Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hurraw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hurraw. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy wakacji

Jako że zauważyłam, że nie przepadam za poświęcaniem całego wpisu jednej rzeczy (naprawdę rzadko zdarza się, że coś mnie zachwyci do tego stopnia, żebym miała chęć o tym pisać cały elaborat), zdecydowanie wolę wpisy zbiorcze, w których mogę podzielić się z Wami większą liczbą moich odkryć. Niektóre z rzeczy, które Wam dziś pokażę, mam i używam już znacznie dłużej niż dwa miesiące, niektóre są ze mną stosunkowo od niedawna, ale przez ten czas wszystkie zdążyły mnie oczarować i zapewniam, że wszystkie polecam w 100% szczerze i gorąco! No i wiadomo (tzn wydaje mi się, że wiadomo, a jeśli nie, to już tak :)), że to nie jest żaden wpis sponsorowany (w sumie to szkoda), bo wszystko kupiłam za własne miliony monet**. 

*AKCESORIA/UBRANIA

1. Zdecydowanie na pierwszym miejscu plasuje się mój świeżutki, bo sierpniowy zakup, czyli rower. Do tej pory męczyłam się (dosłownie) na dość starym (choć nadal w niezłej formie) "góralu", którego - przyznam się - po prostu nie znosiłam. Wiem, że kiedyś to był szczyt marzeń, ale niestety wymuszona przez jego kształt półleżąca pozycja jest zabójcza dla moich pleców i głównie z tego powodu jeździłam na nim coraz rzadziej, a w ostatnim roku praktycznie wcale. Od dobrych kilku lat zbierałam się do zakupu przyzwoitego roweru miejskiego, który służyłby mi i moim plecom znacznie lepiej, ale jakoś zawsze było coś ważniejszego w planach. Jednak w końcu po rozmowie z Tatą jakoś tak wyszło, że oboje stwierdziliśmy, że zamiast inwestować w odnowienie naszej wiekowej (starszej ode mnie!), leżakującej na balkonie rodziców Gazelki, bardziej opłaca się dołożyć paręset złotych i kupić nowy rower.
Mój wprawdzie nie jest salonowo nowy, bo odkupiłam go od kogoś, ale praktycznie był nieużywany, więc można powiedzieć, że dopiero u mnie ma szansę pokazać na co go stać :)  Rower to Kross Grand Vienna, model z 2014 roku. Nie jest to jakiś super wypasiony sprzęt, ale pokochałam go od pierwszej jazdy - w dodatku połączenie ciemnej zieleni, beżu i czerni naprawdę do mnie przemawia (oczywiście najpierw obejrzałam wszystkie kremowe i pastelowe modele, ale potem zobaczyłam wersję czarną, którą polecała Julia Caban i się zakochałam, a ten na zdjęciach był numerem dwa - a zapewniam Was, że na żywo wygląda po prostu bosko). No i do takiej rekreacyjnej jazdy po miejskich ścieżkach rowerowych, którą ja uskuteczniam, jest idealny. Brakuje mu jeszcze tylko koszyka na bagażnik (niestety większe zakupy jeszcze przez chwilę muszę wozić na raty) i uchwytu na butelkę z wodą i będę super zadowolona :)

Jeśli ktoś z Was waha się, czy warto zainwestować (nie takie znowu duże) pieniądze w takiego rumaka, to nie ma co się nad tym zastanawiać - każda, nawet kilkukilometrowa przejażdżka to ogromna przyjemność i samo zdrowie! Nawet jeśli jesteście takim tchórzem, jak ja (w życiu nie jeżdżę ulicą, bo nie mam za grosz zaufania do warszawskich kierowców) - infrastruktura rowerowa (przynajmniej w Warszawie) jest naprawdę dobrze rozwinięta!



Kolejne punkty postaram się omówić już nieco krócej :)

2.  Następne w kolejności są buty New Balance, model 373, czyli coś, co pewnie większość z Was doskonale zna. NB albo się uwielbia, albo ich nie znosi - ja przez dłuższy czas miałam do nich totalnie obojętny stosunek, niektóre modele zwracały na siebie moją uwagę, inne mnie odrzucały na kilometr. Ale kiedyś w końcu, z okazji jakichś megaprzecen (chyba 50%), zdecydowałam, że sprawdzę, o co tyle hałasu. I przepadłam. To są naprawdę jedne z najwygodniejszych (albo nawet NAJWYGODNIEJSZE) buty, jakie kiedykolwiek miałam! Od pierwszego założenia mogę w nich chodzić cały dzień i NIC mi się nie dzieje, a wierzcie mi - mam najgorsze stopy świata (po pierwsze: obciera mnie 99,9% butów, które kupuję i to nie tylko kiedy są nowe, ale też po założeniu ich po przerwie, po drugie: b. często mam problem z bolącym podbiciem i  wreszcie po trzecie: mam wiecznie opuchnięte kostki, więc część wyższych butów mi je po prostu dodatkowo podrażnia). Serio - dla kogoś takiego jak ja, to był strzał w 10! Poza tym uważam, że są naprawdę ładne, a zestawienie czerni, różu i turkusu bardzo do mnie przemawia kolorystycznie :)




3. Niejako w komplecie z butami idzie kolejny ulubieniec, czyli...skarpetki... Wiem, że może nie jest to najbardziej podniecająca część garderoby, ale znowu - ten konkretny model to było naprawdę moje odkrycie ostatnich miesięcy! Moje są firmy Nike (z serii Dri Fit, najbardziej opłaca się kupować je w trójpaku), ale bardziej niż o firmę, chodzi mi o ich wykończenie z tyłu - tym, co zmienia całą bajkę, jest ich przedłużony "zapiętek" (nie mam pojęcia, czy to się tak fachowo nazywa), który po pierwsze ułatwia ich zakładanie, ale co najważniejsze - zapobiega ich zsuwaniu podczas ruchu! Niestety ale (znowu ukłon w stronę moich problematycznych stóp) zawsze, ale to zawsze męczyłam się ze stopkami, które "uciekały" mi z pięty i do szału doprowadzało mnie ich wieczne podciąganie (o obcieraniu stopy nie wspomnę) - więc - dla mnie takie rozwiązanie to prawdziwa bomba. Szkoda tylko, że nie tak łatwo znaleźć ten typ skarpetek.



Biorąc pod uwagę liczbę rzeczy powiązanych z uprawianiem aktywności fizycznej pokazanych w tym poście, sprawię pewnie wrażenie osoby szalenie fit, ale bez zbędnych dywagacji uznajmy po prostu, że tym razem tak się jakoś złożyło :)

4. Ostatnią rzeczą, którą również wykorzystuję głównie podczas jazdy na rowerze, jest mój cudny plecak z firmy Cayler and Sons. Plecak - worek, bo to jest ten typ ze sznurkami zamiast rączek. Ogólnie jest lekki, ładny, pojemny i kupiłam go w megapromocji, a sprawdza się naprawdę świetnie. No i poza tym, że jest z grubego materiału (więc zakładam, że nie przemaka), to ma jeszcze stylowe wykończenie a'la struś na dole - a ja jestem szalenie łasa na takie smaczki :) Jedyna uwaga - nie należy do niego pakować całego swojego dobytku (do czego ja oczywiście, jako wielbicielka ogromnych torbiszczy mam tendencje), bo wówczas sznurki będą nam się bezlitośnie wpijać w ramiona. Na Zalando jest spory wybór wzorów (cudny jest zwłaszcza taki typowo wakacyjny w kwiatki z napisem "Hi haters").



5. I ostatni ulubieniec z tej kategorii, to moja letnia torba z firmy Franklin Marshall. I tu właściwie mogę tylko napisać, że ją po prostu UWIELBIAM - jak widać poniżej, jest szalenie pojemna, lekka, prześliczna i tak charakterystyczna, że "robi" cały strój - bez względu na to, czego bym na siebie nie założyła, ona jest taką "wisienką na torcie". A ponieważ kiedy jest gorąco, nie przepadam za noszeniem skórzanych ciężkich toreb (które nawet kiedy nie są fizycznie ciężkie, to i tak jakoś niespecjalnie kojarzą mi się "letnio"), to to był zdecydowanie jeden z moich najlepszych zakupów tego lata (oprócz roweru).



























6. Po krótkim namyśle postanowiłam dorzucić tu jeszcze jeden punkt, a mianowicie ubrania sportowe z Lidla. Ostatnio Agnieszka z kanału Lifemanagerka też o nich wspominała, a ja mogę się tylko z nią zgodzić - mam cztery koszulki z serii Crivit i zakładam je zarówno do ćwiczeń jogi, jak i na rower i sprawdzają się świetnie! Naprawdę warto się nimi zainteresować.

*JEDZENIE

Z kategorii żywieniowej w tej odsłonie mam tylko jeden produkt, a mianowicie kawę Inkę bio z figami. Kupuję ją w Leclercu i od niej właściwie zawsze zaczynam dzień. Ma delikatny smak i dobry skład (rozpuszczalna kawa zbożowa - zboża 59%, w tym jęczmień i słód jęczmienny, korzeń cykorii i figi 13% - wszystko z certyfikowanych upraw ekologicznych) - ja wprawdzie tych fig kompletnie w niej nie wyczuwam, ale z jakiegoś powodu i tak smakuje mi bardziej niż taka tradycyjna. Może to moja wyobraźnia :)



*KOSMETYKI 

Jako że z kosmetykami też ostatnio nie szalałam (zresztą już od dłuższego czasu nie szaleję), w tym punkcie mam Wam do pokazania dwie rzeczy:



1. Numero uno to woda pielęgnacyjna do ciała Eau des Jardins z firmy Clarins. I tu uwaga - to nie jest ani woda toaletowa, ani woda perfumowana, tylko właśnie kosmetyk, który poza przepięknym zapachem, ma także właściwości pielęgnacyjne! Według opisu, dzięki zawartości odpowiednio dobranych olejków eterycznych, poprawia także nasz nastrój :) Jeśli lubicie świeże, cytrusowo-kwiatowe zapachy, powąchajcie sobie go przy okazji - a nuż przypadnie Wam do gustu. 

2. W poprzednim poście z tej serii (do poczytania TUTAJ) wspominałam o balsamach do ust z firmy Hurraw! No i w międzyczasie okazało się, że w ofercie pojawił się kolejny "smak", czyli Papaya&Pineapple, czyli zestaw, który ewidentnie kojarzy mi się z latem. Bardzo przypadł mi do gustu - jak wszystkie pozostałe, oczywiście świetnie nawilża usta, a dodatkowo pachnie tropikalnymi owocami - sama przyjemność.

I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do końca wpisu. W ogóle to nie wiem jak to się dzieje, że po pierwsze czas ucieka mi jak szalony i zanim się zorientuję i zbiorę w sobie, to właściwie już mija kolejny miesiąc, a po drugie zawsze wydaje mi się, że "tym razem na pewno nie będę miała Wam co pokazać", a potem się okazuje, że wpis z ulubieńcami ciągnie się niczym turecki serial (żeby nie było, że nie jestem na czasie - chociaż sama nie oglądam). Lubicie w ogóle takie posty? (ciekawe swoją drogą, co zrobię, jeśli napiszecie, że nie)...

**sama nie wierzę, że do tego nawiązałam, ale well - chcąc nie chcąc, hasło jakoś weszło do mowy potocznej :) 

sobota, 2 lipca 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy czerwca

Dziś będzie post z kategorii "na rozluźnienie", ale takich, które sama przeglądam zawsze z przyjemnością - oczywiście wiem, że najfajniej ogląda się tego typu filmiki, ale cóż - zdecydowanie nie jestem gotowa na taki krok poza moją strefę komfortu, więc wybaczcie, ale pojedziemy tradycyjnie :) 


Jak widać, uzbierało mi się kilka rzeczy, które chciałabym Wam polecić - zaznaczam tylko, że określenie "ulubieńcy czerwca" jest w stosunku do niektórych z nich dość umowne - bardziej pasowałoby "ulubieńcy kilku ostatnich miesięcy", ale wierzę w to, że raczej nikt z Was nie bierze takich haseł dosłownie. No i oczywiście nie wszystko znalazło się na zbiorowym zdjęciu, bo wiadomo nie od dziś, że mam świetną pamięć, tylko odrobinkę przykrótką i o dwóch rzeczach przypomniałam sobie już po fakcie :) 

Do rzeczy - żeby było bardziej przejrzyście, podzieliłam sobie wszystko na kategorie:

* KOSMETYKI

1. Maseczka Origins Drink-Up Intensive - na kosmetyki tej firmy czaiłam się od nie pamiętam już kiedy i jakoś zawsze przy okazji zakupów o nich ostatecznie zapominałam. Wreszcie parę miesięcy temu podczas rozmowy z koleżanką jakoś zeszłyśmy na polecane kosmetyki i kiedy zaczęła się rozwodzić nad tym, jaki to jest świetny produkt, to wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę. I słusznie, bo od pierwszego użycia jestem totalnie zachwycona - zużyłam już prawie całe opakowanie (a jest spore!), kolejne czeka grzecznie w szafce. W Polsce chyba wyłączność na Origins ma Sephora i warto wstrzelić się w promocję -20% - wtedy wydatek nie boli aż tak bardzo :) 




Co do samej maseczki, to dla mojej wrażliwej (i suchej) skóry, jest ona prawdziwym objawieniem - stosuję ją po prostu jako krem na noc - z tym, że oczywiście nie codziennie. I widzę różnicę - skóra jest dobrze nawilżona i elastyczna, w dodatku maseczka przepięknie pachnie. Wiem, że niektórzy narzekają, że po jej nałożeniu klei się twarz, ale powiem szczerze, że ja nawet nie zwróciłam na to uwagi. Dla mnie to zdecydowanie jedno z tegorocznych odkryć. 

2. Krem Embryolysse Lait-Creme Concentre - tu nie pamiętam, jak na niego trafiłam, pewnie gdzieś przeczytałam opis, potem kupiłam na próbę małe opakowanie i...przepadłam :) Cóż mogę powiedzieć - moja skóra go uwielbia - stosuję go rano pod makijaż i czasem też na noc, zwłaszcza kiedy mam jakieś podrażnienia - jest bardzo delikatny i po prostu świetny! 



3. Hydrolat różany - mój jest z Biochemii Urody, ale pewnie większość działa podobnie - ja przelewam sobie trochę do małej buteleczki ze spryskiwaczem, trzymam go w lodówce i używam kilka razy dziennie jako toniku, ale także w momencie, kiedy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia (cudowne uczucie, zwłaszcza w upalny dzień!). 



4. Balsam do ust Hurraw! 

Te balsamy to moje małe uzależnienie - nie wiem, ile już ich miałam, ale przyznam się, że odkąd je odkryłam, nie wyobrażam sobie nie posiadania przynajmniej jednego w zapasie - ten na zdjęciu jest limonkowy (świetny!), mam też wersję kakaową, rumiankową, o smaku earl greya i gdzieś zgubiłam wiśniową. Zamawiam je na IHerb, ale z tego co wiem, w Polsce też można je dostać online (oczywiście z przebitką cenową). Produkt jest organiczny, wegański i (co najważniejsze) - fantastycznie nawilża usta! Ja uwielbiam. 





* JEDZENIE

Tu tylko jeden produkt, ale za to jaki pyszny :) 
Chipsy kokosowe DANG o smaku słonego karmelu - o mamo, chyba dobrze, że nie są one tak łatwo dostępne (również zamawiam je na IHerb), bo podejrzewam, że źle by się to dla mnie skończyło - a tak, delektuję się nimi raz na jakiś czas, a potem tęsknię :) Jeśli będziecie mieli okazję spróbować, serdecznie polecam, tylko uprzedzam - wciągają dokładnie tak samo, jak zwykłe chipsy - ciężko się od nich oderwać! 





* KSIĄŻKA

Mój czytelniczy czerwiec zdecydowanie upłynął pod znakiem serii o Lipowie, autorstwa Katarzyny Puzyńskiej. Poświęciłam jej cały poprzedni post, więc nie będę się powtarzać - powiem tylko, że wciągnęłam się po same uszy, kończę właśnie "Łaskuna" i czekam niecierpliwie na kolejne części. 




* MUZYKA

O tym, że od jakiegoś czasu (a konkretniej odkąd zdecydowałam się oddać do naprawy gramofon mojego Taty), słucham już właściwie wyłącznie muzyki na winylach, być może już wspominałam (a jeśli nie, to właśnie to robię) - w związku z tym często wśród moich prezentowych życzeń znajdują się płyty. Z okazji ostatnich urodzin moja kolekcja powiększyła się m.in. o nowy album Lany Del Rey "Honeymoon" i właściwie od tej pory nie przestaję jej słuchać - to jest po prostu idealna płyta na wakacje, no a jak widać na zdjęciu - dodatkowym smaczkiem jest jej czerwony kolor (a właściwie ich, bo to jest podwójny album!). Moim numerem jeden jest "High by the Beach" i "Freak" - do tego zimny drink, okulary słoneczne na nos i czuję się jak w Kalifornii :) 




* MIEJSCE

Miejscem, które odkryłam w czerwcu (i to właściwie pod jego koniec, więc troszkę umieszczam je tu na wyrost, ale myślę, że warto) jest sklep TerraVege na Kabatach w Warszawie (adres to Kabacki Dukt 4, na samym końcu Al. KEN). Jeśli ktoś jest z tych okolic, albo będzie w pobliżu, a szuka czegoś przyjaznego weganom, alergikom, osobom na diecie bezglutenowej lub po prostu lubi wiedzieć, co kupuje i je, to serdecznie polecam - jak na malutki sklepik, jest zaskakująco dobrze zaopatrzony, ma przesympatycznych właścicieli i bardzo dobre ceny!!! Stronę internetową  i FB też ma :) 

* AKCESORIA/INNE

W tej kategorii mam aż cztery rzeczy, ale dwie z nich omówię szybko razem: 

1 i 2. Butelka Bobble bottle i butelka szklana 

O Bobble bottle chyba już kiedyś pisałam, bo mam ją już od kilku lat (właściwie chyba odkąd pojawiła się w Polsce - wtedy można było ją kupić wyłącznie online, teraz jest dostępna np. w Duce). Jeśli kogoś interesują szczegóły, to odsyłam na tę stronę. Ja tylko dodam, że odkąd ją mam, właściwie przestałam kupować wodę w jednorazowych butelkach. Poza aspektem eko, ważna jest też wygoda, to że można do niej nalać wodę z kranu w dowolnym miejscu, jest poręczna i ładna (filtry mają różne kolory - ostatnio trzymałam się różu, ale teraz mam taki wakacyjny morski turkus i też jest super). 




Jakiś czas temu kupiłam sobie również butelkę szklaną, która sprawdzała się dobrze przede wszystkim w pracy (nalewałam sobie do niej wodę z pojemnika z filtrem i pilnowałam, żeby popijać przez cały dzień), teraz używam jej też w domu. Bardzo ją lubię (dopasowanie kolorystyczne obu butelek jest całkiem przypadkowe :)) ale przyznaję, że na wyjścia "w miasto" wybieram Bobble, bo jednak wiadomo, że szkło swoje waży. Moja butelka jest z TkMaxx - wiem, że co jakiś czas pojawiają się w ich ofercie w różnych kolorach. 



3. Przedostatnią rzeczą, o której chciałabym Wam napisać, jest opaska do spania na oczy z firmy Lunaby (pewnie każdy o tym wie, ale jeśli nie, to jest to firma Joasi Glogazy, czyli Styledigger - myślę, że za jakiś czas skuszę się na którąś z ich pięknych piżam). 

Jakoś do tej pory wydawało mi się, że to jest dodatek z kategorii całkiem zbędnych, na zasadzie "a, nie mam na co wydać pieniędzy, to sobie kupię opaskę na oczy". No i co? No i pudło :) Moja sypialnia utrzymana jest w jasnych barwach, na oknach mam białe drewniane żaluzje i wprawdzie wyglądają one świetnie, ale niestety w okresie wiosenno-letnim, kiedy na zewnątrz jasno zaczyna się robić już w okolicach 4 nad ranem, brakuje mi jakiegoś zaciemnienia. Do tego dochodzą problemy ze snem, na tle nerwowym (polega to na tym, że zasypiam w miarę łatwo, ale budzę się około 3 i męczę przez kolejne dwie godziny, walcząc ze sobą o jeszcze odrobinę odpoczynku). Dlatego jakiś czas temu stwierdziłam, że sprawdzę na sobie, czy przypadkiem taka maseczka nie będzie dobrym rozwiązaniem - i okazało się, że owszem - nie zakładam jej od razu wieczorem, tylko kładę na stoliku przy łóżku i korzystam z z niej po wybudzeniu nad ranem. I działa - mój organizm sam się jakoś wycisza w ciemności, więc siłą rzeczy budzę się rano znacznie bardziej wypoczęta. Dla mnie bomba! No i ten uroczy wzór z ptaszkami (na IG dowiedziałam się, że to Rudziki) :) Do kompletu mam jeszcze kosmetyczkę, która może służyć jako pokrowiec do Kindle. PS właśnie zauważyłam, że w dwóch miejscach zrobiły mi się zacieki od czerwonej wstążeczki - nie wiem od czego to, ale w sumie nie wpływa to na komfort użytkowania (poza względami estetycznymi). 




4. No i last but not least to gadżet, który wzbudza spore zainteresowanie niemal wszędzie - jest to Ring (mój nazywa się Ring Thing, a najbardziej popularny to iRing), czyli uchwyt do telefonu. 

Ja mam dwa - ten na zdjęciu oraz aktualnie używaną wersję złotą (nie miałam jak jej pokazać, bo robiłam zdjęcie telefonem) - przykleja się go do obudowy z tyłu i tyle. A zastosowanie? Jeśli kiedykolwiek szliście ulicą z telefonem w ręku, który niespodziewanie wyślizgnął się Wam z ręki, jeśli lubicie używać smartfona w wannie i boicie się, że w końcu go utopicie, albo przeglądacie sobie coś na leżąco przed snem i chociaż raz telefon wylądował Wam na twarzy, to owszem, to jest gadżet dla Was :) Może też służyć jako podstawka do telefonu, kiedy np oglądamy sobie coś na YT. Ja uwielbiam! 




No i dobrnęliśmy do końca :) Trochę tego było, ale tak to jest, jak się ma długą przerwę i potem chce się pokazać wszystko naraz. 

Dajcie znać, czy coś Was zainteresowało/zainspirowało, a może znacie/używacie z czegoś, o czym wspomniałam wyżej? Sama też jestem bardzo ciekawa Waszych ulubieńców. 

sobota, 1 grudnia 2012

Parę drobiazgów i moja Pandora

Po równo trzech tygodniach niecierpliwego oczekiwania, dotarła w końcu do mnie pierwsza paczka z Iherb :) Oficjalnie więc mogę ze swojej strony polecić ten sklep, zwłaszcza jeśli polujecie np na pędzle Real Techniques lub kosmetyki amerykańskie, niedostępne w Polsce. Z tym, że od razu radzę uzbroić się w cierpliwość.
Ja skusiłam się na zestaw pędzli do oczu, o którym myślałam już bardzo długo i dwa drobiazgi.

Nie wykluczam także, że to moje ostatnie "większe" zakupy w najbliższym czasie, jako że od dzisiaj jestem niestety oficjalnie bezrobotna - tak, ostatni dzień listopada nie był dla mnie najszczęśliwszy i to jest kolejny "kamyczek do ogródka" roku 2012 jako jednego z najgorszych w moim życiu. Oczywiście zadziałało "prawo serii" i to właśnie była trzecia zła rzecz, która mnie spotkała w ostatnim czasie. Po cichu liczę na to, że grudzień zleci szybko, a potem uda mi się jakoś ogarnąć i w końcu ustalić sama ze sobą, w jakim kierunku teraz chciałabym podążyć...

No, ale nie piszę tego posta, żeby się żalić, jaka to jestem nieszczęśliwa (są znacznie gorsze nieszczęścia), tylko żeby pokazać, co u mnie przybyło, zatem do rzeczy :)
 
Komplet pędzli Real Techniques do oczu, nowy Badger (których jestem coraz większą fanką) i organiczny balsam do ust firmy Hurraw!.
 

Zestaw składa się z 5 pędzli, w tym jednego do nakładania cienia, pędzla do konturowania, do akcentowania, do eylinera oraz pędzelka do brwi. Jeszcze ich nie testowałam na żywym organizmie (czyli sobie), ale znając (i kochając) inne pędzle tej marki, nie powinnam być zawiedziona.
 


Pędzle otrzymujemy zapakowane w przenośne etui, które można postawić (jak widać na zdjęciu poniżej), lub złożyć i zapakować do torby, bez obaw, że nasze cenne nabytki upaćkają się po drodze.


Za zestaw (są różne rodzaje) zapłaciłam chyba 18$. Dumam jeszcze nad jednym (zestawem), ale tu niestety chyba chwilowo weźmie górę rozsądek (patrz akapit o bezrobociu) i obejdę się smakiem...

Następny w kolejności jest balsam "Stress Soother" amerykańskiej firmy Badger, która specjalizuje się w produkcji kosmetyków naturalnych - w swojej ofercie mają właśnie te słynne balsamy (o których wspominałam już kilkakrotnie u siebie na blogu - np TUTAJ ), sztyfty do ust i pewnie wiele innych rzeczy :) 

Ponieważ z wersji "Sleep Balm" jestem bardzo zadowolona, mam nadzieję, że również Stress Soother mnie nie zawiedzie. Pachnie pięknie - delikatnie i relaksująco, można faktycznie wyczuć mandarynkę i rozmaryn.

Do koszyka dorzuciłam jeszcze ochronny sztyft do ust marki Hurraw!, na który ostrzyłam sobie pazurki od jakiegoś czasu, a kiedy zobaczyłam TEN wpis u ekocentryczki, to wiedziałam, że muszę go mieć natychmiast :) Mój jest o zapachu czekolady, aczkolwiek powiedziałabym raczej, że czuć tam ziarna kakaowca, a nie taką czekoladę, do której jesteśmy przyzwyczajeni. 

Aczkolwiek pachnie obłędnie i ma rewelacyjny skład (powyżej, dla dociekliwych z lepszym wzrokiem). 

A na koniec muszę się pochwalić fantastycznym prezentem, jaki sprawiła mi moja kuzynka z Francji, która w ubiegłym tygodniu przyleciała do Warszawy z niespodziewaną wizytą (ostatni raz była w Polsce jakieś 20 lat temu, jako nastolatka, teraz zachwycało ją mnóstwo rzeczy, a przede wszystkim sam pobyt w kraju przodków :)

Nie jestem wielką fanką firmy Pandora - te wszystkie koraliki w obłędnych cenach mnie zupełnie nie ruszają. Natomiast przyznam się, że na mojej liście "chciejstw", od dawna figurowały dwie rzeczy - pierścionek (na który pewnie jeszcze długo nie będzie mnie stać) i właśnie ta bransoletka - piękna, elegancka, delikatna i ponadczasowa.

Właściwie już sama bransoletka prezentuje się pięknie na nadgarstku, u mnie doszedł do niej jeden z najprostszych srebrnych koralików, który ją idealnie dopełnia. 


Gdybym miała kupić ją sama, pewnie jeszcze trochę bym z tym poczekała, natomiast nie ukrywam, że Sandrine sprawiła mi ogromną radość (zwłaszcza że, jak tłumaczyła, to taka nasza mała rodzinna tradycja, ponieważ ona dostała swoją Pandorę od siostry, a siostra z kolei od ich mamy, teraz do kompletu dołączyłam jeszcze ja, jako ta trzecia, choć nie-rodzona siostra :) 

Noszę ją do wszystkiego i jestem absolutnie zachwycona. I mam nadzieję, że kiedyś uda mi się uzbierać na pierścionek :)

Miłej soboty, kochani!
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...