Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do obejrzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do obejrzenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 września 2017

"LIFESTYLE Mamy wrzesień, czas na #teamjesien!

Mamy jesień, mamy jesień! 

Z góry przepraszam za moją ekscytację (przejawiającą się m.in. w tytule z cyklu "nie czuję jak rymuję") tych z Was, którzy nadal są w trakcie rozpaczania po zbyt krótkim/zbyt zimnym/zbyt deszczowym/zbyt* (*wstaw dowolne określenie) lecie, ale jeśli znacie mnie osobiście lub jesteście tu ze mną dłużej, to zapewne wiecie doskonale, że należę całym sercem do #teamjesien i po prostu uwielbiam tę porę roku! Poprzedni wpis z tej serii możecie znaleźć TUTAJ (właściwie mogłabym go spokojnie przekleić w całości, bo nic się nie zmieniło).


Zawsze niecierpliwie czekam na koniec sierpnia, żeby móc już "na legalu" zacząć się krzątać i ogarniać swoje mieszkanie, przygotowując je na nadchodzące chłodniejsze miesiące - co oznacza np. kupowanie nowych poszewek na poduszki, wyciąganie koców, swetrów i ciepłych kapci, dyniowe i jesienne świeczki, no i ogólnie pożegnanie z pastelami na rzecz ciemniejszej kolorystyki. 


W tym okresie zazwyczaj szykuję też sobie zapasy filmów i seriali do oglądania wieczorami, bo taka ze mnie rozrywkowa ciotka, że od biegania po knajpach, zdecydowanie wolę zacisze swojego mieszkania. A co - wolno mi :) #granniejo

A jeśli jesteśmy w temacie filmowym, to przyznam się Wam do czegoś. Otóż w tym roku po raz pierwszy w życiu (sic!) obejrzałam Harry'ego Pottera... Mam nadzieję, że po drugiej stronie ekranu nie odbył się właśnie zbiorowy jęk rozpaczy, połączony z facepalmem... Ale powiem tak - w momencie, kiedy Harry pojawił się na świecie, ja byłam już, za przeproszeniem, starą dupą i opowieści o małoletnim czarodzieju jakoś nie bardzo wpisywały się w moje upodobania czytelnicze (a potem filmowe). Tak więc oczywiście byłam świadoma całego hype'u wokół tej historii, ale omijałam to raczej szerokim łukiem. Ponieważ jednak mam teorię, że na starość dziecinnieję, to uznałam, że moment, kiedy w sumie mogę już spokojnie zacząć się zajmować organizowaniem sobie kryzysu wieku średniego jest idealnym czasem na to, żeby nadrobić tę zaległość. Zorganizowałam więc sobie w któryś weekend maraton filmowy z Harry'm i przyznam się, że trochę przepadłam, bo...mi się spodobało :) (mówiłam - dziecinnieję!) Idąc więc za ciosem, obejrzałam wszystkie części, które teraz nieodmiennie będą mi się kojarzyły w 100% z jesienią, więc nie wykluczam, że jeszcze do nich wrócę. 

Z jesienią kojarzą mi się oczywiście również klimatyczne kryminały. Ostatnio, pod wpływem IG, zapoznałam się z bardzo głośnym tytułem "Nocny film" Marishy Pessl i powiem tak - lekko się rozczarowałam. Ale zaznaczam - LEKKO! Żeby nie było, że zaraz zostanę zlinczowana przez wszystkie osoby, które w social mediach zamieszczają peany na temat tejże książki. Ja po prostu spodziewałam się (zwłaszcza po tym szale, jaki obserwowałam na niektórych profilach) czegoś więcej. To jest bardzo przyzwoicie napisana książka. Jest wciągająca, dość oryginalna i szybko się czyta. I to właściwie tyle. Bo "klimatu jak z Twin Peaks" i żadnego podwójnego dna to ja w niej moi drodzy nie znalazłam. A szukałam, wierzcie mi. Dlatego powiem tak - polecam ją, bo jest ok, natomiast z pewnością nie jest to pozycja, do której wrócę i która będzie mi zaprzątać jakoś dłużej myśli. I to tyle w tym temacie. 

W ogóle to nie wiem, jak Wy, ale ja mam tak, że chociaż kryminały i thrillery czytam regularnie przez cały rok, to mimo wszystko jesienią i zimą robię to jeszcze chętniej - może to kwestia mniejszej ilości słońca i jakiejś takiej sezonowej nastrojowości? W każdym razie krótsze dni i chłodniejsza aura zawsze idą u mnie w parze z odkrywaniem nowych zbrodni. 

Co z kolei przypomniało mi o jeszcze jednej książce, którą przeczytałam niedawno i którą serdecznie polecam wszystkim moim pokrewnym mrocznym duszom. Mówię o "Zbrodni niedoskonałej" duetu Katarzyny Bondy i Bogdana Lacha. W skrócie - Katarzyny Bondy pewnie nie muszę Wam przedstawiać, bo jeśli ktoś lubi kryminalne klimaty, to zapewne ją kojarzy - to ona jest autorką serii o Hubercie Mayerze (nomen omen - profilerze), a także drugiej o Saszy Załuskiej (przyznam szczerze - nie jestem mega fanką żadnej z nich). 
Z tym, że od razu zastrzegam - "Zbrodnia niedoskonała" to nie jest powieść! To jest efekt współpracy pisarki/dziennikarki z najsłynniejszym (bo czy nadal jedynym, tego nie jestem pewna) polskim policyjnym profilerem - Bogdanem Lachem. Najogólniej mówiąc, jest to opis autentycznych spraw kryminalnych, zarówno tych zamkniętych, w których sprawcy zostali ujęci i osądzeni, jak również tych, które jeszcze się toczą. To, co jest interesujące, to spojrzenie na dochodzenie z punktu widzenia profilera właśnie - za każdym razem mamy opis tego, co się wydarzyło oraz na jakim etapie było śledztwo w momencie wkroczenia na scenę B. Lacha, a następnie tego, jak konkretnie jego praca wpłynęła na postępy w ujęciu przestępcy. Oczywiście to nie jest pozycja naukowa, więc jeśli ktoś szuka "twardych" informacji na temat profilowania, to odsyłam go do literatury specjalistycznej, ale osobom, które chciałyby trochę "liznąć" ten temat, bez analizowania nieskończonej liczby źródeł, powinno się spodobać. Można też przy okazji kolejnych spraw, "poćwiczyć" swój zmysł profilerski, analizując zachowania sprawców równolegle z bohaterem książki i sprawdzić, na ile nasze spostrzeżenia okażą się trafne. Przyznam się, że dla mnie była to naprawdę ciekawa lektura, no ale faktem jest, że mam na tym punkcie leciutkie skrzywienie (tym z Was, którzy w to wątpią, przypominam TEN WPIS :)  

Chwilowo to by było na tyle jesiennego update'u. Dajcie znać, czy też jesteście w #teamjesien i czy oglądaliście/czytaliście ostatnio coś interesującego! 

niedziela, 18 czerwca 2017

#SERIALE Co obejrzałam//oglądam 2

Idąc za ciosem, dziś daję Wam znać o kilku serialach, jakie obejrzałam przez te kilka miesięcy i tych, które oglądam nadal. Czy wszystkie polecam? Niekoniecznie. Ale o tym przekonacie się sami za chwilę. 



zdjęcie z serwisu IMDB

To jest nowa produkcja i powiem od razu - jeśli ktoś uwielbiał Hannibala, a po jego zakończeniu odczuwa wewnętrzną pustkę i gorączkowo szuka czegoś, co ją wypełni, to niech już nie szuka, tylko zabiera się za oglądanie. Albowiem serial ten wyszedł spod ręki Bryana Fullera i to widać od pierwszych sekund. Wizualnie jest to prawie taki sam majstersztyk, jak wspomniany Hannibal - poszczególne sceny (nawet te maksymalnie krwawe i obiektywnie dość obrzydliwe) mają w sobie wyszukane piękno (choć jednocześnie wywołują spory dyskomfort). Ogólnie serial oglądam z rosnącą ciekawością, bo zrobiony jest świetnie, chociaż przyznam się, że pojęcia nie mam, w jaką stronę zmierza fabuła. No, ale faktem jest, że zupełnie nie znam powieści Neila Gaimana, na której oparta jest ta historia, więc nie wiem, czego się spodziewać (co jest plusem).

W telegraficznym skrócie dla tych, którzy ostatni rok przesiedzieli pod jakimś wielkim kamieniem i przegapili tę premierę - to jest współczesna (lub wręcz futurystyczna) wersja historii o reinkarnacji bogów i bóstw, którzy przygotowują się do walki o dominację. A w samym środku tej intrygi znajduje się główny bohater, Shadow Moon, który właśnie wyszedł z więzienia i zmaga się z osobistą tragedią.

Właściwie opisywanie fabuły nie ma tu najmniejszego sensu, bo tę opowieść trzeba po prostu chłonąć i dopiero później ewentualnie się nad nią zastanawiać - faktem jest, że podoba mi się zestawienie bogów symbolizujących to, co w znacznej mierze odeszło w zapomnienie, tradycji i dawnych wartości z ultranowoczesnymi bóstwami reprezentującymi przyszłość. Po kilku odcinkach jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej i cieszę się na kolejny sezon.

No i nie mogę zapomnieć o aktorstwie - o Ricky'm Whittle, grającym Shadow Moona w życiu nie słyszałam i zastanawiam się, gdzie on się uchował, bo jest świetny (i do tego tak cholernie przystojny, że skarpetki opadają!!!). No a Ian McShane, jak ktoś celnie ocenił - chyba urodził się, żeby zagrać Mr. Wednesdaya (pomyśleć tylko, że tę postać miał zagrać pierwotnie Nicolas Cage - brrrr!!!!). Wisienką na torcie (póki co) jest jak zwykle cudowna Gillian Anderson jako Media. 

Ostrzegam jednak, że jeśli jesteście bardzo wrażliwi na brutalne i krwawe sceny, to Wasze nerwy mogą zostać wystawione na ciężką próbę - tu właściwie co najmniej połowa scen wywołuje u widza coś w rodzaju zachwytu zmiksowanego z totalnym obrzydzeniem (Hannibal się kłania). 

***
Jako, że lubię właściwie wszystko, co dziwne, nie mogłam oczywiście przegapić kolejnej oryginalnej produkcji, czyli Legionu.

zdjęcie z serwisu IMDB

I tu podobnie jak wyżej - ciężko jest opisać fabułę. Jest ona bowiem tak złożona, że właściwie co chwilę odkrywa się kolejną warstwę - wszystko zaczyna się od tego, że poznajemy głównego bohatera - Davida (świetny Dan Stevens, który przeszedł bardzo daleką drogę od nieco drętwego Matthew z Downton Abbey), który przebywa jako zdiagnozowany schizofrenik w szpitalu psychiatrycznym. No i tu zaczyna się zabawa - okazuje się, że jego choroba to tak naprawdę nie choroba (a może jednak?), tylko David jest jednym z najpotężniejszych mutantów, nieświadomym swoich zdolności. Trafia pod opiekę grupy innych osób o specjalnych "talentach", która w międzyczasie prowadzi walkę o przetrwanie. Opis brzmi beznadziejnie, bo tak jak wspomniałam, serial ten jest wielowymiarowy i w momencie kiedy myślimy, że już wszystko wiemy i nic nas specjalnie nie zaskoczy, nagle następuje obrót o 180 stopni i lądujemy niemal w punkcie wyjścia. 

Zastrzegam, że nie trzeba wcale lubić historii o mutantach, żeby wciągnąć się w Legion - wystarczy oglądać to z otwartą głową i trochę pozastanawiać się, jak to właściwie jest z osobami uznanymi za psychicznie chore - a co jeśli one tak naprawdę wskoczyły po prostu na kolejny, wyższy poziom ewolucji? :) 
***
Na koniec dorzucę serial, na punkcie którego młodsza część internetu oszalała, a z którym ja osobiście mam spory problem. Mowa o: 

zdjęcie z serwisu IMDB

Dla tych z Was, których ominęły bardzo nasycone emocjami dyskusje na ten temat, wspomnę pokrótce, że to serial o nastolatce, która popełniła samobójstwo (nie bójcie się, nie zdradzam tutaj jakichś kluczowych informacji, wszystko jest w oficjalnych opisach). Tyle że tutaj historia jest odwrócona - czyli śmierć Hanny jest punktem wyjścia. Zostawiła ona bowiem po sobie komplet kaset, na których omówiła wszystko, co jej się przydarzyło i co doprowadziło ją do tragicznego końca (tytułowe 13 powodów). Brzmi intrygująco, prawda? Zgadzam się.

Ale. A właściwie ALE.

Tym, co sprawia, że mam niemały problem z poleceniem tej produkcji komukolwiek jest sposób, w jaki twórcy przedstawiają samobójstwo. Otóż tu jest ono pokazane jako zemsta na tych, którzy byli dla bohaterki podli. W związku z czym ona im "pokazuje", że nawet zza grobu potrafi im nieźle dokopać.

I to jest największy zonk z tym serialem.

Wiem oczywiście, że tak naprawdę nie jestem nawet targetem twórców (wiekowo podchodzę już niestety pod grupę rodziców), ale może właśnie dlatego tak wyraźnie rzucają mi się w oczy wszystkie słabości tej historii. Pomijam już kompletnie nierealne nagromadzenie wszelakich nieszczęść, jakie mogą spaść na jedną dziewczynę, ale do tego dochodzi jeszcze irytująca dwuwymiarowość właściwie wszystkich postaci. A nie, przepraszam - właściwie wszyscy przedstawieni tu dorośli są jednowymiarowi - to są postaci wręcz karykaturalne, bo serio nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że pies z kulawą nogą nie zorientowałby się przez tak długi czas, że coś jest nie tak. Do tego jeszcze właściwie żadna z osób nie wzbudza sympatii - Hanna, która chyba z założenia miała być fajną i wyluzowaną dziewczyną z sąsiedztwa jest tak denerwująca, emocjonalnie niedojrzała i naiwna, że przez połowę czasu miałam ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć "dziewczyno, weź się w garść i zajmij się czymś, zamiast dramatyzować!". Nawet Clay, który nieco ratuje całą historię. momentami zachowuje się, jakby jego postać pisało pięć różnych, nie konsultujących się ze sobą osób.

Tak więc mimo wielkiego szału, jaki wywołał ten tytuł, ja jestem na nie. Powiem więcej - nie chciałabym, żeby moja hipotetyczna nastoletnia córka oglądała coś, co mocno sugeruje, że samobójstwo służy do "odegrania" się na tych, którzy nas skrzywdzili. Ten przekaz to moim zdaniem najbardziej niepokojąca i niebezpieczna rzecz związana z tą historią - wzmocniona dodatkowo faktem, że serial naprawdę wciąga (nawet jeśli tak jak ja, ogląda się go z rosnącą niechęcią). 

Na sam koniec napiszę jeszcze tylko, że dużym (jeśli nie jedynym) plusem tej historii na pewno jest muzyka. Myślę, że wiele młodych osób odkryło m.in. dzięki niemu  Joy Division, a z kolei kawałek pt. The Night We Met Lorda Hurona zostanie ze mną na długo. 

***
Miałam jeszcze zamiar wspomnieć o najbardziej wyczekiwanym powrocie ever, czyli 3 sezonie Twin Peaks (ci z Was, którzy są ze mną długo lub znają mnie osobiście, wiedzą, że to jest mój absolutny numer 1 wśród wszystkich seriali świata - poświęciłam mu zresztą oddzielny wpis TUTAJ). Postanowiłam jednak, że zaczekam do końca, bo po 6 dotychczasowych odcinkach ciężko cokolwiek powiedzieć, poza WTF, które ciśnie mi się na usta właściwie co 5 minut :) No i nadal czekam na Audrey Horne, bo bez niej ten serial dla mnie nie istnieje. Tak więc nie bójcie się, na pewno jeszcze wrócimy do tego tematu.

zdjęcie z serwisu IMDB

Standardowo ciekawi mnie, czy widzieliście któryś z ww tytułów, a jeśli tak, to co o nich myślicie. A może macie swoje typy do polecenia (lub unikania)? Zawsze chętnie zbieram kolejne inspiracje!

A jeśli ktoś czuje niedosyt, to TUTAJ  jest poprzedni wpis z tej serii. 

sobota, 10 września 2016

#FILMY Obejrzałam, polecam

Filmy i mnie łączy specyficzna relacja. Z pewnością jest to dziedzina (czy filmy mogą być "dziedziną"?) bardzo mi bliska i w swoim życiu obejrzałam naprawdę mnóstwo tytułów. Ale przyznam się, że ten związek (jak to zwykle ze związkami bywa) ma swoje wzloty i upadki - ostatnio z przewagą tego drugiego elementu. Czasem potrafię nie oglądać nic całymi miesiącami, żeby potem nadrabiać po kilka filmów dziennie. You just never know...

Tym razem chcę Wam krótko wspomnieć o trzech obrazach, które obejrzałam w ramach relaksu i które okazały się całkiem trafionymi wyborami. W sumie to w sam raz na końcówkę lata - nie są to bowiem żadne ciężkie i dołujące dramaty (bo do takich zwykle mam słabość), ale raczej lżejsze pozycje. 

(zdjęcia ze strony IMDB)

1. NICE GUYS (2016) - to najnowsza rzecz, bo w sumie całkiem niedawno była w kinach (a może nawet nadal jest). Jeśli ktoś przegapił, to w sumie warto przy okazji poszukać, bo to jest rozrywka na całkiem przyzwoitym poziomie. Rozpoczynając seans byłam przekonana, że będzie to taka głupawa komedia i właściwie skusiłam się na nią wyłącznie ze względu na duo Russel Crowe - Ryan Gosling. No i przyjemnie się zaskoczyłam, bo okazało się, że elementy komediowe owszem, są (i to sporo, więc naprawdę można zdrowo popracować przeponą), ale nie tylko, bo tak naprawdę to jest takie lżejsze nawiązanie do retro kryminałów i kina noir. Mamy więc i intrygę kryminalną (która jest niestety najsłabszym elementem fabuły), morderstwo (nawet niejedno), ale przede wszystkim mamy absolutnie cudownie niedopasowaną parę głównych bohaterów, z których jeden jest życiowym nieudacznikiem i totalną łamagą (ale zaskakująco logicznie myślącą), a drugi miota się pomiędzy postępowaniem godnym bohatera, a działaniami eliminującymi "tych złych" raz na zawsze. Ekranowa chemia pomiędzy Goslingiem i Crowe jest nie do przecenienia, ich dialogi (i ogólnie klimat lat 70. ubiegłego wieku) i fajna postać wyjątkowo rozgarniętej córki jednego z nich to najmocniejsze elementy tego filmu. Jeśli więc szukacie czegoś niespecjalnie ambitnego, ale przyjemnego, to polecam. Bonusem jest gościnny występ Kim Basinger (która wprawdzie bardziej zwraca na siebie uwagę liczbą operacji plastycznych niż rolą, ale cóż poradzić - no mam do niej słabość), więc jeśli komuś (tak jak mnie) sprawia przyjemność wynajdywanie smaczków typu "ojej, Russel i Kim razem w filmie po tylu latach!", be my guest :) Jeszcze jedno - kojarzycie najnowszą reklamę perfum Kenzo, która ostatnio zrobiła totalną furrorę w necie? Tę z tańczącą dziewczyną w zielonej sukience? Jeśli tak, to napiszę tylko - to jest córka Andie MacDowell, nazywa się Margaret Qualley i też tu występuje :) 

(zdjęcia ze strony IMDB)


2. Drugi tytuł jest z 2013 roku i jest dokładnie tym typem filmu, które po prostu uwielbiam. THE GRAND SEDUCTION ("Wielkie uwodzenie") to taka niszowa, ciepła komedia, łapiąca za serce od pierwszych minut, przy której można się odrobinkę wzruszyć, ale przede wszystkim porządnie wyśmiać. Jeśli ktoś kojarzy "Angel's Share" ("Whisky dla aniołów), to to jest ta sama rodzina filmów. 
Mamy tu maleńką nowofunlandzką rybacką wioskę (a właściwie "port", jak uparcie powtarza jedna z postaci) Tickle Head, której mieszkańcy  po latach względnie dobrego życia, ledwo wiążą koniec z końcem (do tej pory całe pokolenia utrzymywały się z łowienia ryb, które zostało zabronione i dziś praktycznie wszyscy są na zasiłku). Gdzieś tam na horyzoncie pojawia się światełko w tunelu, w postaci fabryki, która mogłaby dać pracę właściwie wszystkim mieszkańcom. Jest tylko jedno ale. Żeby inwestycja doszła do skutku, wioska (port) musi mieć lekarza na stałe. Szczęśliwym trafem do Tickle Head zostaje oddelegowany na karny miesiąc młody doktor. I tu zaczyna się właściwa fabuła - cała zabawa bowiem polega na tym, żeby przez ten miesiąc zdołać przekonać miastowego gryzipiórka, że ta zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata jest jego wymarzonym miejscem do życia. Nie będę Wam zdradzać więcej, ale wierzcie mi, że jeśli bliskie jest Wam brytyjskie poczucie humoru (chociaż sam film jest kanadyjski), to nie będziecie żałować ani minuty - nie pamiętam już, kiedy śmiałam się na filmie tak głośno (sceny z krykietem, czy słuchaniem jazzu są absolutnym mistrzostwem). Dodatkowo, tak jak wspomniałam na początku, "Wielkie uwodzenie" ma w sobie naprawdę dużo uroku i lekkości, więc jeśli szukacie czegoś fajnego na zbliżające się jesienne wieczory, to zainteresujcie się tym klejnocikiem. Warto!

(zdjęcia ze strony IMDB)

3. Przyznam się, że zastanawiałam się, czy dorzucać tu ostatni tytuł. "UN PEU, BEAUCOUP, AVEUGLEMENT"(2015) ("Randka w ciemno") obejrzałam wprawdzie bez bólu, a nawet z jakąś tam przyjemnością, ale jednocześnie ma on w sobie coś, co może trochę drażnić. Jeśli chodzi o mnie i tzw. romkomy, łączy nas prawdziwie dziwna relacja - raz na jakiś czas łapię się na chęci obejrzenia czegoś z tego gatunku, po czym z reguły niemalże odchorowuję taki seans, bo liczba pojawiających się w nim banałów przyprawia mnie o zgagę. I w sumie tu było podobnie. Żeby nie było - UWIELBIAM niemal wszystkie kultowe komedie romantyczne z lat 90. i z dalszych dwóch dekad (zwłaszcza te z Meg Ryan, kiedy jeszcze wyglądała jak Meg Ryan, a nie własna karykatura), ale właściwie niewiele jest późniejszych pozycji z tego gatunku, do których mam słabość. 
Francuzi jednak mają czasem talent do pokazywania dość oczywistych rzeczy w sposób nieco odmienny, co - tak jak w wypadku tego filmu, nadaje im trochę świeżości. Tu więc standardowo mamy kobietę i mężczyznę i właściwie od początku doskonale wiemy, jakie będzie zakończenie (ale ustalmy, takich filmów nie ogląda się dla suspensu), ale to, co dzieje się pomiędzy, jest trochę inne - aż do ostatniej sceny bowiem, żadne z nich nie widzi tego drugiego - a dlaczego, tego Wam nie powiem :) To jest zdecydowanie film dla osób, które lubią filmy o prostej fabule (wiecie - X spotyka Y, nie lubią się, fukają na siebie, potem jest dobrze, potem jest źle, w międzyczasie pojawiają się skrótowe wątki poboczne z bliskimi z ich otoczenia - zazwyczaj jest to jedna osoba z jej strony i jedna z jego, bum, happy end), więc nie spodziewajcie się tu nie wiadomo czego, ale powiem tak - jeśli macie chęć na coś lekkiego i odmóżdżającego (ale jednocześnie nie totalnie kretyńskiego, tylko z takim francuskim charmem), to poszukajcie sobie tego tytułu. 

Podejrzewam, że następna odsłona tego cyklu będzie zdecydowanie cięższa, bo jednak trochę się zasłodziłam tymi filmami (a ja zdecydowanie jestem tym masochistycznym typem, który lubi, kiedy film daje mocno po głowie i po którym muszę psychicznie dochodzić do siebie przez długie tygodnie :)) 

A jak u Was - obejrzeliście ostatnio coś fajnego? 

czwartek, 1 września 2016

#SERIALE Co oglądam?

Ci z Was, którzy są ze mną dłużej wiedzą, że jestem totalną serialomaniaczką. Od zawsze. Z reguły kuszę się na coś, co ma ciekawie zapowiadający się wątek kryminalny, ale nie tylko. Czasem zdarzają mi się również tzw. "guilty pleasure", czyli tytuły, które dalibóg nie wiem, jak i skąd się wzięły na mojej liście, ale potrafią tkwić tam uparcie całymi latami. 

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bo chcę Wam polecić dwa bardzo dobre tytuły, jeden średni i wspomnieć o jednym gp. 

1. "Mr Robot" to moje odkrycie przełomu roku - pierwszy sezon wciągnął mnie błyskawicznie, bo nawet dla takiej serialowej wyjadaczki jak ja, był to powiew świeżości. Nie będę Wam opisywać fabuły, wystarczy, że wejdziecie sobie na IMDB albo jakiś polski portal. Dość powiedzieć, że najwięcej chyba jest tam psycho- i socjologii, ale podanej w bardzo oryginalny sposób. Ten serial jest mroczny, duszny, ale nie w żaden krwawy czy makabryczny sposób, raczej przez to, jak pokazuje nasz współczesny świat, z wszechobecnym konsumpcjonizmem i korporacjami, które robią z nas automaty. Bohaterem jest Elliot - genialny haker, grany koncertowo przez Ramiego Malka. To młody chłopak, totalnie nieprzystosowany do życia w społeczeństwie, raczej funkcjonujący sobie gdzieś na uboczu, który nagle staje się katalizatorem antytechnologicznej rewolucji. I tyle Wam powiem. No dobra, jeszcze dodam, że serial ma drugie i pewnie trzecie dno, więc niech po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków nie przyjdzie Wam do głowy, że już wszystko wiecie - parafrazując powiedzonko z Gry o Tron, you know nothing! Aa, jeszcze mała wisienka na torcie - gra w nim dawno nie widziany (przynajmniej przeze mnie) Christian Slater!

(zdjęcia ze strony IMDB)

2. Drugim tytułem, o którym chcę napisać kilka zdań, jest wielki powrót Winony Ryder (najpierw Slater, teraz Winona - ten wpis jest niczym minipodróż sentymentalna w przeszłość), czyli "Stranger Things". Serial póki co - jednosezonowy (ale oczywiście z potencjałem na kontynuację), wykręcony jak świński ogonek i idealnie wręcz wpisujący się w nurt nostalgii za minionymi czasami. A konkretnie za latami 80. Bo ten serial jest właśnie taki. To połączenie "Z Archiwum X" z "Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia", z domieszką Stephena Kinga oraz... Scooby Doo. Jeśli lubicie klimaty trochę sci-fi, z odrobiną horroru (ale naprawdę odrobiną) i jeszcze do tego macie sentyment (albo wręcz urodziliście się w tych czasach) do lat 80., to powinno się Wam spodobać. Bonusem jest naprawdę prześwietna gra dzieciaków występujących w rolach głównych, z dwunastoletnią Millie Bobby Brown na czele (warto zapamiętać to nazwisko! Swoją drogą, bardzo mi ona momentami przypomina młodziutką Natalie Portman z czasów "Leona zawodowca" i trzymam kciuki, żeby jej kariera okazała się równie udana, co starszej koleżanki po fachu). I soundtrack :)

(zdjęcia ze strony IMDB)

To były dwa polecane seriale. 

Tym trzecim - średnim, o którym chciałam szybko wspomnieć, jest "The Path", czyli coś w sumie trochę dla mnie nietypowego - jest to bowiem historia małżeństwa funkcjonującego w sekcie. Dzieją się tam różne rzeczy, czasem mniej, czasem bardziej ciekawe, ogólnie chyba najbardziej podoba mi się pokazanie takich z pozoru normalnych ludzi, którzy kiedy trochę poskrobać, okazuje się, że mają nieźle zrypaną psychikę. Momentami ciężko mi się to oglądało (bo niektóre decyzje bohaterów były dla mnie totalnie kosmiczne i w ogóle nie miały przełożenia na mój własny punkt widzenia), ale jeśli interesuje Was chociaż trochę taka psychologiczna "egzotyka", to polecam. Nie ukrywam, że na początku złapałam się na nazwiska (występuje tam Hugh Dancy, Aaron Paul i Michelle Monaghan).

(zdjęcia ze strony IMDB)

I na koniec przyznam się do wspomnianej na początku "guilty pleasure", którą jest "The Last Ship". Zaczęłam to oglądać z sympatii do Erica Dane i akcentu Rhony Mitry, no i przyznam się, że wsiąkłam, chociaż zwłaszcza przy drugim [EDIT: TRZECIM, bo jak sobie uświadomiłam dzięki komentarzowi jednej z Was, scaliłam sobie w głowie dwa pierwsze sezony razem] sezonie przeżywam kryzys niemal przy każdym odcinku. Najkrócej mówiąc, jest to propagandowa pocztówka dla Amerykanów, więc jeśli ktoś ma jakiś problem z tym krajem, to lepiej niech sobie daruje, bo się wykończy psychicznie :) Natomiast jeśli przymkniemy oko na ten mocno kiczowaty i pokazowy patriotyzm, a lubimy klimaty epidemiologiczno-nautyczne, to mamy szansę się nieźle bawić. Zwłaszcza przy pierwszym sezonie, bo trzeci jest jakimś szalonym tworem dryfującym w tak różnych, mocno absurdalnych kierunkach, że oglądam go z rosnącym niedowierzaniem. To jest pozycja z cyklu tych na maksa odmóżdżających, bo nie liczcie, że dowiecie się z niej czegoś nowego (może z wyjątkiem specjalistycznego słownictwa związanego z opracowywaniem lekarstwa na śmiertelny wirus lub prowadzenia działań wojennych na morzu).
(zdjęcia ze strony IMDB)

Znacie opisywane przeze mnie tytuły? Jeśli tak, to napiszcie, co o nich myślicie. 

sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

niedziela, 15 lutego 2015

Filmowo - kryminalnie - o "Ziarnie prawdy"

Dawno nie było tradycyjnej recenzji filmowej, więc voilà. Dziś będzie o polskim kryminale - dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, a może by chcieli (albo nie wiedzą, czy by chcieli). 


Powołany do życia przez pisarza Zygmunta Miłoszewskiego prokurator Teodor Szacki jest ciekawą i niebanalną postacią. W książkach. Niestety nie ma zbyt wiele szczęścia do swoich ekranowych wcieleń, o czym mogliśmy przekonać się zarówno w nieszczęsnym "Uwikłaniu" (w którym został...kobietą), jak i nadal wyświetlanym w kinach "Ziarnie prawdy". Oczywiście wiadomo, że język filmowy, skrajnie upraszczając i skracając autorskie wodolejstwo, zasadniczo różni się od tego literackiego, trzeba jednak uważać, żeby przycinając to i owo, nie posunąć się o krok za daleko i nie zostać z bezkształtną wydmuszką - niby nadal ładną i kolorową, ale w środku pustą.

Film "Ziarno prawdy" miał być mrocznym, bezkompromisowym kryminałem, mocno osadzonym w polskiej rzeczywistości, z zapadającym w pamięć głównym bohaterem oraz wielowątkową fabułą. Mogłoby się wydawać, że jeśli ramię w ramię stanie reżyser fantastycznego "Rewersu" Borys Lankosz oraz autor bestsellera Zygmunt Miłoszewski, to efekt będzie powalający. A jest bardzo średni.

Jako wielbicielka trylogii o białowłosym prokuratorze (za którą - warto dodać - Zygmunt Miłoszewski otrzymał niedawno Paszport Polityki w kategorii Literatura), pierwsze zastrzeżenie mam do filmowej wersji głównego bohatera (i wbrew pozorom nie chodzi tu o brak najbardziej charakterystycznej dla niego cechy fizycznej, czyli wspomnianych białych włosów). Otóż jak zauważyłam na początku, Szacki jest złożoną postacią, która często zachowuje się jak skończony mizogin, egotyk i cham działający i ubrany "pod linijkę", ma jednak swoje zasady i staroświecką nieustępliwość, dzięki którym pozwala się lubić i przypomina trochę westernowego szeryfa. Niestety przeniesiony na duży ekran, traci niemal cały swój urok i w miejsce nieszablonowej postaci otrzymujemy aroganckiego buca o (notabene przyjemnym dla oka) ciele i twarzy Roberta Więckiewicza.

W ekranizacji powieści zabrakło prawie wszystkich niuansów, które sprawiały, że opowiadana historia trzymała w napięciu i zyskiwała dodatkową głębię - w filmie nie mamy pojęcia o tym, jak i dlaczego warszawski prokurator znalazł się na prowincji, poza tym naprawdę niełatwo jest wykrzesać z siebie jakąkolwiek większą sympatię dla kogoś, kto przez cały film pokazuje nam się wyłącznie z jednej, niezbyt przyjemnej strony. Owszem, sceny w których widzimy zderzenie małomiasteczkowych obyczajów (wszyscy są ze sobą po imieniu, szefowa "Misia" częstuje domowym ciastem i strofuje swoich podwładnych jak niesforne dzieci) ze sztywną "warszawskością" Szackiego są zabawne, ale mimo to nie mogłam przez cały film pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że zarówno bohater, jak i twórcy traktują mieszkańców z pogardliwą wyższością. Szacki snuje się po Sandomierzu niczym udzielny książę, a jedyną naprawdę ciekawą interakcją personalną staje się jego rozmowa z żydowskim rabinem (który de facto zostaje pokazany jako jedyna dorównująca mu pod względem intelektualnym osoba).

Z drugiej strony trzeba przyznać, że na tle przewijających się przez ekran postaci drugoplanowych, Szacki ma głębię Rowu Mariańskiego. Cała reszta jest bowiem płaska niczym powieszone na ścianie zdjęcia - błyszcząca powierzchnia i nic pod spodem. Mamy więc prowincjonalną laleczkę, która teoretycznie jest najlepszą partią w mieście, ale patrząc na jej godną piętnastolatki egzaltację strach pomyśleć, jak w takim razie wygląda reszta miasteczka; śmiało konkuruje z nią rudowłosa partnerka Szackiego, która właściwie poza tym, że się obraża i biegnie do przełożonej na skargę niczym dziecko w przedszkolu, niewiele wnosi do fabuły (w książce widać było dokładnie zarówno przemianę, jaka zaszła w tej irytującej „piczce-zasadniczce” (używając oryginalnego określenia autora książki), jak i ewolucję wzajemnych relacji jej i Szackiego, w filmie została wyłącznie irytująca nieprofesjonalistka). Przez chwilę mogło się wydawać, że te niedociągnięcia uda się wyrównać którejś z męskich postaci - do wyboru był zarówno mąż pierwszej ofiary, lokalny biznesmen-patriota, czy współpracujący z prokuratorem stary policjant. Czegoś jednak ponownie zabrakło i zarówno Krzysztofowi Pieczyńskiemu, Andrzejowi Zielińskiemu, czy Jerzemu Treli nie udało się zbudować pełnowymiarowych charakterów.
 
Niestety niewiele lepiej jest z warstwą fabularną. Szkoda jej tym bardziej, że początek jest całkiem niezły - akcja osadzona jest w Sandomierzu, przepięknym mieście z nieco mniej piękną i problematyczną (bo bardzo niepoprawną politycznie) historią. Tajemnicze morderstwo jednej z najbardziej kochanych mieszkanek wstrząsa wszystkimi, a kiedy okazuje się, że to dopiero początek, a towarzyszące temu poszlaki, z każdym krokiem coraz mocniej sugerujące krwawy żydowski rytuał sprawiają, że opowiadana treść miała spory potencjał. Który pomimo nastrojowych, tajemniczo-mrocznych zdjęć, nie został właściwie wykorzystany. Odważny, niestety ciągle i niezmiennie aktualny temat polsko-żydowskich stosunków oraz historia, która zatacza koło i nieoczekiwanie wraca po 60 latach, wyciągając na światło dzienne wszystkie wydawałoby się dawno zapomniane krzywdy i głęboko skrywane pretensje, to największa siła tej opowieści. I właśnie te fragmenty, będące bezkompromisowym komentarzem do drażliwego tematu antysemityzmu, są najciekawszym elementem filmu - zderzenie absurdalności "prawdziwego" patriotyzmu z bezstronną nieustępliwością Szackiego, który nieoczekiwanie dla siebie zostaje "głosem narodu", sprawiają, że zaczyna się robić i śmieszno i straszno, ale zaskakująco prawdziwie. W dodatku zarówno Miłoszewskiemu, jak i Lankoszowi udało się zachować równowagę i bezstronność w przedstawianiu niewygodnych dla wielu osób wydarzeń z przeszłości, co biorąc pod uwagę drażliwość tematyczną, jest sporym osiągnięciem - z jednej strony mamy bowiem antysemickie zabobony i mroczne wspomnienie powojennych pogromów, z drugiej otwartą dyskusję na temat Żydów współpracujących z UB (tu chapeau bas za sprytny zabieg przedstawienia tej niewygodnej karty historycznej przez rabina, z miejsca bowiem wytrącił on potencjalnym adwersarzom argument o antysemityzmie i żydowskiej nagonce).

Powiem tak - gdybym miała oceniać ten film wyłącznie w kategorii "polskich kryminałów", pewnie byłabym łagodniejsza. Jeśli jednak nie chcemy na zawsze zagrzebać się w polskim filmowym grajdołku i mamy równać do poziomu światowego, to "Ziarnu prawdy" sporo brakuje do określenia "wybitny kryminał". Myślę jednak, że zarówno temat, jak i rola Roberta Więckiewicza są na tyle ciekawe, że mimo wszystko warto wesprzeć polską kinematografię, wybierając się na seans. A potem (lub jeszcze lepiej - przedtem) przeczytać książkę. Swoją drogą - gorąco polecam całą trylogię o prokuratorze Szackim - aktualnie pochłaniam trzecią (moim zdaniem najlepszą) część, czyli "Gniew" i nie ukrywam, że autentycznie zazdroszczę autorowi pisarskiego talentu. 

PS Standardowo - informacyjnie - moje recenzje najpierw ukazują się na portalu filmosfera, a po jakimś czasie (jeśli w międzyczasie o nich nie zapomnę), trafiają także tutaj. 

czwartek, 29 stycznia 2015

Moje seriale cz.3: odpuszczone / do obejrzenia


No i nadszedł dzień, w którym mój najdłuższy wpis dobiega końca [fanfary]. Jeśli nie poddaliście się gdzieś w połowie i nadal ciekawi Was, co mam do powiedzenia, to zapraszam na odsłonę pt. seriale, które odpuściłam oraz te, które mam na swojej liście do obejrzenia. Myślę, że to będzie część najbardziej "dyskusyjna", bo na pierwszej liście jest kilka powszechnie uwielbianych tytułów.
No, ale do rzeczy, na pierwszy ogień lecą te odpuszczone (tylko błagam, nie zlinczujcie mnie za niektóre z nich):
  • Homeland - pierwszy sezon pochłonęłam bardzo szybko i... niepotrzebnie zrobiłam przerwę, bo od tej pory nie mogę do niego wrócić. I to jest historia, która w tym wątku będzie moim refrenem - nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że bardzo często oglądam serial "ciągiem" - tzn dopóki nie padnę ze zmęczenia lub dopóki nie poczuję przesytu. I właśnie w sytuacji, kiedy po zakończeniu sezonu robię przerwę na coś innego, często okazuje się, że gdzieś po drodze umknęła mi wcześniejsza fascynacja. Na pewno planuję powrót, tylko nie mam pojęcia kiedy. 
  • Breaking Bad - kolejna "kultowa" produkcja i identyczna sytuacja jak poprzednio - tyle, że obejrzałam pełne 2 sezony. Także przewiduję powrót, chociaż nie ukrywam, że jestem antyfanką zarówno Waltera, jak i Skyler (albo raczej - a zwłaszcza Skyler). 
  • House of Cards - tu było gorzej, bo utknęłam po 1 odcinku. Nie przepadam za wątkami politycznymi i chociaż Kevin Spacey i Robin Wright mnie potwornie wręcz kuszą, to nie wiem, czy nie skończy się na planowaniu. 
  • Game of Thrones - kurczę, mam wrażenie, że za chwilę naprawdę mnie przestaniecie lubić :) Tu dojechałam do końca 4 sezonu (czyli nie jest źle) i ... się zawiesiłam. Strasznie dużo nerwów mnie kosztował ten serial (pomijam już wkurzającą tendencję do wykańczania niemal każdej postaci, którą polubię!), więc trochę się stresuję, ale powrót na pewno nastąpi. 
  • The Killing - tu sytuacja jest nieco inna. Bardzo podoba mi się fabuła, ale nie znoszę głównej bohaterki i nie bardzo w związku z tym mam pomysł, co zrobić z tym fantem :) Na razie przebrnęłam przez pierwszy sezon. 
  • Elementary - ciężko mi powiedzieć, co jest nie tak w tej relacji - niby współczesny Sherlock ok, pomysły fabularne też ok, duet Jonny Lee Miller - Lucy Liu bardzo fajny, ale czegoś mi brakuje (pewnie Cumberbatcha, hue hue). Myślę, że jak się wstrzelę w dobry moment (może przy jakiejś chorobie, czy coś), to powrót będzie (chyba, że w międzyczasie odkryję coś nowego, co mnie wciągnie bez reszty). 
  • Downton Abbey - pierwszymi dwoma sezonami zachłysnęłam się tak, że prawie się udusiłam z radości - angielski serial kostiumowy, będący zestawieniem życia wyższych sfer i świata pracującego dla nich wydawał się spełnieniem moich marzeń. I tak było. Dopóki nie zaczęło się robić gorzej niż w brazylijskiej telenoweli. Nie wiem, czy wrócę, bo może lepiej zachować dobre wspomnienia? 
  • Suits - wiem, że wielbicieli tej pozycji jest mnóstwo i przyznaję, że oglądało się ją całkiem sympatycznie, ale jednocześnie po przerwaniu nie zatęskniłam za żadnym z przystojnych panów nawet raz, więc nie sądzę, żebym miała jeszcze kiedyś do tego wrócić. Taki lajf. 
  • Mad Men - tu miałam bardzo podobną sytuację jak z Downton Abbey - absolutny zachwyt przez pierwsze trzy sezony, a potem emocje zaczęły opadać i nasze drogi powoli zaczęły się rozchodzić. Nie potrafię powiedzieć, czy jestem gotowa na powrót. 
  • Girls - w tym punkcie pewnie podpadnę wielu osobom, ale nic na to nie poradzę. Przed premierą wszystko wskazywało na to, że to będzie idealny serial dla mnie - no bo NY i perypetie czterech młodych dziewczyn o niewyparzonych językach i wielkim apetycie na życie? Wytrzymałam cały pierwszy sezon (i z tego powodu jestem z siebie szalenie dumna), zanim przyznałam się, że nie dam rady dłużej, bo po prostu NIE ZNOSZĘ Leny Dunham (i pisząc "nie znoszę" jestem naprawdę delikatna). Tak więc NIE i jeszcze raz NIE. 
  • Bates Motel - sama idea zrobienia prequelu Psychozy bardzo mi się podobała, podobnie jak większość pierwszego sezonu. A potem ... przestało mnie to interesować. Chociaż, znając moją słabość do (filmowych!) psychopatów, nie wykluczam, że jeszcze się spotkam z państwem Bates :) 
  • Halt and Catch Fire - zapowiadało się świetnie, zdążyłam się wciągnąć, a potem - jak zwykle - niepotrzebnie zrobiłam przerwę i szlag trafił całą magię. A historia komputerowych przepychanek w latach 80. XX wieku wydaje się naprawdę interesująca. Plus Lee Pace jako fantastyczny socjopata, zmierzający do celu po trupach (nie dosłownie - chyba). C.d.n.
  • CSI - oryginalne (czyli Las Vegas) - to jest idealny przykład (razem z kolejnym punktem na liście), że dobry serial powinno się skończyć wtedy, kiedy teoretycznie ma coś jeszcze do powiedzenia, a nie ciągnąć w nieskończoność, bo w rezultacie otrzymuje się takiego żywego trupa. To był naprawdę świetny serial przez wiele sezonów (właściwie dopóki William Petersen wcielał się w Gila Grissoma), a za to, co działo się później, mam chęć kogoś własnoręcznie udusić. Z pewnością nie będzie powrotu. 
  • How I Met Your Mother - o tej pozycji (a zwłaszcza jej finale) napisano już pewnie wszystko, więc nie będę się zbyt długo rozwodzić. To jest właśnie ten drugi przykład (po CSI) na to, czego nie powinno się robić z popularnym serialem - ciągnąć go w nieskończoność, osiągając po drodze kolejne poziomy fabularnej głupoty. Przykre. 
  • The Vampire Diaries - właściwie to (poza tym, że naprawdę mam słabość do opowieści o wampirach) nie mam pojęcia, co mnie przyciągnęło do tego tytułu - może brwi Iana Somerhaldera, nie wiem. W każdym razie - przerwałam oglądanie dawno temu i raczej nie przewiduję powtórki z rozrywki (chyba, że kiedyś będę długo i obłożnie chora i będę musiała pilnie się odmóżdżyć i skończy mi się Elementary). 
  • True Blood - pozostając w tematach wampirycznych (oraz seriali, które powinny skończyć się znacznie wcześniej), nie mogę nie napisać o pozycji, z którą miałam długą love-hate relationship. Właściwie oglądałam to wyłącznie ze względu na postaci Erica i Pam, ale nagromadzenie idiotyzmów w pewnym momencie zmogło nawet moją z reguły wysoką tolerancję i poddałam się. Wróciłam na sam finał i muszę powiedzieć, że to bolało (niestety w sensie, że było kompletnie kretyńskie, a nie że zrobiło mi się przykro)...Ale nie ukrywam, że wspomnienie Alexandra Skarsgarda w niektórych odcinkach rekompensuje wiele :) 
  • The Big Bang Theory - początki były cudowne, bo jak mogło być inaczej w historii czterech totalnie nieprzystosowanych do normalnego życia geeków? A potem zaczęło się robić coraz bardziej słodko (w momencie, kiedy nagle każdy wylądował z dziewczyną) i nudno i mniej śmiesznie. Nope. 
  • Modern Family - to zdecydowanie JEST dobry serial. I żałuję, że przestałam go oglądać, ale czasem jakiś tytuł za mocno kojarzy mi się z konkretną osobą i po prostu nie jestem w stanie kontynuować swojej przygody nie wracając myślami do przeszłości, o której wolę zapomnieć. Dlatego - żegnaj Modern Family. I żegnaj Californication. 
  • Spooks - generalnie nie jestem fanką historii szpiegowskich, ani w filmach ani w książkach. Dlatego sam fakt, że wciągnęłam się w jakiś mega długi serial o szpiegach z MI5 był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Wytrzymałam naprawdę długo, bo pewnie jakieś 8 sezonów, ale znowu (witaj droga Gro o Tron!) konsekwentne wykańczanie (i to w przeokrutny i grający na emocjach sposób) kolejnych postaci, z którymi zdążyłam się już zżyć sprawił, że zaczęłam bardzo źle życzyć twórcom tego serialu. Ostatecznie poddałam się w momencie, kiedy jedna z fajniejszych postaci, nagle przeszła jakąś kompletnie niewiarygodną zmianę osobowościową i niestety to przelało moją czarę goryczy. Powrotu nie będzie.  
  • American Horror Story - co do tej pozycji, to mam spore wątpliwości - pierwszy sezon mnie zachwycił, drugi też, przy trzecim zaczęłam odczuwać zmęczenie materiału, a przy opisie aktualnego jakoś zupełnie nie czuję, żebym miała się znowu wciągnąć. Dlatego choć nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, nie jestem przekonana. Na pewno jednak polecam dwa pierwsze sezony oraz moje dwa aktorskie odkrycia - Evana Petersa i Taissę Farmigę - myślę, że warto zapamiętać oba nazwiska...
No i zostały mi jeszcze seriale, które planuję obejrzeć w niedługim czasie: 
I to już wszystko w tym temacie - nie sądzę, żeby ktoś miał szansę poczuć choćby lekki niedosyt, ale gdyby jednak, to dajcie znać w komentarzach. Ciekawa jestem, czy i co oglądacie i jak się mają Wasze upodobania do moich :) A może macie w zanadrzu tytuły, z którymi warto się zapoznać, bo inspiracji nigdy dosyć? 

środa, 21 stycznia 2015

Moje seriale cz.2: oglądane: polecane / guilty pleasure


Dzisiejsza część posta, który może okazać się najdłuższym w mojej blogowej karierze, będzie poświęcona temu, co pewnie zainteresuje innych serialomaniaków najbardziej, czyli serialom, które oglądam w miarę na bieżąco (i które polecam). 
Bez przydługich wstępów (bo poprzednio już chyba wyczerpałam temat), przechodzimy do listy - kolejność jak poprzednio, raczej przypadkowa:
  • Dr Who - zaczynamy z "grubej rury", czyli od angielskiego serialowego "szefa wszystkich szefów" i pozycji absolutnie uniwersalnej i KULTOWEJ :)) Nie będę nawet próbować silić się na jakieś głębokie opisy, tylko napiszę, że ten serial zawiera w sobie WSZYSTKO i najzwyczajniej w świecie albo się go kocha, albo nam wisi i powiewa, ale zapewniam, że kiedy się go zacznie oglądać, to jest mała szansa, że uda się w nim NIE przepaść bez reszty (i potem ma się z głowy całe lata, bo w zależności od stopnia uzależnienia, można oglądać wyłącznie nowe sezony, albo cofnąć się do lat 60. albo wracać do wybranych odcinków ze "swoim" Doktorem. Bo tak właśnie jest - każdy ma "swojego" Doktora (moim jest zdecydowanie 10, czyli David Tennant i mimo naprawdę ogromnej sympatii, jaką darzyłam Matta Smitha, czyli Jedenastkę oraz Petera Capaldiego, czyli obecnego Doktora, nic nie jest w stanie przebić mojej dzikiej wręcz namiętności do Davida). Właściwie mogłabym spokojnie poświęcić cały ten wpis tylko tej pozycji, ale obawiam się, że nikt (ze mną włącznie) nie wytrzymałby takiej dawki egzaltacji. Bo ja po prostu Doktora U W I E L B I A M i kropka. 
Dalej będą szły tytuły, które właściwie wszystkie należą do jednej kategorii, czyli bardzo szeroko pojętych kryminałów. Mamy więc:
  • Fargo - to serial, który ma szansę się spodobać zarówno tym, którzy znają film braci Coen o tym samym tytule, jak i pozostałym, bo najkrócej mówiąc - to jest po prostu kawałek świetnej telewizji! I właściwie można się tylko zastanawiać, czy lepszy jest w nim Martin Freeman, czy Billy Bob Thornton. Bardzo gorąco polecam. 
  • True Detective, czyli jeden z największych hitów ubiegłego roku. Kolejny przykład tego, że machina serialowa rozpędza się coraz bardziej i wciąga w siebie kolejnych aktorów kojarzonych do tej pory wyłącznie z dużym ekranem - w pierwszym sezonie mieliśmy fantastyczny duet Matthew McConaughey - Woody Harrelson  i mroczny i duszny klimat bagnistej Luizjany, w zapowiadanym kolejnym ma być Colin Farrell i ciekawe co z tego wyjdzie. 
  • The Fall - to jest moje odkrycie ostatnich lat, serial jakby stworzony dla mnie - o policjantce (Gillian Anderson, która z wiekiem coraz bardziej pięknieje) i seryjnym zabójcy (Jamie Dornan, udowadniający, że naprawdę ma do zaoferowania znacznie więcej niż śliczną buzię i ciało), a całość dzieje się w Belfaście. Historia trzyma w napięciu, a cała otoczka (znany nam od początku zabójca, który okazuje się szanowanym członkiem społeczności, ojcem i mężem) sprawia, że każdy kolejny odcinek oglądamy z rosnącym poczuciem dyskomfortu. 
  • Sherlock - z tym serialem mam podobną sytuację, jak z Doktorem Who, a mianowicie jestem kompletnie nieobiektywna, ponieważ duet Benedict Cumberbatch - Martin Freeman, z dodatkiem Ruperta Gravesa jako Lestrada, Marka Gatissa jako Mycrofta oraz Andrew Scotta w roli Moriarty'ego jest tak doskonały, że jeśli ktoś uważa inaczej, to sorry, ale lepiej żeby się przy mnie do tego nie przyznawał :) 
  • Ripper Street - to jest dopiero niesamowita historia. Po fantastycznych dwóch sezonach (momentami bardzo okrutnych i bardzo mrocznych), BBC zdecydowało się (mimo ogromnych protestów) skasować ten serial, co odniosło taki skutek, że chyba pierwszy raz w historii, na kontynuację serii zdecydowała się inna stacja (Amazon) i tak oto powstał trzeci sezon - yay! Polecam wszystkim, którzy lubią depresyjne XIX-wieczne klimaty i wyraziste postaci (moja sympatia jest rozdzielona równo pomiędzy całą główną trojkę, chociaż nie ukrywam, że mam niemałą słabość do Kapitana Homera Jacksona, chyba przez jego temperament i niewyparzony język :)).
  • Broadchurch -  cóż mogę powiedzieć - jeśli w czymś występuje David Tennant (zwany przez moją ukochaną mamę jastrzębiem), to wiadomo, że prędzej czy później, ja się w to wciągnę. Akurat przy Broadchurch nie było to trudne, bo to świetny serial - mamy tajemniczą zbrodnię i małe angielskie miasteczko, w których każdy ma swoje sekrety (brzmi trochę jak Twin Peaks, co?). Ogólnie to taki niepozorny klejnocik. 
  • Hannibal - tu właściwie wystarczą tylko dwa słowa: MADS MIKKELSEN. Mads jest po prostu wybitny i do dziś nie mam pojęcia, jak udało mu się sprawić, że rola filmowego psychopaty nr 1, czyli Hannibala Lectera, która wydawało się, należy dożywotnio do Anthony'ego Hopkinsa, dziś jest w miarę równo dzielona pomiędzy tych dwóch panów. Ten serial zdecydowanie wywołuje dużo skrajnych emocji, począwszy od niesmaku, przerażenia (są odcinki, których nie byłam w stanie oglądać wieczorem, a nawet w ciągu dnia musiałam robić przerwy), aż po obrzydzenie, ale jednocześnie chyba nie widziałam jeszcze produkcji, która dorównywałaby mu od strony wizualnej - to jest po prostu majstersztyk. Ok, Hugh Dancy i jego pieski też są cudowne :) 
  • Luther - niby kolejny mroczny kryminał z dręczonym własnymi demonami policjantem (Idris Elba, auć), ale ma w sobie także coś, czego brakuje innym tego rodzaju tytułom. Plus przedziwna relacja pomiędzy wspomnianym policjantem, a psychopatyczną zabójczynią (cudowna Ruth Wilson). Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu!
  • Criminal Minds - właściwie to po tylu latach (10 sezonów!), nie wiem, czy nie należałoby go zaliczyć do grupy "guilty pleasure", ale powiedzmy, że póki co znajduje się jeszcze na granicy :) No, cóż poradzę - nie mogę przecież odpuścić serialu o grupie profilerów z FBI! Miał on już swoje lepsze i gorsze sezony, niektóre wybory obsadowe też są dyskusyjne, ale nie zmienia to faktu, że uwielbiam go oglądać (chociaż czasem boję się tak, że muszę sprawdzać kilka razy drzwi oraz wszystkie pomieszczenia - za dużo już było odcinków, w których ofiarami były mieszkające samotnie kobiety w moim wieku :)) No i mam słabość do agenta Hotchnera oraz Dr Reida...I Joe Mantegny w roli agenta Rossiego... 
  • Forever - to chyba najświeższy tytuł na liście, również na granicy szczerej polecanki i "guilty pleasure" - trochę kryminalny dramat, trochę sci-fi - opowiada bowiem o patologu, który poza tym, że współpracuje z nowojorską policjantką, to jeszcze...jest nieśmiertelny. Na razie (skończył się 1 sezon) mogę powiedzieć tyle - jest miło, podobają mi się główne postaci i ich interakcje, a przede wszystkim podoba mi czarujący doktor Henry Morgan (przede wszystkim jako bohater, bo jako mężczyzna pozaserialowy, jakoś mniej). W poprzedniej części wspominałam króciutki serial New Amsterdam i nic nie poradzę na to, że te dwie pozycje bardzo mi siebie przypominają. Co nie znaczy, że uważam to za wadę. 
  • Gotham - tu muszę powiedzieć, że do końca nie wiem, co napisać o tym tytule. Wejście miał mocne (bo to historia komisarza Gordona, który pracuje w Gotham City w czasach kiedy Batman był jeszcze chłopcem - tak, poważnie :)) a potem trochę wszystko...okrzepło. Oglądam nadal, bo fascynuje mnie Ben McKenzie i jestem ciekawa, co będzie dalej, ale trochę się boję, że może się skończyć przerostem formy nad treścią. No nic, zobaczymy...Ale Ben jest faaajny (to taka młodsza wersja Buda z L.A. Confidential)...
  • Banshee - kolejna pozycja, z którą mam problem - otóż bowiem główny pomysł fabularny, spajający całość to totalnie nietrzymająca się kupy historia złodzieja, który po 15 latach spędzonych w więzieniu, w wyniku niezwykłego (i raczej idiotycznego) zbiegu okoliczności zostaje...szeryfem małego miasteczka. A to dopiero początek, bo mamy tu i ukraińską mafię i szarą eminencję, czyli pozornie przeciętnego biznesmena, który tak naprawdę trzyma całe miasto za gardło lub w kieszeni, a do tego grupę amiszów oraz indiański rezerwat! O obowiązkowym w każdym odcinku (ostrym) mordobiciu nie wspomnę. Banshee da się oglądać wyłącznie z dużym przymrużeniem oka, zignorowawszy wszystkie idiotyzmy, których niestety z odcinka na odcinek pojawia się coraz więcej. Pierwszy sezon podobał mi się bardzo, drugi obejrzałam chyba tylko siłą rozpędu, a trzeci dopiero się rozkręca, więc ciężko powiedzieć, co będzie dalej. Niemniej jednak uwielbiam duet Job-Sugar i uważam, że choćby tylko dla ich dialogów warto się skusić na parę odcinków :)
  • Justified - z tym serialem mam problem, bo gdyby skończył się jakieś 2 sezony temu, to pewnie rozpaczałabym po jego stracie i zgrzytała zębami ze złości, ale gdzieś w międzyczasie straciłam do niego serce. Czekam wprawdzie na kolejny sezon, ale jednocześnie czuję, że historia Raylana, który jest takim współczesnym kowbojem (bo w ogóle Justified to taki podrasowany western), już nie do końca do mnie przemawia. Czyli jak w punkcie wyżej - no nic, zobaczymy...
  • Masters of Sex - przez chwilę zastanawiałam się wprawdzie, czy ten tytuł nie powinien znaleźć się w części poświęconej serialom przerwanym, ale ostatecznie stwierdziłam, że jednak nie, bo mimo że znowu niepotrzebnie zrobiłam przerwę pomiędzy sezonami, to czuję wewnętrzną gotowość na kontynuację :) Powiem tak - zaczęłam to oglądać po przeczytaniu wielu pochwał (no i kto nie byłby ciekaw serialu o pionierskich badaniach nt. seksualności :P), a zostałam dla Michaela Sheena - to jest świetny przykład aktora o bardzo przeciętnej aparycji, który nadrabia to ekranową charyzmą - jeśli nie wierzycie, obejrzyjcie kilka odcinków! 
  • Penny Dreadful - żeby nie było, że wszystkie seriale oglądam wyłącznie dla panów, to Penny jest przykładem na to, że niekoniecznie :) To jest bowiem serial Evy Green i nawet dawno nie widziany Timothy Dalton (oraz Josh Hartnett) tego nie zmienią - Eva rządzi i to jak! Co do samej fabuły, to trochę niestety mam wrażenie, że się gdzieś po drodze zaczyna rozjeżdżać (może za dużo jest wątków pobocznych), ale mimo wszystko dla takiej kreacji warto!
  • The Bridge / Bron/Broen - tu mamy właściwie dwa seriale w jednym punkcie, bo szwedzko-duński oryginał (o którym pisałam TUTAJ ) również ma być kontynuowany. The Bridge to jego amerykańsko-meksykańska wersja, też interesująca (chociaż ja zdecydowanie wolę tę pierwszą) - pierwszy sezon jest bardzo podobny, potem się rozjeżdża, ale oryginał nadal rządzi, zwłaszcza jeśli chodzi o dynamikę między postaciami.  
  • Episodes - chyba jedyna komedia na liście - zaczęłam z ciekawości, jak sobie radzi dziś Matt LeBlanc (czyli Joe z Friendsów) i wpadłam po uszy - jest momentami totalnie politycznie niepoprawnie, absurdalnie, ale cholernie zabawnie. Pierwsze dwa sezony powalają na łopatki, trzeci już trochę stracił rozbieg, ale i tak czekam na nowe odcinki "Odcinków" :) 
I w końcu przechodzimy do części, którą nazwałam na własny użytek seriale oglądane - guilty pleasure, czyli wszystkie tytuły, które nadal trzymają mnie przy sobie, chociaż czasem sama poważnie zastanawiam się, dlaczego...
  • The Blacklist - tu akurat nie mam problemu z określeniem, co mnie trzyma przy czymś, co na początku podobało mi się bardzo, potem nieco mniej, a obecnie coraz mocniej działa mi na nerwy. Pamiętacie, jak wspominałam o tym, że często oglądam serial dla aktora? No więc damn you, James Spader! Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam, chociaż przyznaję, że niektóre twisty fabuły są całkiem interesujące. 
  • Constantine to ekranizacja ponoć kultowego komiksu Hellblazer (nie piszę tego z doświadczenia, bo komiksy to kompletnie nie moja bajka) o egzorcyście walczącym z nadnaturalnymi mocami. 8 odcinków za mną i nadal nie jestem w 100% kupiona, ale powiedzmy, że daję mu jeszcze szansę. 
  • Supernatural - to jest chyba moja największa guilty pleasure :) Niektóre odcinki (albo wręcz niemal całe sezony) są wręcz drastycznie durne, ale niestety obawiam się, że moja przygoda z braćmi Winchester i uroczo pierdołowatym aniołem Castielem dobiegnie końca wyłącznie w przypadku, kiedy producenci zdecydują się na ostateczne rozstrzygnięcie (czyli pewnie za jakieś 30 lat). No co mam powiedzieć, lubię tę ekipę :) 
Ok, to chyba tyle na dziś. W kolejnej (ostatniej już!) odsłonie, znajdą się wszystkie seriale, które z jakichś powodów przestałam oglądać (do niektórych na pewno wrócę, do innych na pewno nie), a także te, które na obejrzenie czekają. 

Mam nadzieję, że jeszcze jesteście ze mną :) 

sobota, 17 stycznia 2015

Moje seriale cz.1: obejrzane/zakończone

Uch, nad tym wpisem siedziałam naprawdę długo i pewnie po publikacji okaże się, że zapomniałam o wielu istotnych tytułach, więc nie zdziwcie się, jeśli za jakiś czas ukaże się jego aktualizacja (a raczej aneks :)). 

Początkowo nie bardzo miałam pomysł, jak podzielić seriale, o których chcę wspomnieć, bo czasem ten sam tytuł powinien pojawić się w różnych grupach, ale ostatecznie zdecydowałam się na prostą rozpiskę: seriale obejrzane (czyli te, które już się skończyły), oglądane-polecane (czyli te, którym poświęcam czas na bieżąco i które gorąco polecam), oglądane - guilty pleasure (mniej lub bardziej neutralne, ale ogólnie takie, do których nie będę specjalnie namawiać, chociaż z jakiegoś powodu sama je lubię), seriale przerwane (przeze mnie i wierzcie mi, to najczęściej nie ma nic wspólnego z ich poziomem) oraz lista do obejrzenia (czyli "wiszące" np z braku czasu albo chwilowego braku nastroju do ich rozpoczęcia). Co z tego wyjdzie, zobaczymy. 

Tytułem wstępu przypomnę tylko (jeśli jeszcze się nie zorientowaliście), że jestem naprawdę niereformowalną serialomaniaczką, oglądam ich MNÓSTWO (o tych pozycjach, które zaczęłam i przerwałam po kilku odcinkach nie będę wspominać, bo siedziałabym nad tym wpisem do rana) i potrafię się wciągnąć w tematy, o które ani ja ani Wy w życiu byście mnie nie podejrzewali :) Najlepsze jest to, że gdybyście kiedyś zapytali mnie, czy lubię tematykę sci-fi, odpowiedziałabym bez wahania "OJ, NIE!", natomiast zestawienie tytułów sugeruje całkiem coś innego :) Często oglądam także serial wyłącznie dla aktora (tak mam np z coraz bardziej irytującym mnie The Blacklist) i potem z rozpędu zaczynam zagłębiać się w całą jego filmografię (i bach - co najmniej miesiąc mam z głowy), a czasem jest dokładnie odwrotnie - widzę kogoś w filmie, zaczynam sprawdzać inne role i odkrywam, że gdzieś tam po drodze "popełnił" coś w odcinkach, co wydaje się interesujące. 

No dobra, do rzeczy Joanno, bo inaczej nikt nie wyjdzie poza wstęp do wpisu :) 
EDIT (w połowie wpisu) - już widzę, że skończy się na podziale tego posta na co najmniej dwie części, bo obawiam się, że nikt nie dźwignie takiej ilości tekstu na raz :))



Najłatwiej będzie pewnie zacząć od seriali, które już się skończyły (przy niektórych aż mi się ciśnie na usta: damn you, television!), kolejność na liście jest zawsze raczej przypadkowa, więc nie sugerujcie się nią za bardzo. Oczywiście to nie są wszystkie seriale, jakie kiedykolwiek obejrzałam (hehe, pewnie nawet nie połowa), ale powiedzmy, że te, które w jakiś sposób wyjątkowo zapadły mi w pamięć. 
  • Black mirror - jeden z najlepszych seriali, jakie oglądałam EVER (obawiam się, że to określenie pojawi się tu nie raz, więc nie rwijcie sobie jeszcze włosów z głowy) - poświęciłam mu kiedyś oddzielny wpis.  Były dwie serie (plus ostatnio odcinek świąteczny, nadal przede mną), każda po 3 odcinki, będące autonomicznymi historiami. Uprzedzam, że to pozycja, która wali po głowie i daje do myślenia. MOCNO. 
  • Utopia - będzie mi brakowało tego pokręconego świata, w którym nie można było w żaden sposób przewidzieć, co wydarzy się dalej. Też dwie serie, ale jedna historia. Też mocna rzecz. I przepiękna wizualnie (trochę w stylu Hannibala - makabryczna, ale piękna).  
  • Life on Mars oraz swego rodzaju kontynuacja, czyli Ashes to Ashes - to dwie absolutne perełki (mówimy oczywiście o oryginalnych wersjach angielskich, bo nawet nie będę zaczynała tematu amerykańskich remaków. które z reguły różnią się jedynie występującymi w nich aktorami oraz wykasowaniem jakiegokolwiek drugiego dna serialu, w związku z czym powstaje wydmuszka z amerykańskim akcentem) - i podobnie, jak parę tytułów niżej, opis z pewnością nie odda tego klimatu - w jednym (LoM) mamy bowiem policjanta, który w tajemniczych okolicznościach nagle ląduje w latach 70. i chcąc nie chcąc, musi dopasować się do bardzo nowych dla siebie okoliczności, a w AtA policjantka budzi się dekadę później i brnie w lata 80. w towarzystwie najzabawniejszego DCI ever, czyli Gene'a Hunta :) Ech, na samo wspomnienie tych seriali, uśmiecham się do siebie - bonus - w jednym mamy Johna Simmsa, a w obu cudownego Philipa Glenistera (czyli aktora o jednym z najbardziej erotycznych głosów EVER!). Uwielbiam! 
  • Bedlam - ale wyłącznie 1 sezon (bardzo nie lubię, kiedy producenci postanawiają dość niespodziewanie zmienić obsadę oraz przewrócić do góry nogami całą fabułę - mam wówczas chęć rzucić się do gardła ludziom odpowiedzialnym za takie decyzje) - to moje niedawne odkrycie, w którym poznałam Theo Jamesa (c.d. w kolejnym punkcie). To taki brytyjski thriller z elementami horroru, o nawiedzonym domu - niby nic odkrywczego, ale oglądało się całkiem przyjemnie (być może ze względu na wspomnianego Theo :)) Chociaż mnóstwo niekonsekwencji (włącznie z nieustannie zmieniającymi się charakterami postaci) i ciągłe dorzucanie kolejnych pytań, pozostawionych ostatecznie bez odpowiedzi (lub też bez satysfakcjonujących odpowiedzi), było bardzo denerwujące. 
  • Golden Boy - idąc za ciosem (a raczej za Theo), znalazłam kolejny tytuł w jego niezbyt pokaźnej filmografii, który mnie zainteresował. I, jak się okazało słusznie, bo to całkiem fajna historia (niestety serial nie doczeka się raczej kontynuacji, a szkoda) - o śliczniutkim policjancie, który przez splot różnych okoliczności najpierw ląduje w nowojorskim wydziale zabójstw, a potem staje się najmłodszym w historii komisarzem policji. Po drodze mamy mnóstwo dramatów, ciekawe personalne interakcje, parę wkurzających elementów (jak cały idiotycznie poprowadzony wątek "przyszłościowy", w którym zaledwie 7 lat wygląda jakby upłynęło co najmniej dwadzieścia), ale ogólnie polecam. 
  • Southland - pięć sezonów realistycznego do bólu i zgrzytającego jak piasek w zębach policyjnego uderzenia - mocno niehollywoodzkie podejście do serialu o glinach z L.A., ze śliczniutkim Benem Mckenzie i towarzyszącą mu całą plejadą świetnych aktorów (plus podobno autentycznych członków gangów w epizodach). Jestem świeżo po seansie i mocno żałuję, że skończyło się tak szybko. Ostrzegam, że niektóre odcinki naprawdę są jak uderzenie pięścią w żołądek.   
  • Being Human (wersja brytyjska!) - to z kolei tytuł, który w KAŻDYM opisie będzie brzmiał równie głupio - opowiada bowiem o mieszkających wspólnie wampirze, wilkołaku oraz duchu (mówiłam?) :) I przyznam szczerze, że gdybym akurat nie nadrabiała filmografii Aidana Turnera, to nigdy w życiu nie sięgnęłabym po to z własnej woli. I to byłby błąd, bo serial wbrew pozorom jest naprawdę dobry. I życiowy (jakkolwiek by to nie brzmiało :)) Co prawda w jakiejś połowie tu także następuje zmiana obsady (grrr!), ale mimo to, historia nadal jest ciekawa (i pojawia się w niej moje kolejne aktorskie odkrycie, czyli Damien Molony), więc wybaczam.
  • Skins - jeśli ktoś szuka DOBREGO serialu o współczesnych nastolatkach, to chyba nie ma lepszej pozycji. To zarówno zaleta, jak i wada, bo niektóre odcinki dosłownie jeżą włosy na głowie - ilość alkoholu, narkotyków i głupich decyzji jest bowiem autentycznie przerażająca, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie, że bohaterami są jednak nadal dzieciaki. Co do obsady, to tu od początku był podział - jedna grupa, dwa sezony. Najlepsze są pierwsze cztery, reszta już przestała mnie interesować. Ciekawostką może być fakt, że w 2 pierwszych sezonach możemy oglądać Nicolasa Houlta, czyli wyrośniętego już chłopca z "About a boy".
  • Black Books - jedna z nielicznych komedii na mojej liście. Chyba tam poznałam (i polubiłam) Dylana Morana i  przekonałam się po raz n-ty, że brytyjskie poczucie humoru najbardziej do mnie przemawia :)  W największym skrócie - bohaterem jest totalnie aspołeczny właściciel księgarni, który generalnie nienawidzi ludzi i chciałby żeby wszyscy zostawili go w spokoju i pozwolili spędzać czas na piciu :) Pozycja obowiązkowa. 
  • The IT Crowd - właściwie opis mógłby wyglądać jak ten powyższy (z zamianą Dylana Morana na Chrisa O'Dowd). Jeśli chcecie się dowiedzieć, kto "zepsuł Internet", to czym prędzej zabierajcie się za oglądanie. To z tego serialu jest cudowny tekst przewodni "Hello IT, have you tried turning it off and on again?". Perełka :) 
  • Coupling - jak już jesteśmy przy komediach, to to chyba była taka angielska odpowiedź na Friendsów, z tym że oczywiście jak na Anglików przystało - znacznie bardziej absurdalna i ostrzejsza :) Bardzo polecam! 
  • Friends - skoro już o tym wspomniałam, to jasne, że ich uwielbiam - to jest serial, do którego mogę wrócić w dowolnym momencie i nadal będzie mnie śmieszył. Kocham wszystkie postaci, ale najbardziej Chandlera. 
  • Sex and the City - no i tu jest mały zonk!, bo moim zdaniem to jest serial, który się niestety zestarzał (albo może ja w międzyczasie dojrzałam) - kiedy zaczynałam go oglądać około roku 2000, wydawał mi się niemalże genialny, uwielbiałam zarówno wszystkie postaci, jak i ich teksty, marzyłam o życiu Carrie i spotkaniu mojego Mr Biga. Kiedy jednak po kilkunastu latach zobaczyłam ponownie któryś z odcinków, doszłam do wniosku, że "oj, nie". Tak więc sentyment pozostał, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek do niego wróciła. 
  • Twin Peaks - gdyby kolejność miała znaczenie, zdecydowanie byłby na początku tej listy (a potem długo, długo nic) :) No, uwielbiam i właściwie to wszystko w tym temacie. Plus TU oddzielny wpis. No i informacja, że za rok David Lynch po 25 latach znowu zabierze nas do najdziwniejszego miejsca na ziemi - YAY! 
  • Robin of Sherwood - i uwaga - jest TYLKO JEDEN WŁAŚCIWY serial o Robin Hoodzie i to jest właśnie ta wersja z Michaelem Praedem (a potem z Jasonem Connery'm) i nie przyjmuję do wiadomości żadnych argumentów, że miałoby być inaczej :) Ten serial miał wszystko - cudownych bohaterów, tajemnicę, historię i muzykę Clannad! 
  • Whitechapel - bardzo żałuję, że nie będzie kontynuacji, chociaż niestety czwarty sezon trochę za bardzo poleciał w stronę zjawisk paranormalnych, jak na mój gust. Niemniej jednak to zdecydowanie były moje klimaty - ponure, depresyjne, ze zbrodnią w tle. Oraz Rupertem Penry-Jonesem w roli głównej :) 
  • New Amsterdam - przyznam się bez bicia, że kompletnie zapomniałam o tym tytule, ale opisywana przeze mnie w kolejnej części inna produkcja mi o nim przypomniała. Niby nic wybitnego, ale miał swój klimat - to historia nieśmiertelnego nowojorskiego policjanta, w której najfajniejszą częścią były chyba retrospekcje plus lekcja historii NY. Jeśli ktoś lubi Nicolaja Coster-Waldau i jest ciekaw, jak ten przystojny Duńczyk radzi sobie w jednej ze swoich pierwszych amerykańskich ról, to zachęcam. 
  • Six Feet Under - cudowny, cudowny serial o totalnie dysfunkcyjnej rodzinie prowadzącej dom pogrzebowy. To był serial, w którym można było zakochać się po pierwszych 5 minutach i który pozostawił po sobie mnóstwo złamanych serc. Plus Petera Krause. 
  • Dirty Sexy Money - skoro Peter Krause, to kolejny tytuł o innej dysfunkcyjnej rodzinie, tym razem milionerów - ekscentryków. Momentami bardzo śmieszne, momentami dające do myślenia. Nie wybitne, ale dobre. 
  • Pushing Daisies - to produkcja, która zdecydowanie wygrywa w kategorii "urocze". Jeśli ktoś nigdy tego nie oglądał, to naprawdę namawiam, bo Lee Pace w roli cukiernika, który ma zdolność przywracania życia zmarłym (ale z małym "twistem") i do tego Anna Friel jako jego ukochana (a wierzcie mi, że trudno wymyślić bardziej skomplikowany romans), w otoczeniu jak z bajki, to po prostu serialowy odpowiednik babeczki z bitą śmietaną i czekoladową posypką! 
  • w tym punkcie wrzucę kilka tytułów, o których muszę wspomnieć, bo poświęciłam im sporo mojego czasu, ale nie ukrywam, że sama się z siebie śmieję na samą myśl o niektórych z nich: MacGyver - no nie mogę o nim nie napisać, bo to była moja namiętna nastoletnia miłość, a potem już nie taka nastoletnia, kiedy z powodu Richarda Deana Andersona w wersji bardzo dojrzałej wciągnęłam się w 10 (sic!) sezonów Stargate-1 (swoją drogą to był naprawdę DOBRY serial sci-fi), a następnie idąc za ciosem w Stargate: Atlantis. Zaliczam się także do klubu wielbicieli jednosezonowego (Why? WHY??) Firefly z cudownym młodziutkim Nathanem Fillionem (to tak a'propos mojego braku zamiłowania do tematyki sci-fi). Z kolei kultowy dla mojego pokolenia Buffy, the vampire slayer zapoczątkował moją niezbyt zdrową namiętność do wampirów (która skutkuje do dziś dziwnym pociągiem do wszystkiego, co jest związane z tą tematyką - no i za każdym razem okazuje się, że poza książkową trylogią Anne Rice oraz wspomnianym Buffy, raczej nic nowego ani specjalnie odkrywczego nie można już stworzyć). Howgh. Btw - w Buffy najlepszy był Spike, który zawsze kradł wszystkie odcinki, w których się pojawiał i miał najlepsze teksty - Angel podobał mi się tylko w wersji "złej" :)) No i last but not least, czyli mój absolutnie ukochany gatunek pt. crime series i jedno z rodzeństwa, czyli CSI NY, które chyba jako jedyne doczekało się finału (dzięki Bogu!). Nie ukrywam, że głównym powodem, dla którego byłam wierna tej historii był Gary Sinise, połączony z moją fascynacją technikami śledczymi (oczywiście wszyscy wiedzą, że to, co było tam pokazane, to czysta fantazja, ale whatever). A skoro już jesteśmy przy kryminałach i pochodnych, to muszę napisać także o czymś, co zapoczątkowało moją fantazję nt profilowania przestępców, czyli serialu (nomen omen) pt. Profiler. Nie mam pojęcia, czy to jeden z tych tytułów, które się zestarzały przez kilkanaście lat, bo boję się to sprawdzić, ale na pewno wtedy, kiedy się z nim zapoznawałam, trzymał wysoki poziom. Z tego wszystkiego prawie zapomniałam o serialu, który w jakiś sposób mnie ukształtował (żeby nie powiedzieć - spaczył) i sprawił, że przez długie lata fantazjowałam o pracy dla jakiejś tajnej organizacji (oł, yeah) :) A ten serial to La Femme Nikita, który oczywiście powstał jako odpowiedź na Nikitę Luca Bessona. Powiem tak - poza genialnym soundtrackiem (serio!) i kilkoma fajnymi wątkami, nie mam zielonego pojęcia, co mnie przy nim trzymało tyle czasu, ale faktem jest, że zarówno postać Nikity (czyli posągowa Peta Wilson), jak i Michaela (charyzmatyczny Roy Dupuis z dziwną szczęką), prześladowały mnie przez długie lata i chyba nieźle wypaczyły moje wyobrażenie o związku kobiety z mężczyzną :)) Niemniej jednak - sentyment nadal we mnie siedzi. 
Uff, to moi drodzy - jest część pierwsza (i to mocno niepełna, bo jak wspomniałam wyżej, gdybym chciała wymienić WSZYSTKIE tytuły, które oglądałam, to byłby nigdy nie kończący się wpis). Oczywiście nie zapominajcie, że ja te pozycje oglądałam całymi latami, a nie jedną po drugiej, bo naprawdę wbrew pozorom mam jeszcze życie pozaserialowe (i pozablogowe) :)) 

Ciekawa jestem, czy znacie któryś z opisanych przeze mnie tytułów? Może też je lubiliście (albo wręcz przeciwnie - zawsze fajnie jest poznać inny punkt widzenia)? A może seriale to w ogóle nie Wasza bajka (tia, też tak kiedyś myślałam)?  Dajcie znać :) 

A w kolejnej części podzielę się tytułami, które nadal dość regularnie kradną mi czas. 
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...