Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2017

#LIFESTYLE Ulubieńcy kosmetyczni

O kosmetykach nie pisałam już bardzo dawno. Oczywiście pomijając fakt, że OGÓLNIE dawno nie pisałam :)

Ale do rzeczy -  mała częstotliwość tego typu wpisów wynika z tego, że kiedy coś mi podpasuje, to używam tego w koło Macieju i nie widzę potrzeby zmian. No dobra, raz na jakiś czas zdarza mi się, że coś dokupię, ale generalnie jestem pod tym względem nudna jak flaki z olejem. 
Dlatego dziś też nie będzie jakiegoś strasznego szaleństwa, pokażę Wam to, czego używam od jakiegoś czasu i z czego jestem na tyle zadowolona, że chcę Wam to polecić. A czy się skusicie czy nie, to już Wasz wybór :)


Tak, jak wspomniałam na początku - wiele tego nie ma, więc zaczynamy:

1. Podkład Catrice HD LIQUID COVERAGE w odcieniu 020 Rose Beige. 
Pewnie większość z Was kojarzy szał, kiedy ten produkt pojawił się na rynku - nie mam pojęcia, z czego to wynikało, ale ten, komu wówczas udało się go dopaść w jakimkolwiek sklepie, miał poczucie, jakby co najmniej dokopał się do Bursztynowej Komnaty albo znalazł Świętego Graala! Ja też polowałam na niego całkiem długo, a w pewnym momencie odpuściłam, bo stwierdziłam, że no bez przesady, to jest przecież tylko podkład, więc nie będę za nim latała jak kot z pęcherzem po całej Warszawie! No i wtedy właśnie trafiłam przez przypadek na dostawę w Hebe :) Kupiłam, przetestowałam i przepadłam. To jest moje drugie albo nawet trzecie opakowanie i na pewno nie ostatnie.

Wiem, że podkład ma swoich zagorzałych zwolenników, ale i obrywa mu się w równym stopniu - że zapycha, że wysusza etc. Ja powiem tak - u mnie sprawdza się IDEALNIE - mam skórę mieszaną, raczej w kierunku suchej, wrażliwą, z tendencjami do uczuleń i serio - nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Świetnie się dopasowuje, kryje, ale nie robi maski, trzyma się cały dzień na twarzy i jedyne, do czego ewentualnie mogłabym się przyczepić (ale to już naprawdę gdybym bardzo się uparła) to fakt, że po dłuugim dniu zaczynam się trochę świecić. Z naciskiem na "trochę". Ale i tak go uwielbiam i jeśli tylko moja skóra się nie zbuntuje, to na pewno zostanie ze mną na długo.

2 i 3. Róż NARS ORGASM oraz HONEYBEE GARDENS


Pierwszego gagatka zapewne nie muszę nikomu przedstawiać, bo jeśli jakiś kosmetyk kolorowy możemy nazwać "kultowym", to NARS Orgasm z pewnością się do tej grupy zalicza. Przyznam się, że przez długi czas byłam przekonana, że w tym konkretnym przypadku jest to tzw. przewaga formy nad treścią, czyli po prostu rozbuchana reklama, a nie właściwości samego produktu. No i pewnie trochę tak jest. Być może można znaleźć coś tańszego, co nadal będzie wyglądało efektownie. Poza tym nie wykluczam, że do mojej karnacji lepiej pasowałby odcień np, Deep Throat albo Sex Appeal (swoją drogą jestem fanką tych erotycznych nazw!), ale cóż - jakiś czas temu stwierdziłam, że zaszaleję i przekonam się na własnej skórze, o co tyle hałasu. I nie żałuję. Róż jest piękny, ma drobinki (ale nie takie obscenicznie brokatowe, które robią z nas latarnię morską, tylko dające efekt połączenia z rozświetlaczem) i używam go z prawdziwą przyjemnością.

A jeśli zależy mi na delikatniejszym i bardziej naturalnym efekcie, to sięgam po moje odkrycie, czyli HONEYBEE GARDENS. Jak widać na zdjęciu poniżej, mam odcień Breathless i jest to jeden z najpiękniejszych różowych róży (nomen omen), jakie miałam - myślę, że przebija nawet Well Dressed z MACa , który uwielbiałam.



Pokazywany dziś produkt kupiłam w sklepie IHerb (na samym końcu podam Wam kod do zakupów, może ktoś będzie chciał skorzystać), a sama firma jest zdecydowanie warta polecenia. Produkują bowiem kosmetyki naturalne, wegańskie (chociaż nie gwarantuję, że cała ich oferta taka jest), wolne od parabenów, sztucznych barwników i chemikaliów. Myślę, że przy okazji poszukam innych produktów od Honeybee, bo różem jestem zachwycona - jak wspomniałam wyżej, jest bardzo delikatny, ale utrzymuje się na skórze długo i daje się łatwo stopniować.

4. Szminka E.L.F w odcieniu PERFECT PINK


Kolejny zakup z IHerb (być może kiedyś poświęcę temu sklepowi oddzielny wpis, bo przyznam się, że jestem od niego uzależniona - kupuję tam regularnie zarówno kosmetyki, jak i - przede wszystkim - probiotyki i suplementy).

Amerykańska firma e.l.f. (skrót od eyes/lip/face) jest dość znana i z tego, co wiem, lubiana, ma szeroką gamę kolorówki i - co istotne - bardzo dobry stosunek jakości do ceny - często jestem wręcz zaskoczona (pozytywnie!), kiedy sprawdzam opinie, a potem wyszukuję cenę danego produktu.

Co natomiast jest wyjątkowego w TEJ KONKRETNEJ szmince to fakt, że jej kolor dopasowuje się do naturalnego pigmentu naszych ust! Tak więc nie sugerujcie się zdjęciem, bo w opakowaniu szminka jest jasnoróżowa, natomiast na każdej osobie będzie wyglądała całkiem inaczej - fajne, co? Dodatkowo daje leciutki połysk (ale bardzo naturalny) i dzięki zawartości masła shea nawilża usta. Same plusy. Ja jestem bardzo zadowolona, bo na moich ustach daje efekt naturalny, ale jednocześnie podkreślony, a nie przerysowany. Idealna szminka na co dzień.

5. No i last but not least, czyli mój najnowszy nabytek (a właściwie prezent, bo dostałam go na urodziny, czyli naprawdę niedawno) - to woda perfumowana L'OCCITANE TERRE DE LUMIERE



Zapach ten "chodził" za mną od dłuższego czasu, ale niestety nie należy on do najtańszych, więc postanowiłam poczekać do urodzin właśnie i poprosić o niego najbliższych. I nie żałuję, bo od ponad dwóch tygodni jest ze mną dzień w dzień, a ja jestem nim nadal zachwycona. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niewiele jest rzeczy tak subiektywnych jak preferencje zapachowe, więc oczywiście polecam przetestowanie go na swojej skórze.
Poniżej wkleję Wam informację z oficjalnej strony L'Occitane, gdzie będziecie mogły zorientować się, jakie są w nim nuty. Od siebie powiem tak - jest słodki, ale nie mdląco-męczący, w dodatku na skórze (mojej) zmienia się w coś ziołowo-miodowego, z lekkim powiewem lawendy. Wiem, że wiele osób zarzuca L'Occitane podszywanie się pod Mon Guerlain, ale ja się z tym nie zgadzam - psikałam się obiema wodami i Terre de Lumiere podeszło mi zdecydowanie bardziej. Tak więc - jak zawsze - warto sprawdzić na sobie.

Nuty głowy

różowy pieprz

bergamotka z Włoch Orpur

absolut z nasion piżmiana Orpur


Nuty serca

lawenda Orpur

miodowy wosk pszczeli z Laosu Orpur


Nuty bazowe

akacja

olejek z gorzkiego migdała

tonka z Wenezueli Orpur

Sylkolide (piżmo syntetyczne)


I to tyle na dziś, moi drodzy. Jak widać - wpis ewidentnie weekendowy (ale jest!). Zresztą co tu dużo mówić - sama lubię podglądać, czego używają inni, więc czemu nie miałabym się tym podzielić z Wami? A jeśli macie coś fajnego do polecenia (albo chcecie wyrazić swoją opinię na temat któregoś z ww produktów), to wiadomo, że z chęcią poczytam komentarze! 

PS. jeszcze tylko obiecany kod do sklepu IHerb. Działa to w ten sposób, że jeśli zarejestrujecie się, korzystając z poniższego linka lub przy realizacji zamówienia podacie ten kod: MTZ968, to do Waszych pierwszych zakupów dostaniecie rabat od 5$ (przy zakupach do 40$) do 10$ (przy kwocie powyżej 40$). Jak widać - opłaca się skorzystać :) Pamiętajcie jednak, że działa to wyłącznie przy pierwszych zakupach na IHerb! 

Link do zakupów:

https://pl.iherb.com/?rcode=MTZ968

KOD: MTZ968


A tymczasem miłej soboty i do napisania wkrótce!

niedziela, 21 sierpnia 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy wakacji

Jako że zauważyłam, że nie przepadam za poświęcaniem całego wpisu jednej rzeczy (naprawdę rzadko zdarza się, że coś mnie zachwyci do tego stopnia, żebym miała chęć o tym pisać cały elaborat), zdecydowanie wolę wpisy zbiorcze, w których mogę podzielić się z Wami większą liczbą moich odkryć. Niektóre z rzeczy, które Wam dziś pokażę, mam i używam już znacznie dłużej niż dwa miesiące, niektóre są ze mną stosunkowo od niedawna, ale przez ten czas wszystkie zdążyły mnie oczarować i zapewniam, że wszystkie polecam w 100% szczerze i gorąco! No i wiadomo (tzn wydaje mi się, że wiadomo, a jeśli nie, to już tak :)), że to nie jest żaden wpis sponsorowany (w sumie to szkoda), bo wszystko kupiłam za własne miliony monet**. 

*AKCESORIA/UBRANIA

1. Zdecydowanie na pierwszym miejscu plasuje się mój świeżutki, bo sierpniowy zakup, czyli rower. Do tej pory męczyłam się (dosłownie) na dość starym (choć nadal w niezłej formie) "góralu", którego - przyznam się - po prostu nie znosiłam. Wiem, że kiedyś to był szczyt marzeń, ale niestety wymuszona przez jego kształt półleżąca pozycja jest zabójcza dla moich pleców i głównie z tego powodu jeździłam na nim coraz rzadziej, a w ostatnim roku praktycznie wcale. Od dobrych kilku lat zbierałam się do zakupu przyzwoitego roweru miejskiego, który służyłby mi i moim plecom znacznie lepiej, ale jakoś zawsze było coś ważniejszego w planach. Jednak w końcu po rozmowie z Tatą jakoś tak wyszło, że oboje stwierdziliśmy, że zamiast inwestować w odnowienie naszej wiekowej (starszej ode mnie!), leżakującej na balkonie rodziców Gazelki, bardziej opłaca się dołożyć paręset złotych i kupić nowy rower.
Mój wprawdzie nie jest salonowo nowy, bo odkupiłam go od kogoś, ale praktycznie był nieużywany, więc można powiedzieć, że dopiero u mnie ma szansę pokazać na co go stać :)  Rower to Kross Grand Vienna, model z 2014 roku. Nie jest to jakiś super wypasiony sprzęt, ale pokochałam go od pierwszej jazdy - w dodatku połączenie ciemnej zieleni, beżu i czerni naprawdę do mnie przemawia (oczywiście najpierw obejrzałam wszystkie kremowe i pastelowe modele, ale potem zobaczyłam wersję czarną, którą polecała Julia Caban i się zakochałam, a ten na zdjęciach był numerem dwa - a zapewniam Was, że na żywo wygląda po prostu bosko). No i do takiej rekreacyjnej jazdy po miejskich ścieżkach rowerowych, którą ja uskuteczniam, jest idealny. Brakuje mu jeszcze tylko koszyka na bagażnik (niestety większe zakupy jeszcze przez chwilę muszę wozić na raty) i uchwytu na butelkę z wodą i będę super zadowolona :)

Jeśli ktoś z Was waha się, czy warto zainwestować (nie takie znowu duże) pieniądze w takiego rumaka, to nie ma co się nad tym zastanawiać - każda, nawet kilkukilometrowa przejażdżka to ogromna przyjemność i samo zdrowie! Nawet jeśli jesteście takim tchórzem, jak ja (w życiu nie jeżdżę ulicą, bo nie mam za grosz zaufania do warszawskich kierowców) - infrastruktura rowerowa (przynajmniej w Warszawie) jest naprawdę dobrze rozwinięta!



Kolejne punkty postaram się omówić już nieco krócej :)

2.  Następne w kolejności są buty New Balance, model 373, czyli coś, co pewnie większość z Was doskonale zna. NB albo się uwielbia, albo ich nie znosi - ja przez dłuższy czas miałam do nich totalnie obojętny stosunek, niektóre modele zwracały na siebie moją uwagę, inne mnie odrzucały na kilometr. Ale kiedyś w końcu, z okazji jakichś megaprzecen (chyba 50%), zdecydowałam, że sprawdzę, o co tyle hałasu. I przepadłam. To są naprawdę jedne z najwygodniejszych (albo nawet NAJWYGODNIEJSZE) buty, jakie kiedykolwiek miałam! Od pierwszego założenia mogę w nich chodzić cały dzień i NIC mi się nie dzieje, a wierzcie mi - mam najgorsze stopy świata (po pierwsze: obciera mnie 99,9% butów, które kupuję i to nie tylko kiedy są nowe, ale też po założeniu ich po przerwie, po drugie: b. często mam problem z bolącym podbiciem i  wreszcie po trzecie: mam wiecznie opuchnięte kostki, więc część wyższych butów mi je po prostu dodatkowo podrażnia). Serio - dla kogoś takiego jak ja, to był strzał w 10! Poza tym uważam, że są naprawdę ładne, a zestawienie czerni, różu i turkusu bardzo do mnie przemawia kolorystycznie :)




3. Niejako w komplecie z butami idzie kolejny ulubieniec, czyli...skarpetki... Wiem, że może nie jest to najbardziej podniecająca część garderoby, ale znowu - ten konkretny model to było naprawdę moje odkrycie ostatnich miesięcy! Moje są firmy Nike (z serii Dri Fit, najbardziej opłaca się kupować je w trójpaku), ale bardziej niż o firmę, chodzi mi o ich wykończenie z tyłu - tym, co zmienia całą bajkę, jest ich przedłużony "zapiętek" (nie mam pojęcia, czy to się tak fachowo nazywa), który po pierwsze ułatwia ich zakładanie, ale co najważniejsze - zapobiega ich zsuwaniu podczas ruchu! Niestety ale (znowu ukłon w stronę moich problematycznych stóp) zawsze, ale to zawsze męczyłam się ze stopkami, które "uciekały" mi z pięty i do szału doprowadzało mnie ich wieczne podciąganie (o obcieraniu stopy nie wspomnę) - więc - dla mnie takie rozwiązanie to prawdziwa bomba. Szkoda tylko, że nie tak łatwo znaleźć ten typ skarpetek.



Biorąc pod uwagę liczbę rzeczy powiązanych z uprawianiem aktywności fizycznej pokazanych w tym poście, sprawię pewnie wrażenie osoby szalenie fit, ale bez zbędnych dywagacji uznajmy po prostu, że tym razem tak się jakoś złożyło :)

4. Ostatnią rzeczą, którą również wykorzystuję głównie podczas jazdy na rowerze, jest mój cudny plecak z firmy Cayler and Sons. Plecak - worek, bo to jest ten typ ze sznurkami zamiast rączek. Ogólnie jest lekki, ładny, pojemny i kupiłam go w megapromocji, a sprawdza się naprawdę świetnie. No i poza tym, że jest z grubego materiału (więc zakładam, że nie przemaka), to ma jeszcze stylowe wykończenie a'la struś na dole - a ja jestem szalenie łasa na takie smaczki :) Jedyna uwaga - nie należy do niego pakować całego swojego dobytku (do czego ja oczywiście, jako wielbicielka ogromnych torbiszczy mam tendencje), bo wówczas sznurki będą nam się bezlitośnie wpijać w ramiona. Na Zalando jest spory wybór wzorów (cudny jest zwłaszcza taki typowo wakacyjny w kwiatki z napisem "Hi haters").



5. I ostatni ulubieniec z tej kategorii, to moja letnia torba z firmy Franklin Marshall. I tu właściwie mogę tylko napisać, że ją po prostu UWIELBIAM - jak widać poniżej, jest szalenie pojemna, lekka, prześliczna i tak charakterystyczna, że "robi" cały strój - bez względu na to, czego bym na siebie nie założyła, ona jest taką "wisienką na torcie". A ponieważ kiedy jest gorąco, nie przepadam za noszeniem skórzanych ciężkich toreb (które nawet kiedy nie są fizycznie ciężkie, to i tak jakoś niespecjalnie kojarzą mi się "letnio"), to to był zdecydowanie jeden z moich najlepszych zakupów tego lata (oprócz roweru).



























6. Po krótkim namyśle postanowiłam dorzucić tu jeszcze jeden punkt, a mianowicie ubrania sportowe z Lidla. Ostatnio Agnieszka z kanału Lifemanagerka też o nich wspominała, a ja mogę się tylko z nią zgodzić - mam cztery koszulki z serii Crivit i zakładam je zarówno do ćwiczeń jogi, jak i na rower i sprawdzają się świetnie! Naprawdę warto się nimi zainteresować.

*JEDZENIE

Z kategorii żywieniowej w tej odsłonie mam tylko jeden produkt, a mianowicie kawę Inkę bio z figami. Kupuję ją w Leclercu i od niej właściwie zawsze zaczynam dzień. Ma delikatny smak i dobry skład (rozpuszczalna kawa zbożowa - zboża 59%, w tym jęczmień i słód jęczmienny, korzeń cykorii i figi 13% - wszystko z certyfikowanych upraw ekologicznych) - ja wprawdzie tych fig kompletnie w niej nie wyczuwam, ale z jakiegoś powodu i tak smakuje mi bardziej niż taka tradycyjna. Może to moja wyobraźnia :)



*KOSMETYKI 

Jako że z kosmetykami też ostatnio nie szalałam (zresztą już od dłuższego czasu nie szaleję), w tym punkcie mam Wam do pokazania dwie rzeczy:



1. Numero uno to woda pielęgnacyjna do ciała Eau des Jardins z firmy Clarins. I tu uwaga - to nie jest ani woda toaletowa, ani woda perfumowana, tylko właśnie kosmetyk, który poza przepięknym zapachem, ma także właściwości pielęgnacyjne! Według opisu, dzięki zawartości odpowiednio dobranych olejków eterycznych, poprawia także nasz nastrój :) Jeśli lubicie świeże, cytrusowo-kwiatowe zapachy, powąchajcie sobie go przy okazji - a nuż przypadnie Wam do gustu. 

2. W poprzednim poście z tej serii (do poczytania TUTAJ) wspominałam o balsamach do ust z firmy Hurraw! No i w międzyczasie okazało się, że w ofercie pojawił się kolejny "smak", czyli Papaya&Pineapple, czyli zestaw, który ewidentnie kojarzy mi się z latem. Bardzo przypadł mi do gustu - jak wszystkie pozostałe, oczywiście świetnie nawilża usta, a dodatkowo pachnie tropikalnymi owocami - sama przyjemność.

I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do końca wpisu. W ogóle to nie wiem jak to się dzieje, że po pierwsze czas ucieka mi jak szalony i zanim się zorientuję i zbiorę w sobie, to właściwie już mija kolejny miesiąc, a po drugie zawsze wydaje mi się, że "tym razem na pewno nie będę miała Wam co pokazać", a potem się okazuje, że wpis z ulubieńcami ciągnie się niczym turecki serial (żeby nie było, że nie jestem na czasie - chociaż sama nie oglądam). Lubicie w ogóle takie posty? (ciekawe swoją drogą, co zrobię, jeśli napiszecie, że nie)...

**sama nie wierzę, że do tego nawiązałam, ale well - chcąc nie chcąc, hasło jakoś weszło do mowy potocznej :) 

sobota, 2 lipca 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy czerwca

Dziś będzie post z kategorii "na rozluźnienie", ale takich, które sama przeglądam zawsze z przyjemnością - oczywiście wiem, że najfajniej ogląda się tego typu filmiki, ale cóż - zdecydowanie nie jestem gotowa na taki krok poza moją strefę komfortu, więc wybaczcie, ale pojedziemy tradycyjnie :) 


Jak widać, uzbierało mi się kilka rzeczy, które chciałabym Wam polecić - zaznaczam tylko, że określenie "ulubieńcy czerwca" jest w stosunku do niektórych z nich dość umowne - bardziej pasowałoby "ulubieńcy kilku ostatnich miesięcy", ale wierzę w to, że raczej nikt z Was nie bierze takich haseł dosłownie. No i oczywiście nie wszystko znalazło się na zbiorowym zdjęciu, bo wiadomo nie od dziś, że mam świetną pamięć, tylko odrobinkę przykrótką i o dwóch rzeczach przypomniałam sobie już po fakcie :) 

Do rzeczy - żeby było bardziej przejrzyście, podzieliłam sobie wszystko na kategorie:

* KOSMETYKI

1. Maseczka Origins Drink-Up Intensive - na kosmetyki tej firmy czaiłam się od nie pamiętam już kiedy i jakoś zawsze przy okazji zakupów o nich ostatecznie zapominałam. Wreszcie parę miesięcy temu podczas rozmowy z koleżanką jakoś zeszłyśmy na polecane kosmetyki i kiedy zaczęła się rozwodzić nad tym, jaki to jest świetny produkt, to wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę. I słusznie, bo od pierwszego użycia jestem totalnie zachwycona - zużyłam już prawie całe opakowanie (a jest spore!), kolejne czeka grzecznie w szafce. W Polsce chyba wyłączność na Origins ma Sephora i warto wstrzelić się w promocję -20% - wtedy wydatek nie boli aż tak bardzo :) 




Co do samej maseczki, to dla mojej wrażliwej (i suchej) skóry, jest ona prawdziwym objawieniem - stosuję ją po prostu jako krem na noc - z tym, że oczywiście nie codziennie. I widzę różnicę - skóra jest dobrze nawilżona i elastyczna, w dodatku maseczka przepięknie pachnie. Wiem, że niektórzy narzekają, że po jej nałożeniu klei się twarz, ale powiem szczerze, że ja nawet nie zwróciłam na to uwagi. Dla mnie to zdecydowanie jedno z tegorocznych odkryć. 

2. Krem Embryolysse Lait-Creme Concentre - tu nie pamiętam, jak na niego trafiłam, pewnie gdzieś przeczytałam opis, potem kupiłam na próbę małe opakowanie i...przepadłam :) Cóż mogę powiedzieć - moja skóra go uwielbia - stosuję go rano pod makijaż i czasem też na noc, zwłaszcza kiedy mam jakieś podrażnienia - jest bardzo delikatny i po prostu świetny! 



3. Hydrolat różany - mój jest z Biochemii Urody, ale pewnie większość działa podobnie - ja przelewam sobie trochę do małej buteleczki ze spryskiwaczem, trzymam go w lodówce i używam kilka razy dziennie jako toniku, ale także w momencie, kiedy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia (cudowne uczucie, zwłaszcza w upalny dzień!). 



4. Balsam do ust Hurraw! 

Te balsamy to moje małe uzależnienie - nie wiem, ile już ich miałam, ale przyznam się, że odkąd je odkryłam, nie wyobrażam sobie nie posiadania przynajmniej jednego w zapasie - ten na zdjęciu jest limonkowy (świetny!), mam też wersję kakaową, rumiankową, o smaku earl greya i gdzieś zgubiłam wiśniową. Zamawiam je na IHerb, ale z tego co wiem, w Polsce też można je dostać online (oczywiście z przebitką cenową). Produkt jest organiczny, wegański i (co najważniejsze) - fantastycznie nawilża usta! Ja uwielbiam. 





* JEDZENIE

Tu tylko jeden produkt, ale za to jaki pyszny :) 
Chipsy kokosowe DANG o smaku słonego karmelu - o mamo, chyba dobrze, że nie są one tak łatwo dostępne (również zamawiam je na IHerb), bo podejrzewam, że źle by się to dla mnie skończyło - a tak, delektuję się nimi raz na jakiś czas, a potem tęsknię :) Jeśli będziecie mieli okazję spróbować, serdecznie polecam, tylko uprzedzam - wciągają dokładnie tak samo, jak zwykłe chipsy - ciężko się od nich oderwać! 





* KSIĄŻKA

Mój czytelniczy czerwiec zdecydowanie upłynął pod znakiem serii o Lipowie, autorstwa Katarzyny Puzyńskiej. Poświęciłam jej cały poprzedni post, więc nie będę się powtarzać - powiem tylko, że wciągnęłam się po same uszy, kończę właśnie "Łaskuna" i czekam niecierpliwie na kolejne części. 




* MUZYKA

O tym, że od jakiegoś czasu (a konkretniej odkąd zdecydowałam się oddać do naprawy gramofon mojego Taty), słucham już właściwie wyłącznie muzyki na winylach, być może już wspominałam (a jeśli nie, to właśnie to robię) - w związku z tym często wśród moich prezentowych życzeń znajdują się płyty. Z okazji ostatnich urodzin moja kolekcja powiększyła się m.in. o nowy album Lany Del Rey "Honeymoon" i właściwie od tej pory nie przestaję jej słuchać - to jest po prostu idealna płyta na wakacje, no a jak widać na zdjęciu - dodatkowym smaczkiem jest jej czerwony kolor (a właściwie ich, bo to jest podwójny album!). Moim numerem jeden jest "High by the Beach" i "Freak" - do tego zimny drink, okulary słoneczne na nos i czuję się jak w Kalifornii :) 




* MIEJSCE

Miejscem, które odkryłam w czerwcu (i to właściwie pod jego koniec, więc troszkę umieszczam je tu na wyrost, ale myślę, że warto) jest sklep TerraVege na Kabatach w Warszawie (adres to Kabacki Dukt 4, na samym końcu Al. KEN). Jeśli ktoś jest z tych okolic, albo będzie w pobliżu, a szuka czegoś przyjaznego weganom, alergikom, osobom na diecie bezglutenowej lub po prostu lubi wiedzieć, co kupuje i je, to serdecznie polecam - jak na malutki sklepik, jest zaskakująco dobrze zaopatrzony, ma przesympatycznych właścicieli i bardzo dobre ceny!!! Stronę internetową  i FB też ma :) 

* AKCESORIA/INNE

W tej kategorii mam aż cztery rzeczy, ale dwie z nich omówię szybko razem: 

1 i 2. Butelka Bobble bottle i butelka szklana 

O Bobble bottle chyba już kiedyś pisałam, bo mam ją już od kilku lat (właściwie chyba odkąd pojawiła się w Polsce - wtedy można było ją kupić wyłącznie online, teraz jest dostępna np. w Duce). Jeśli kogoś interesują szczegóły, to odsyłam na tę stronę. Ja tylko dodam, że odkąd ją mam, właściwie przestałam kupować wodę w jednorazowych butelkach. Poza aspektem eko, ważna jest też wygoda, to że można do niej nalać wodę z kranu w dowolnym miejscu, jest poręczna i ładna (filtry mają różne kolory - ostatnio trzymałam się różu, ale teraz mam taki wakacyjny morski turkus i też jest super). 




Jakiś czas temu kupiłam sobie również butelkę szklaną, która sprawdzała się dobrze przede wszystkim w pracy (nalewałam sobie do niej wodę z pojemnika z filtrem i pilnowałam, żeby popijać przez cały dzień), teraz używam jej też w domu. Bardzo ją lubię (dopasowanie kolorystyczne obu butelek jest całkiem przypadkowe :)) ale przyznaję, że na wyjścia "w miasto" wybieram Bobble, bo jednak wiadomo, że szkło swoje waży. Moja butelka jest z TkMaxx - wiem, że co jakiś czas pojawiają się w ich ofercie w różnych kolorach. 



3. Przedostatnią rzeczą, o której chciałabym Wam napisać, jest opaska do spania na oczy z firmy Lunaby (pewnie każdy o tym wie, ale jeśli nie, to jest to firma Joasi Glogazy, czyli Styledigger - myślę, że za jakiś czas skuszę się na którąś z ich pięknych piżam). 

Jakoś do tej pory wydawało mi się, że to jest dodatek z kategorii całkiem zbędnych, na zasadzie "a, nie mam na co wydać pieniędzy, to sobie kupię opaskę na oczy". No i co? No i pudło :) Moja sypialnia utrzymana jest w jasnych barwach, na oknach mam białe drewniane żaluzje i wprawdzie wyglądają one świetnie, ale niestety w okresie wiosenno-letnim, kiedy na zewnątrz jasno zaczyna się robić już w okolicach 4 nad ranem, brakuje mi jakiegoś zaciemnienia. Do tego dochodzą problemy ze snem, na tle nerwowym (polega to na tym, że zasypiam w miarę łatwo, ale budzę się około 3 i męczę przez kolejne dwie godziny, walcząc ze sobą o jeszcze odrobinę odpoczynku). Dlatego jakiś czas temu stwierdziłam, że sprawdzę na sobie, czy przypadkiem taka maseczka nie będzie dobrym rozwiązaniem - i okazało się, że owszem - nie zakładam jej od razu wieczorem, tylko kładę na stoliku przy łóżku i korzystam z z niej po wybudzeniu nad ranem. I działa - mój organizm sam się jakoś wycisza w ciemności, więc siłą rzeczy budzę się rano znacznie bardziej wypoczęta. Dla mnie bomba! No i ten uroczy wzór z ptaszkami (na IG dowiedziałam się, że to Rudziki) :) Do kompletu mam jeszcze kosmetyczkę, która może służyć jako pokrowiec do Kindle. PS właśnie zauważyłam, że w dwóch miejscach zrobiły mi się zacieki od czerwonej wstążeczki - nie wiem od czego to, ale w sumie nie wpływa to na komfort użytkowania (poza względami estetycznymi). 




4. No i last but not least to gadżet, który wzbudza spore zainteresowanie niemal wszędzie - jest to Ring (mój nazywa się Ring Thing, a najbardziej popularny to iRing), czyli uchwyt do telefonu. 

Ja mam dwa - ten na zdjęciu oraz aktualnie używaną wersję złotą (nie miałam jak jej pokazać, bo robiłam zdjęcie telefonem) - przykleja się go do obudowy z tyłu i tyle. A zastosowanie? Jeśli kiedykolwiek szliście ulicą z telefonem w ręku, który niespodziewanie wyślizgnął się Wam z ręki, jeśli lubicie używać smartfona w wannie i boicie się, że w końcu go utopicie, albo przeglądacie sobie coś na leżąco przed snem i chociaż raz telefon wylądował Wam na twarzy, to owszem, to jest gadżet dla Was :) Może też służyć jako podstawka do telefonu, kiedy np oglądamy sobie coś na YT. Ja uwielbiam! 




No i dobrnęliśmy do końca :) Trochę tego było, ale tak to jest, jak się ma długą przerwę i potem chce się pokazać wszystko naraz. 

Dajcie znać, czy coś Was zainteresowało/zainspirowało, a może znacie/używacie z czegoś, o czym wspomniałam wyżej? Sama też jestem bardzo ciekawa Waszych ulubieńców. 

wtorek, 18 lutego 2014

Ulubione dodatki vol.4 - biżuteria od Mokave

Kiedyś byłam wielką fanką biżuterii. Do dziś mam taką kolekcję kolczyków, naszyjników i bransoletek, że często służę jako wypożyczalnia weselno-imprezowa dla moich koleżanek, które poszukują czegoś w konkretnym kolorze :) 
Sama jednak od dłuższego już czasu noszę jedynie wybrane dodatki, z czego większość jest na tyle uniwersalna, że pasuje po prostu do wszystkiego. Skłaniam się nie tyle ku totalnemu minimalizmowi, co raczej umiarkowanej prostocie i doceniam nieskomplikowane wzory (chociaż bardzo lubię też ciekawe i nieprzekombinowane "statement necklaces") i staranne wykonanie. 
Dlatego dziś będzie na szybko o dwóch dodatkach, które skradły moje serce i stały się takimi właśnie uniwersalnymi ulubieńcami, noszonymi przeze mnie zarówno do eleganckich sukienek, jak i prostych t-shirtów.

Dla porządku wspomnę, że TO NIE JEST wpis sponsorowany - za pokazywaną poniżej biżuterię zapłaciłam własnymi pieniędzmi, a pokazuję ją, bo uważam, że warto jest promować nasze rodzime talenty :) 

Pod nazwą Mokave kryje się młoda polska projektantka, której wzory od razu przypadły mi do gustu, do tego stopnia, że miałam problem z wyborem - ostatecznie postawiłam na coś, co wpadło mi od razu w oko :) 


Na złotym łańcuszku zawieszony jest szary agat, który idealnie pasuje do moich neutralnych szarych, czarnych, granatowych i białych ubrań. Naszyjnik jest długi i fantastycznie wygląda z prostą sukienką by Insomnia (która notabene też znajdzie się w moim zestawieniu ulubieńców, jeśli kiedykolwiek takie stworzę!). 



 W zależności od światła (i tła), kamień przybiera bardziej lub mniej fioletowy odcień. 


Ale tak naprawdę moja przygoda z Mokave zaczęła się od tej pastelowej bransoletki, którą noszę codziennie, uwielbiam i która zbiera nieustannie mnóstwo komplementów :)



Więcej wzorów projektantki znajdziecie na podlinkowanej stronie, lub w sklepie Pakamera. Ja na pewno skuszę się w przyszłości na coś jeszcze! 


Podoba Wam się taka biżuteria, czy lubicie zupełnie coś innego? Macie jakieś stałe elementy, z którymi się nie rozstajecie, czy zmieniacie dodatki, w zależności od humoru? U mnie na stałe obecna jest jeszcze moja srebrna, najprostsza z możliwych bransoletka z łańcuszków od Pandory (nie zaliczam się do fanek tych najpopularniejszych bransoletek modułowych), którą pokazywałam TUTAJ i to właściwie wszystko, co na siebie z reguły zakładam (z biżuterii, rzecz jasna, z biżuterii :)) 

środa, 8 maja 2013

Ulubieńcy vol.2

W ciągu ubiegłego miesiąca (a właściwie nawet dłuższego czasu, bo mamy już przecież prawie połowę maja) uzbierało mi się kilka rzeczy, które spokojnie mogę opatrzyć etykietką "ulubieńców" - używałam ich bardzo często, więc bez zbędnego gadania, zapraszam do wpisu. 

Jak zwykle starałam się, aby w tej grupce znalazły się nie tylko kosmetyki, ale ogólnie rzeczy, które z jakiegoś powodu chcę i mogę Wam polecić. 


1. Kosmetyki

W tej kategorii znalazły się dwa kremy z firmy Soap&Glory - w tym Hand Food, który spokojnie można określić mianem "kultowego" oraz jego odpowiednik do stóp Heel Genius.

Powiem tak - kiedyś byłam dość sceptycznie nastawiona do tej firmy - wydawało mi się, że te słodkie opakowania retro i piękne zapachy to wszystko, czym mogą się pochwalić. Tymczasem coraz bardziej przekonuję się do ich kosmetyków pielęgnacyjnych i już wiem, że te konkretne kremy zostaną ze mną na dłużej, bo są po prostu rewelacyjne - jedyny minus to ich dostępność w Polsce (ale od czego mamy allegro i znajomych w UK :))

Następnie dwa produkty do pielęgnacji twarzy, które prawdopodobnie również nie będą wyłącznie jednorazową przygodą - ta granatowa butelka to hydrolat rumiankowy, który bardzo pomógł mi przy naprawdę problematycznym wysuszeniu skóry po zimie. Jest bardzo łagodny i jeśli tylko komuś nie przeszkadza charakterystyczny zapach, to naprawdę polecam go z całego serca - używam go codziennie rano do przemywania twarzy po nocy i moja cera jest mi za to naprawdę wdzięczna.

Obok mamy krem neutralizujący zaczerwienienia skóry Anti Rose Eucerin, który jest moim prywatnym odkryciem miesiąca - wiem, że powtarzam się do znudzenia, ale jestem posiadaczką tak wrażliwej i kapryśnej cery, że nigdy nie wiem, co ją podrażni i sprawi, że na widok lustra będę miała ochotę uciec z dzikim wrzaskiem...

Ten krem jest właściwie bezzapachowy, dobrze nawilża, NIE PODRAŻNIA (a wręcz łagodzi istniejące już podrażnienia) i ogólnie nie widzę w nim minusów, więc na pewno kiedy się skończy, kupię kolejne opakowanie.

W grupce kosmetycznej znalazł się również produkt, nad którym się wahałam, ponieważ mam z nim mały problem. Mowa o kredce podkreślającej łuk brwiowy (a właściwie rozświetlającej obszar POD) High Brow firmy Benefit. 

Z jednej strony efekt tego delikatnego rozświetlenia (jest ona w bardzo delikatnym różowym kolorze, więc wygląda naprawdę subtelnie i faktycznie robi różnicę) totalnie mnie zachwyca, jednak po kilku tygodniach regularnego stosowania chyba zaczęła mnie podrażniać :( 
I właśnie dlatego miałam wątpliwości, czy aby na pewno powinna wylądować w ulubieńcach. Jednak po namyśle stwierdziłam, że ponieważ większość z Was ma pewnie mniej szaloną cerę, to efekt jaki daje, pozwala mi ją polecić z czystym sumieniem :)

Na koniec mini-grupki kosmetycznej mamy kilka produktów do paznokci (jakżeby inaczej). Dwa miętusy od Essie to Mint Candy Apple oraz o kilka tonów jaśniejszy i rozbielony Absolutely Shore (wkrótce postaram się go pokazać na paznokciach), które dopasowały się kolorystycznie do pozostałych gadżetów (co widać na zdjęciu zbiorowym :)) 

Kiedy odpoczywam od korali i cielistych lakierów, z reguły wybieram te miętuski. Na stopach natomiast króluje Watermelon, który jest (ex aequo z Rose Bowl) moich zdecydowanym faworytem EVER - w ubiegłym roku praktycznie nosiłam go przez całe lato i jeszcze mi się nie znudził :) A gdyby ktoś koniecznie chciał zobaczyć, jak wygląda na stopach, to zapraszam na mój instagram  (instagram.com/jeanie_n) - tam powinno być jakieś zdjęcie poglądowe :)
 

Przy okazji lakierów nie mogę nie wspomnieć o najlepszym zmywaczu, jaki miałam kiedykolwiek - odkryłam go dzięki moim ulubionym angielskim blogerkom, które zachwycały się nim od dłuższego już czasu - do tej pory jakoś mi się wydawało, że nie ma go w Polsce, tymczasem znalazłam go w Superpharm. Mowa o zmywaczu Bourjois Magic Nail Polish Remover 1 second, który dostajemy w plastikowym słoiczku z czarną gąbką w środku - gąbka nasączona jest zmywaczem z dodatkiem olejków (które naprawdę działają, bo to pierwszy zmywacz, który nie wysusza mi paznokci!) i właściwie mogę o nim powiedzieć tylko WOW, bo zmywa wszystko :)

2. Ubrania
Pozostając w kolorystyce miętowo- seledynowej, najchętniej w tym miesiącu nosiłam moją ulubioną jedwabną chustkę w kropki (widać ją na zdjęciu zbiorowym) oraz tenisówki Lacoste, na które skusiłam się w zeszłym roku i które są jednym z moich najbardziej udanych zakupów - są bardzo wygodne, świetnie wyprofilowane i po prostu ładne :)
3. Relaks


Tu znalazły się dwa produkty, a mianowicie jedna z ulubionych herbat ziołowych z Marksa&Spencera CALMING infusion - bez której właściwie już nie wyobrażam sobie wieczornego rozluźnienia oraz płyta Jessie Ware - pewnie większość z Was doskonale kojarzy jej kojący, kobiecy głos. 
Dla tych, którzy nie kojarzą, mała próbka:

 
A jako bonus, kawałek, który mnie dosłownie prześladuje od momentu, kiedy usłyszałam go po raz pierwszy - zespół The xx uwielbiam (i chyba już o nim tu pisałam), ale ten fragment soundtracku do nowej adaptacji "Wielkiego Gatsby'ego" jest po prostu tak uzależniający, że wrzucam go, gdzie tylko mogę :)


Uff :) Ciekawa jestem, czy znacie / lubicie któreś z ww rzeczy? A może macie coś z podobnej kategorii, co polecacie ze swojej strony?

czwartek, 4 kwietnia 2013

Ulubieńcy miesiąca po raz pierwszy - czyli co mnie wyjątkowo urzekło w marcu.

Tak się składa, że do moich ulubionych blogowych lektur należą posty o ulubieńcach miesiąca / tygodnia / roku.  Oczywiście nie chodzi tu o WSZYSTKIE rzeczy, których w tym okresie używały moje ulubione blogerki, tylko te, które w jakiś sposób się wyróżniły / przypomniały i warte są oddzielnego wpisu.

Nie wiem, czy będzie to regularna pozycja na moim blogu, ponieważ dużo moich ulubieńców jest stałych i pojawiają się oni w moim zestawie właściwie codziennie. 

Czasem jednak zdarzają się takie produkty, które jakoś rzucają się dodatkowo w oczy i to o nich będzie mowa :))

Na początek zdjęcie grupowe, potem będą indywidualne zbliżenia:


Jak da się chyba zauważyć na pierwszy rzut oka, kolorystycznie krążyłam (i nadal krążę) wokół różnych odcieni koralowych, próbując przywołać tym samym zagubioną wiosnę :)

Zacznijmy od kosmetyków. W marcu zdecydowanie najczęściej eksploatowane były dwa produkty do ust, a mianowicie L'oreal Rouge Caresse w odcieniu Dating Coral oraz Clinique Chubby Stick w kolorze Mega Melon - oba delikatne i świeże. 

Na policzkach w ostatnich tygodniach gości najczęściej róż mineralny Lily Lolo w odcieniu Clementine - to dla mnie w sumie zaskoczenie, bo przyznam się, że nie spodziewałam się, że polubię ten odcień. A tymczasem pasuje idealnie do mojej karnacji, a próbka którą dostałam przy zakupach okazuje się niesamowicie wręcz wydajna - wystarczy naprawdę minimalna ilość żeby uzyskać piękny brzoskwiniowy, bardzo delikatny rumieniec!

Na oczach moje zdecydowane odkrycie miesiąca, czyli cień w kremie Maybelline Color Tattoo w odcieniu On and on Bronze. Nie dość, że pięknie wygląda na powiece, bajecznie łatwo i przyjemnie się aplikuje, to jeszcze trzyma się naprawdę długo - dla takiego leniwca jak ja, to jest po prostu marzenie, bo "robi" mi właściwie cały makijaż oka :)

Na paznokciach najczęściej chyba gościła kolorowa Polka.com z europejskiej kolekcji OPI - świetnie się komponuje właściwie z każdym lakierem bazowym, więc można ją łączyć zarówno z czymś żywszym, jak i najzwyklejszym "nudziakiem" - to bardzo wiosenny top :)
A w marcu pachniałam wodą toaletową Narciso Rodriquez "For her" - i to kolejne zaskoczenie, ponieważ kiedyś ten zapach mnie po prostu odrzucał, natomiast niedawno zrobiłam drugie podejście i kompletnie przepadłam. Myślę, że jest to poważny kandydat do miana MOJEGO zapachu, a na pewno obecnie znajduje się w pierwszej piątce. UWIELBIAM. 

Przy pielęgnacji włosów do łask powrócił zapomniany trochę przeze mnie eliksir Kerastase Ultime - niestety chociaż jest bardzo wydajny, wyląduje pewnie w najbliższym denku, bo nieubłaganie zbliża się do końca butelki :(

W marcu bardzo polubiłam się także z muślinowymi ściereczkami Liz Earle - trochę się obawiałam, jak zareaguje na nie moja wrażliwa cera, ale okazało się, że (przynajmniej na razie), nie mam żadnych problemów - oczywiście nie szoruję nimi twarzy jakoś mocno, tylko przecieram ją bardzo delikatnie, ale z pewnością jest to produkt, który polecam.

I na koniec dwa ulubione "gadżety" - świeczka relaksująca Gift Republic Sleep Well Therapy Candle, z naturalnego wosku i ziołowo- roślinnych olejków zapachowych (pachnie szałwią, rumiankiem i lawendą) - niestety z tego co wiem, nie jest już dostępna, a wiem, że będzie mi brakowało czegoś podobnego.


I ukochana chustka z Zary w cudownie wiosennych kolorach - ten koral potrafi ożywić nawet najbardziej ponury dzień, w dodatku jest naprawdę spora, więc spokojnie można nią owinąć szyję bez obawy, że przemarzniemy :) 

A Wy miałyście w marcu ulubieńców, o których warto wspomnieć?
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...