Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytnik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 sierpnia 2016

#KSIĄŻKI "Bestia" jest bliżej niż myślisz - o książce "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz

Są takie historie, które po przeczytaniu zostają z nami na zawsze, czy tego chcemy, czy nie. "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz zdecydowanie należy do tej kategorii. 

Dla tych, którzy nie słyszeli o tym tytule - jest to książka z gatunku non-fiction, zapoznająca nas z postacią Leszka Pękalskiego, nazywanego "Wampirem z Bytowa". Coś Wam dzwoni? I słusznie, bo nawet jeśli nie kojarzycie jego nazwiska, to pewnie gdzieś tam obiła się Wam o uszy ta historia. Tym bardziej przerażająca, że zgodnie z wyrokiem sądu, Pękalski ma szansę wyjść z więzienia za trzy lata - mimo, że praktycznie każdy, kto się z nim zetknął twierdzi, że raczej nie ma szans, żeby nie zabił znowu. 


Magda Omilianowicz włożyła w swoją książkę ogrom wysiłku i chwała jej za to. Tym bardziej, że temat jest cholernie ciężki. Jestem naprawdę "zaprawiona" w lekturach, które obfitują w okrutne i często wręcz makabryczne opisy zbrodni, ale przyznam się, że "Bestię" musiałam czytać na raty, bo coś mi się "robiło" w środku podczas czytania - dlatego uprzedzam, że to nie jest ani przyjemna, ani łatwa pozycja. Czytając ją mamy trochę uczucie jakby ktoś obok nas przeciągał metalowym gwoździem po tablicy (wzdrygnęliście się na to wyobrażenie? no właśnie). 

A co można powiedzieć o samej fabule? Wydaje mi się, że najbardziej przerażające w tej lekturze (poza realną perspektywą bliskiego wyjścia na wolność jej "bohatera") jest to, jak bardzo nie wygląda on ani nie kojarzy się z potworem. Oczywiście mając za sobą liczne lektury z zakresu kryminologii (zwłaszcza zajmujące się charakterystyką seryjnych zabójców) zdaję sobie sprawę z tego, jak doskonale psychopaci potrafią się maskować i jak bardzo normalnie wrażenie często sprawiają (stąd teksty "och, w życiu bym się nie spodziewał/a, że on jest zdolny do czegoś takiego!"), ale z Pękalskim jest inaczej. Sprawdźcie sobie przy okazji jego zdjęcia, a zobaczycie, co mam na myśli. Tu mamy bowiem niesamowity paradoks - jest to bowiem człowiek, który praktycznie od dziecka był uważany za opóźnionego, był taką chodzącą sierotą, chuchrem i ciamajdą, wzbudzającą litość przemieszaną z obrzydzeniem (nie znosił się myć). Jednak w momencie kiedy wybierał się na swoje "polowanie", nikt nie miał z nim szansy - okazywał się szybki, sprytny i zaskakująco silny. Tak samo w więzieniu - sposób, w jaki stara się manipulować wszystkimi, z którymi ma do czynienia (z autorką książki włącznie), jest w pewnym stopniu nawet imponujący - Pękalski opowiada o zbrodniach bez cienia zażenowania (przyznał się do 67, przy czym potem zmienił wszystkie zeznania, a ponieważ zabójstwa, o które się go podejrzewa, zostały dokonane na przełomie kilkunastu lat i do czasu jego aresztowania spora część materiału dowodowego została uszkodzona albo zagubiona, zdołano mu przypisać ostatecznie "tylko" jedno, ostatnie zabójstwo oraz gwałt, za które dostał razem 25 lat), jednocześnie bez przerwy podkreślając, jaki jest biedny i chory i próbując wzbudzić litość i zrzucić winę na społeczeństwo. To jest właśnie najciekawszy aspekt - z książki wynika, że jest to człowiek, który nie odczuwa najmniejszych wyrzutów sumienia i jedyną rzeczą, której żałuje, to to, że wpadł. Chociaż z drugiej strony pobyt w więzieniu chyba mu służy, bo on jest trochę jak dzikie zwierzę, które odczuwa wyłącznie potrzebę zaspokojenia swoich prymitywnych instynktów - głodu, zmęczenia i seksu (to ostatnie oczywiście obecnie we własnym zakresie). Nie interesuje się niczym, w żaden sposób nie sprawia też wrażenia, że chciałby normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Nie widzi także chyba nic złego w tym, że (prawdopodobnie) pozbawił życia kilkadziesiąt niewinnych osób - wielokrotnie podkreślał, że być może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby udało mu się znaleźć żonę, z którą mógłby regularnie uprawiać seks (ma obsesję na tym punkcie), albo chociaż zrealizować zakup dmuchanej lalki z seks shopu (tu akurat część lekarzy, którzy wypowiedzieli się na ten temat, jest skłonna się z tym zgodzić - być może faktycznie na pewnym etapie wyciszyłoby to zabójcze instynkty Pękalskiego i tym samym uratowało życie chociaż części ofiar). 

Powiem tak - jeśli ktoś interesuje się chorą psychiką, tym jak myśli i działa ktoś taki, jak Pękalski, to gorąco zachęcam do lektury, bo jest naprawdę świetna. Należy jednak pamiętać, że mimo że autorka opierała się na autentycznej dokumentacji ze śledztw, rozmawiała z rodzinami ofiar, ludźmi zaangażowanymi zarówno w same śledztwa, lekarzami, jak i osobami, które osobiście znały/zetknęły się z Pękalskim, a także samą "Bestią", to spora część tej książki jest fabularyzowaną wersją tego, jak poszczególne zbrodnie mogły wyglądać. Swoją drogą to właśnie te fragmenty są chyba najmocniejsze i najbardziej zapadają w pamięć. Jeśli więc czujecie się na siłach, żeby zmierzyć się z tym, do czego zdolny jest człowiek, poszukajcie tej książki, bo warto wiedzieć, że zjawisko sadystycznych seryjnych zabójców to nie jest wymysł amerykańskich scenarzystów, a prawdziwe życie niejednokrotnie zostawia fikcję daleko w tyle. No i jak wspomniałam w tytule tego posta - bestia często jest bliżej niż myślisz...

niedziela, 26 czerwca 2016

#KSIĄŻKI Na prowincji trup ściele się gęsto, czyli seria o Lipowie - Katarzyna Puzyńska

Jak obiecałam, tak jestem znowu - trochę jak słynna montypythonowska hiszpańska inkwizycja, ha! 

Tym razem chcę Wam polecić coś do czytania - niektórym właśnie zaczęły się wakacje, inni pewnie są właśnie w trakcie planowania urlopów, jeszcze inni może właśnie odkrywają wątpliwe uroki bezrobocia (tak, czarny humor to moja specjalność) - tak więc przynajmniej teoretycznie powinniście mieć odrobinę więcej wolnego czasu, który możecie przeznaczyć na ciekawą lekturę. 

Zazwyczaj co prawda śledzę na bieżąco rynek książkowy i staram się w miarę ogarniać modne nazwiska, ale jednocześnie przyznam się, że na ogół niespecjalnie mnie one kręcą. Mam swoje tempo czytania i swoje własne (niekończące się!) listy tytułów, więc raczej rzadko zdarza mi się, że zabieram się za coś, co akurat pałęta się po listach bestsellerów. 
No i tu niespodzianka, bo polecę Wam dziś Katarzynę Puzyńską, która do owych list już chyba przyrosła na dłużej :) 

W skrócie - jeśli lubicie kryminały (ale takie raczej niespiesznie rozwijające się i nie bardzo krwawe), z dużą domieszką obyczajówki i do tego jeszcze macie słabość do naszych rodzimych okoliczności przyrody, to polecam Wam serię o Lipowie. A, no właśnie - jeszcze jedno - nie bez kozery wspomniałam o wolnym czasie - tego jest sześć pokaźnych tomów, więc sami wiecie, żeby potem nie było na mnie, no!

Powiem tak - Kasię Puzyńską (chyba mogę tak napisać, bo mam wrażenie, że ona jest młodsza ode mnie - #zazdrość tak by the way) porównuje się niemal odruchowo z bardzo popularną u nas Szwedką, Camillą Lackberg, ale ja akurat Lackberg nie trawię - przebrnęłam (chyba wyłącznie przez mój ośli upór) przez jakieś cztery tomy i stwierdziłam, że sorry, ale więcej jej wkurzających i infantylnych bohaterek nie zniosę - dlatego też uważam, że to porównanie jest wyjątkowo dla Puzyńskiej krzywdzące. Owszem, w jej powieściach też mamy mocno (momentami być może nawet nieco ZA mocno) rozbudowany wątek obyczajowy, bohaterowie trochę sobie romansują, trochę rozkminiają swoje uczucia, ale śmiem twierdzić, że jest to jednak znacznie bardziej życiowe niż u Lackberg, gdzie bohaterki najwyraźniej zatrzymały się na poziomie emocjonalnym gimnazjalistek. 

Ale! Nie zapominajmy także, że saga o Lipowie ma nad Lackberg jedną zasadniczą przewagę. Klementynę Kopp. Czytając kolejne tomy (których fabuły nie zamierzam Wam streszczać, bo to kompletnie nie miałoby sensu), mam już wyrobioną swoją wizję pani komisarz i z jednej strony bardzo chciałabym zobaczyć, jak ta postać prezentowałaby się w wersji filmowej, ale z drugiej boję się rozczarowania. Bo książkowa Klementyna jest niezwykłą osobą - jest jednocześnie fascynująca, irytująca i cholernie przyciągająca uwagę - no i w momencie kiedy w jej życiu pojawia się kot Don Jose (vel Józek), ja zostałam już kupiona na dobre :) Dawno już nie "spotkałam" tak barwnej i oryginalnej bohaterki i chociaż przede mną jeszcze półtora tomu, to już się boję syndromu odstawienia. 

Daniel Podgórski też jest raczej w porządku, chociaż z tej dwójki to oczywiście Klementyna ma większe jaja, bo młodszy aspirant jest nieco zbyt ciapowaty i rozlazły jak na mój gust. Chociaż potrafi pokazać pazurki, że tak pozostanę jeszcze przez chwilę w kocim temacie :) 

Bardzo podoba mi się także fakt, że Puzyńska wyraźnie napracowała się, żeby stworzyć pełnowymiarowe postaci drugoplanowe - to nie są tylko takie papierowe wydmuszki, które mają służyć za tło, ale osoby, które nawet kiedy nie odgrywają żadnej ważnej roli w fabule, to jednak gdzieś tam są i trochę nam ich brakuje, niczym dawno nie widzianych znajomych. Chociaż Pawła Kamińskiego sama bym chętnie ukatrupiła, bo potwornie mi działa na nerwy!

Nie powiem, że kryminały Puzyńskiej kojarzą mi się z Agathą Christie, bo to by było jednak nadużycie. Bardziej przypominają mi słynną brytyjską serię Morderstwa w Midsomer, na podstawie książek Caroline Graham - tam też mamy pozornie sielską prowincję, całą gamę ciekawych postaci pierwszo- i dalszoplanowych, no i śledztwa w sprawie morderstw. Jeśli więc lubicie takie klimaty, to serdecznie polecam przetestowanie na sobie, czy Kasia P. przypadnie Wam do gustu - kolejność serii o Lipowie jest następująca:

1. Motylek
2. Więcej czerwieni 
3. Trzydziesta pierwsza 
4. Z jednym wyjątkiem
5. Utopce
6. Łaskun

Na koniec tej polecanki dodam tylko, że oczywiście można się przyczepić do tego, że: bywa trochę za bardzo rozwlekle, że autorka niekiedy zapomina, że czytelnik potrafi zapamiętać podstawowe fakty i nie trzeba mu powtarzać tego samego trzydzieści razy, że lipowska policja to na oko banda jakichś życiowych fajtłap, a tempo rozwiązywania przez nich spraw woła o pomstę do nieba, no i wreszcie - że większość zbrodni i intryg kryminalnych jest kompletnie odrealniona. No jasne, że można - tylko po co? Jak dla mnie żadna z tych uwag (a spotkałam się już ze wszystkimi, nie wymyśliłam sobie ich sama przed chwilą) ani nie dyskwalifikuje autorki, ani nie sprawia, że sagę o wymyślonym małym polskim miasteczku czyta mi się gorzej. Tak więc ja jestem jak najbardziej w #teampuzynska 




PS Do tej pory moją ulubioną częścią są "Utopce" (ale jestem dopiero w połowie, więc mam nadzieję, że nie zmienię zdania do końca książki!) - bardzo lubię takie leciutko niepokojące klimaty (szalenie działający na wyobraźnię opis okolic Utopców sprawił, że wszystkie miejsca stanęły mi przed oczami jak żywe), a przede wszystkim pokazywanie w retrospekcjach tego samego momentu z punktu widzenia różnych osób (btw - to świetne ćwiczenie dla wszystkich tych, którzy nie widzą nic poza końcem własnego nosa :) 

Dajcie znać, czy znacie/lubicie Kasię Puzyńską! 

UPDATE: "Utopce" do samego końca świetne, natomiast po rozpoczęciu "Łaskuna" muszę nieco zweryfikować określenie "kryminały nie bardzo krwawe" w odniesieniu do książek autorki. Jeśli chodzi o plastyczne opisy zwłok, od których osobom nieprzyzwyczajonym do takiej makabreski może się zrobić nieco słabo (lub niedobrze), to w "Łaskunie" mamy 10 punktów na 10 - tak tylko uprzedzam :) Ogólnie cieszę się, że dużo się dzieje i że ciapowaty poczciwina Podgórski w końcu będzie miał szansę pokazać się nieco z innej strony.  

wtorek, 16 września 2014

Moje lektury - lista "do przeczytania"

O tym, co czytam obecnie i przeczytałam niedawno, napiszę być może za jakiś czas - moje zainteresowania nadal obracają się głównie wokół kryminałów i thrillerów (przy okazji - odkryłam nową krwawą serię, w którą się strasznie wciągnęłam - parę słów o niej poniżej) oraz książek luźniej lub ciaśniej powiązanych z samorozwojem i /lub kryminologią/psychologią/socjologią. 

Dziś natomiast pokażę Wam parę tytułów, które wskoczyły na moją listę "do przeczytania" - odkąd mam Kindle (pisałam o nim więcej TUTAJ), znacznie łatwiej mi przychodzi tworzenie planów czytelniczych oraz zestawień tematycznych - pomijam już fakt, że zakupy również przychodzą o wiele łatwiej (żeby nie powiedzieć - za łatwo - damn you, one-click option!) :) Żeby trochę ułatwić sobie zadanie, tworzę sobie specjalny katalog "do przeczytania w ..." (zmienia się tylko nazwa miesiąca) i tam wrzucam te pozycje, z którymi chciałabym zapoznać się w pierwszej kolejności. Oczywiście (o czym piszę też poniżej) ta nazwa jest totalnie umowna i to, że akurat w chwili obecnej widnieje tam "September" nie znaczy wcale, że za dwa tygodnie stan listy zmieni się diametralnie :)

Jeśli ktoś jeszcze nie zna, to polecam serwis lubimy czytać - dla mnie to nieskończona kopalnia inspiracji książkowych i przy okazji miejsce, gdzie aktualizuję stan swoich lektur. Ci, którzy lubią takie czytelnicze podglądactwo, mogą mnie znaleźć tutaj: 
A na mojej aktualnej liście do przeczytania, znajdują się takie tytuły jak:




Oczywiście troszkę "oszukuję", bo jestem w trakcie lektury dwóch pierwszych pozycji - przy okazji odkryłam, że "Puls" Johna Lutza to 7, a nie tak jak wpisałam 6 część serii z Frankiem Quinnem (dobrze wiedzieć). I tak, to jest właśnie ta nowa seria, o której wspomniałam na początku wpisu - od razu uprzedzam, że na polski przetłumaczono niektóre części (i to tradycyjnie - w kolejności od czapy, zawsze zastanawia mnie, kto i na jakiej podstawie decyduje o takim, a nie innym wyborze tomów serii do tłumaczenia - mam wrażenie, że odpowiedzialna jest za to ta sama tajemnicza grupa, która tłumaczy tytuły filmów na polski :)). Całość czyta się bardzo dobrze, chociaż opisy niektórych zbrodni są naprawdę okrutne (a pisze to osoba "zaprawiona" w tego typu lekturach!).  

  • Pułapki myślenia Daniela Kahnemana to jedna z tych lektur, do których ciągnie mnie zawsze i nieustannie - o tym, jak działa nasz mózg, jak w myśleniu "chodzimy na skróty", w jaki sposób kojarzymy rzeczy etc. Książka wymaga skupienia, więc siłą rzeczy jej czytanie idzie mi wolno (zdecydowanie łatwiej przyswajam opisy kolejnych krwawych morderstw - chociaż przyznam się, że często podczas porannej podróży autobusem trochę mi się robi przy nich słabo). 
  • Głaskologia Miłosza Brzezińskiego - podtytuł "Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji" mówi sporo o treści, podobnie jak bardzo entuzjastyczne recenzje. Kusiła mnie ta książka od dawna, kupiłam ją jakiś czas temu i ...kompletnie o niej zapomniałam - teraz wskoczyła na listę do przeczytania. Zobaczymy. 
  • Mastermind. How to Think Like Sherlock Holmes - Marii Kunnikovej - nie wiem, czy można nauczyć się sztuki dedukcji, ale uwielbiam postać słynnego detektywa, więc z przyjemnością poczytam o sposobach na efektywniejsze wykorzystanie mojego mózgu tak, aby wyćwiczyć swoją percepcję. 
  • Grain Brain - David Perlmutter - znowu wielemówiący podtytuł - "The Surprising Truth about Wheat, Carbs and Sugar - Your Brain's Silent Killers" - z tego, co zdążyłam się zorientować, to bardzo popularna pozycja, ale jednocześnie trochę za bardzo "podjeżdża" mi takim wszechwiedzącym mentorstwem - być może się mylę (i właśnie aby się o tym naocznie przekonać, chcę ją przeczytać) - tak czy inaczej, wszelkie książki o odżywianiu i jego wpływie na nasze zdrowie i życie, są u mnie na liście zainteresowań (choćby ze względu na to, co opisywałam w TYM wpisie). 
  • No i w końcu coś, co mnie kusi najbardziej, czyli Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa - Simona Barona-Cohena - nie raz pisałam już, że fascynuje mnie ludzki umysł, a zwłaszcza to, skąd bierze się ludzkie okrucieństwo - wprawdzie dość krytyczne opinie na temat tej książki trochę studzą mój zapał, ale i tak chętnie poczytam o różnych badaniach nt empatii i tego, skąd biorą się psychopaci. 

Kontynuując myśl rozpoczętą powyżej - to nie tak, że tworząc listę pozbawiam się tym samym swobody w wyborze kolejnego tytułu - do folderu "to read in September" wrzucam po prostu te tytuły, które chciałabym przeczytać w miarę niedługo, bo w przepastnym gąszczu posiadanych przeze mnie książek, łatwo mi się zagubić.

Wcale nie jest też powiedziane, że skoro coś jest na liście "to read in September", faktycznie zostanie przeczytane w owym wrześniu - niektóre tytuły swobodnie sobie przeskakują z miesiąca na miesiąc, zamieniając się miejscami z innymi pozycjami, które trafiają na listę całkiem spontanicznie - nigdy nie zapominam, że czytanie ma sprawiać mi przyjemność i dlatego nie zamierzam się do niczego zmuszać - jeśli nie mam w danym miesiącu ochoty na poważniejsze opracowania, pozostaję przy thrillerach bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Podobnie mam z książkami, które mnie nie wciągają - porzucam je bez litości - tak miałam np ze "Ślubną suknią" Pierre'a Lamaitre'a, która kompletnie mi nie "podeszła" - być może kiedyś do niej wrócę, ale póki co główna bohaterka tak mnie rozdrażniła, że nie sądzę, żeby prędko to nastąpiło.

A wybór konkretnego tytułu i tak zawsze zależy od wielu czynników, w tym mojego nastroju, pogody za oknem, tego w jakim języku mam akurat chęć czytać (zauważyłam np już dawno, że kryminały i thrillery z reguły o wiele lepiej czyta mi się po angielsku, dlatego poza sytuacjami, kiedy wygrywa moje lenistwo, staram się jednak w ten sposób utrzymywać regularny kontakt z tym językiem), a także na jaki gatunek mam ochotę.

Zazwyczaj zresztą czytam "jednocześnie" kilka pozycji - nie dosłownie oczywiście, ale dopasowując daną książkę do powyższych czynników i swobodnie przeskakując z tytułu na tytuł - to jeden z powodów mojego uwielbienia dla Kindla! 

A Wy co teraz czytacie? Polećcie mi coś ciekawego, nieważne z jakiej kategorii - czasem fajnie jest w ten sposób odkryć jakiś zupełnie nieoczekiwany tytuł :) 

sobota, 2 listopada 2013

Ulubione dodatki vol.3 - mój Kindle

Od czasu do czasu (to takie bardziej eleganckie określenie "kiedy mi się przypomni") staram się zamieszczać tu posty dotyczące moich ulubionych akcesoriów - wcześniejsze części znajdziecie TUTAJ i TUTAJ (a także pewnie w poście o ulubieńcach, czyli np. TUTAJ).
Dzisiaj będzie coś z cyklu "ja i mój spóźniony zapłon piszemy o super gadżecie, który znają/mają wszyscy, a w końcu mam go i ja". 

Ale a nuż okaże się, że jednak nie wszyscy i gdzieś tam w blogosferze plącze się jeszcze jakiś nieborak, który może i by chciał, ale nie bardzo wie jak się do tego zabrać? I wówczas wkraczam JA (ale nie cała na biało - to dla tych, którzy znają tego prześmiesznego suchara) :)) 

No, ale żarty żartami, królowo dygresji, a post sam się nie napisze, więc do rzeczy. 

O Kindlu (bo jak się zapewne zorientowaliście po tytule posta, to o nim będzie mowa) myślałam i marzyłam od nie pamiętam już nawet kiedy. Właściwie ten czytnik został chyba wymyślony dla mnie i mi podobnych - gdybyście kiedykolwiek znaleźli się w moim mieszkaniu, stałoby się to dla Was jasne (zarysuję Wam to w ten sposób: na prawo książki, na lewo książki, wszędzie książki, a pomiędzy nimi meble i pozostałe sprzęty) - nie raz już tu pisałam (i zapewne jeszcze nie raz to zdanie się tu pojawi) - KOCHAM książki ponad wszystko i nie wyobrażam sobie bez nich życia, a czytanie jest dla mnie równie ważne, jak oddychanie. No, ale nie ma co się oszukiwać - moja przestrzeń życiowa się nie rozrasta, wręcz przeciwnie - wykazuje raczej niepokojącą tendencję do kurczenia się. Dlatego pytanie związane z Kindlem brzmiało w moim przypadku nie "czy", ale "kiedy"? 

Z różnych względów zdecydowałam się na zakup dopiero teraz i naprawdę mogę sobie tylko napluć w brodę za to opóźnienie, bo to urządzonko znakomicie ułatwia życie (no dobra, może raczej - czyni je o niebo wygodniejszym), dlatego to zdecydowanie będzie post pochwalny i zachęcający dla tych, którzy jeszcze się wahają :) Ci, którzy kręcą nosem na takie wynalazki i robią właśnie głośne PFFFFFF, niech sobie lepiej zaparzą kubek meliski, bo wiadomo, że jak ja się czegoś uczepię, to nie będzie na pół gwizdka, tylko raczej można się spodziewać gorącego wyznania miłości :P

Mój Kindle wygląda tak: 


To wersja Classic, tzw. Kindle 5, który de facto różni się od swojego poprzednika jedynie kolorem (czwórka była grafitowa). 
Ogólnie, jeśli chodzi o parametry, szczegóły, porównania techniczne i wszelkie niezbędne info, to zainteresowanych odsyłam do najlepszego (moim zdaniem) miejsca o czytnikach, czyli bloga: http://swiatczytnikow.pl

U mnie będą wyłącznie moje subiektywne odczucia, tam znajdziecie konkrety :) 

Przyznam się, że długo zastanawiałam się, czy nie wybrać jednak wersji Paperwhite, czyli "tej ze światełkiem", ale po namyśle doszłam do wniosku, że jednak lampka nie jest mi aż tak niezbędna (choć na pewno się przydaje), a druga funkcja, czyli zapamiętywanie wyszukanych wcześniej słówek przez słownik nie jest dla mnie w tej chwili warte zapłacenia prawie dwukrotnej ceny. Więc ogólnie Paperwhite kiedyś jak najbardziej tak, ale raczej nie znajduje się on teraz na liście moich zakupowych priorytetów. 


Co do samego czytnika, to jego użytkowanie jest dziecinnie proste - po zarejestrowaniu (nie jest ono konieczne, ale ułatwia np zarządzanie naszym zbiorem książek, no i to takie miłe, kiedy po włączeniu wyświetla się nasze imię :)) włączamy go, zgrywamy (przez kabelek lub wifi) posiadane książki, odpalamy którąś i czytamy :) VOILA! 

Jak widać powyżej, tytuły możemy przydzielać do różnych folderów - tworzymy je i nazywamy dowolnie, każda książka może być przyporządkowana do kilku jednocześnie (u mnie np kilka jest zarówno w folderze "english" oraz "thriller"). 


Samo czytanie jest bardzo wygodne - Kindle jest zrobiony z tzw. papieru elektronicznego (czyli ma ekran ZUPEŁNIE inny niż monitor komputera!), który NIE MĘCZY OCZU (ja np nie znoszę czytania na komputerze i dlatego m.in. nie byłam początkowo przekonana do tego gadżetu - całkiem błędnie, jak się okazuje!). Bateria czytnika jest wytrzymała - nie pamiętam dokładnych liczb, ale nawet przy włączonym internecie i intensywnym użytkowaniu, idzie to w dni, więc naprawdę nie ma potrzeby denerwować się, że nagle coś nam się rozładuje i zostaniemy bez lektury. 

Co do obsługiwanych formatów, to oczywiście najlepszy jest ten, który został stworzony chyba specjalnie dla czytników, czyli .mobi, ale np zwykły .pdf też daje radę (a żeby było wygodniej, możemy go bez problemu przekonwertować, korzystając z darmowych programów (np Calibre, który jest łatwy w obsłudze i bardzo przydatny!)). 

No, ale najważniejsze - Kindle jest niewielki, LECIUTKI, poręczny, a przy tym diabelnie wręcz POJEMNY!!!  

Spokojnie pomieści kilkaset książek, czyli de facto możemy zawsze mieć przy sobie bardzo rozbudowaną bibliotekę i być przygotowani na każdą okoliczność :) I to jest cudowne - wychodząc z domu nie muszę się zastanawiać, czy będę miała chęć zresetować się przy kryminale, douczyć angielskiego, czy poczytać coś edukacyjnego - wyboru dokonuję włączając to urządzonko i mogę zmieniać zdanie niemal w nieskończoność :)

I do tego jeszcze jest ładny - moja malinowa okładka z ekologicznej skóry wygląda tak (w rzeczywistości jest bardziej stonowana, ale mój aparat ma problem z różowym kolorem i z niewiadomych względów zawsze go dodatkowo nasyca) - teraz nie mam już problemu ze zlokalizowaniem go w mojej przepastnej torbie, ani nie muszę się martwić, że porysuję czymś ekran.


Na koniec jako ciekawostka, porównanie wielkościowe - z lewej przykładowy magazyn, w środku Kindle, z prawej mój telefon (LG Swift L5, czyli raczej malutki). 


Nie wiem, czy jest sens pytać Was, czy jesteście właścicielami tego, lub innego czytnika, ale przyznaję, że trochę jestem ciekawa :) 

A przede wszystkim Waszego zdania na ten temat - czy uważacie, że to faktycznie przydatny gadżet, który ułatwia życie mola książkowego, czy też stoicie twardo po stronie "jak książka, to tylko papierowa"?
Od siebie powiem jeszcze jedno - nie wydaje mi się, żeby Kindle kiedykolwiek zastąpił mi zwykłe książki, bo mimo całej sympatii, jaką udało mu się zdobyć, pozbawiony jest on najważniejszej cechy, a mianowicie MAGII, która nierozerwalnie łączy się dla mnie z papierem - uwielbiam np wąchać nowe książki, uwielbiam książki używane, takie z historią, które wiele przeszły, lubię je dotykać, podziwiać piękne wydania i są pewne tytuły, których po prostu nie wyobrażam sobie mieć tylko w wersji elektronicznej. Nie ukrywam, że traktuję go raczej jako przenośną bibliotekę, tzn czytam na nim książki, do których specjalnie się nie przywiązuję - te ulubione i tak muszę mieć fizycznie przed nosem :)

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...