Mili moi, nie wiem, czy ten wpis
będzie oznaczał mój powrót na dobre, ale ponieważ myślę o Was i o tym miejscu całkiem
intensywnie, doszłam do wniosku, że jestem gotowa na opowiedzenie Wam o zmianach,
jakie zaszły (i nadal zachodzą) w moim życiu. I nie, nie mam na myśli tutaj
zmiany stanu cywilnego, ciąży etc., choć
sama widzę, że wiele z czytanych / obserwowanych przeze mnie blogerek
przechodzi obecnie przez te etapy J
* minimalizm*
Początkowo miałam zamiar napisać
o minimalizmie, bo to takie modne hasło – wszyscy dookoła nagle stają się
minimalistami i zaczynają pozbywać się niemal wszystkiego w swoim zasięgu, dążąc
do pustej przestrzeni i nie bardzo zastanawiając się nawet nad tym, czy to
faktycznie ma sens w ich przypadku. Od siebie powiem więc tak – minimalizm jako
idea jest mi bliski, nawet bardzo – podoba mi się ten dosłowny i symboliczny
ład zarówno w otaczających nas miejscach, jak i naszym wnętrzu. Także wiele z
miejsc w sieci, odwiedzanych przeze mnie regularnie, ma z nim coś (lub wiele)
wspólnego, inspirując mnie i motywując do zmian. Ale. No właśnie – ale. Ja minimalistką
nie będę nigdy, z takiego powodu, że jest to kompletnie sprzeczne z moją naturą
chomika J
Musiałabym toczyć ze sobą wieczną walkę, którą i tak przegrałabym po jakimś
czasie, a to z kolei sprawiłoby że czułabym się winna/podirytowana/niezrealizowana.
Dlatego zamiast dążyć do nierealnego celu, postanowiłam dopasować pewne zasady
do własnego życia tak, żebym nie czuła, że robię coś wbrew sobie, „bo tak będzie
dobrze”.
Najogólniej, po długim czasie wewnętrznego miotania się, chyba (oby!)
osiągnęłam wreszcie stan, w którym jestem w miarę zadowolona z tego, co mam
oraz z tego, kim jestem. Nie twierdzę, że nagle stałam się oazą spokoju i nic
mnie nie denerwuje, bo nad tym muszę ostro cały czas pracować, ale na pewno
jest lepiej niż było jeszcze kilka miesięcy temu. Nadal są w moim życiu
elementy wymagające zmian (stała praca, życie prywatne i zdrowie), ale wiele
wskazuje na to, że droga, na której jestem, prowadzi mnie we właściwym kierunku
(jeszcze parę takich natchnionych stwierdzeń i zmienię nazwę bloga na Jo-lama).
Najprościej będzie ująć to punktach. I podzielić na części, bo nie mam
sumienia zawalać Was taką ilością tekstu na jeden raz. Here we go. Zaczniemy
banalnie.
Część 1. Szafa
Najpierw wyznanie, bo nie wszyscy
tutaj znają mnie osobiście, a na blogu do tej pory niespecjalnie często
dzieliłam się moimi słabościami – otóż jestem maniakiem ubraniowym (nie tylko ubraniowym,
ale do tego będziemy dochodzić stopniowo, żebyście mi stąd nie uciekli wszyscy naraz). Serio. Mam w mieszkaniu DWIE WIELKIE szafy, które przez długi czas były
dosłownie zawalone wszystkim – przede wszystkim mnóstwem ciuchów, kupowanych
przeze mnie kompulsywnie, takich z odzysku, odziedziczonych po mamie, a nawet
takich, które pamiętały jeszcze czasy mojego liceum (SIC!).
Strasznie ciężko
jest mi rozstać się z czymś, co było ze mną od lat, bo zawsze mam z tyłu głowy
myśl „na pewno jak tylko się tego pozbędę, wróci na to moda/zmieni się mój styl
i będę żałowała”. Pewnie niejedna z Was dobrze zna ten głos J No więc powiem Wam tak
– ani razu nie zdarzyła mi się taka sytuacja. Serio. ANI RAZU.
Dlatego pewnego
pięknego dnia postanowiłam rozprawić się na dobre ze swoim wewnętrznym
zbieraczem. No, dobra – nie był to jeden dzień, bo akcję odgruzowywania
podzieliłam sobie na trzy weekendy (żeby się nie zniechęcić i nie rzucić wszystkiego
w cholerę w połowie).
Jeśli macie chęć, napiszę jak to zrobiłam krok po kroku,
ale w necie bez problemu znajdziecie mnóstwo przydatnych wskazówek i porad. Tak
czy inaczej – po tych kilku tygodniach potwierdziło się, że mój styl ubierania jest
już od dłuższego czasu całkiem spójny i większość moich zakupów ciuchowych doskonale
się broni (już od dawna stosuję zasadę „kupuję to, co pasuje mi przynajmniej do
kilku rzeczy już obecnych w mojej szafie, a nie rzeczy kompletnie od czapy”),
niemniej jednak znalazło się w niej również sporo elementów z różnych bajek.
Nie będę Was oszukiwać, że te rozstania przyszły mi z łatwością, bo oczywiście,
że tak nie było – natomiast faktycznie okazało się, że dużo punktów (np. taki –jeśli nie jesteś pewna, czy chcesz się czegoś pozbyć, schowaj to na jeden sezon:
do piwnicy/specjalnego pojemnika/worka próżniowego/daj na przechowanie rodzicom/sąsiadom/przyjaciółce
– i po tym czasie zobacz, czy chociaż raz pomyślałaś o tej rzeczy w kategoriach
– „oo, mogłabym to dziś założyć” – jeśli nie – a na 99% tak będzie – masz odpowiedź
na pytanie – czy naprawdę chcę to zatrzymać?”) jest naprawdę pomocna!
Moja
odgruzowana szafa nadal jest wielka (tu akurat wszelkie wskazówki typu: „idealna
szafa to 10 klasycznych elementów” kompletnie nie mają racji bytu w moim
przypadku), ale spójna – składa się głównie z ubrań bazowych, prostych oraz
paru elementów bardziej „odjechanych”, które często „robią” mi strój. Dzięki temu pozbyłam się problemów pt. "nie mam pojęcia, w co się ubrać", bo traktuję poszczególne ubrania jako fragmenty większej układanki, dopasowując je do siebie w zależności od nastroju/pogody i okazji.
To zdjęcie dobrze obrazuje mój dość typowy, codzienny, pracowy styl - neutralne kolory bazowe + tzw. statement necklace, czyli jeden przykuwający uwagę detal :)
Można powiedzieć, że to był początek mojej małej rewolucji, za którym poszły kolejne kroki :)
Tak jak wspomniałam, jeśli chcecie szczegółowy wpis o porządkach ubraniowych, o zasadach, jakimi się kierowałam w ogarnianiu tego chaosu, co wylądowało na najnowszej "wishliście", a bez czego świetnie się obywam, dajcie znać w komentarzach.
Jeśli nie, w kolejnej części opowiem Wam o moim
jedzeniu (i to dopiero będzie jazda bez trzymanki!).