Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zara. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 września 2012

Zapach kobiety, czyli słów parę o moich perfumach.

Dziś będzie leniwy, ale raczej długaśny post o mojej małej domowej perfumerii :)

Oczywiście przesadzam z tą perfumerią, ponieważ chociaż jestem osobą, która dość często zmienia zapachy i raczej nie pachnę ciągle tym samym, to jednak perfum nie kupuję kompulsywnie i raczej dość długo chodzę wokół danego zapachu zanim zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie. 

Dlatego też rzadko zdarzają mi się zapachowe "pudła", chociaż tak jak napisałam wyżej, zmieniają mi się preferencje i głównie z tego powodu nie kupuję już opakowań większych niż 50 ml, a na ogół ograniczam się do 30 ml. 

W tym momencie mam na składzie te oto buteleczki, za jakiś czas nastąpi pewnie przetasowanie, część z nich bowiem jest na wykończeniu, więc na ich miejsce pojawią się nowe, może też odnowię jakieś starsze znajomości, bo i tak mi się zdarza :) 


Gdybym miała tak najogólniej powiedzieć, jakie zapachy lubię najbardziej, pewnie odpowiedź brzmiałaby: świeże, kwiatowe i owocowe. Myślę, że właśnie wokół tych klimatów obraca się większość moich wyborów. 

Nie będę opisywać nut zapachowych każdej buteleczki, ponieważ obawiam się, że wówczas nikt nie przebrnąłby przez ten wpis :) Jeśli coś Was zaintryguje i chciałybyście dowiedzieć się czegoś więcej o którymś z zapachów, pytajcie, a postaram się uzupełnić informacje. 

A tymczasem zaczynamy. Kolejność jest całkiem przypadkowa, w zależności od tego, która buteleczka wpadła mi w ręce.

1. To najnowszy nabytek, czyli L'eau de Chloe, zielona woda toaletowa, o której wspominałam już TUTAJ. Specyficzny zapach, którego można w pierwszej chwili nie polubić, ale potrafi się przyczepić do człowieka i nie dawać spokoju :)


2. Masaki, o których też już pisałam - TUTAJ.  

Zapach kwiatowo-owocowy - wyraźnie wyczuwalne są w nim liczi, więc na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu. 



 3. Woda toaletowa z Zary - szukałam czegoś nieinwazyjnego i delikatnego na upalne dni i padło na ten zapach. Seria Zara Textures (wspominałam o niej w TYM poście ) to głównie kwiatowe zapachy, mój to bodajże irys, była dosyć tania (coś koło 50 - 60 zł, ale wiem, że na wyprzedażach można było upolować te wody za połowę ceny), dosyć ją lubię, chociaż pewnie nie pobiegnę po kolejną kiedy się skończy :)



4. Balenciaga Paris, czyli z kolei zapach, o którym myślałam odkąd chyba dwa lata temu o nim przeczytałam. Niestety w Polsce wówczas nigdzie nie można było go zdobyć, więc skorzystałam z okazji, że akurat jechałam do Madrytu i stamtąd wróciłam już w towarzystwie tego flakonika.



Ten zapach kojarzy mi się z jesienią i ogólnie z chłodniejszą porą. Jest bardzo kobiecy i klasyczny, ale z pazurem :)  Jeden z moich ulubieńców!


5. Tu mamy mini rodzinkę Daisy Marca Jacobsa, czyli zapach typowo letni i dziewczęcy. Gdybym miała go określić jednym słowem, byłoby to "uroczy" - zarówno buteleczka, z nieco infantylnymi stokrotkami, jak i sam aromat. Lubię i nie wykluczam powrotu do niego za jakiś rok :)


6. To mój kolejny ulubieniec, czyli klasyczne Chloe, z beżową kokardką. Chociaż nie mam jednego, przypisanego do siebie zapachu, to wiem, że wielu moich znajomych właśnie te perfumy kojarzy ze mną - z chęcią wrócę do nich na jesieni, bo uwielbiam się nimi otulać. Ciekawe jest to, że część osób twierdzi, że to bardzo delikatne perfumy, innym z kolei wydają się za bardzo duszące :)


Tu mamy małe Chloe (zielone) i trochę większe (beżowe) :)

Przy okazji można zauważyć jak część flakonika zmieniła kolor - blaszana nakładka utleniła się i "przybrudziła" - to naturalny proces i nie należy się przejmować, że perfumy są nieoryginalne czy coś w tym stylu. Ja swoje kupuję zawsze w sklepach, nie w przypadkowych miejscach, więc tak się po prostu czasem dzieje.


 7. Butelka na wykończeniu, coś, do czego pewnie jeszcze wrócę, czyli Dior Addict Shine. To zapach łagodny, owocowo-kwiatowy, ale z lekką goryczką, jest bardzo...dyskretny, tzn da się go oczywiście wyczuć, ale nie ciągnie się za nami jak aromatyczny ogon. 


 8. To z kolei przykład perfum, które totalnie mi się znudziły. Amor amor Cacharel. Wiem, że ma wiele zagorzałych zwolenniczek i sama jakiś czas temu również do nich należałam i przyznaję, że czasem wyciągam buteleczkę z pudełka żeby ją powąchać, ale naprawdę nie pamiętam już kiedy zdecydowałam się nią psiknąć na ciało. Jakoś przestały mi one "leżeć"...


9. Miss Dior Cherie to perfumy już kultowe, mają piękny flakonik (brakuje pierścionkowej nakładki na korek, w kształcie kokardki, która gdzieś mi wsiąkła), ale na sam zapach muszę mieć odpowiedni dzień. To, podobnie jak Daisy MJ, perfumy typowo letnie, baaaardzo słodkie, dlatego też czasem po prostu doprowadzają mnie do szału. W tym roku prawie skusiłam się na wersję letnią, L'eau de (chociaż teraz nazywają się jeszcze jakoś inaczej), ale ostatecznie wybrałam co innego. Nie wiem, czy po wykończeniu jeszcze do nich wrócę, wydaje mi się, że na ten konkretny zapach jestem już trochę zbyt...dorosła :)


 10. Z kolei Coco Mademoiselle to już mój nie wiem który flakonik, bo łapię się na tym, że chociaż nie używam go często, to kiedy zbliżam się do końca, zaczynam odczuwać rosnący niepokój i jakoś pewniej się czuję gdy mam go w zanadrzu. Gdybym miała wybrać JEDEN jedyny zapach, to jest spore prawdopodobieństwo, że byłoby to właśnie to. Ten zapach to dla mnie kwintesencja elegancji i klasy. To mój ukochany zapach na wieczór i wyjątkowe okazje. Z całą pewnością zużyję jeszcze niejedną buteleczkę.


11. Skoro jesteśmy już przy Chanel, to wspomnę również o Allure, który z kolei był moim ukochanym zapachem parę lat temu (to również nie wiem która butelka i chyba obecnie jedyna "setka" w mojej kolekcji :)) Obecnie nie wiem czemu, ale po jakimś czasie trochę mi działa na nerwy i podejrzewam, że to sprawka wanilii, która się uaktywnia pod koniec. Być może jeszcze kiedyś odnowimy znajomość, na razie raczej czeka nas chwilowy odpoczynek od siebie :)


 12. I chyba ostatni już flakonik, czyli Envy Me by Gucci. Kiedy powąchałam go po raz pierwszy kilka lat temu, zakochałam się w nim i tak było do końca pierwszej butelki. Potem zaraziłam tą miłością moją mamę i niestety kiedy kupiłam po jakimś czasie kolejną butelkę, to już nie był mój zapach, tylko jej. Dlatego pewnie skończy się tak, że również ta buteleczka zmieni właścicielkę, żeby się nie zmarnowała.


 I na koniec kilka próbek, bo tak jak wspominałam na początku, najpierw długo oswajam się z perfumami i sprawdzam jak reagują z moją skórą, zanim zdecyduję, czy się polubimy na dłużej (wyjątkiem był Masaki, jeden z nielicznych impulsywnych zakupów, ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miała po skończeniu buteleczki do niego wrócić, mój wypracowany latami system ostrożnego kupowania, najwyraźniej się sprawdza). 

A testowałam między innymi: Oh Lola! Marca Jacobsa (ostatecznie nie zdecydowałam się na zakup), letnią wersję Miss Dior Cherie (tu nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa), Chance Chanel (miałam, bardzo lubiłam, myślę nad powrotem), zielone Chloe (jak widać wyżej, uwiodły mnie), jakąś Escadę (nie jestem wielką fanką, chociaż na lato była całkiem ok) i nie pamiętam co jeszcze :)


 Ufff, jeśli udało Wam się tu dobrnąć, to ściskam dłoń.

A jak wygląda u Was z zapachami - macie jakiś jeden ulubiony, czy tak jak ja, dopasowujecie je trochę do pory roku, nastroju, okazji i nie wiem czego jeszcze? 
Lubicie perfumy świeże, owocowe, kwiatowe, a może cięższe, orientalne?

Macie jakieś swoje "odkrycie", którym mogłybyście się podzielić? Ja zawsze szukam fajnych, ciekawych perfum, bo nie lubię potem krążyć po sklepie i psikać się w ciemno (i tak po trzech, czterech zapachach, nos odmawia posłuszeństwa), więc chętnie poczytam o Waszych zapachowych fascynacjach. 

 ps. Nie wiem czemu, ale zapomniałam zrobić zdjęcie Hypnose Lancome - powiem tylko szybko, że to był chyba najmocniejszy zapach w mojej kolekcji, teraz jest na wykończeniu i nie jestem pewna, czy będzie kontynuacja tej znajomości, ponieważ pod koniec butelki mocno już mnie męczył. Na pewno coś w sobie ma i muszę powiedzieć, że lubią go mężczyźni - nosząc go, dostawałam wiele komplementów, że pachnę niesamowicie seksownie :)

piątek, 29 czerwca 2012

Wyprzedażowo :)

Ufff, nogi mi odpadają...

Po pracy wybrałam się "tylko na chwilkę" do Wola Parku, ot - żeby spojrzeć, czy gdzieś przypadkiem nie znajdę w końcu idealnego kapelusza na lato, który sobie wymarzyłam.

Znalazłam.

A oprócz niego jeszcze kilka innych rzeczy :)

Poniżej zbiorcze zestawienie z kilku ostatnich wypadów zakupowych.

Powiem tak - już dawno nie byłam taka zadowolona z wyprzedażowych nabytków. W dodatku większość z tych rzeczy była na mojej liście "must have", więc starałam się nie poddawać zanadto impulsom.

Jedno jest pewne - niedługo wchodząc do mojego mieszkania, będę się musiała dosłownie przedzierać przez ogromne sterty butów. Prawdą jest również, że obiecałam sobie, że kupię jeszcze tylko klasyczne czarne skórzane baleriny i TO JUŻ KONIEC zakupów butowych. 

Ale kiedy wchodzę do Mango i tam na półce leży sobie jedna jedyna para, w moim rozmiarze, która przymierzona "tylko na sekundkę, ot tak, z ciekawości" okazuje się być skrojona na moje stopy, jest w ślicznym koralowym kolorze i jeszcze do tego kosztuje rozsądne pieniądze, no to nie ma zmiłuj. Wiadomo przecież, że wrócimy razem do domu :) 

Tak, zdecydowanie nie radziłabym stawiać na mnie pieniędzy kiedy mówię, że w tym sezonie nie kupuję już butów/torebek/apaszek/lakierów do paznokci...

A oto i winowajcy, tu na zdjęciu z Essie w kolorze nomen omen California Coral :)



Dziś po raz kolejny przechodziłam w nich kilka godzin i muszę powiedzieć, że są zaskakująco wygodne - moje stopy rzadko kiedy od razu lubią się z nowymi butami, a z tymi weszły w komitywę od pierwszego założenia :) 


Zbliżenie na materiał: 


Kosztowały 99 zł. 


A jako "bonus", apaszka w coś panterkopochodnego (też z Mango), przeceniona z 89 na 39 zł, czyli kolejna rzecz z mojej listy Must Have :)
Edit: chustka jednak nie zagrzeje u mnie miejsca, bo tak bardzo spodobała się mojej mamie, że poprosiła mnie o taką samą. Jednak w żadnym sklepie już jej nie znalazłam, więc dla siebie nabyłam trochę inną (będzie niżej), a z tą się rozstaję...


A tu reszta łupów (uprzedzam, że będzie sporo zdjęć):

1. Marynarka z Zary, na którą "chorowałam" od kilku miesięcy. Pierwotnie kosztowała 469 zł, chwilowo jest o 100 zł tańsza i oczywiście mogłam poczekać trochę dłużej, ale powiem szczerze, że nie wytrzymałabym nerwowo tego napięcia, czy przy kolejnych przecenach zostanie gdzieś jeszcze jakiś egzemplarz (obawiam się, że moje koleżanki z pracy też nie wytrzymałyby dłużej mojego gadania o niej) :)

Jest piękna, jest moja i tak mi się podoba, że mam ochotę pójść w niej spać :)



Tu jeszcze zbliżenie na materiał - to taka trochę wełna boucle, coś a'la słynne chanelowskie żakiety (tylko o innym fasonie):


2. Kapelusz z działu męskiego H&M. Cena 29,90 (tak mi się wydaje). W ciągu ostatniego miesiąca lub dwóch, przymierzyłam chyba ze 150 modeli nakryć głowy i powiem szczerze, że byłam bliska rezygnacji, ale uparłam się i dziś wchodziłam po kolei do każdego sklepu, który podejrzewałam o taki asortyment i w końcu znalazłam mój kapelusz idealny, w którym w dodatku nie wyglądam jak zbieg ze szpitala dla psychicznie chorych lub włóczykij spod mostu :) 

 3 i 4. To już mój zakupowy standard, czyli zwykłe koszulki - biała z H&M, w granatowe paski z koronką z Promodu.



5. Nowa chustka, która zastąpi tę z Mango. Ta jest ze sklepu Accesorize i kosztowała chyba jakieś 49 zł (przeceniona o 50%).


6. Tunika z H&M, która urzekła mnie kolorami i suwakiem z tyłu :) Kosztowała jakieś 39 zł. 




Tył z bliska :) 



I to już wszystkie zakupy ciuchowe. Mam jeszcze na oku zamszowe mokasyny Pepe Jeans (które na razie widziałam tylko na zdjęciu, więc może na żywo nie okażą się aż tak kuszące), a potem omijam sklepy szerokim łukiem aż do końca sezonu :) 

A w następnym odcinku, drogie dzieci, będzie mały bonusik kosmetyczny (czyli to co wpadło mi do koszyka przy okazji, choć również znajdowało się na liście) i cudowna książka, do której śliniłam się również od dawna :) 

A tymczasem idę przygotować jakąś fantastyczną kąpiel dla swoich zmaltretowanych stóp, a potem wczołgać się pod kołdrę...

sobota, 16 czerwca 2012

Rok i parę rzeczy w domu więcej :)

Nie będę opisywała WSZYSTKICH ostatnich zakupów, bo przyznam się, że trochę mi się udało "popłynąć" - nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że wydaje mi się, że kupuję wyłącznie kilka niezbędnych rzeczy, a moje konto nagle okazuje się uboższe o kilkaset złotych - to jest dla mnie prawdziwą zagadką....

No, ale do rzeczy :) 

Na początek to, co sprawiło mi największą radość, czyli prezenty :) 

Skórzane mokasyny z Zary - na początku chciałam inne, całkiem proste (takie jak w na kolażu TUTAJ), ale okazało się, że niestety nie są one już dostępne właściwie nigdzie - ani w sklepie stacjonarnym, ani online. Natomiast już na miejscu w Zarze okazało się, że te oto butki czekały sobie na mnie i na moje wybredne stopy (są przewygodne!), tak więc niewiele myśląc, złapałam je pod pachę i poleciałam do kasy. Muszę przyznać, że już je uwielbiam - poza tym, że są bardzo miękkie i w ogóle ich nie czuję na stopach, to jeszcze bardzo fajnie ożywiają nawet najzwyklejszy biurowy strój i dają mu lekkiego "pazura".



W rzeczywistości kolor jest lekko różowawy. 






I zbliżenie na detale :)



Ponieważ chwilowo nie mogę się zdecydować na żaden konkretny letni zapach (L'eau de Chloe jakoś trochę mnie zaczęło drażnić, potem mój nos pokochał Lolę Marca Jacobsa, ale okazało się, że mój portfel nie do końca się z nim zgadza, więc kompromisem okazała się ta oto delikatna woda toaletowa z Zary - z tej serii jest ich kilka, moja pachnie chyba irysem - bardzo odświeżający i łagodny zapach - idealny na upały). 




 A tu moje drugie Lilou (na początku zupełnie nie mogłam się przekonać do uroku zawieszki na sznurku, ale przyznam się, że jak tylko się zdecydowałam, niemal natychmiast zaczęłam kombinować, co chciałabym jako kolejną bransoletkę :) 
Najbardziej podoba mi się seria z różowym złotem, mimo że ma najmniejszy wybór zawieszek. 

Sówkę poniżej dostałam od moich dwóch najbliższych koleżanek z pracy: po jednej stronie jest wygrawerowana data moich tegorocznych urodzin, a po drugiej napis "Intelligence". 

Czterolistna koniczynka to starszy (własny) zakup (i coś w rodzaju mojego amuletu na szczęście). 






A to prezenty od jednej z moich bardzo bliskich koleżanek, z którą dziś w końcu udało mi się spotkać na kawie :) Książki z serii Varsaviana (czyli o historii Warszawy) zajmują u mnie specjalną półkę - mam chyba większość lepszych opracowań, ogólnie darzę ogromnym sentymentem to miasto, które już nie istnieje, zwłaszcza w odsłonie z okresu dwudziestolecia międzywojennego - to taki jeden z moich licznych "koników" :) 

Kolejnym jest moje zamiłowanie do kultury francuskiej. Dlatego najsłynniejsze piosenki francuskie, w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego, śpiewane przez Michała Bajora, to strzał w dziesiątkę - dziś wprawdzie jeszcze nie miałam czasu, żeby na spokojnie przesłuchać te płyty (to podwójny album), ale jestem pewna, że będę zachwycona. 


 Od mojego mini działu w pracy dostałam jeszcze zestaw kubków ze Starbucksa do mojej mini kolekcji (jak dotąd miałam dwa, teraz już cztery :) - bardzo je lubię, chociaż pewnie powinnam na tym poprzestać, bo kubki też już przestają mi się mieścić w szafkach. 

Zapomniałam zrobić zdjęcie, więc będzie przy okazji, może w którymś poście o herbacie :)

I to tyle póki co. Wkrótce o nowych nabytkach kosmetycznych, chociaż chyba nie ma tego znowu aż tak dużo jak mi się wydawało na początku.

środa, 13 czerwca 2012

Sneak peek :)

W związku ze zbliżającymi się nieubłaganie kolejnymi urodzinami oraz niestety bardzo smutną wiadomością od bliskiej mi osoby, postanowiłam trochę osłodzić ten nie najweselszy moment - czym? Zakupami oczywiście...

Udało mi się na szczęście w przybliżeniu dotrzymać ułożonego wcześniej planu, chociaż oczywiście nie w 100%. Ale cóż - urodziny w końcu ma się raz w roku, a oto i moje prezenty:



Jutro postaram się pokazać dokładnie, co kryją torby. 

Na razie mały podgląd na MACa: 


i Zarę: 



Powiem tak - lista była dosyć konkretna, ale zweryfikowała ją rzeczywistość - wydaje mi się, że na lepsze :)  Pojechałam np po inne buty, których nigdzie już nie ma, za to te czekały najwyraźniej na mnie, bo okazało się, że została jedna para właśnie w moim rozmiarze i w dodatku po przymierzeniu moje stopy od razu powiedziały chóralne "tak!". Szukałam jeszcze ładnego i niedużego portfela, więc pewnie niebawem czeka mnie jeszcze wycieczka do TKMaxxa. Nową torebkę próbuję sobie póki co wybić z głowy, co biorąc pod uwagę ilość jaką posiadam, jest bardzo rozsądnym podejściem. 

Z innymi zakupami ciuchowymi poczekam na wyprzedaże :)

A jutro czeka mnie jeszcze wizyta w benefitowym Brow Barze - związana oczywiście z urodzinową promocją, o której dowiedziałam się dzięki blogerkom. W związku z nią (wizytą w sensie), od jakichś 2 tygodni powstrzymywałam się od samodzielnego regulowania brwi i przyznam się, że nie mogę już na siebie patrzeć - dzisiaj w MACu razem z panią konsultantką wybuchnęłyśmy śmiechem, kiedy przy sprawdzaniu odcieni na mojej skórze, obie nieopatrznie spojrzałyśmy na ten chaos nad moimi oczami :) Bardzo jestem ciekawa co też wyczaruje na mojej twarzy słynna pani Kasia ze Złotych Tarasów...
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...