Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2016

#FILMY Obejrzałam, polecam

Filmy i mnie łączy specyficzna relacja. Z pewnością jest to dziedzina (czy filmy mogą być "dziedziną"?) bardzo mi bliska i w swoim życiu obejrzałam naprawdę mnóstwo tytułów. Ale przyznam się, że ten związek (jak to zwykle ze związkami bywa) ma swoje wzloty i upadki - ostatnio z przewagą tego drugiego elementu. Czasem potrafię nie oglądać nic całymi miesiącami, żeby potem nadrabiać po kilka filmów dziennie. You just never know...

Tym razem chcę Wam krótko wspomnieć o trzech obrazach, które obejrzałam w ramach relaksu i które okazały się całkiem trafionymi wyborami. W sumie to w sam raz na końcówkę lata - nie są to bowiem żadne ciężkie i dołujące dramaty (bo do takich zwykle mam słabość), ale raczej lżejsze pozycje. 

(zdjęcia ze strony IMDB)

1. NICE GUYS (2016) - to najnowsza rzecz, bo w sumie całkiem niedawno była w kinach (a może nawet nadal jest). Jeśli ktoś przegapił, to w sumie warto przy okazji poszukać, bo to jest rozrywka na całkiem przyzwoitym poziomie. Rozpoczynając seans byłam przekonana, że będzie to taka głupawa komedia i właściwie skusiłam się na nią wyłącznie ze względu na duo Russel Crowe - Ryan Gosling. No i przyjemnie się zaskoczyłam, bo okazało się, że elementy komediowe owszem, są (i to sporo, więc naprawdę można zdrowo popracować przeponą), ale nie tylko, bo tak naprawdę to jest takie lżejsze nawiązanie do retro kryminałów i kina noir. Mamy więc i intrygę kryminalną (która jest niestety najsłabszym elementem fabuły), morderstwo (nawet niejedno), ale przede wszystkim mamy absolutnie cudownie niedopasowaną parę głównych bohaterów, z których jeden jest życiowym nieudacznikiem i totalną łamagą (ale zaskakująco logicznie myślącą), a drugi miota się pomiędzy postępowaniem godnym bohatera, a działaniami eliminującymi "tych złych" raz na zawsze. Ekranowa chemia pomiędzy Goslingiem i Crowe jest nie do przecenienia, ich dialogi (i ogólnie klimat lat 70. ubiegłego wieku) i fajna postać wyjątkowo rozgarniętej córki jednego z nich to najmocniejsze elementy tego filmu. Jeśli więc szukacie czegoś niespecjalnie ambitnego, ale przyjemnego, to polecam. Bonusem jest gościnny występ Kim Basinger (która wprawdzie bardziej zwraca na siebie uwagę liczbą operacji plastycznych niż rolą, ale cóż poradzić - no mam do niej słabość), więc jeśli komuś (tak jak mnie) sprawia przyjemność wynajdywanie smaczków typu "ojej, Russel i Kim razem w filmie po tylu latach!", be my guest :) Jeszcze jedno - kojarzycie najnowszą reklamę perfum Kenzo, która ostatnio zrobiła totalną furrorę w necie? Tę z tańczącą dziewczyną w zielonej sukience? Jeśli tak, to napiszę tylko - to jest córka Andie MacDowell, nazywa się Margaret Qualley i też tu występuje :) 

(zdjęcia ze strony IMDB)


2. Drugi tytuł jest z 2013 roku i jest dokładnie tym typem filmu, które po prostu uwielbiam. THE GRAND SEDUCTION ("Wielkie uwodzenie") to taka niszowa, ciepła komedia, łapiąca za serce od pierwszych minut, przy której można się odrobinkę wzruszyć, ale przede wszystkim porządnie wyśmiać. Jeśli ktoś kojarzy "Angel's Share" ("Whisky dla aniołów), to to jest ta sama rodzina filmów. 
Mamy tu maleńką nowofunlandzką rybacką wioskę (a właściwie "port", jak uparcie powtarza jedna z postaci) Tickle Head, której mieszkańcy  po latach względnie dobrego życia, ledwo wiążą koniec z końcem (do tej pory całe pokolenia utrzymywały się z łowienia ryb, które zostało zabronione i dziś praktycznie wszyscy są na zasiłku). Gdzieś tam na horyzoncie pojawia się światełko w tunelu, w postaci fabryki, która mogłaby dać pracę właściwie wszystkim mieszkańcom. Jest tylko jedno ale. Żeby inwestycja doszła do skutku, wioska (port) musi mieć lekarza na stałe. Szczęśliwym trafem do Tickle Head zostaje oddelegowany na karny miesiąc młody doktor. I tu zaczyna się właściwa fabuła - cała zabawa bowiem polega na tym, żeby przez ten miesiąc zdołać przekonać miastowego gryzipiórka, że ta zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata jest jego wymarzonym miejscem do życia. Nie będę Wam zdradzać więcej, ale wierzcie mi, że jeśli bliskie jest Wam brytyjskie poczucie humoru (chociaż sam film jest kanadyjski), to nie będziecie żałować ani minuty - nie pamiętam już, kiedy śmiałam się na filmie tak głośno (sceny z krykietem, czy słuchaniem jazzu są absolutnym mistrzostwem). Dodatkowo, tak jak wspomniałam na początku, "Wielkie uwodzenie" ma w sobie naprawdę dużo uroku i lekkości, więc jeśli szukacie czegoś fajnego na zbliżające się jesienne wieczory, to zainteresujcie się tym klejnocikiem. Warto!

(zdjęcia ze strony IMDB)

3. Przyznam się, że zastanawiałam się, czy dorzucać tu ostatni tytuł. "UN PEU, BEAUCOUP, AVEUGLEMENT"(2015) ("Randka w ciemno") obejrzałam wprawdzie bez bólu, a nawet z jakąś tam przyjemnością, ale jednocześnie ma on w sobie coś, co może trochę drażnić. Jeśli chodzi o mnie i tzw. romkomy, łączy nas prawdziwie dziwna relacja - raz na jakiś czas łapię się na chęci obejrzenia czegoś z tego gatunku, po czym z reguły niemalże odchorowuję taki seans, bo liczba pojawiających się w nim banałów przyprawia mnie o zgagę. I w sumie tu było podobnie. Żeby nie było - UWIELBIAM niemal wszystkie kultowe komedie romantyczne z lat 90. i z dalszych dwóch dekad (zwłaszcza te z Meg Ryan, kiedy jeszcze wyglądała jak Meg Ryan, a nie własna karykatura), ale właściwie niewiele jest późniejszych pozycji z tego gatunku, do których mam słabość. 
Francuzi jednak mają czasem talent do pokazywania dość oczywistych rzeczy w sposób nieco odmienny, co - tak jak w wypadku tego filmu, nadaje im trochę świeżości. Tu więc standardowo mamy kobietę i mężczyznę i właściwie od początku doskonale wiemy, jakie będzie zakończenie (ale ustalmy, takich filmów nie ogląda się dla suspensu), ale to, co dzieje się pomiędzy, jest trochę inne - aż do ostatniej sceny bowiem, żadne z nich nie widzi tego drugiego - a dlaczego, tego Wam nie powiem :) To jest zdecydowanie film dla osób, które lubią filmy o prostej fabule (wiecie - X spotyka Y, nie lubią się, fukają na siebie, potem jest dobrze, potem jest źle, w międzyczasie pojawiają się skrótowe wątki poboczne z bliskimi z ich otoczenia - zazwyczaj jest to jedna osoba z jej strony i jedna z jego, bum, happy end), więc nie spodziewajcie się tu nie wiadomo czego, ale powiem tak - jeśli macie chęć na coś lekkiego i odmóżdżającego (ale jednocześnie nie totalnie kretyńskiego, tylko z takim francuskim charmem), to poszukajcie sobie tego tytułu. 

Podejrzewam, że następna odsłona tego cyklu będzie zdecydowanie cięższa, bo jednak trochę się zasłodziłam tymi filmami (a ja zdecydowanie jestem tym masochistycznym typem, który lubi, kiedy film daje mocno po głowie i po którym muszę psychicznie dochodzić do siebie przez długie tygodnie :)) 

A jak u Was - obejrzeliście ostatnio coś fajnego? 

sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

niedziela, 15 lutego 2015

Filmowo - kryminalnie - o "Ziarnie prawdy"

Dawno nie było tradycyjnej recenzji filmowej, więc voilà. Dziś będzie o polskim kryminale - dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, a może by chcieli (albo nie wiedzą, czy by chcieli). 


Powołany do życia przez pisarza Zygmunta Miłoszewskiego prokurator Teodor Szacki jest ciekawą i niebanalną postacią. W książkach. Niestety nie ma zbyt wiele szczęścia do swoich ekranowych wcieleń, o czym mogliśmy przekonać się zarówno w nieszczęsnym "Uwikłaniu" (w którym został...kobietą), jak i nadal wyświetlanym w kinach "Ziarnie prawdy". Oczywiście wiadomo, że język filmowy, skrajnie upraszczając i skracając autorskie wodolejstwo, zasadniczo różni się od tego literackiego, trzeba jednak uważać, żeby przycinając to i owo, nie posunąć się o krok za daleko i nie zostać z bezkształtną wydmuszką - niby nadal ładną i kolorową, ale w środku pustą.

Film "Ziarno prawdy" miał być mrocznym, bezkompromisowym kryminałem, mocno osadzonym w polskiej rzeczywistości, z zapadającym w pamięć głównym bohaterem oraz wielowątkową fabułą. Mogłoby się wydawać, że jeśli ramię w ramię stanie reżyser fantastycznego "Rewersu" Borys Lankosz oraz autor bestsellera Zygmunt Miłoszewski, to efekt będzie powalający. A jest bardzo średni.

Jako wielbicielka trylogii o białowłosym prokuratorze (za którą - warto dodać - Zygmunt Miłoszewski otrzymał niedawno Paszport Polityki w kategorii Literatura), pierwsze zastrzeżenie mam do filmowej wersji głównego bohatera (i wbrew pozorom nie chodzi tu o brak najbardziej charakterystycznej dla niego cechy fizycznej, czyli wspomnianych białych włosów). Otóż jak zauważyłam na początku, Szacki jest złożoną postacią, która często zachowuje się jak skończony mizogin, egotyk i cham działający i ubrany "pod linijkę", ma jednak swoje zasady i staroświecką nieustępliwość, dzięki którym pozwala się lubić i przypomina trochę westernowego szeryfa. Niestety przeniesiony na duży ekran, traci niemal cały swój urok i w miejsce nieszablonowej postaci otrzymujemy aroganckiego buca o (notabene przyjemnym dla oka) ciele i twarzy Roberta Więckiewicza.

W ekranizacji powieści zabrakło prawie wszystkich niuansów, które sprawiały, że opowiadana historia trzymała w napięciu i zyskiwała dodatkową głębię - w filmie nie mamy pojęcia o tym, jak i dlaczego warszawski prokurator znalazł się na prowincji, poza tym naprawdę niełatwo jest wykrzesać z siebie jakąkolwiek większą sympatię dla kogoś, kto przez cały film pokazuje nam się wyłącznie z jednej, niezbyt przyjemnej strony. Owszem, sceny w których widzimy zderzenie małomiasteczkowych obyczajów (wszyscy są ze sobą po imieniu, szefowa "Misia" częstuje domowym ciastem i strofuje swoich podwładnych jak niesforne dzieci) ze sztywną "warszawskością" Szackiego są zabawne, ale mimo to nie mogłam przez cały film pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że zarówno bohater, jak i twórcy traktują mieszkańców z pogardliwą wyższością. Szacki snuje się po Sandomierzu niczym udzielny książę, a jedyną naprawdę ciekawą interakcją personalną staje się jego rozmowa z żydowskim rabinem (który de facto zostaje pokazany jako jedyna dorównująca mu pod względem intelektualnym osoba).

Z drugiej strony trzeba przyznać, że na tle przewijających się przez ekran postaci drugoplanowych, Szacki ma głębię Rowu Mariańskiego. Cała reszta jest bowiem płaska niczym powieszone na ścianie zdjęcia - błyszcząca powierzchnia i nic pod spodem. Mamy więc prowincjonalną laleczkę, która teoretycznie jest najlepszą partią w mieście, ale patrząc na jej godną piętnastolatki egzaltację strach pomyśleć, jak w takim razie wygląda reszta miasteczka; śmiało konkuruje z nią rudowłosa partnerka Szackiego, która właściwie poza tym, że się obraża i biegnie do przełożonej na skargę niczym dziecko w przedszkolu, niewiele wnosi do fabuły (w książce widać było dokładnie zarówno przemianę, jaka zaszła w tej irytującej „piczce-zasadniczce” (używając oryginalnego określenia autora książki), jak i ewolucję wzajemnych relacji jej i Szackiego, w filmie została wyłącznie irytująca nieprofesjonalistka). Przez chwilę mogło się wydawać, że te niedociągnięcia uda się wyrównać którejś z męskich postaci - do wyboru był zarówno mąż pierwszej ofiary, lokalny biznesmen-patriota, czy współpracujący z prokuratorem stary policjant. Czegoś jednak ponownie zabrakło i zarówno Krzysztofowi Pieczyńskiemu, Andrzejowi Zielińskiemu, czy Jerzemu Treli nie udało się zbudować pełnowymiarowych charakterów.
 
Niestety niewiele lepiej jest z warstwą fabularną. Szkoda jej tym bardziej, że początek jest całkiem niezły - akcja osadzona jest w Sandomierzu, przepięknym mieście z nieco mniej piękną i problematyczną (bo bardzo niepoprawną politycznie) historią. Tajemnicze morderstwo jednej z najbardziej kochanych mieszkanek wstrząsa wszystkimi, a kiedy okazuje się, że to dopiero początek, a towarzyszące temu poszlaki, z każdym krokiem coraz mocniej sugerujące krwawy żydowski rytuał sprawiają, że opowiadana treść miała spory potencjał. Który pomimo nastrojowych, tajemniczo-mrocznych zdjęć, nie został właściwie wykorzystany. Odważny, niestety ciągle i niezmiennie aktualny temat polsko-żydowskich stosunków oraz historia, która zatacza koło i nieoczekiwanie wraca po 60 latach, wyciągając na światło dzienne wszystkie wydawałoby się dawno zapomniane krzywdy i głęboko skrywane pretensje, to największa siła tej opowieści. I właśnie te fragmenty, będące bezkompromisowym komentarzem do drażliwego tematu antysemityzmu, są najciekawszym elementem filmu - zderzenie absurdalności "prawdziwego" patriotyzmu z bezstronną nieustępliwością Szackiego, który nieoczekiwanie dla siebie zostaje "głosem narodu", sprawiają, że zaczyna się robić i śmieszno i straszno, ale zaskakująco prawdziwie. W dodatku zarówno Miłoszewskiemu, jak i Lankoszowi udało się zachować równowagę i bezstronność w przedstawianiu niewygodnych dla wielu osób wydarzeń z przeszłości, co biorąc pod uwagę drażliwość tematyczną, jest sporym osiągnięciem - z jednej strony mamy bowiem antysemickie zabobony i mroczne wspomnienie powojennych pogromów, z drugiej otwartą dyskusję na temat Żydów współpracujących z UB (tu chapeau bas za sprytny zabieg przedstawienia tej niewygodnej karty historycznej przez rabina, z miejsca bowiem wytrącił on potencjalnym adwersarzom argument o antysemityzmie i żydowskiej nagonce).

Powiem tak - gdybym miała oceniać ten film wyłącznie w kategorii "polskich kryminałów", pewnie byłabym łagodniejsza. Jeśli jednak nie chcemy na zawsze zagrzebać się w polskim filmowym grajdołku i mamy równać do poziomu światowego, to "Ziarnu prawdy" sporo brakuje do określenia "wybitny kryminał". Myślę jednak, że zarówno temat, jak i rola Roberta Więckiewicza są na tyle ciekawe, że mimo wszystko warto wesprzeć polską kinematografię, wybierając się na seans. A potem (lub jeszcze lepiej - przedtem) przeczytać książkę. Swoją drogą - gorąco polecam całą trylogię o prokuratorze Szackim - aktualnie pochłaniam trzecią (moim zdaniem najlepszą) część, czyli "Gniew" i nie ukrywam, że autentycznie zazdroszczę autorowi pisarskiego talentu. 

PS Standardowo - informacyjnie - moje recenzje najpierw ukazują się na portalu filmosfera, a po jakimś czasie (jeśli w międzyczasie o nich nie zapomnę), trafiają także tutaj. 

środa, 11 czerwca 2014

Jak pięknie opowiedzieć o wojnie - filmowo o "Mandarynkach"

Ponieważ zbliża się weekend, czyli moment, kiedy często szukamy czegoś ciekawego do obejrzenia w kinie, mam dla Was kolejną polecankę - film, na który najchętniej zaciągnęłabym (nawet siłą) wszystkich swoich znajomych oraz znajomych znajomych, bo to przepiękna produkcja, którą można łatwo przegapić wśród lepiej rozreklamowanych tytułów.  



„Mandarynki” to skromny, ale przejmujący, rozpisany właściwie na cztery głosy (z gościnnym występem kilku epizodycznych postaci) dramat, będący jednocześnie subtelnym antywojennym manifestem, a nawet moralitetem traktującym o najważniejszych ludzkich wartościach oraz zachowaniach w czasie najtrudniejszej próby, jaką jest wojna.  

Film zdobył m.in. nagrodę publiczności na ubiegłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym i naprawdę gorąco namawiam do odszukania go w swoim kinie, bo osobiście dawno już nie widziałam tak prostej i poruszającej historii. 

W szerszej perspektywie, gruziński reżyser (i scenarzysta) Zaza Urushadze pokazuje nam fragment wojny w Abchazji w 1992 r., podczas której siły gruzińskie próbowały powstrzymać abchaskie dążenia do niepodległości. Jednak w filmie sama wojna toczy się daleko w tle, a my obserwujemy jej wpływ na dwóch podstarzałych Estończyków, którzy w przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców małej anonimowej wioski nie opuścili jeszcze swoich domów i nie wrócili do kraju swoich przodków. Postacią, wokół której koncentruje się akcja, jest cieśla Ivo, który pomaga swojemu sąsiadowi i przyjacielowi - Magnusowi przy wyjątkowo obfitym corocznym zbiorze mandarynek. Choć mężczyzn różni właściwie wszystko - począwszy od temperamentu, życiowej mądrości (widać wyraźnie, że Ivo jest dla Magnusa swego rodzaju mentorem), jak i podejścia do przyszłości (Magnus nieustannie planuje wyjazd tuż po zakończeniu zbiorów, Ivo natomiast bardzo niechętnie podejmuje ten temat), to ich surowa przyjaźń opiera się zarówno na współpracy, jak i żartobliwym przekomarzaniu się i ani przez moment nie wątpimy w jej szczerość. 

Zarówno bohaterowie, jak i widzowie wiedzą, że prędzej czy później odległa wojna dosięgnie i ich i faktycznie dzieje się tak za sprawą dwóch rannych żołnierzy, którzy pojawiają się dosłownie na progu jednego z domów. Żeby jednak nie było tak „łatwo” i przyjemnie, jeden z nich okazuje się czeczeńskim najemnikiem (walczącym po abchaskiej stronie), a drugi Gruzinem, co czyni z nich śmiertelnych wrogów. I tu rozpoczyna się właściwa treść filmu. Ivo mając świadomość tego, że nie da rady bezustannie kontrolować obu ocalałych, krok po kroku, bez zbędnych słów, czy sentymentów doprowadza do tego, że zarówno temperamentny Ahmed, jak i spokojniejszy Nika zaczynają dostrzegać (choć z początku bardzo niechętnie) w swoim przeciwniku, człowieka. 

Reżyserowi udała się trudna sztuka nakręcenia subtelnego filmu o wojnie, który tak naprawdę opowiada o czymś o wiele głębszym - o istocie człowieczeństwa, o godności, szacunku i cichej odwadze. A wszystko to podane jest w prostym, bezpretensjonalnym tonie, pozbawionym nachalnego moralizowania, co sprawia, że „Mandarynki” są surowym, ale jednocześnie poetyckim obrazem, który bawi i wzrusza, a także zmusza nas do zastanowienia się nad tematami nieodłącznie związanymi z wojną - nienawiścią, uprzedzeniami, pojednaniem, miłosierdziem, a także miejscem jednostki w krwawej zawierusze. 

Postać Ivo, z jego wydawałoby się naiwną (ale nienaruszalną) wiarą w honor człowieka oraz konserwatywnym moralnym kompasem, jest prawdziwym fundamentem tej historii, a jedna z ostatnich scen, podczas której dowiadujemy się dlaczego tak naprawdę ciężko mu rozstać się z tym miejscem i zdecydować na wyjazd do Estonii, jest naprawdę poruszająca. Zresztą cały obraz jest podobny do tej postaci - szczery, bezkompromisowy i skoncentrowany na najprostszych rzeczach.  

Zamysł przedstawienia ciężkiego tematu wojny w taki, można powiedzieć wręcz intymny sposób, okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem dzięki temu „Mandarynki” zapadają głęboko w pamięć i choć osadzone w egzotycznym otoczeniu, od pierwszych scen nabierają uniwersalnego wydźwięku - tak naprawdę bowiem nie jest ważne gdzie, kto i z kim walczy. Istotne staje się „dlaczego”. A także jak wpływa to na nasze człowieczeństwo. I za zadanie tych pytań reżyserowi należą się oklaski. 

Warto wspomnieć również o przepięknych zdjęciach autorstwa Reina Kotova, któremu udało się sprawić, że film rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni ani przez moment nie staje się nużący, ani klaustrofobiczny - wręcz przeciwnie - zapierające dech w piersiach widoki stają się idealną przeciwwagą dla niełatwej tematyki filmu. 

Jednym zdaniem - jeśli lubicie DOBRE KINO, to maszerujcie czym prędzej do kina na "Mandarynki", dopóki jeszcze je grają! 

poniedziałek, 12 maja 2014

Allenus Pimpus Maximus - o filmie "Casanowa po przejściach"

Nawet nie będę udawać, że nie przeżywam obecnie kolejnej odsłony kryzysu blogowego, bo chyba widać to czarno na białym...

Wierzcie mi jednak, że staram się ogarnąć i jakoś dojść w końcu do tego, w którą stronę chciałabym ruszyć, ale uprzedzam, że może to potrwać jeszcze chwilę (lub pięć).  

A w międzyczasie idźcie do kina. Bo warto :) Nawet ci z Was, którzy nie przepadają za moim ukochanym brzydalem. 


Zacznijmy od tego, że Casanowa po przejściach to NIE JEST nowy film Woody'ego Allena, wbrew temu, co perfidnie próbuje nam dać do zrozumienia na plakatach dystrybutor i na co łapią się nawet ci, którzy są z nowościami w miarę na bieżąco.

Skoro już sobie ustaliliśmy oczywiste, mogę przejść do tematu właściwego, a mianowicie samego filmu.

Reżyserem, scenarzystą i odtwórcą głównej roli jest aktor John Turturro i tu mamy pierwszą niespodziankę, albowiem do tej pory nie był on raczej kojarzony z kimś, kogo określilibyśmy mianem "seksownego", czy "pociągającego". Już sam temat męskiej prostytucji (bo o tym najogólniej mówiąc opowiada film) był mocno ryzykowny i muszę przyznać, że jestem pełna podziwu, z jaką lekkością (ale daleką od banału!) twórcy udało się wciągnąć widzów w historię florysty w średnim wieku, który za namową swojego przyjaciela (w tej roli naprawdę świetny i zabawny Woody Allen) rozpoczyna dość zaskakującą i zawrotną karierę pana do towarzystwa dla majętnych znudzonych pań. 


Właściwie od pierwszych scen w filmie widać rękę Allena (lub też zwyczajnie wpływ jego dzieł na autora) - zarówno sam scenariusz, jak i sposób opowiadania historii są bliskie reżyserowi, podobnie jak skrupulatnie wyważony balans pomiędzy komedią, a scenami silniej naładowanymi emocjonalnie (oraz naprawdę świetnym zakończeniem, które pozwoliło zachować pozory realizmu w tej niezwykłej opowieści). 

W pierwszej i głównej warstwie fabularnej, "Casanowa po przejściach" jest po prostu lekką komedią, która rozpoczyna się kiedy podstarzały właściciel antykwariatu z książkami (Allen) wdaje się w rozmowę ze swoją panią dermatolog (niezmiennie pociągająca Sharon Stone) na temat jej erotycznej fantazji o udziale w "trójkącie" wraz ze swoją przyjaciółką (Sofia Vergara) oraz mężczyzną, który nie będzie jej mężem. Niewiele myśląc, Murray poleca do tej "usługi" swojego przyjaciela, Fioravante (Turturro), który po pierwotnych oporach, ostatecznie wyraża dość niechętną zgodę. I tak zaczyna się kariera "więdnącego żigolaka", ponieważ dość niespodziewanie nasz florysta wykazuje wrodzony talent do odczytywania kobiet (a każda z bohaterek, bez względu na to, jak otwarcie i bezpruderyjnie by się nie wypowiadała na głos, tak naprawdę bardziej niż samego seksu, spragniona jest intymności i czułości).

Specyficzne przedsięwzięcie panów zaczyna się rozwijać, przy nader aktywnym udziale Murraya "Bongo" i w tym momencie w filmie następuje zwrot w dość nieoczekiwanym kierunku. Poznajemy bowiem kolejną potencjalną klientkę, Avigail (Vanessa Paradis), która jednak różni się od poprzedniczek właściwie wszystkim. To piękna i bardzo samotna wdowa po żydowskim rabinie, która żyje (chociaż lepszym określeniem byłoby "egzystuje") w zamkniętej chasydzkiej nowojorskiej społeczności (tu kolejny ukłon w stronę Turturro, który pokazał tę egzotyczną enklawę w zabawny sposób, ale jednocześnie unikając ostentacyjnego ośmieszenia jej członków), pod uważnym okiem ortodoksyjnego oficera sąsiedzkiego patrolu (bardzo sympatycznie rozwijająca się rola Lieva Schreibera). Murray, sam będąc niezmiernie dalekim od wszelkiej ortodoksyjności Żydem, rozpoczyna swoistą misję uzdrowienia nieszczęśliwej kobiety, popychając ją lekko, acz zdecydowanie w ramiona Fioravante. I właśnie ten wątek stanowi element, który z łatwością mógł pogrzebać cały film, a który ostatecznie okazał się jego najmocniejszą stroną. Turturro bowiem portretuje zarówno swojego bohatera, jak i wszystkie partnerujące mu osoby z niesamowitą wręcz wrażliwością, unikając zarówno moralnego oceniania specyficznego "fachu", czy też pobudek innych postaci. Poza autentycznie zabawną historią w filmie obserwujemy także narodziny uczucia, pokazane z prawdziwą delikatnością i czułością.  

Myślę, że ten film spodoba się wielbicielom Woody'ego, zwłaszcza tym, którzy z nostalgią wspominają jego wcześniejsze tytuły, takie jak "Hanna i jej siostry", czy choćby "Tajemnicę Morderstwa na Manhattanie". Jednak nawet ci, którzy nie przepadają za neurotycznym nowojorczykiem, mają szansę dobrze się bawić przy tej pełnej ciepła i bezpretensjonalnego humoru historii. 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Nierzeczywistość - filmowo o Shirley, wizje rzeczywistości

Niedawno obiecywałam, że napiszę o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki zdarzyło mi się obejrzeć jakiś czas temu i dziś spełniam tę obietnicę. Film, o którym chcę wspomnieć, to dowód na to, że nawet jeśli wydaje nam się, że wszystko zostało już powiedziane/ napisane / pokazane, to zawsze jest jeszcze miejsce na znalezienie oryginalnego sposobu przekazania swoich przemyśleń i pokazania własnej wizji świata. 

Przełożenie rzeczywistości przedstawionej przez malarza na język filmowy wydaje się szalenie karkołomnym przedsięwzięciem. Jeśli w dodatku malarzem tym jest Edward Hopper, hiperrealistyczny portrecista "amerykańskości", ów projekt zaczyna kojarzyć się ze stąpaniem po bardzo kruchym lodzie. W filmie Shirley: wizje rzeczywistości zmierzył się z tym austriacki eksperymentator Gustav Deutsch, który stworzył niezwykły cykl z 13 reprodukcji, powołując je (dosłownie!) do życia i obudowując subtelną historią. Deutsch wybrał z twórczości malarza obrazy, które przedstawiane jeden po drugim, faktycznie zdają się tworzyć pewną ciągłość. Na ekranie widzimy m.in. takie dzieła jak "Hol hotelowy", "Kobietę w słońcu", "Hotelowy pokój", "Nowojorskie kino", czy "Biuro nocą", umieszczone na tle wybranych epizodów z amerykańskiej (i światowej) historii podczas trzech dekad XX wieku. 


Bohaterką filmu jest tytułowa Shirley, rudowłosa aktorka, która swoją opowieścią prowadzi widza przez wyselekcjonowane wydarzenia historyczne mające miejsce w latach 1931-1963. Shirley poznajemy w pociągu, podczas czytania poezji Emily Dickinson - ta scena to ożywiony obraz "Chair car" z 1965 r. (ten sam obraz stanowi klamrę spinającą film) i trzeba przyznać, że już od pierwszej chwili pokazywany nam świat dosłownie zapiera dech w piersiach. Zarówno perfekcyjne odwzorowanie hopperowskich wnętrz, idealnie dobrana fizyczność aktorów oraz gra światłem i kolorem sprawiają, że w ciemnej sali kinowej na nowo odkrywamy świat ukryty w znanych obrazach malarza. 


Shirley: wizje rzeczywistości to triumf wyobraźni, w którym każdy obraz stanowi kolejny przystanek na życiowej drodze bohaterki - w swoich pozaekranowych monologach komentuje ona zarówno wydarzenia z własnego życia prywatnego i zawodowego, jak i to, czego dowiaduje się z wiadomości. Każdą scenę poprzedza fragment radiowych informacji, który nadaje temu, co dzieje się w życiu kobiety szerszy wymiar polityczno-społeczno-kulturalny i umieszcza ją w relacji do tego, co rozgrywa się niejako "w tle" - w tym m.in. czasów Wielkiego Kryzysu, wybuchu Drugiej Wojny Światowej, antykomunistycznej nagonki, przemian społecznych i ruchu na rzecz zniesienia dyskryminacji rasowej w latach 60. ubiegłego wieku etc. 


Sama Shirley wydaje się być niejako "zawieszona" w czasie (w podobny zresztą sposób sama określa podróż pociągiem - jako "stan pomiędzy przeszłością a przyszłością"), zmienia się tylko jej otoczenie, wykreowane przez Hoppera oraz twórców filmu. Bohaterka jest kobietą nowoczesną, która woli tworzyć swoją własną rzeczywistość, aniżeli zaakceptować to, z czym się nie zgadza. Jej niezależne poglądy są często punktem wyjścia do bardziej ogólnej dyskusji, a jej komentarze odnoszą się zarówno do wydarzeń z pierwszych stron gazet (jak np pogłębiające się w wyniku międzywojennej depresji bezrobocie, personalne tragedie związane z antykomunistycznymi wystąpieniami znanych osób, np Eliego Kazana), jak i do prywatnych spraw (choroba partnera). Jak powiedział sam reżyser - ogólna historia składa się z osobistych opowieści i to właśnie stanowi najważniejsze przesłanie tego niezwykłego filmu. 


Jednocześnie przez cały pokaz nie jesteśmy w stanie zapomnieć, że głównym tematem twórczości Hoppera była samotność i to doskonale widać praktycznie na każdym z jego obrazów. Zawieszone między czasem a przestrzenią wnętrza ukazują zagubione postaci, które nawet będąc obok siebie, nie przestają być ani na moment odizolowane od innych. Jego dzieła przepełnione są melancholią i stanowią z reguły opowieść o tym, jak wyglądamy, kiedy za zamkniętymi drzwiami pozwalamy opaść maskom i stajemy twarzą w twarz z naszym wewnętrznym smutkiem. Właśnie ten smutek, ale i swego rodzaju nostalgię udało się genialnie uchwycić austriackiemu reżyserowi w tym dziwnym, przepięknym i pełnym trudnego do opisania napięcia filmie.

Dla mnie było to naprawdę niezwykłe doświadczenie, zwłaszcza że Hopper to jeden z moich ulubionych malarzy (jego najsłynniejszą reprodukcję Nighthawks mam zarówno jako tapetę w telefonie, jak i w centralnym miejscu na ścianie przy wejściu do mieszkania). 

sobota, 12 kwietnia 2014

Nie taki hardkor straszny, jak go malują - filmowo o Hardkor Disko

Rzadko piszę (i pewnie prędko się to nie zmieni) o polskim kinie. Nie dlatego, że jestem jakąś wielką filmową snobką, czy też uważam, że polskie kino skończyło się na "Człowieku z żelaza" (względnie na "Psach" i to oczywiście pierwszej części). Powód jest znacznie prostszy - żebym nie wiem, jak się starała, nie potrafię być do końca obiektywna i oceniać starania rodzimych twórców na podstawie tych samych kryteriów, co zwykle. Zazwyczaj więc kończy się to tak, że albo jestem nadmiernie pobłażliwa i wybaczam niedociągnięcia jednym strasznym zdaniem "no, jak na polski film, to było całkiem nieźle", albo jadę w drugą stronę, czepiając się wszystkiego jak rzep wiadomo czego. I tak źle, i tak niedobrze.

Nie twierdzę, że w naszej nowej kinematografii nie zdarzają się perełki (jestem np. zagorzałą wielbicielką Wojciecha Smarzowskiego, kameralnych dramatów w stylu "W imię" czy "Lęk wysokości", a także oryginalniejszych obrazów, takich jak "Dziewczyna z szafy"), ale marzyłoby mi się, żeby takie tytuły nie były jedynie chlubnymi wyjątkami w zalewie jakichś straszno-śmiesznych masakr, które mogą się przyśnić w nocy co wrażliwszym widzom.

Poza tym nie od dziś wiadomo, że my Polacy jesteśmy jak jeden mąż profesjonalnymi krytykami filmowymi, jeśli chodzi o nasze własne podwórko i Boże broń, żeby ktoś nam zarzucił, że się nie znamy - ZAWSZE się znamy! Na wszystkim! Dlatego nauczyłam się dwa razy zastanowić, zanim zacznę wygłaszać publicznie własne opinie, nie za bardzo chcąc dawać do ręki dodatkowy oręż tym, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, że "hańba!" i że "skandal" i że w ogóle polskie kino to dno, albo nawet i gorzej.

A jednak chciałabym wspomnieć o filmie, który zapadł mi w pamięć i który uważam jeden z ciekawszych debiutów, jakie obejrzałam w przeciągu ostatnich miesięcy. Owszem, ma on swoje niedociągnięcia i poniższe słowa, które napisałam* już jakiś czas temu, nadal są dla mnie aktualne, ale przyznam się, że obejrzawszy w międzyczasie całkiem sporo polskich filmów (z których większość stanowiły niestety ciekawe pomysły z kiepską lub bardzo kiepską realizacją), dziś na własny użytek oceniam go znacznie lepiej.

*moja recenzja ukazała się wcześniej standardowo na portalu filmosfera.pl

Zapraszam zatem do lektury, a także osobistej weryfikacji poniższej opinii w kinie :)


Krzysztof Skonieczny zaczął swoją przygodę z reżyserią od teledysków i oglądając "Hardkor Disko" nie sposób o tym zapomnieć. Od strony wizualnej, estetycznej i muzycznej, ten obraz to perełka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to pełnometrażowy debiut. Wszystkie sceny są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a połączenie bardzo malowniczych ujęć, przeplatanych autentycznymi nagraniami z kaset VHS i świetnej ścieżki dźwiękowej sprawia, że łatwo wsiąknąć w tę historię.
Ale...(bo wiadomo, że jakieś "ale" się pojawi). Efektowne sceny i długie ujęcia to jedno, a opowiadana historia to zupełnie co innego. Od strony fabularnej bowiem film niestety dość mocno kuleje, postaci są za bardzo papierowe, ich zachowanie mało prawdopodobne i raczej irracjonalne (kto przy zdrowych zmysłach wpuściłby do domu kompletnie obcego chłopaka, nie zadając sobie właściwie żadnego trudu sprawdzenia czegokolwiek na jego temat?!), a część scen, choć realizatorsko imponująca, wydaje się kompletnie wyrwana z kontekstu. Scena nie staje się bowiem symboliczna tylko z tego powodu, że jest ładnie nakręcona i kiedy umieści się ją w przypadkowym miejscu w filmie (tak jak bohater nie staje się anarchistą poprzez pokazanie jak rzuca w policję koktajlem Mołotowa) - tu można zadać sobie pytanie, czy ta tendencja to swoista maniera reżysera i pozostałość po kręceniu teledysków, czy też jedna z najtrafniej uchwyconych cech portretowanego pokolenia, czyli nieustająca potrzeba bombardowania nowymi bodźcami - wszystko musi być intensywne, głośne, przerysowane, bo nasz mózg oduczył się już odbierania bardziej subtelnych sygnałów. 

Niewątpliwie "Hardkor Disko" to debiut interesujący (choć przypominając sobie całkiem trafny filmowy dialog o "interesujących gniotach", określenie to nabiera nieco sarkastycznej wymowy) i myślę, że ma spore szanse na zdobycie popularności u młodych widzów. To taka współczesna, polska wersja "Buntownika bez powodu", która pokazuje drzemiący w młodym reżyserze potencjał - na razie wprawdzie jest to raczej poszukiwanie swojego miejsca i tożsamości, ale zarazem to, co wyraźnie przebija przez wszystkie niedociągnięcia sugeruje, że Krzysztof Skonieczny faktycznie ma coś do powiedzenia i pokazania. 


Jednocześnie dla mnie osobiście "Hardkor Disko" jest nieco za mało realistyczne jak na wiarygodny dramat i za mało "odjechane" jak na obraz symboliczny - wolałabym, żeby Skonieczny bardziej zdecydowanie poszedł w jedną lub drugą stronę, bo takie stanie okrakiem rzadko komu wychodzi na dobre. Film ogląda się wprawdzie z zaciekawieniem i estetyczną przyjemnością (a także lekkim dyskomfortem psychicznym podczas świetnie nakręconych, ale i brutalnych scen), ale brakuje w nim emocjonalnego dialogu z widzem. Owszem, przez większość seansu historia trzyma nas we względnym napięciu, ale jednocześnie nie wywołuje u oglądającego poczucia jakiejkolwiek więzi z bohaterami. Zarówno matka, jak i ojciec są w całym swoim luzie i "młodzieżowości" zwyczajnie irytujący (choć każde z nich w inny sposób), a Ola ma mentalność nastolatki z osobowością borderline i jej histeryczne miotanie się we wszystkie strony po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Główny bohater zaś sprawia wrażenie, jakby nie do końca sam wiedział, dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób - w pewnym momencie cała otoczka jego groźnej, cichej tajemniczości zapętla się na kształt węża połykającego własny ogon.

Aż do końca nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę nim kieruje  - pragnienie zemsty, nienawiść, samotność, czy chęć zniszczenia rodziny, której sam został pozbawiony? Dla mnie ten wątek nie został wystarczająco rozwinięty, a postać głównego (anty)bohatera wysyła takie mnóstwo sprzecznych sygnałów, że w rezultacie niezmiernie łatwo jest stworzyć sobie z tych fragmentów zupełnie alternatywny scenariusz (wcale nie gorszy od oryginalnego pomysłu!).

Marcin przez większość filmu obserwuje wszystko z obojętną ciekawością drapieżnika, przejawiając wręcz cechy psychopatyczne (jest skupiony wyłącznie na swoim celu, bez przywiązywania wagi do moralnej strony swojego planu), a jednak po fakcie wykazuje coś w rodzaju śladowych wyrzutów sumienia. Jednocześnie scena uwolnienia pod koniec uśpionej furii nie do końca pasuje mi do obrazu tej postaci. Bardziej przemówiłoby do mnie utrzymanie tej psychopatyczno-obojętnej pozy z początku filmu - zwłaszcza, że spojrzenie Kowalczyka jest zarazem hipnotyzujące, jak i podszyte szaleństwem (co widać także w świetnej scenie wzrokowego pojedynku z agresywnym dresiarzem - w którego wcielił się - nomen omen - sam reżyser) i zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi uwierzyć w to, że to postać trochę w stylu Paula i Petera z filmu "Funny Games" M. Hanekego, którzy na pytanie "dlaczego to robicie?" odpowiadają "a dlaczego nie?", niż w ten nieco przestylizowany amok i swoistą "misję". 


Ponieważ jednak jak wspomniałam na samym początku- nie ma nic łatwiejszego niż krytyka cudzego dzieła, a także szczerze doceniam zarówno sam pomysł, jak i sposób realizacji filmu, jestem zdania, że obraz Skoniecznego jest wart obejrzenia - choćby po to, aby przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie jest to głos pokolenia, do którego należymy. A jeśli nie, to warto chociaż sprawdzić, jak bawią  się ludzie z "hajsem", brakiem kompleksów, jakichkolwiek wartości i wrodzoną arogancją. Dla znacznej większości widzów pewnie będzie to konfrontacja ze swoistą egzotyką (w końcu ilu z nas bierze udział w nielegalnych wyścigach samochodowych, czy bawi się do upadłego, wciągając kokę przy pomocy zrolowanej setki?), w dodatku egzotyką raczej pretensjonalną, ale przyznam się, że te "imprezowe epizody" zaciekawiły mnie na tyle, że chętnie obejrzałabym pogłębioną odsłonę życia młodego pokolenia pokazaną oczami reżysera.   

Na koniec zaapeluję jeszcze - bezwzględnie zapamiętajcie sobie nazwiska reżysera Krzysztofa Skoniecznego oraz odtwórcy głównej roli Marcina Kowalczyka (któremu można jedynie pozazdrościć niesamowitej ekranowej charyzmy i swobody, z jaką wciela się w odgrywaną postać). Jeśli któremuś z panów gdzieś po drodze nie powinie się noga, to każdy z nich ma szansę porządnie namieszać w polskim kinie. Oby.

No i trzymajmy kciuki za sukces filmu na wszelakich festiwalach! :)

A w pozostałych rolach występują bardzo interesująca młodziutka aktorka Jaśmina Polak (debiutująca na dużym ekranie) oraz Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior.

Na koniec standardowo spytam: byliście/ widzieliście/ wybieracie się/ podobało się/ co myślicie??

A następnym razem napiszę Wam o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki widziałam od dłuższego czasu! 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bombonierka, czyli filmowo o Grand Budapest Hotel

Żyję. To dla tych, którzy się zastanawiali. A dla wszystkich (bez względu na to, czy się zastanawiali czy nie), recenzja absolutnie wyjątkowego filmu, na który czekałam z zapartym tchem od momentu, kiedy tylko usłyszałam, że powstaje. A potem wyszłam z kina zauroczona dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. A nawet bardziej. 


 Wes Anderson jest bez wątpienia jednym z reżyserów, którzy już od swojego debiutu rezydują w świecie filmowym w stałym miejscu, gdzieś na granicy geniuszu i szaleństwa. Właściwie dowolny tytuł, który wyszedł spod jego ręki można by umieścić w słowniku jako ruchomą ilustrację hasła "fantasmagoria" - dlatego też do zachwytu nad jego dziełami bardzo przydatna (żeby nie powiedzieć niezbędna) jest odpowiednia wrażliwość. Ci, którzy widzieli choćby jeden z wcześniejszych filmów reżysera, wiedzą mniej więcej, czego można się spodziewać po jego kolejnym tytule. Ci, którzy w kinie łakną oczarowania i baśniowych fantazji (ale raczej rodem z mrocznych opowieści braci Grimm aniżeli przesłodzonych disneyowskich obrazków), także powinni być zachwyceni. Jeśli natomiast należycie do widzów, nadających na nieco bardziej logicznych falach, to śmiem twierdzić, że magia i wdzięk najnowszego obrazu Andersona może okazać się dla Was ciężka do przełknięcia. 

"Grand Budapest Hotel" to obraz kunsztowny, przypominający ekskluzywną bombonierkę, pełną przepięknie zapakowanych czekoladek, z których każda stanowi smakową niespodziankę. Jego misterna i wyszukana konstrukcja sprawia, że jest to film, który można (i należy) obejrzeć więcej niż jeden raz, albowiem nawet przy bardzo uważnym śledzeniu tego, co odkrywa przed nami reżyser, nie jesteśmy w stanie docenić wszystkich maleńkich klejnocików, z których składa się ten obraz. 

To szkatułkowa opowieść, w której dostajemy historię zamkniętą w innej historii, pełną kolejnych warstw i zupełnie niespodziewanych zwrotów; równie szaloną, co fantazja Andersona. W dodatku wszystko rozgrywa się w przepięknie skonstruowanym świecie wymyślonym przez reżysera, w którym nawet najdrobniejszy szczegół nie został pozostawiony przypadkowi - już od pierwszych sekund naprawdę przenosimy się do innej rzeczywistości, trochę baśniowej, trochę artystycznej i zapewniam, że ten stan dziecięcego olśnienia nie opuści nas aż do napisów końcowych. Opowiadana historia stanowi raczej pretekst do pokazania rozpędzonego pociągu andersonowskiej wyobraźni oraz całego szeregu błyskotliwych i dowcipnych dialogów, aniżeli cel sam w sobie. Trzeba jednak powiedzieć, że choć w pierwszej chwili możemy mieć wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią, to w ostatecznym rozrachunku fabuła filmu także się broni. 


W centrum wydarzeń mamy Gustawa H., zarządcę ekskluzywnego tytułowego hotelu, który zostaje uwikłany w szeroko zakrojoną intrygę przy okazji kradzieży cennego obrazu. Sensacyjna akcja rodem z surrealistycznej farsy rozgrywa się na tle wydarzeń, które ciężko zaliczyć do zabawnych, a mianowicie para-nazistowskiej agresji na fikcyjne państwo Żubrówki w Centralnej Europie, co nadaje całej historii nieco mroczniejszy wydźwięk. Zresztą Anderson z równą swobodą bawi się komediowym absurdem, by chwilę później przeskoczyć do poważniejszych tematów. Widz zostaje więc bezlitośnie wciągnięty w abstrakcyjny miks miłości, śmierci, wojny i przemocy, pokazanych jednak w sposób przywołujący na myśl estetykę komiksową, a nawet dziecięce kreskówki. Osią, na której opiera się film, jest cudownie pokazana pogłębiająca się relacja Gustawa z hotelowym boyem, a kreacja Ralpha Fiennes'a, wcielającego się w postać dziwacznego mentora to prawdziwa perełka. Dla tych, którzy mają w pamięci jego najmocniejszą rolę w "Liście Schindlera", ta komediowa odsłona może być sporym zaskoczeniem. A jednak sposób, w jaki Fiennes balansuje pomiędzy wyrafinowaniem i (niekiedy naprawdę mocno) zaskakującym optymizmem, ani razu nie popadając w przesadną śmieszność, jest najlepszym świadectwem klasy tego aktora - jego Gustaw H. jest zabawny, ale nigdy nie pretensjonalny i od pierwszej chwili kradnie serca widzom. W tym miejscu nie można nie wspomnieć o całej plejadzie ulubionych aktorów Andersona, z których część pojawia się w większych (i raczej nietypowych dla siebie) rolach, a część zaledwie w epizodach, wzbudzając jednak u widowni taki sam entuzjazm - właściwie przez większą część filmu możemy swobodnie bawić się w grę pt. "kto ze znanych aktorów pojawi się w następnej scenie". W obsadzie mamy więc świetnego debiutanta Tony'ego Revolori oraz ekipę marzeń niejednego reżysera, w której znajduje się m.in. Adrian Brody, Willem Defoe, Tilda Swinton, Edward Norton, Jude Law, Harvey Keitel, Jeff Goldblum, Owen Wilson, Bill Murray, czy nawet George Clooney (przez dosłownie 2 sekundy). 


Im mniej wiemy o samej fabule przed obejrzeniem filmu, tym lepiej dla nas - w ten sposób mamy możliwość podziwiania niezwykłego świata stworzonego przez Wesa Andersona bez uprzedzeń i bez oczekiwań, skupiając się jedynie na samej przyjemności płynącej z oglądania czegoś oryginalnego. Myślę, że najlepszym podsumowaniem zarówno osoby reżysera, jak i postaci jego filmowego bohatera, Gustawa H. może być jedno ze zdań, które pojawia się pod koniec filmu - "podtrzymywał iluzję z nadzwyczajnym wdziękiem". Bo "Grand Budapest Hotel" to iluzja, której nie da się (ani nie chce) wyrzucić z pamięci jeszcze długo po zakończonym seansie. 

W skrócie - kto jeszcze nie widział, ten niech maszeruje do kina. A ci, co widzieli, niech dadzą znać, czy i jak im się podobało. 
I w ogóle to Happy Birthday drogi blogu, bo w międzyczasie stuknęły Ci dwa lata. Kupa czasu. I takie tam. 
Do następnego!

sobota, 15 marca 2014

I upadli na Ziemię, by wzmocnić swe szeregi - filmowo o makiawelistycznym "Borgmanie"

Dziś recenzja jednego z najdziwniejszych filmów, jakie obejrzałam ostatnio (a ponieważ oglądam naprawdę sporo rzeczy, które z reguły znajdują się albo na obrzeżach, albo daleko poza mainstreamem, to wierzcie mi, że ten konkretny JEST faktycznie specyficzny). Mój tekst ukazał się wcześniej TUTAJ. 


Gdybym miała jednym słowem opisać, jakie filmy podobają mi się najbardziej, powiedziałabym że nieokreślone - lubię kiedy reżyser zaskakuje mnie i pokazuje wyrywek świata, który choć wygląda realnie, skrywa w sobie coś więcej, jednocześnie pozostawiając mi swobodę oceny tego, co widzę. Lubię także oczekiwanie na to, co będzie dalej, bez pojęcia dokąd tym razem zabierze mnie twórca filmu, ani w jakim miejscu zakończy się nasza podróż. Bez wątpienia można uznać, że Holender Alex van Warmerdam opanował system zaskakiwania widza do perfekcji, albowiem od mniej więcej połowy filmu "Borgman" możemy się poczuć jak na rollercoasterze - czujemy coraz bardziej zagęszczającą się atmosferę, ale choć przeczuwamy, że prędzej czy później wydarzy się coś niedobrego, to skala wydarzeń może przerosnąć wyobrażenia przeciętnego widza. 

Myślę, że warto zaznaczyć, że ten film jest jedną wielką metaforą i z pewnością nie można odbierać go dosłownie - tak samo nie ma większego sensu czepianie się celowych, czy przypadkowych niedociągnięć typu "dlaczego dzieci chodzą spać, kiedy na zewnątrz jest nadal jasno?". Fundamentem tej opowieści jest zło i to takie przez duże Zet, które osacza pozornie zwyczajną rodzinę i krok po kroku przejmuje nad nią panowanie. 

*UWAGA - poniższy akapit może zawierać mniejsze lub większe spoilery!*

"I upadli na Ziemię, aby wzmocnić swoje szeregi" - to zdanie, pojawiające się na początku filmu, jest jednocześnie jego mottem, jak i kluczem do zrozumienia sensu tego obrazu. Oczywiście już po seansie można dyskutować dowolnie długo i namiętnie, czy Borgman i jego świta to sam Szatan, "zwykłe" upadłe anioły, czyli diabły / demony czy też grupa szaleńców, która bawi się kosztem innych. Moim zdaniem siła tego filmu tkwi raczej w pokazaniu tego, jak łatwo można manipulować ludźmi oraz (pół żartem, pół serio) do czego może doprowadzić nuda... 

Warstwa fabularna obrazu nie jest specjalnie wyszukana, chociaż jego początek jest bardzo oryginalny - od pierwszych scen jesteśmy bowiem świadkami specyficznego "polowania" na tajemniczego włóczęgę, który mieszka w podziemnej jamie - fakt, że jednym z uczestników tegoż polowania jest ksiądz, ma wymiar symboliczny, chociaż znaczenie tego pojmiemy dopiero pod koniec filmu. Na początku jesteśmy raczej skłonni kibicować uciekającemu mężczyźnie i cieszymy się, kiedy udaje mu się uzyskać pomoc od znudzonej pani domu, Marianne. Kulturalny, pozornie niegroźny nieznajomy w domku gościnnym, poczęstowany posiłkiem i ugoszczony aby odzyskał siły - aż do tego momentu historia rozwija się całkiem spokojnie i niewinnie. Przeczuwamy jednak, że pod tą gładką powierzchnią czai się coś mrocznego i groźnego. I oczywiście mamy rację.

"Borgman" z pewnością jest filmem oryginalnym i bardzo nieoczywistym (co w zależności od naszych upodobań, może być postrzegane zarówno jako jego zaleta, jak i wada) - mnie osobiście szalenie przypadła do gustu ta nieco surrealistyczna wizja, którą możemy interpretować na wiele sposobów - zarówno jako alegorię rosnącego zepsucia i zblazowania społeczeństwa dobrobytu, zubożenia uczuciowo-religijnego, czy po prostu pokaz makiawelistycznych talentów głównego bohatera. Uprzedzam, że oglądanie filmu zdecydowanie może ułatwić potencjalne zamiłowanie do czarnego humoru, ponieważ niektóre sceny (jak np. reakcja dziewczynki na prośbę o pomoc zranionego mężczyzny, czy makabryczny, ale i trochę baśniowy sposób pozbywania się ciał), odebrane dosłownie i bez niezbędnego dystansu, mogą wywołać spory dyskomfort psychiczny.

Gdybym miała ocenić, czego mi w tym obrazie zabrakło, to powiedziałabym, że charyzmy głównego bohatera - ogólnie wprawdzie gra Jana Bijvoeta, wcielającego się w rolę Borgmana jest raczej chwalona, ale moim zdaniem nie do końca udało mu się udźwignąć ciężar tej postaci - być może na mój odbiór wpłynęło to, że przez pierwszą część filmu aktor wyglądał trochę jak młodsze wydanie Franciszka Pieczki z "Jańcia Wodnika", co odrobinę kłóciło mi się z uczuciami, jakie wzbudzał u pani domu, a może po prostu nieco inaczej wyobrażam sobie demonicznego Złego? Moje kolejne zastrzeżenie odnosi się do wszystkich filmowych postaci - być może takie było założenie reżysera, ale nie ukrywam, że dość ciężko ogląda mi się historię, w której żadna z pojawiających się osób nie zbudza mojej sympatii, lub wręcz wywołuje u mnie mniejszą lub większą irytację. Dlatego przyznam się, że mimo wszystko aż do końca nie potrafiłam się zdobyć na współczucie żadnemu z członków tej nieszczęsnej rodziny, ponieważ tak naprawdę nie zdołałam się przywiązać do żadnego z bohaterów.  

Mimo tych uwag, w mojej subiektywnej ocenie, "Borgman" jest na tyle ciekawym obrazem, że warto się z nim zapoznać, oczywiście nie oczekując uzyskania od jego twórców odpowiedzi na wszystkie pojawiające się w trakcie seansu pytania. Dla mnie - to dodatkowy plus, ponieważ tak jak wspomniałam wcześniej - reżyser pozostawia nam niejako wolną rękę, jeśli chodzi o interpretację, a także to w jaki sposób odbierzemy zarówno tajemniczą postać Borgmana, jak i cały obraz. Dla niektórych więc będzie to symboliczny, mocny przekaz o złu, wkradającym się podstępnie i niespodziewanie w nasze życie, inni odbiorą film bardziej dwuwymiarowo, jako mroczny i niepokojący thriller. Jeszcze inni mogą wyjść w trakcie seansu :)  
 

sobota, 8 marca 2014

Hurtowy wpis filmowy cz.2 Mads Mikkelsen odsłona pierwsza

No i bach, kolejny wpis filmowy, druga część hurtowego przeglądu :)

Tym razem głównym bohaterem będzie Mads Mikkelsen, ponieważ uważam, że to jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów, obdarzony taką ekranową charyzmą, że na dobrą sprawę mógłby z powodzeniem przez półtorej godziny siedzieć nieruchomo przed kamerą i przełykać ślinę, a i tak stworzyłby niezapomnianą kreację. Dla tych z Was, którzy nie bardzo wiedzą, o kim mowa, napiszę w skrócie, że Mads jest Duńczykiem i już od początku swojej kariery filmowej wybierał postaci charakterystyczne i zapadające w pamięć, stopniowo wybijając się coraz bardziej i stając się symbolem aktorskiej jakości oraz z czasem także najsłynniejszym duńskim "towarem eksportowym". Bardzo podoba mi się w nim to, że nawet po tym, kiedy został zauważony przez Hollywood i zdobył popularność za oceanem, jego kariera nadal biegnie dwutorowo - nadal kręci filmy także w Europie, ceni sobie życie rodzinne i ma ogromny dystans do całego blichtru i rozgłosu wokół siebie. Do najbardziej rozpoznawalnych tytułów oraz granych przez niego postaci należy bez wątpienia najnowsze wcielenie najsłynniejszego psychopaty ever, czyli Hannibala Lectera w serialu NBC (to jest rola wybitna podwójnie - po pierwsze sama w sobie, a po drugie jako coś, co dla aktora jest niezwykle ciężkie do dźwignięcia, a mianowicie wcielenie się w postać, która została wcześniej zagrana DOSKONALE i bez jednej fałszywej nuty przez Anthony'ego Hopkinsa - a jednak Mikkelsenowi udało się dokonać prawie niemożliwego i zbudował postać od nowa w taki sposób, że nie tylko nie jest ona zaprzeczeniem roli Hopkinsa, ale wręcz stanowi jej dopełnienie - to się nazywa aktorski geniusz!), Lucas w "Polowaniu" (o którym więcej będzie poniżej), czy Le Chiffre w jednym z Bondów - Casino Royale. Jednak poza tymi filmami, w dorobku Madsa znajduje się mnóstwo fantastycznych i mniej znanych tytułów, po które warto sięgnąć, bo każdy z nich jest absolutnie wyjątkowy i daje do myślenia.
Dziś napiszę o kilku z nich, a parę innych zostawię na następny raz :)


The Hunt, czyli Polowanie (w oryginale Jagten) był silnym ubiegłorocznym kandydatem do Oskara w kategorii filmów obcojęzycznych - kibicowałam mu z całych sił, ale niestety niewystarczająco, jak się okazało (przegrał z innym, podobno równie wybitnym obrazem - Wielkie piękno, który nadal jest przede mną, więc ograniczę się tylko do tej krótkiej wzmianki). Wyreżyserował go Thomas Vinterberg, o którym wspominałam pokrótce przy okazji filmu "Submarino" TUTAJ. Przyznam się, że miałam chęć pokusić się o pełną recenzję tego obrazu, bo to prawdziwy klejnot w swojej kategorii, ale nie jestem pewna, czy nie odstraszyłabym Was poziomem mojego entuzjazmu :)
"Polowanie" to film bez jednej zbędnej sceny, zrobiony z taką finezją, że praktycznie od pierwszych minut widz zostaje po prostu wciągnięty w pokazywany świat i staje się uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko ich biernym obserwatorem. Sama historia jest bardzo ciężka, bowiem porusza temat molestowania seksualnego dzieci, a także (w większym stopniu) przedstawia mechanizmy, jakie funkcjonują w małej zżytej ze sobą społeczności. I to ten drugi aspekt pokazany jest w tak mistrzowski sposób, że czujemy się, jakbyśmy co jakiś czas dostawali cios pięścią w żołądek - za sportretowanie grupy, która  za sprawą jednego zdania jest w stanie przejść w mgnieniu oka od przyjaźni i zażyłości do nienawiści i prawie publicznego linczu, Vinterbergowi należą się stojące owacje. A Mikkelsen jako Lucas, który w całym szaleństwie stara się za wszelką cenę zachować zimną krew i godność, jednocześnie wzrusza, wzbudza współczucie i ogromną sympatię i po prostu zwala z nóg - jeśli szukacie aktorstwa na najwyższym poziomie, to znajdziecie je w tym filmie. Ostrzegam jednak lojalnie, że chyba każdy zdrowo myślący człowiek podczas oglądania będzie czuł narastającą złość, bo ten obraz po prostu dotyka czułych strun i pokazuje ludzi od nieprzyjemnej strony, od której wolelibyśmy siebie nie oglądać. Dodatkowym "smaczkiem" są dwa, czy trzy zdania po polsku (w dodatku wypowiedziane taką ładną Polszczyzną, że chapeau-bas, Alexandro Rapaport!), chociaż bohaterka o imieniu Nadja niekoniecznie może jednoznacznie kojarzyć się z naszym krajem.
Niedawno obejrzałam jeden z wywiadów, jakich udzielił Thomas Vinterberg i spodobało mi się to, jak opowiedział, że istotą tego filmu jest skonfrontowanie zwykłych ludzi z tematem, który we współczesnym społeczeństwie stanowi jedno z największych tabu - molestowaniem dzieci - powiedział także, że przez cały film starał się utrzymać coś w rodzaju sympatii do tej społeczności (a przynajmniej do większości z osób), ponieważ tak naprawdę oglądając tę historię, mimo naszego oburzenia i narastającej wściekłości, nie możemy do końca potępić ich postępowania - to chyba jest najbardziej męczące, że zdajemy sobie sprawę z tego, że w obliczu takiego ciężkiego oskarżenia (bo przecież przez długi czas wszyscy są przekonani, że to prawda) logika i rozsądek zawodzą, a wówczas do głosu dochodzą przede wszystkim bardzo silne i negatywne emocje. Również Mads w wielu wypowiedziach stwierdził, że ten film dlatego tak mocno oddziałuje na ludzi, ponieważ pokazuje sytuację, w której nikt z nas nie chciałby się znaleźć - ani po jednej, ani po drugiej stronie i właściwie nawet oburzając się wewnętrznie, nie możemy ze 100% pewnością powiedzieć, że my zachowalibyśmy się zupełnie inaczej. To jest największa siła tego obrazu. 


Ze znacznie wcześniejszych filmów Madsa, warto również sięgnąć po "Open Hearts" (w oryginale Elsker dig for evigt) z 2002 r, bardzo ciekawy obraz nakręcony wg zasad Dogmy 95, w reżyserii Susanne Bier. To poruszająca historia czwórki ludzi, połączonych ze sobą dramatycznym wydarzeniem. Świat Joachima i jego narzeczonej, Cecille runął w gruzach w momencie bardzo poważnego wypadku chłopaka i od tego momentu każde z nich na swój sposób i z różnym skutkiem stara się dostosować do nowej sytuacji, miotając się jednocześnie z własnymi uczuciami, jak i stojącą pod znakiem zapytania przyszłością. Wypadek ten odciska również niezatarte piętno na życiu Marie i Nielsa (Mads Mikkelsen), wplątując ich w układ, z którego nie będzie łatwego wyjścia. To historia o ludzkich słabościach, namiętnościach, lęku przed samotnością, a także o tym, jak szybko i prosto można wszystko stracić - w dodatku pozbawiona wszelkich ozdobników, opiera się właściwie niemal wyłącznie na grze aktorów i głównie dlatego warto ją obejrzeć, bo wszystkie stworzone kreacje są rewelacyjne i właściwie przez cały film ciężko się zdecydować, komu powinniśmy kibicować, a kogo potępić, ponieważ postępowanie całej czwórki jest tak czysto ludzkie, że żadna z postaci nie jest ani w 100% pozytywna, ani zła. 


Ostatnim filmem, o którym chciałam wspomnieć w tej części, jest nieco dziwny niemiecki film pt. "Drzwi" (oryg. Die Tür) z 2009 r., który pewnie bym przeoczyła, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu uparłam się zapoznać z całą (lub prawie całą) filmografią Madsa :) Obiektywnie to nieco inna klasa filmu niż dwa wspomniane wyżej tytuły, ale pomysł fabularny jest na tyle ciekawy (i dobrze zrealizowany), że może jednak kogoś zachęcę :) "Drzwi" to trochę dramat psychologiczny, trochę thriller, w którego centrum znajduje się ceniony artysta, David (Mads), zmagający się ze śmiercią ukochanej córki. Film zawiera elementy z pogranicza fantasy, próbuje także sprowokować widza do odpowiedzi na pytanie "co byś zrobił, gdybyś dostał kolejną szansę?" i to mi się w nim szalenie spodobało, tak samo jak dość subtelne połączenie osobistego wymiaru dramatu i żałoby po stracie dziecka z narastającą coraz bardziej mroczną atmosferą. Nie znaczy to jednak, że film nie ma wad, bo niestety tą zasadniczą (dla mnie) jest zdubbingowanie Madsa (film jest niemiecki, większość aktorów także, więc siłą rzeczy i główny bohater z założenia miał mówić czysto i bez obcego akcentu) - niestety bardzo negatywnie wpłynęło to na mój odbiór filmu, bo przez dłuższy czas miałam problem ze skupieniem się na fabule, słysząc inny głos wydobywający się z ust mojego ulubieńca...Poza tym niedociągnięciem, sama historia także nie jest idealna i można się przyczepić zarówno do braku logiki w pewnych momentach (zakończenie, które nie do końca ma sens, gdyby chcieć je dokładnie analizować), jak i do zbędnych elementów, ale mimo wszystko film sam w sobie jest dość interesujący i jeśli ktoś lubi takie nieoczywiste historie, to jest szansa, że mu się spodoba :)

A w kolejnej odsłonie filmografii Madsa będę pisać m.in. o dwóch starszych rewelacyjnych filmach - "Jabłkach Adama" oraz "Tuż po weselu", więc szykujcie się na sporą dawkę entuzjazmu :) Oprócz tego mam jeszcze w zanadrzu kilka szwedzkich tytułów, więc tak szybko Wam nie odpuszczę :) Ale tym, którzy mają trochę dosyć zdradzę, że w ramach przerywnika będzie też coś kosmetycznego :)

Znacie/lubicie Madsa? Oglądaliście któryś z wymienionych filmów? A może macie jakiś ulubiony tytuł z jego udziałem? 

wtorek, 4 marca 2014

Who wants to live forever? - filmowo o nowym Jarmuschu

Nie wiem, czy to dobrze, czy nie, ale ten blog stopniowo może zostać zdominowany przez wpisy filmowe, z tego prostego powodu, że chwilowo jest to najbliższy mi temat. Nie wiem, czy tak zostanie na dłużej, czy też będę przeplatać opisy filmów z innymi tematami - jeśli macie chęć podzielić się ze mną swoimi refleksjami na ten temat, to zapraszam do komentowania :) 

A w międzyczasie poczytajcie sobie o nowym filmie jednego z reżyserów, na którego filmy urywałam się regularnie z lekcji w liceum :) Standardowo, poniższa recenzja ukazała się wcześniej TUTAJ. 


Nie mam najmniejszych wątpliwości, że najnowszy obraz Jima Jarmuscha - jednego z tych reżyserów, których nadal na jednym oddechu wraz z nazwiskiem określa się automatycznie jako "kultowych", wywoła wśród widzów skrajne oceny - jest to bowiem film z rodzaju tych, które albo od pierwszych scen nas zachwycą i wchłoną, albo znudzą i zirytują do granic możliwości. Z pewnością nie jest to film, który poleca się komuś, kto szuka w kinie "czegoś fajnego do obejrzenia", czy czystej rozrywki i zrelaksowania. Nie poleciłabym go także komuś, kto lubi precyzyjne i konkretne kino. I zwartą fabułę. Ani - paradoksalnie - wielbicielom wampirów. Jeśli natomiast lubicie: Jarmuscha/aktorów występujących w tym obrazie/piękną muzykę i wnętrza/kino eksperymentalne/melancholijne historie o kryzysie egzystencjalnym/filmy, w których "nic się nie dzieje", to z pewnością jest to tytuł dla Was :)

Jeśli chodzi o wampiry, to po jakimś milionie tytułów wykorzystujących ten motyw mogłoby się wydawać, że nic nowego w tym temacie nie da się już wymyślić. A jednak okazuje się, że nadal możliwe jest znalezienie świeżego i oryginalnego spojrzenia i pokazanie tego zagadnienia od nieco innej strony.

Obawiam się, że każda próba opisania filmu "Tylko kochankowie przeżyją" z założenia będzie porażką. Ten film bowiem to uczta dla naszych zmysłów i emocji, której po prostu trzeba się poddać - w przeciwnym wypadku można skończyć jak wiele osób w trakcie seansu, które wyszły w połowie, lub - jeśli dotrwały do końca - po zapaleniu świateł miały na twarzy jeden wielki znak zapytania. 

W maksymalnym skrócie to opowieść o wystylizowanej do granic możliwości dwójce wampirów, Adamie i Ewie. Adam (Tom Hiddleston) jest utalentowanym undergroundowym muzykiem z depresją i tendencjami samobójczymi, który od lat ukrywa się w domu na odludziu w Detroit (mieście, które w ostatnim czasie stało się niechlubnym amerykańskim symbolem gospodarczej i społecznej ruiny), komponując i kolekcjonując instrumenty z przeszłością i żywiąc się krwią kupowaną od skorumpowanego lekarza z pobliskiego szpitala. Ewa (Tilda Swinton) funkcjonuje dyskretnie (aczkolwiek luksusowo) w marokańskim Tangerze, utrzymując kontakt z innym leciwym wampirem - Christopherem Malrowe* (John Hurt) i próbując tchnąć na odległość w swojego ukochanego przynajmniej jakiś promyk optymizmu.Jedyny zwrot akcji nastąpi, kiedy w niespodziewane odwiedziny do połączonej znowu pary kochanków przybędzie nieokrzesana siostra Ewy o mentalności rozkapryszonej nastolatki, Ava (Mia Wasikowska) i która swoją wizytą wywoła totalny chaos i przewróci do góry nogami ustabilizowaną egzystencję głównych bohaterów. 

Jarmusch z premedytacją bawi się wampirzą konwencją, nonszalancko mieszając zarówno wszystkie oklepane stereotypy (wampiry są blade, stylowe, melancholijne, trochę pretensjonalne  i przypominają Lestata czy Louisa z "Wywiadu z wampirem") z własnymi pomysłami (ściąganie gościom rękawiczek jako rytuał powitalny gospodarza domu, czy krwawe lody, które wywołały wśród widowni paroksyzm śmiechu), a jednocześnie tworząc niepowtarzalną atmosferę, w której zanurza nas na 2 godziny. Tu trzeba wspomnieć, że zarówno strona wizualna (dopracowana w najdrobniejszych szczegółach) oraz muzyka są pełnoprawnymi bohaterami tej historii - główny motyw rozbrzmiewał mi w głowie jeszcze na długo po seansie i uważam, że soundtrack do tego filmu to prawdziwy majstersztyk. Oprócz tego reżyser niemal na każdym kroku wrzuca kolejne mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do literatury (*), muzyki, czy popkultury, a także snuje (raczej pesymistyczne) rozważania na temat ludzkiej egzystencji, współczesnych problemów społecznych i kierunku, w jakim zmierza świat (i ludzie, określani tu mianem "zombie"). 

Chyba w żadnym innym filmie o wampirach, istoty te nie zostały pokazane w tak...ludzki sposób - tu widzimy wyraźnie ich ból istnienia, wynikający być może z faktu obserwowania świata i zachodzących w nim od wieków zmian, a to, co do tej pory było podkreślane jako podstawowa zaleta wampirzego bytu, czyli życie wieczne, u Jarmuscha staje się czymś w rodzaju przekleństwa. 

"Tylko kochankowie przeżyją" to zarówno egzystencjalny dramat, ponadczasowa romantyczna love-story, jak i inteligentna komedia, w której humor podawany jest jednak na tyle subtelnie, że można go przeoczyć. Osobiście nie nazwałabym tego filmu arcydziełem, bo mimo mojej sympatii do nietypowych obrazów, zabrakło mi w nim czegoś istotnego, jakiegoś elementu scalającego tę historię i sprawiającego, że nie miałabym wrażenia oglądania wampirzej odsłony kanału National Geographic.   

Na zachętę fragment hipnotyzującego soundtracku wraz ze sceną z filmu:


Dla zainteresowanych - film będzie w kinach od najbliższego piątku, 7.03. 

piątek, 14 lutego 2014

Filmowo o nietypowej miłości, czyli "Ona"

Walentynki to idealny dzień na wrzucenie mojej recenzji jednego z najciekawszych filmów o miłości, jakie zdarzyło mi się obejrzeć ostatnio (a może i kiedykolwiek) - jeśli jesteście ciekawi, co konkretnie o nim myślę, zapraszam do lektury, a po niej - do kina :) Wcześniej recenzja standardowo ukazała się na portalu filmosfera.pl


Co znaczy być człowiekiem? 
Co czeka nas w najbliższej przyszłości? 
Dokąd zaprowadzi nas nasze wszechogarniające uwielbienie dla nowoczesnych technologii? 
Tego typu pytania pojawiają się w głowach twórców dość regularnie i wystarczy przypomnieć sobie choćby na szybko "Łowcę Androidów", "Metropolis"czy jakikolwiek głośny tytuł z kategorii s-f, żeby uzyskać autorską wizję przyszłości, w której ludziom będzie towarzyszyć coraz lepiej rozwinięta sztuczna inteligencja. 

Oryginalny i słynący z raczej niekonwencjonalnych pomysłów reżyser Spike Jonze (znany szerszej publiczności m.in. z filmu "Być jak John Malkovich" czy "Adaptacja") postanowił pójść o krok dalej, aczkolwiek w nieco innym kierunku i pokazać nam świat, w którym potrzeba uczuciowej więzi staje się tak silna, że znikają bariery emocjonalne pomiędzy ludźmi, a komputerami. Rzeczywistość odzwierciedlona w filmie "Ona" to przyszłość, którą mamy w zasięgu ręki - właściwie samo uzależnienie od technologii pokazane na ekranie nie różni się niemal niczym od tego, co możemy obserwować obecnie wokół nas - ludzie nie rozstają się ze swoimi telefonami, odcinając się od otaczającej ich rzeczywistości, tyle tylko, że ich "design" jest odrobinę nowocześniejszy. 

A jednak "Ona" nie jest filmem o potencjalnych zagrożeniach wynikających z nadużywania nowoczesnych technologii, ani o inwazji "obcych". 

Paradoksalnie, to film o najbardziej ludzkim ze wszystkich uczuć. O Miłości. Przepięknej, zabawnej, wzruszającej, ale i smutnej miłości.

Chłopak i dziewczyna. Theodor i Samantha. Poznają się, rozmawiają, zakochują w sobie, jak wiele innych par przed i po nich.  Tyle tylko, że Theodor jest człowiekiem, a Samantha to komputerowy System Operacyjny. I tu największe zaskoczenie - albowiem to, co mogło pogrzebać tę historię i sprawić, że stanie się ona jakimś sztucznym pretensjonalnym tworem, jest jego najmocniejszym punktem - w pewnym momencie przestajemy bowiem myśleć o tym, że Samantha (w którą fantastycznie, choć bezcieleśnie wcieliła się Scarlett Johansson) nie jest człowiekiem, tylko sztuczną inteligencją, ale skupiamy się wyłącznie na rozwijającym się uczuciu pary bohaterów. 

Ten film został błyskawicznie okrzyknięty przez wielu najlepszym obrazem 2013 roku i wszędzie roi się wręcz od jego entuzjastycznych recenzji - ja jednak podkreśliłabym mocno, że to nie jest film dla wszystkich. Myślę, że aby właściwie go docenić, należy mieć specyficzną wrażliwość, umiejętność otwarcia na coś innego i zajrzenia pod powierzchnię. Gdyby opisywać filmy według kolorów, "Ona" byłaby pastelowo-przezroczysta, dlatego namawiam wszystkich tych, którzy szukają w kinie mocnych wrażeń (i scen) oraz wbijającej w fotel akcji, aby dwa razy zastanowili się zanim wybiorą się (lub pozwolą zabrać) na ten seans. Pozostali mogą już planować walentynkowy wypad do kina! 

Już pierwsze sceny ujmują swoją subtelnością i ciężkim do przekazania na piśmie urokiem - w momencie kiedy poznajemy Theodora, samotnego pisarza, który realizuje się w tworzeniu przepięknych, poetyckich listów w imieniu innych ludzi, wzbudza on naszą natychmiastową sympatię. Widzimy jego wrażliwość i problem z pogodzeniem się ze stratą bliskiej osoby, razem z nim obserwujemy świat, w którym ludzie zamiast ze sobą, rozmawiają ze swoimi komputerami, widzimy i czujemy wręcz pogłębiającą się izolację. Może dlatego w momencie, kiedy Theodor decyduje się na zakup najnowszego wynalazku, jakim jest samoewoluujący system operacyjny, choć przeczuwamy, że na dłuższą metę nic dobrego nie może z tego wyniknąć, mimo wszystko kibicujemy mu z nadzieją na happy-end. W tym momencie muszę powiedzieć, że bez Joaquina Phoenixa ten film nie byłby tym, czym się stał - tak naprawdę to on dźwiga całą tę historię na swoich barkach i uwiarygodnia ją swoją niesamowitą grą. Bardzo łatwo byłoby "przedobrzyć" i sprawić, że postać Theo nabrałaby cech wyizolowanego dziwaka, lub sentymentalnego głupca - jednak Phoenix przez bite dwie godziny ani razu nie przeskakuje zanadto w żadną stronę - cały czas leciutko balansując na granicy tych dwóch światów. Warta uwagi jest także chemia pomiędzy nim, a głosem Scarlett Johansson, która - choć pozbawiona ciała, nadaje Samancie tyle inteligencji i uroku, że widz bez problemu jest w stanie uwierzyć w rodzące się pomiędzy tą dwójką uczucie. 
Niemniej ważne są tu pozostałe postaci kobiece, za sportretowanie których reżyserowi należą się oddzielne brawa - niełatwo jest bowiem stworzyć dwie drugoplanowe bohaterki, które pojawiają się sporadycznie (jedna w większości w scenach retrospekcji), ale jednocześnie pozostają pełnowymiarowymi postaciami. Zarówno Amy (grana bardzo subtelnie przez Amy Adams) w roli troszkę dziwacznej, ale bardzo sympatycznej i ciepłej przyjaciółki Theodora, jak i jego była żona Catherine (w którą wcieliła się Rooney Mara), wydobywają w swoich scenach pełnię charakteru portretowanych przez siebie kobiet i idealnie zgrywają się z postacią głównego bohatera. 

Mimo to ten film to przede wszystkim mistrzowski koncert rozgrywany pomiędzy Phoenixem, a Johansson - jej Samantha to bezcielesna istota o mentalności i ciekawości dziecka - jej zachwyt światem ("oglądanym" i poznawanym za pośrednictwem Theodora) i umiejętność błyskawicznej nauki i przyswajania wszelkich informacji, a także analizowania ich i wyciągania wniosków mogłaby być przerażająca, gdyby nie została pokazana z taką sympatią i ciepłem. Subtelność, z jaką Jonze prowadzi swoich aktorów, a wraz z nimi i nas, widzów, poprzez tę historię sprawia, że "Ona" jest filmem, który zostaje w głowie na długo po zakończonym seansie. 

Myślę, że to też jest jedna z jego mocnych stron - to, że część osób zada sobie pytania, od których rozpoczęłam tę recenzję, dla innych będzie to swego rodzaju ostrzeżenie przed kierunkiem, w jakim zmierza świat, jeszcze inni (w tym ja) zadowolą się po prostu jedną z najpiękniejszych love-story, jakie przyszło im oglądać. I na tym właśnie, drodzy czytelnicy, polega magia kina. I za tę Magię (przez duże M) dziękuję Ci, Spike'u Jonze! 
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...