką finezją, że praktycznie od pierwszych minut widz zostaje po prostu wciągnięty w pokazywany świat i staje się uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko ich biernym obserwatorem. Sama historia jest bardzo ciężka, bowiem porusza temat molestowania seksualnego dzieci, a także (w większym stopniu) przedstawia mechanizmy, jakie funkcjonują w małej zżytej ze sobą społeczności. I to ten drugi aspekt pokazany jest w tak mistrzowski sposób, że czujemy się, jakbyśmy co jakiś czas dostawali cios pięścią w żołądek - za sportretowanie grupy, która  za sprawą jednego zdania jest w stanie przejść w mgnieniu oka od przyjaźni i zażyłości do nienawiści i prawie publicznego linczu, Vinterbergowi należą się stojące owacje. A Mikkelsen jako Lucas, który w całym szaleństwie stara się za wszelką cenę zachować zimną krew i godność, jednocześnie wzrusza, wzbudza współczucie i ogromną sympatię i po prostu zwala z nóg - jeśli szukacie aktorstwa na najwyższym poziomie, to znajdziecie je w tym filmie. Ostrzegam jednak lojalnie, że chyba każdy zdrowo myślący człowiek podczas oglądania będzie czuł narastającą złość, bo ten obraz po prostu dotyka czułych strun i pokazuje ludzi od nieprzyjemnej strony, od której wolelibyśmy siebie nie oglądać. Dodatkowym "smaczkiem" są dwa, czy trzy zdania po polsku (w dodatku wypowiedziane taką ładną Polszczyzną, że chapeau-bas, Alexandro Rapaport!), chociaż bohaterka o imieniu Nadja niekoniecznie może jednoznacznie kojarzyć się z naszym krajem.
Niedawno obejrzałam jeden z wywiadów, jakich udzielił Thomas Vinterberg i spodobało mi się to, jak opowiedział, że istotą tego filmu jest skonfrontowanie zwykłych ludzi z tematem, który we współczesnym społeczeństwie stanowi jedno z największych tabu - molestowaniem dzieci - powiedział także, że przez cały film starał się utrzymać coś w rodzaju sympatii do tej społeczności (a przynajmniej do większości z osób), ponieważ tak naprawdę oglądając tę historię, mimo naszego oburzenia i narastającej wściekłości, nie możemy do końca potępić ich postępowania - to chyba jest najbardziej męczące, że zdajemy sobie sprawę z tego, że w obliczu takiego ciężkiego oskarżenia (bo przecież przez długi czas wszyscy są przekonani, że to prawda) logika i rozsądek zawodzą, a wówczas do głosu dochodzą przede wszystkim bardzo silne i negatywne emocje. Również Mads w wielu wypowiedziach stwierdził, że ten film dlatego tak mocno oddziałuje na ludzi, ponieważ pokazuje sytuację, w której nikt z nas nie chciałby się znaleźć - ani po jednej, ani po drugiej stronie i właściwie nawet oburzając się wewnętrznie, nie możemy ze 100% pewnością powiedzieć, że my zachowalibyśmy się zupełnie inaczej. To jest największa siła tego obrazu. 


Ze znacznie wcześniejszych filmów Madsa, warto również sięgnąć po "Open Hearts" (w oryginale Elsker dig for evigt) z 2002 r, bardzo ciekawy obraz nakręcony wg zasad Dogmy 95, w reżyserii Susanne Bier. To poruszająca historia czwórki ludzi, połączonych ze sobą dramatycznym wydarzeniem. Świat Joachima i jego narzeczonej, Cecille runął w gruzach w momencie bardzo poważnego wypadku chłopaka i od tego momentu każde z nich na swój sposób i z różnym skutkiem stara się dostosować do nowej sytuacji, miotając się jednocześnie z własnymi uczuciami, jak i stojącą pod znakiem zapytania przyszłością. Wypadek ten odciska również niezatarte piętno na życiu Marie i Nielsa (Mads Mikkelsen), wplątując ich w układ, z którego nie będzie łatwego wyjścia. To historia o ludzkich słabościach, namiętnościach, lęku przed samotnością, a także o tym, jak szybko i prosto można wszystko stracić - w dodatku pozbawiona wszelkich ozdobników, opiera się właściwie niemal wyłącznie na grze aktorów i głównie dlatego warto ją obejrzeć, bo wszystkie stworzone kreacje są rewelacyjne i właściwie przez cały film ciężko się zdecydować, komu powinniśmy kibicować, a kogo potępić, ponieważ postępowanie całej czwórki jest tak czysto ludzkie, że żadna z postaci nie jest ani w 100% pozytywna, ani zła. 


Ostatnim filmem, o którym chciałam wspomnieć w tej części, jest nieco dziwny niemiecki film pt. "Drzwi" (oryg. Die Tür) z 2009 r., który pewnie bym przeoczyła, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu uparłam się zapoznać z całą (lub prawie całą) filmografią Madsa :) Obiektywnie to nieco inna klasa filmu niż dwa wspomniane wyżej tytuły, ale pomysł fabularny jest na tyle ciekawy (i dobrze zrealizowany), że może jednak kogoś zachęcę :) "Drzwi" to trochę dramat psychologiczny, trochę thriller, w którego centrum znajduje się ceniony artysta, David (Mads), zmagający się ze śmiercią ukochanej córki. Film zawiera elementy z pogranicza fantasy, próbuje także sprowokować widza do odpowiedzi na pytanie "co byś zrobił, gdybyś dostał kolejną szansę?" i to mi się w nim szalenie spodobało, tak samo jak dość subtelne połączenie osobistego wymiaru dramatu i żałoby po stracie dziecka z narastającą coraz bardziej mroczną atmosferą. Nie znaczy to jednak, że film nie ma wad, bo niestety tą zasadniczą (dla mnie) jest zdubbingowanie Madsa (film jest niemiecki, większość aktorów także, więc siłą rzeczy i główny bohater z założenia miał mówić czysto i bez obcego akcentu) - niestety bardzo negatywnie wpłynęło to na mój odbiór filmu, bo przez dłuższy czas miałam problem ze skupieniem się na fabule, słysząc inny głos wydobywający się z ust mojego ulubieńca...Poza tym niedociągnięciem, sama historia także nie jest idealna i można się przyczepić zarówno do braku logiki w pewnych momentach (zakończenie, które nie do końca ma sens, gdyby chcieć je dokładnie analizować), jak i do zbędnych elementów, ale mimo wszystko film sam w sobie jest dość interesujący i jeśli ktoś lubi takie nieoczywiste historie, to jest szansa, że mu się spodoba :)

A w kolejnej odsłonie filmografii Madsa będę pisać m.in. o dwóch starszych rewelacyjnych filmach - "Jabłkach Adama" oraz "Tuż po weselu", więc szykujcie się na sporą dawkę entuzjazmu :) Oprócz tego mam jeszcze w zanadrzu kilka szwedzkich tytułów, więc tak szybko Wam nie odpuszczę :) Ale tym, którzy mają trochę dosyć zdradzę, że w ramach przerywnika będzie też coś kosmetycznego :)

Znacie/lubicie Madsa? Oglądaliście któryś z wymienionych filmów? A może macie jakiś ulubiony tytuł z jego udziałem? 

wtorek, 4 marca 2014

Who wants to live forever? - filmowo o nowym Jarmuschu

Nie wiem, czy to dobrze, czy nie, ale ten blog stopniowo może zostać zdominowany przez wpisy filmowe, z tego prostego powodu, że chwilowo jest to najbliższy mi temat. Nie wiem, czy tak zostanie na dłużej, czy też będę przeplatać opisy filmów z innymi tematami - jeśli macie chęć podzielić się ze mną swoimi refleksjami na ten temat, to zapraszam do komentowania :) 

A w międzyczasie poczytajcie sobie o nowym filmie jednego z reżyserów, na którego filmy urywałam się regularnie z lekcji w liceum :) Standardowo, poniższa recenzja ukazała się wcześniej TUTAJ


Nie mam najmniejszych wątpliwości, że najnowszy obraz Jima Jarmuscha - jednego z tych reżyserów, których nadal na jednym oddechu wraz z nazwiskiem określa się automatycznie jako "kultowych", wywoła wśród widzów skrajne oceny - jest to bowiem film z rodzaju tych, które albo od pierwszych scen nas zachwycą i wchłoną, albo znudzą i zirytują do granic możliwości. Z pewnością nie jest to film, który poleca się komuś, kto szuka w kinie "czegoś fajnego do obejrzenia", czy czystej rozrywki i zrelaksowania. Nie poleciłabym go także komuś, kto lubi precyzyjne i konkretne kino. I zwartą fabułę. Ani - paradoksalnie - wielbicielom wampirów. Jeśli natomiast lubicie: Jarmuscha/aktorów występujących w tym obrazie/piękną muzykę i wnętrza/kino eksperymentalne/melancholijne historie o kryzysie egzystencjalnym/filmy, w których "nic się nie dzieje", to z pewnością jest to tytuł dla Was :)

Jeśli chodzi o wampiry, to po jakimś milionie tytułów wykorzystujących ten motyw mogłoby się wydawać, że nic nowego w tym temacie nie da się już wymyślić. A jednak okazuje się, że nadal możliwe jest znalezienie świeżego i oryginalnego spojrzenia i pokazanie tego zagadnienia od nieco innej strony.

Obawiam się, że każda próba opisania filmu "Tylko kochankowie przeżyją" z założenia będzie porażką. Ten film bowiem to uczta dla naszych zmysłów i emocji, której po prostu trzeba się poddać - w przeciwnym wypadku można skończyć jak wiele osób w trakcie seansu, które wyszły w połowie, lub - jeśli dotrwały do końca - po zapaleniu świateł miały na twarzy jeden wielki znak zapytania. 

W maksymalnym skrócie to opowieść o wystylizowanej do granic możliwości dwójce wampirów, Adamie i Ewie. Adam (Tom Hiddleston) jest utalentowanym undergroundowym muzykiem z depresją i tendencjami samobójczymi, który od lat ukrywa się w domu na odludziu w Detroit (mieście, które w ostatnim czasie stało się niechlubnym amerykańskim symbolem gospodarczej i społecznej ruiny), komponując i kolekcjonując instrumenty z przeszłością i żywiąc się krwią kupowaną od skorumpowanego lekarza z pobliskiego szpitala. Ewa (Tilda Swinton) funkcjonuje dyskretnie (aczkolwiek luksusowo) w marokańskim Tangerze, utrzymując kontakt z innym leciwym wampirem - Christopherem Malrowe* (John Hurt) i próbując tchnąć na odległość w swojego ukochanego przynajmniej jakiś promyk optymizmu.Jedyny zwrot akcji nastąpi, kiedy w niespodziewane odwiedziny do połączonej znowu pary kochanków przybędzie nieokrzesana siostra Ewy o mentalności rozkapryszonej nastolatki, Ava (Mia Wasikowska) i która swoją wizytą wywoła totalny chaos i przewróci do góry nogami ustabilizowaną egzystencję głównych bohaterów. 

Jarmusch z premedytacją bawi się wampirzą konwencją, nonszalancko mieszając zarówno wszystkie oklepane stereotypy (wampiry są blade, stylowe, melancholijne, trochę pretensjonalne  i przypominają Lestata czy Louisa z "Wywiadu z wampirem") z własnymi pomysłami (ściąganie gościom rękawiczek jako rytuał powitalny gospodarza domu, czy krwawe lody, które wywołały wśród widowni paroksyzm śmiechu), a jednocześnie tworząc niepowtarzalną atmosferę, w której zanurza nas na 2 godziny. Tu trzeba wspomnieć, że zarówno strona wizualna (dopracowana w najdrobniejszych szczegółach) oraz muzyka są pełnoprawnymi bohaterami tej historii - główny motyw rozbrzmiewał mi w głowie jeszcze na długo po seansie i uważam, że soundtrack do tego filmu to prawdziwy majstersztyk. Oprócz tego reżyser niemal na każdym kroku wrzuca kolejne mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do literatury (*), muzyki, czy popkultury, a także snuje (raczej pesymistyczne) rozważania na temat ludzkiej egzystencji, współczesnych problemów społecznych i kierunku, w jakim zmierza świat (i ludzie, określani tu mianem "zombie"). 

Chyba w żadnym innym filmie o wampirach, istoty te nie zostały pokazane w tak...ludzki sposób - tu widzimy wyraźnie ich ból istnienia, wynikający być może z faktu obserwowania świata i zachodzących w nim od wieków zmian, a to, co do tej pory było podkreślane jako podstawowa zaleta wampirzego bytu, czyli życie wieczne, u Jarmuscha staje się czymś w rodzaju przekleństwa. 

"Tylko kochankowie przeżyją" to zarówno egzystencjalny dramat, ponadczasowa romantyczna love-story, jak i inteligentna komedia, w której humor podawany jest jednak na tyle subtelnie, że można go przeoczyć. Osobiście nie nazwałabym tego filmu arcydziełem, bo mimo mojej sympatii do nietypowych obrazów, zabrakło mi w nim czegoś istotnego, jakiegoś elementu scalającego tę historię i sprawiającego, że nie miałabym wrażenia oglądania wampirzej odsłony kanału National Geographic.   

Na zachętę fragment hipnotyzującego soundtracku wraz ze sceną z filmu:


Dla zainteresowanych - film będzie w kinach od najbliższego piątku, 7.03

czwartek, 27 lutego 2014

Hurtowy wpis filmowy, czyli co ostatnio obejrzałam (nie w kinie) cz.1

Jeśli chodzi o moje recenzenckie wycieczki do kina, to staram się na bieżąco wrzucać tutaj opisy wybranych filmów, które wcześniej pojawiają się w serwisie filmosfera.pl 

Ponieważ jednak nie zawsze mam czas i wenę na pełną recenzję, a oglądam całkiem sporo, to od czasu do czasu będę także w skrócie wspominać tytuły, które obejrzałam w domu, a które uznam za warte polecenia. Z reguły będą to pozycje mniej popularne, może trochę starsze, bo mam słabość do kina niekomercyjnego i jeśli "zafiksuję" się na jakimś temacie/aktorze/kraju, to potem z reguły lecę całą listą z jednej szufladki - w ten sposób już nie raz zdarzyło mi się odkryć jakiś ciekawy i oryginalny film, na który pewnie nigdy nie trafiłabym standardową drogą :)
Kiedyś wrzuciłam już podobny post, więc jeśli macie chęć, możecie się z nim zapoznać TUTAJ. Teraz być może zrobię z tego coś w rodzaju bardziej rozbudowanego mini-cyklu. 

Moją obecną małą "fiksacją" jest Skandynawia i jakoś tak się złożyło, że te pozornie spokojne i chłodne klimaty, skrywające z reguły pod powierzchnią coś o wiele bardziej mrocznego i zepsutego, bardzo się wpasowują w mój obecny nastrój. Ponadto zarówno Duńczycy, jak i Szwedzi mają taki zestaw świetnych aktorów, że wystarczy właściwie obejrzeć dowolny film (najlepiej wychodzą im dramaty), a potem zbierając szczękę z podłogi, wypisywać sobie listę nazwisk do zapamiętania :)

Moja ostatnia odsłona skandynawskiej fascynacji zaczęła się od serialu Bron/Broen, o którym pisałam TUTAJ, potem przyszła pora na Den som draeber (Those Who Kill). 


Serial na pewno wart jest polecenia, chociaż jego tematyka nie jest aż tak oryginalna, żeby zwalać z nóg - to po prostu bardzo przyzwoicie zrobiony kryminał, z dwójką interesujących postaci w rolach głównych - na tyle interesujących, żeby Amerykanie zdecydowali się nakręcić własną wersję - w marcu ma się pojawić ona w tv (chociaż z tego, co widziałam, w przepastnym internecie już chyba jest), a w postać młodej policjantki po przejściach wcieli się Chloe Sevigny. To, co wyróżnia ten serial spośród innych, to momentami dość ciężka tematyka i ciekawe podejście (co widać zwłaszcza w ostatniej części, która funkcjonowała w duńskich kinach jako samodzielny pełnometrażowy film - mamy tam mordercę z ostrymi zaburzeniami psychiki, który został wcześniej wypuszczony ze szpitala i pozostawiony sam sobie, ponieważ lekarze uznali, że jego brutalne fantazje nie stanowią realnego zagrożenia - fabuła tej części koncentruje się w równym stopniu na kryminalnej zagadce, jak i społecznej dyskusji o trafności takiego postępowania) - zarówno od strony psychologicznej, jak i policyjnej. Trochę mnie ciekawi, na ile wierna oryginałowi będzie wersja amerykańska, ale mimo wszystko pozostanę przy Duńczykach, zwłaszcza, że bardzo lubię Jakoba Cedergrena, który gra współpracującego z policją psychologa.
Lubię go tak bardzo, że aż dwa z trzech filmów, o których wspomnę poniżej, to właśnie wycinki z jego filmografii. 

Pierwszy z nich to "Terribly Happy" z 2008 r., dziwny, klimatyczny film z gatunku neo-noir, który momentami odrobinę przypomina swoją gęstą atmosferą wczesne obrazy Davida Lyncha. Cedergren wcielił się w Roberta, policjanta, który za karę zostaje zesłany na głęboką prowincję, do małego miasteczka w Południowej Jutlandii, w którym po pierwsze nic nie jest takie, jak się wydaje, a po drugie gdzie mieszkańcy przyzwyczajeni są do załatwiania problemów na własną rękę. Mamy tu bitą znudzoną żonę, która stanie się katalizatorem kolejnych nieszczęśliwych wydarzeń, dziwną zamkniętą społeczność, w której obcy znikają w tajemniczych okolicznościach i wrzuconego w to wszystko niezrównoważonego outisdera. W skrócie - niby nic się nie dzieje, ale jednak kilka razy dostajemy fabułą po głowie i jeśli lubicie takie trochę "dziwne" obrazy, to polecam i ten tytuł. W dodatku jest tam powiązanie z rodzaju tych, które zawsze sprawiają mi przyjemność, a mianowicie w jednej z ról wystąpił Kim Bodnia (który z kolei gra główną postać w serialu Bron/Broen i z którym Jacob Cedergren spotkał się także w dwóch odcinkach Den som draeber). 


Drugi film to całkiem inny gatunek i kaliber. "Submarino" to przytłaczający dramat o bardzo dysfunkcyjnej, a nawet patologicznej rodzinie i o tym, jak to, co przeżywamy w dzieciństwie wpływa na nasze dorosłe życie. Ostrzegam lojalnie, że to jest bardzo ciężki film (zwłaszcza dla osób, które mają dzieci) i choć na samym końcu można się dopatrzeć czegoś w rodzaju małego promyczka nadziei, to jednak większość historii jest raczej dołująca. To opowieść o dwóch braciach, wychowywanych (chociaż w tym przypadku to słowo zdecydowanie na wyrost) przez matkę alkoholiczkę, którzy opiekują się swoim maleńkim braciszkiem. Spotykamy ich ponownie po wielu latach, obserwując jak tragedia z dzieciństwa odbiła się na ich życiu - jeden z nich ma problem z przystosowaniem się do życia w społeczeństwie, orbitując gdzieś na jego obrzeżach, spędzając dni na piciu i ćwiczeniach w siłowni, drugi wprawdzie dorobił się synka, którego kocha ponad wszystko, jednak jego słabość do narkotyków doprowadzi do kolejnego dramatu. Bracia spotykają się raz na pogrzebie matki, a następnie na krótko w więzieniu i właściwie na tym zakończę ten opis. Film wyreżyserował Thomas Vinterberg, który wyrobił sobie nazwisko po świetnym "Festen" (a ostatnio także rewelacyjnym "Polowaniu") i choć "Submarino" nie jest kręcony metodą dogmy, to realizm i smutek tej opowieści jest naprawdę uderzający. Polecam, jeśli macie nastrój na prawdziwy dramat, albo chcecie sprawdzić swoją emocjonalną odporność. 


Z nieskandynawskich ostatnio obejrzanych (z niezwykłym dla mnie poślizgiem) filmów, polecam także "Blue Jasmine", czyli ostatni obraz Woody'ego Allena. W.A. to jeden z moich ukochanych twórców i przyznam się, że jeśli chodzi o niego, to nie potrafię być obiektywna; w dodatku mam ogromną słabość do jego poważnych produkcji (jednym z moich ukochanych filmów wszechczasów jest "Wrzesień"), więc nie jest żadnym zaskoczeniem, że i Blue Jasmine mi się spodobała. Warto jednak wspomnieć, że TO NIE JEST KOMEDIA - wręcz przeciwnie, ten film jest tak depresyjny, jak tylko się da, zmusza do myślenia o naszym własnym życiu i tym, w jakim kierunku zmierzamy, więc niech nie zwiedzie Was nazwisko reżysera, ani materiały promocyjne, bo możecie przeżyć spore zaskoczenie! To mistrzowsko zagrana (zarówno przez Cate Blanchett, za którą będę trzymać kciuki podczas tegorocznych Oskarów, jak i fantastycznie partnerującą jej Sally Hawkins) i bardzo smutna historia mocno niestabilnej psychicznie Jasmine, która boryka się z nagłą i niespodziewaną utratą wszystkiego. Przez półtorej godziny obserwujemy jej mniej lub bardziej histeryczne zmagania z usuwającą się spod stóp ziemią i kolejne próby powrotu do równowagi, a jej bohaterka koncertowo przechodzi od wzbudzania naszej sympatii i współczucia, przez lekką niechęć, antypatię i irytację, aż po coś w rodzaju zabarwionego życzliwością politowania. Wiele osób porównuje kreację Blanchett do Blanche Dubois z "Tramwaju zwanego pożądaniem" i coś faktycznie w tym jest - obie kobiety są równie rozedrgane i na skraju załamania nerwowego i obie ogląda się z fascynacją, ale i przerażeniem. Dla mnie to jeden z lepszych filmów nakręconych w ostatnich latach przez mojego ulubieńca i polecam go z całego serca!

Nie wiem, czy Was zachęciłam, ale może mi się udało :) Znacie któryś z wymienionych przeze mnie tytułów? A może oglądaliście ostatnio coś ciekawego, o czym chcecie wspomnieć?  

poniedziałek, 24 lutego 2014

Moje lektury - kryminalnie Craig Russell

Trzymając się obietnicy pisania częściej (choć być może nieco mniej rozwlekle niż zazwyczaj, co w ostatecznym bilansie może wyjść Wam, moi mili czytelnicy na dobre i co na razie udaje mi się raczej średnio), chcę dziś wspomnieć o początku książkowej serii, w którą się wciągnęłam (zanim o niej zapomnę, również zgodnie z tym, o czym pisałam we wstępie do TEGO wpisu) :) 

Czytam właściwie non stop i przez to mam spory przerób (a od kiedy jestem posiadaczką Kindle, to ta ilość jeszcze się zwiększyła - nie wiem, czy też tak macie?). Dlatego często zdarza mi się, że po zakończeniu jednej książki, od razu zabieram się za kolejną, potem za następną i zanim się zorientuję, jestem już 10 tytułów dalej i nie pamiętam, o czym chciałam pisać :) 

Dlatego - dopóki pamiętam - dziś chcę Wam polecić autora, którego odkryłam jakiś czas temu i który na szczęście okazał się zarówno utalentowany, jak i pisarsko płodny (prywatnie może także, ale ten aspekt akurat mniej mnie interesuje) - tak więc stworzył całą serię z fajnym bohaterem, dzięki której mam zapewnioną rozrywkę na co najmniej kilka tygodni :) 

Autor, o którym piszę nazywa się Craig Russell i jest Szkotem (co zważywszy na umiejscowienie akcji jego powieści w Hamburgu, wcale nie jest takie oczywiste) z fiksacją na punkcie Niemiec (patrz uwaga o miejscu akcji). Do tej pory znany jest z dwóch niezależnych od siebie serii - napisał 6 tomów o niemieckim (a właściwie niemiecko-brytyjskim) detektywie Janie Fablu oraz 4 części o szkockim detektywie Lennoxie.  

Na razie jestem po lekturze dwóch pierwszych tomów z serii hamburskiej, którymi są "Krwawy Orzeł" oraz "Baśniowy Morderca" (znany także pod tytułem "Brat Grimm").  Od razu uprzedzam, że radzę zabierać się do lektury zgodnie z porządkiem serii, ponieważ poza wątkiem kryminalnym, książki zawierają sporo wątków pobocznych i nie zachowując kolejności, możemy się lekko pogubić (piszę z doświadczenia, bo sama zaczęłam od drugiego tomu i dowiedziałam się o części zdarzeń z poprzedniej książki odrobinę za wcześnie). 



Fabuła jak to fabuła w kryminałach/thrillerach zwykle bywa - trochę zawiła, a morderca jest zarówno szalenie inteligentny, jak i przebiegły i lubi wodzić policję za nos. Mnie osobiście chyba nieco bardziej przypadła do gustu ta z "Brata Grimm"/"Baśniowego Mordercy" (jak można się domyślić po tytule, morderca inspiruje się słynnymi baśniami zebranymi przez braci Grimm, a konkretniej ich oryginalnymi, nieprzerobionymi i makabrycznymi wersjami) - po pierwsze podoba mi się oryginalny pomysł, a po drugie autor z każdą kolejną książką się rozkręca i szlifuje warsztat. "Krwawy Orzeł" jest dla mnie trochę za bardzo skomplikowany, za dużo w nim wątków - ni to polityczno-społecznych, ni to historycznych, chociaż z kolei tu spodobały mi się odniesienia do nordyckiej mitologii. 

Tym jednak, co najbardziej mnie ujęło w tej serii, jest postać głównego bohatera, detektywa (tak naprawdę to ma on pozycję nadkomisarza) Jana Fabla, opisywanego jako "angielski komisarz", ze względu na swoje pochodzenie oraz nieskrywaną anglofilię. Przez to cały czas czuje się lekko "niedopasowany" do otoczenia i ma poczucie bycia outsiderem, co w zależności od okoliczności może być plusem, lub minusem. Lubię jego przemyślenia, sposób wiecznego analizowania wszystkiego, to że mimo wieloletniego doświadczenia, nadal przejmuje się swoją pracą i ofiarami i makabryczne morderstwa potrafią nim wstrząsnąć. Lubię jego stosunek do podwładnych, to jak stara się na swój sposób nimi opiekować, bez zbytniego angażowania się w ich życie prywatne. Doceniam także to, że nie jest on ani superbohaterem, ani zgorzkniałym nieudacznikiem (ok, wiadomo, że Harry Hole czy Wallander są absolutnie uroczy, ale przyznam się, że po kilkunastu książkach z niemal identycznymi wzorami głównej postaci miałam chęć na kogoś bardziej zwykłego i mniej pooranego przez życie). Widać, że postać ta została napisana z sympatią i taką samą sympatię wzbudziła we mnie. Dlatego po dwóch przeczytanych tomach, mam chęć na więcej - właśnie zaczęłam trzecią część, czyli "Eternal", a w kolejce czekają kolejne tytuły :)

Gwoli ostrzeżenia wspomnę jeszcze tylko, że opisy zbrodni w obu przeczytanych przeze mnie tomach (i jak się domyślam, w kolejnych pewnie także) są naprawdę drastyczne, dlatego może ci z Was, którzy mają słabsze żołądki, niech mają to w pamięci zanim zabiorą się za czytanie. Ja jestem zaprawiona w bojach i wycinanie płuc czy wyrywanie żeber nie robi na mnie specjalnego wrażenia (w książkach, rzecz jasna, bo jako wzrokowiec zdecydowanie mocniej reaguję na takie sceny w filmach - chociaż czytając, też potrafię je sobie dość barwnie zwizualizować), ale przyznaję, że niekoniecznie miałam ochotę na jedzenie w trakcie/tuż po owych lekturach :)

Tak dla pełnej informacji, podaję listę tytułów:
Seria z Janem Fablem: 
- Blood Eagle - 2005 - Krwawy Orzeł  (pl 2006) ,
- Brother Grimm -2006- Baśniowy Morderca/Brat Grimm (pl 2007/2011),
- Eternal -2007- Zmartwychwstały (pl 2013),
- The Carnival Master -2009,
- The Valkyrie Song - 2009 - Pieśń Walkirii (pl 2013), 
- A Fear of Dark Water - 2011, 

Seria z Lennoxem: 
- Lennox - 2009 - Lennox (pl 2012), 
- The Long Glasgow Kiss - 2010 - Długi pocałunek z Glasgow (pl 2013),
- The Deep Dark Sleep - 2011 - Długi kamienny sen (pl 2013),
- Dead Men and Broken Hearts - 2012,

Znacie tego pana?

Dla zainteresowanych, którzy nie śledzą bloga regularnie - TU poprzedni wpis z tego cyklu, o innej autorce kryminałów. 

czwartek, 20 lutego 2014

Serialowo-kryminalnie - o skandynawskim Bron/Broen

Ok, obiecałam, że postaram się częściej pisać, to macie :) Mój "problem" polega na tym, że interesuje mnie wiele rzeczy, bardzo różnych, w związku z czym właściwie ciągle coś czytam, oglądam, poznaję, sprawdzam, odkrywam etc., ale żeby uwzględniać to wszystko w moich zapiskach tutaj, musiałabym spędzać na bloggerze jakieś pół doby dziennie :) Dlatego też z reguły zanim zabiorę się do pisania, na tapecie mam już coś nowego, a to o czym miałam wspomnieć, wylatuje z pamięci. Nie wiem, czy i na ile uda mi się to zmienić, ale spróbuję tworzyć choćby krótkie wpisy na różne tematy bardziej na bieżąco, ot - choćby dla inspiracji. 

Dziś mam dla Was notkę o serialu, który choć nie jest z tych najnowszych (o takim* też będzie, ale za jakąś chwilę, bo czekam czy mój początkowy zachwyt się utrzyma - * mówię o hicie ostatnich tygodni, czyli "True Detective"), wciągnął mnie bez pamięci. 

Najpierw mała dygresja (to tak, żeby tradycji stała się zadość - powinnam sobie sprawić koszulkę "Królowa dygresji", skoro potrafię zrobić nawet dygresję od dygresji :)) Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, po pierwsze jestem wielbicielką kryminałów, ze szczególnym uwzględnieniem literatury skandynawskiej. Po drugie mam słabość (w teorii!) do seryjnych zabójców. Po trzecie uwielbiam seriale. Dlatego też tytuł, który zawiera wymienione elementy, ma u mnie na wejściu spore szanse i tak właśnie stało się ze szwedzko-duńskim serialem Bron/Broen (przetłumaczonym na polski jako "Most nad Sundem"). Do tej pory powstały 2 sezony, 3 ponoć jest w przygotowaniu. 



Nie będę się za bardzo rozwodzić nad samą fabułą, bo myślę, że ci, których tematyka zainteresuje, sięgną po ten tytuł i sami zadecydują, czy mają chęć zanurzyć się w tym nastrojowym, mrocznym, ale i chłodnym świecie. W ogromnym gąszczu wszelakich seriali, które są mniej lub bardziej nachalnie promowane, łatwo się zagubić, a tym bardziej nie jest łatwo znaleźć taki, który proponuje coś oryginalnego. Myślę, że "Bron/Broen" wyróżnia się pod tym względem. Już początek jest oryginalny - wszystko zaczyna się bowiem od tego, że na moście łączącym Danię ze Szwecją zostaje znalezione ciało kobiety - przy czym jest ono ułożone precyzyjnie w taki sposób, że jedna połowa znajduje się po stronie szwedzkiej, a druga po duńskiej - co automatycznie wymusza współpracę służb z obu krajów. Do grupy śledczej zostaje przydzielona Szwedka Saga Noren oraz Duńczyk Martin Rohde, którzy mimo początkowych zgrzytów, muszą znaleźć sposób na wspólne działanie. Taki jest punkt wyjścia. 


Dodatkowym "smaczkiem" (choć nie jest to chyba najlepsze określenie) i tym, co wyróżnia serial wśród innych, jest interakcja pomiędzy bohaterami. Saga bowiem cierpi na syndrom Aspergera (a ponieważ nigdzie nie jest to powiedziane wprost, wielu widzów na początku odbierało jej postać jako odpychającą i sztuczną oraz źle zagraną), który charakteryzuje się m.in. brakiem umiejętności odczytywania sygnałów niewerbalnych - jest ona więc jednocześnie świetną policjantką (dla której przestrzeganie reguł to świętość, ponieważ w przeciwnym przypadku świat pogrąża się w chaosie) i fatalną towarzyszką w życiu codziennym, jako że liczą się dla niej wyłącznie konkrety, a wszystko odbiera dosłownie - nie wyczuwa ironii, ani subtelności, nie docenia żartów, jest do bólu szczera i bezpośrednia, przez co często także okrutna i nieczuła. I właśnie ta relacja i wzajemne "uczenie się" od siebie Sagi i Martina, jest najmocniejszą stroną serialu. 


Zagadka kryminalna (zwłaszcza ta z pierwszego sezonu) także jest bardzo interesująca, a fabuła prowadzona w sposób, który naprawdę wciąga. W pierwszym sezonie mamy serię morderstw, które połączą się w logiczną całość dopiero w ostatnich odcinkach sprawiając, że śledzimy kolejne odsłony z autentycznym zainteresowaniem (mimo że obiektywnie oceniając, taka historia wydaje się raczej mało prawdopodobna - chociaż diabli wiedzą, co się kryje w skandynawskich głowach :)), drugi skupia się częściowo na problemach związanych z funkcjonowaniem współczesnego świata (ekologia, eksperymenty na zwierzętach, groźne wirusy etc.), ale także na skomplikowanych i często wypaczonych relacjach międzyludzkich. 
Dodatkowy plusem jest jeden z najlepszych i najmocniejszych finałów, jaki zdarzyło mi się oglądać (mam na myśli koniec pierwszego sezonu, chociaż cliffhanger w ostatnim odcinku 2 części również wcisnął mnie trochę w fotel). 


Podsumowując - jeśli ktoś lubi skandynawskie klimaty i fabułę, która daje do myślenia (a nie jest li tylko czystą rozrywką), to powinien poszukać tego tytułu. W sieci porównuje się go często do słynnego już Forbrydelsen (i amerykańskiej wersji The Killing), a także do brytyjskiego Broadchurch. Jeśli szukacie czegoś w równie mrocznych klimatach, to polecam także The Fall z fantastyczną Gillian Anderson (która nie wiem, jak to robi, ale z wiekiem pięknieje) i najładniejszym psychopatą ever, czyli Jamie'm Dornanem, a także duński Den som draeber (Those Who Kill, który również doczekał się już swojej amerykańskiej wersji, pewnie żywcem ściągniętej z oryginału), o którym także niedługo coś się tu pojawi. 

Jako ciekawostkę dodam, że na fali popularności, powstały dwie inne wersje - amerykańsko-meksykańska The Bridge (którą obejrzałam jako pierwszą i która moim zdaniem, choć całkiem niezła, nie umywa się do oryginału) oraz angielsko-francuska The Tunnel, którą raczej sobie odpuszczę, ze względu na to, że główny wątek i postaci są powieleniem znanej mi już historii.. 


A Wy lubicie takie trochę bardziej mroczne serialowe klimaty? Znacie/macie chęć poznać Bron/Broen? Lubicie europejskie filmy, czy raczej trzymacie się amerykańskich produkcji? 

PS Przy okazji muszę napisać o dodatkowej ciekawostce i małej zagadce, która nie dawała mi spokoju od pierwszego momentu - jestem trochę geekiem i dlatego często nie dają mi spokoju różne drobiazgi - podczas oglądania zaintrygowało mnie, w jaki sposób Martin, który jest Duńczykiem dogaduje się ze szwedzką ekipą, z którą przyszło mu współpracować i zaczęłam drążyć temat. W ten oto sposób dowiedziałam się (nie znam żadnego z języków skandynawskich, więc dla mnie była to kompletna nowość - dla lepiej obeznanych z tematem, pewnie będzie to oczywistość), że język duński i szwedzki są do siebie tak podobne (niektóre zdania różnią się między sobą np zaledwie jedną literą), że mieszkańcy tych dwóch krajów spokojnie mogą ze sobą rozmawiać - każdy po swojemu. Oczywiście są to dwa oddzielne języki, ale to trochę tak, jakby rozmawiały ze sobą osoby z różnych części tego samego kraju - w dwóch dialektach. Jak widzicie, nawet podczas rozrywki można poszerzyć swoją wiedzę ogólną :)) 

piątek, 14 lutego 2014

Filmowo o nietypowej miłości, czyli "Ona"

Walentynki to idealny dzień na wrzucenie mojej recenzji jednego z najciekawszych filmów o miłości, jakie zdarzyło mi się obejrzeć ostatnio (a może i kiedykolwiek) - jeśli jesteście ciekawi, co konkretnie o nim myślę, zapraszam do lektury, a po niej - do kina :) Wcześniej recenzja standardowo ukazała się na portalu filmosfera.pl


Co znaczy być człowiekiem? 
Co czeka nas w najbliższej przyszłości? 
Dokąd zaprowadzi nas nasze wszechogarniające uwielbienie dla nowoczesnych technologii? 
Tego typu pytania pojawiają się w głowach twórców dość regularnie i wystarczy przypomnieć sobie choćby na szybko "Łowcę Androidów", "Metropolis"czy jakikolwiek głośny tytuł z kategorii s-f, żeby uzyskać autorską wizję przyszłości, w której ludziom będzie towarzyszyć coraz lepiej rozwinięta sztuczna inteligencja. 

Oryginalny i słynący z raczej niekonwencjonalnych pomysłów reżyser Spike Jonze (znany szerszej publiczności m.in. z filmu "Być jak John Malkovich" czy "Adaptacja") postanowił pójść o krok dalej, aczkolwiek w nieco innym kierunku i pokazać nam świat, w którym potrzeba uczuciowej więzi staje się tak silna, że znikają bariery emocjonalne pomiędzy ludźmi, a komputerami. Rzeczywistość odzwierciedlona w filmie "Ona" to przyszłość, którą mamy w zasięgu ręki - właściwie samo uzależnienie od technologii pokazane na ekranie nie różni się niemal niczym od tego, co możemy obserwować obecnie wokół nas - ludzie nie rozstają się ze swoimi telefonami, odcinając się od otaczającej ich rzeczywistości, tyle tylko, że ich "design" jest odrobinę nowocześniejszy. 

A jednak "Ona" nie jest filmem o potencjalnych zagrożeniach wynikających z nadużywania nowoczesnych technologii, ani o inwazji "obcych". 

Paradoksalnie, to film o najbardziej ludzkim ze wszystkich uczuć. O Miłości. Przepięknej, zabawnej, wzruszającej, ale i smutnej miłości.

Chłopak i dziewczyna. Theodor i Samantha. Poznają się, rozmawiają, zakochują w sobie, jak wiele innych par przed i po nich.  Tyle tylko, że Theodor jest człowiekiem, a Samantha to komputerowy System Operacyjny. I tu największe zaskoczenie - albowiem to, co mogło pogrzebać tę historię i sprawić, że stanie się ona jakimś sztucznym pretensjonalnym tworem, jest jego najmocniejszym punktem - w pewnym momencie przestajemy bowiem myśleć o tym, że Samantha (w którą fantastycznie, choć bezcieleśnie wcieliła się Scarlett Johansson) nie jest człowiekiem, tylko sztuczną inteligencją, ale skupiamy się wyłącznie na rozwijającym się uczuciu pary bohaterów. 

Ten film został błyskawicznie okrzyknięty przez wielu najlepszym obrazem 2013 roku i wszędzie roi się wręcz od jego entuzjastycznych recenzji - ja jednak podkreśliłabym mocno, że to nie jest film dla wszystkich. Myślę, że aby właściwie go docenić, należy mieć specyficzną wrażliwość, umiejętność otwarcia na coś innego i zajrzenia pod powierzchnię. Gdyby opisywać filmy według kolorów, "Ona" byłaby pastelowo-przezroczysta, dlatego namawiam wszystkich tych, którzy szukają w kinie mocnych wrażeń (i scen) oraz wbijającej w fotel akcji, aby dwa razy zastanowili się zanim wybiorą się (lub pozwolą zabrać) na ten seans. Pozostali mogą już planować walentynkowy wypad do kina! 

Już pierwsze sceny ujmują swoją subtelnością i ciężkim do przekazania na piśmie urokiem - w momencie kiedy poznajemy Theodora, samotnego pisarza, który realizuje się w tworzeniu przepięknych, poetyckich listów w imieniu innych ludzi, wzbudza on naszą natychmiastową sympatię. Widzimy jego wrażliwość i problem z pogodzeniem się ze stratą bliskiej osoby, razem z nim obserwujemy świat, w którym ludzie zamiast ze sobą, rozmawiają ze swoimi komputerami, widzimy i czujemy wręcz pogłębiającą się izolację. Może dlatego w momencie, kiedy Theodor decyduje się na zakup najnowszego wynalazku, jakim jest samoewoluujący system operacyjny, choć przeczuwamy, że na dłuższą metę nic dobrego nie może z tego wyniknąć, mimo wszystko kibicujemy mu z nadzieją na happy-end. W tym momencie muszę powiedzieć, że bez Joaquina Phoenixa ten film nie byłby tym, czym się stał - tak naprawdę to on dźwiga całą tę historię na swoich barkach i uwiarygodnia ją swoją niesamowitą grą. Bardzo łatwo byłoby "przedobrzyć" i sprawić, że postać Theo nabrałaby cech wyizolowanego dziwaka, lub sentymentalnego głupca - jednak Phoenix przez bite dwie godziny ani razu nie przeskakuje zanadto w żadną stronę - cały czas leciutko balansując na granicy tych dwóch światów. Warta uwagi jest także chemia pomiędzy nim, a głosem Scarlett Johansson, która - choć pozbawiona ciała, nadaje Samancie tyle inteligencji i uroku, że widz bez problemu jest w stanie uwierzyć w rodzące się pomiędzy tą dwójką uczucie. 
Niemniej ważne są tu pozostałe postaci kobiece, za sportretowanie których reżyserowi należą się oddzielne brawa - niełatwo jest bowiem stworzyć dwie drugoplanowe bohaterki, które pojawiają się sporadycznie (jedna w większości w scenach retrospekcji), ale jednocześnie pozostają pełnowymiarowymi postaciami. Zarówno Amy (grana bardzo subtelnie przez Amy Adams) w roli troszkę dziwacznej, ale bardzo sympatycznej i ciepłej przyjaciółki Theodora, jak i jego była żona Catherine (w którą wcieliła się Rooney Mara), wydobywają w swoich scenach pełnię charakteru portretowanych przez siebie kobiet i idealnie zgrywają się z postacią głównego bohatera. 

Mimo to ten film to przede wszystkim mistrzowski koncert rozgrywany pomiędzy Phoenixem, a Johansson - jej Samantha to bezcielesna istota o mentalności i ciekawości dziecka - jej zachwyt światem ("oglądanym" i poznawanym za pośrednictwem Theodora) i umiejętność błyskawicznej nauki i przyswajania wszelkich informacji, a także analizowania ich i wyciągania wniosków mogłaby być przerażająca, gdyby nie została pokazana z taką sympatią i ciepłem. Subtelność, z jaką Jonze prowadzi swoich aktorów, a wraz z nimi i nas, widzów, poprzez tę historię sprawia, że "Ona" jest filmem, który zostaje w głowie na długo po zakończonym seansie. 

Myślę, że to też jest jedna z jego mocnych stron - to, że część osób zada sobie pytania, od których rozpoczęłam tę recenzję, dla innych będzie to swego rodzaju ostrzeżenie przed kierunkiem, w jakim zmierza świat, jeszcze inni (w tym ja) zadowolą się po prostu jedną z najpiękniejszych love-story, jakie przyszło im oglądać. I na tym właśnie, drodzy czytelnicy, polega magia kina. I za tę Magię (przez duże M) dziękuję Ci, Spike'u Jonze! 

środa, 5 lutego 2014

Filmowo - Tajemnica Filomeny

Tadam! Mili moi - dziś kolejny post recenzyjny - ale niech ci z Was, którzy nie przepadają za oglądaniem filmów w obłędnych ilościach nie rwą jeszcze włosów z głów - niedawno ambitnie zrobiłam sobie plan blogowania (o, tak - jakkolwiek niewiarygodnie by to nie brzmiało w moim wypadku) i mam całą rozpiskę, co, kiedy i po co zamierzam tu wrzucać :) Tak więc będzie znowu (oby!) trochę o wszystkim (i trochę o niczym :))
Oczywiście przy wdrażaniu tegoż planu w życie wiele może się zdarzyć, ale póki co - bądźmy dobrej myśli!

A tymczasem zapraszam Was do lektury mojej mocno entuzjastycznej recenzji, którą niektórzy mogli widzieć już  w serwisie Filmosfera TUTAJ :)


Z pewnością nie raz spotkaliście się ze stwierdzeniem, że "najlepsze scenariusze pisze życie". To jeden z tych truizmów, które od czasu do czasu powtarzamy bezmyślnie aż do znudzenia, nie zastanawiając się głębiej nad jego znaczeniem. A jednak oglądając filmy takie jak "Tajemnica Filomeny", to banalne zdanie nagle urasta do rangi objawienia i po zakończonym seansie mamy wręcz chęć zaciągnąć do kina wszystkich naszych znajomych, a także przypadkowe i nieświadome niczego osoby, które mijamy na ulicy. Są po prostu takie historie, których nie chcemy zatrzymywać wyłącznie dla siebie, ale którymi chcemy się dzielić. Opowieść o Filomenie z pewnością należy do tej kategorii.

Magia opowiadanej historii opiera się na zestawieniu dwójki głównych bohaterów, którzy nie mogą się od siebie bardziej różnić - Filomena Lee (genialnie zagrana przez Judi Dench, która zresztą za tę rolę otrzymała nominację do Oscara) to prostolinijna i nieco naiwna (ale jednocześnie o zaskakująco nowoczesnych poglądach, uzasadnianych tym, że przez 30 lat pracowała jako pielęgniarka) Irlandka, dla której oparciem nawet w najcięższych chwilach jest jej wiara. Martin Sixsmith z kolei (w którego wcielił się Steve Coogan) to inteligentny i cyniczny dziennikarz, zmagający się z zawodowym kryzysem, dla którego znajomość z Filomeną miała być wyłącznie zleceniem i szansą na znalezienie lukratywnego zajęcia po publicznym upokorzeniu, jakiego doznał. Tę specyficzną parę połączyła ze sobą niezwykła historia, która wydarzyła się naprawdę - w latach 50. nastoletnia Filomena zaszła w ciążę, po czym została oddana przez rodzinę do Opactwa Roscrea, w którym wraz z innymi dziewczętami w podobnej sytuacji miała odpracować wydatki, jakie poniosły zakonnice przygarniając ją pod swój dach i udzielając pomocy.

Po urodzeniu dziecka, młodej matce pozwalano spędzać z nim zaledwie godzinę dziennie, po czym po kilku latach przekazano jej syna (bez konsultacji z nią) do adopcji przez amerykańską rodzinę. Innymi słowy - sprzedano zarówno synka bohaterki, jak i wiele innych dzieci, uniemożliwiając nieletnim matkom zarówno jakikolwiek kontakt z odebranymi dziećmi, jak i możliwość odszukania ich po latach. Filomena nosiła w sobie tę tajemnicę przez 50 lat, przekonana zarówno o swoim grzechu, jak i hańbie, jaką przyniosła swoim postępowaniem. Dopiero pod koniec podróży z Martinem, do której doszło przez przypadkowe spotkanie, zmieniła swoje nastawienie i doznała czegoś w rodzaju katharsis, chociaż muszę powiedzieć, że biorąc pod uwagę wszystko, przez co przeszła, jej dar wybaczenia wydaje się czymś nieprawdopodobnym.

Można powiedzieć, że "Tajemnica Filomeny" to nietypowy film drogi - ta przedziwna para - przygarnięta przez zakonnice, zaczytująca się w tanich romansach Irlandka i przyzwyczajony do obracania się w wyższych sferach inteligent, wyruszają na poszukiwanie zaginionego przed laty syna, mozolnie pokonując kolejne mury niechęci, zarówno tej irlandzkiej, uosabianej przez (wyjątkowo niesympatyczne) zakonnice, jak i amerykańskiej, reprezentowanej przez przyrodnią siostrę i partnera poszukiwanego mężczyzny oraz wszechobecną biurokrację.

Oczywiście oceniając film wyłącznie po opisie, należałoby wyobrazić sobie łzawą i pretensjonalną historię, która może i chwyta za serce, ale jednocześnie wywołuje u widza wyrzuty sumienia i ból głowy. Nic bardziej mylnego! Tu oklaski zbiera przede wszystkim Steve Coogan, który wraz z Jeffem Pope stworzył wyjątkowy scenariusz i zbudował wokół tej historii niezwykle ciepły i wzruszający klimat. Oprócz tego zarówno on, jak i reżyser Stephen Frears (znany kinomanom m.in. z kultowego obrazu „Niebezpieczne związki” czy „Królowa”) wycisnęli z relacji dwójki bohaterów tyle ciepłego humoru, że mimo ciężaru całej tematyki, film po prostu oczarowuje i momentami autentycznie bawi (jak choćby w uroczych scenach streszczania kolejnego strasznego romansidła przez zafascynowaną Filomenę i próby zainteresowania szmirowatą powieścią zaskoczonego Martina). I wzrusza, co oczywiście po wszystkim, co napisałam wyżej, nie powinno nikogo dziwić. Z tym, że nie jest to "tanie" wzruszenie, a my w trakcie seansu nie czujemy się emocjonalnie zmanipulowani - to co mnie ujęło najbardziej, to niesamowite wyważenie i takt, z jakim poruszają się twórcy oraz brak jakiejkolwiek sugestii, która z postaci ma "lepsze" podejście - Filomena i Martin reprezentują dwie skrajności, ale widz sam dokonuje wyboru, która z dróg jest mu bliższa i dlaczego. Wiara katolicka przedstawiona w tym filmie także ma dwa oblicza - jedno to bezduszna i arogancka zakonnica, która w swojej pysze nie potrafi nawet po wielu latach przyznać się do błędu, uważając, że jedyną osobą, która ma prawo ją osądzać, jest Bóg (sic!), na drugim natomiast biegunie mamy czystą i ufną Filomenę, która pomimo chwilowej słabości, ostatecznie zdobywa się na akt wybaczenia bez cienia wahania. To piękna scena, zresztą jedna z wielu, bo gdybym miała zabrać się do opisania wszystkich momentów, które chwyciły mnie za serce i sprawiły, że miałam chęć przytulić się do przypadkowego widza siedzącego obok mnie, musiałabym szczegółowo zrelacjonować co najmniej połowę filmu.  

Dlatego zamiast tego napiszę - zanotujcie sobie koniecznie w kalendarzu datę 21 lutego, bowiem wtedy będzie miała miejsce polska premiera "Tajemnicy Filomeny" i koniecznie zarezerwujcie bilet do kina! Nie z uwagi na kontrowersyjny temat, czy poruszane kwestie wiary, ale ponieważ jest to po prostu kino najwyższej klasy i poruszająca historia, którą szkoda byłoby przegapić w zalewie lepiej rozreklamowanych tytułów. 
A prawdziwa Filomena, zaskoczona niezwykłym odzewem na całym świecie, niedawno założyła fundację na rzecz pomocy kobietom w podobnej sytuacji, które próbują odnaleźć swoje zaginione przed laty dzieci. Jak widać - życie pisze także niezłe epilogi... 

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...