Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gucci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gucci. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2012

Zakupy kosmetyczne

Ciężki mam ostatnio czas, tzn po pierwsze w ogóle nie mam głowy ani do większych szaleństw zakupowych, ani do pisania sensownych recenzji (na co pewnie mają również wpływ ogromne problemy skórne, z jakimi się borykałam przez ostatnie parę tygodni - moja pielęgnacja siłą rzeczy została ograniczona do minimum oraz właściwie wyłącznie do kosmetyków i maści aptecznych, ale o tym będzie również trochę niżej :)). 

Poza tym przez przeróżne życiowe zakręty zmuszam się do względnej oszczędności (co niestety wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, zwłaszcza że jestem typem, który lubi poprawiać sobie humor zakupami).

Dlatego też ostatnio starałam się ograniczać do rzeczy, które naprawdę są mi potrzebne / kończą się, lub też z jakiegoś powodu NAPRAWDĘ chcę je mieć i chęć ta przejdzie próbę czasu (u mnie osobiście jest to ok, miesiąc - jeśli po miesiącu nadal do czegoś wzdycham z tą samą intensywnością co na początku, to znaczy to, że faktycznie mam na to chęć, jeśli natomiast po kilku tygodniach zapominam, że chciałam coś kupić, to odpowiedź jest prosta... :))

To, co widzicie poniżej, to rezultat mojego dzisiejszego wypadu do Sephory i TBS oraz tzw. zakupy poboczne, czyli rzeczy, które pojawiły się u mnie stosunkowo niedawno, ale jeszcze ich nie pokazywałam. 

Poza dwiema rzeczami chyba nie ma tu nic specjalnie zaskakującego, ani jakiegoś wielkiego WOW :) 
 

A teraz zbliżenia na moje gwiazdy :)

1. Coś, z powodu czego w ogóle wyruszyłam do Sephory i w dodatku znalazłam to dopiero w drugiej (chociaż w sumie mogło się skończyć jeżdżeniem po całej Warszawie, więc uważam, że nie było źle :)). A mianowicie SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA I MASAŻU TWARZY SHISEIDO THE SCINCARE


Kiedyś marzyłam o szczoteczce Clarisonic, ale powiem szczerze, że po pierwsze zawsze odrzucała mnie cena, ale cóż - to jeszcze można od biedy przeboleć, zwłaszcza że jest to wydatek jednorazowy i raczej na dłużej. To, co ostatecznie zadecydowało, iż poszukam czegoś innego, to moja cera. Obawiam się bowiem, że przy tak wrażliwej skórze jak moja, każde mocniejsze działanie, mogłoby narobić więcej szkody niż pożytku. 



Tymczasem kiedyś natknęłam się gdzieś na zachwyty nad szczoteczką Shiseido - wypowiadały się na jej temat między innymi dziewczyny, które właśnie mają taką wrażliwą cerę. 
Produkt ten nie jest relatywnie tani (kosztuje 109 zł), ale po pierwsze - jest baaardzo trwały (ma się go latami), a po drugie postanowiłam zaczekać z zakupem do 20%-owych obniżek w Sephorze i tak też zrobiłam :) 


Jestem bardzo ciekawa, jak sprawdzi się u mnie ta szczoteczka - na razie mogę powiedzieć, że jest wykonana z bardzo miękkiego włosia, ma też małe gumowe wypustki, które służą do masażu naszej twarzy. 



Ma długą i wygodną rączkę, dzięki czemu raczej nie powinna się wyślizgiwać z dłoni. Ma też plastikową nakładkę na główkę. 
 
Nie mogę się doczekać wieczora, kiedy będę mogła ją przetestować pierwszy raz :)

 2. Co prawda wyżej pisałam o nieimpulsywnych zakupach, ale przyznaję, że najnowsze dziecko Lancome Hypnose Star trochę jednak się zalicza do tej kategorii....Przeżyłabym bowiem bez kolejnego tuszu (na razie używam całkiem niezłej maskary Covergirl, o której wspominałam przy okazji którychś z wcześniejszych zakupów), ale już w sklepie zaczęłam krążyć wokół stoiska Heleny Rubinstein w poszukiwaniu słynnego pytonka :) Jednak po krótkiej, ale treściwej pogawędce z konsultantką obu firm, zdecydowałam się na ten gwiezdny tusz w przepięknym opakowaniu. 
Słyszałam już o nim bardzo pochlebne opinie i teraz mam zamiar sama się przekonać, ile w tym prawdy. Aczkolwiek chwilę jeszcze poczeka na swoją kolej, ponieważ tak jak wspomniałam wyżej, na razie używam całkiem nowego tuszu (no, chyba, że będę malowała się nimi na zmianę). 


Jeśli dobrze kojarzę, to jego normalna cena to 139 zł, natomiast jeszcze do jutra można się załapać również na 20% zniżki. 


Uważam, że jego "galaktyczne" opakowanie jest przepiękne, chociaż wiem, że naprawdę nie powinnam się aż tak ekscytować takimi bzdurkami :) 

3 i 4. Następne w kolejności są drobiazgi z The Body Shop. Poszłam właściwie po masło malinowe, ponieważ właśnie jestem na totalnej końcówce mojego letnio-wiosennego ulubieńca grejpfrutowego, a malinę uwielbiam niemal tak samo. Niestety nie ma obecnie żadnych promocji (tylko na balsamy), więc postanowiłam poczekać, a w międzyczasie zużywać to, co mam w zapasie. 

Na miejscu już przypomniało mi się, że już dawno chciałam kupić słynny regenerujący krem do stóp TBS, który poza tym, że świetnie działa, to jest niesamowitym śmierdziuchem. DOSŁOWNIE :) Dlatego najpierw pochodziłam sobie po sklepie z testerem zastanawiając się, czy oby na pewno wytrzymam ten zapach, ale potem stwierdziłam, że jakimś rozwiązaniem są bawełniane skarpetki na noc. 
A mowa o tym panu: 


Do kompletu dorzuciłam bambusowy grzebień z szerokim rozstawem ząbków, który powinien poradzić sobie z moimi niesfornymi czasem lokami (i podobno świetnie się sprawdza przy rozprowadzaniu maseczek na włosach!). 


Ponieważ nieustannie szukam dobrych kremów na noc oraz pod oczy, a chyba nigdy nie miałam żadnego tej firmy, poprosiłam o próbki tychże. Tak więc będę testować :)


Uff, niby wydawało mi się, że nie ma tego dużo, a jednak trochę się uzbierało. Dlatego resztę postaram się maksymalnie skrócić :) 

5. Lipobase, czyli krem apteczny, który w moim przypadku awansuje do miana cudotwórcy. Razem z niepozornym Alantanem. 
Od kilku tygodni bowiem jestem chodzącym kłębkiem nerwów i niestety zaczęło się to tragicznie odbijać na mojej twarzy - na początku byłam przekonana, że to zwykłe uczulenie (zbiegło się to z moimi pierwszymi użyciami pudru bambusowego z BU, więc całą winę zwaliłam na niego), ale kiedy odstawiłam wszystko, co potencjalnie mogło mnie uczulać, a objawy zamiast zanikać, zaczęły się nasilać, nabrałam pewności, że to jednak coś więcej niż uczulenie. 

Dopiero od dosłownie kilku dni moja twarz wraca powoli do siebie, w dużej mierze dzięki temu kremowi. Jeśli więc macie problemy typu potwornie wysuszone partie skóry (ale dosłownie tak, że skóra się łuszczy i schodzi płatami, bez względu na to, jak i czym byście jej nie nawilżały), które w dodatku pieką, swędzą i są zaczerwienione, to naprawdę polecam mieszankę Lipobase + Alantan. U mnie pomogło. Nadal wprawdzie nie jest idealnie, ale przynajmniej nie czuję się już jakbym się upodabniała do zrzucającego skórę gada :))


 6. Balsam do skórek z Lawendowej Farmy, czyli efekt poszukiwania przeze mnie bardziej dostępnej alternatywy dla mojego ukochanego masełka z Burt's Bees. Ten polski balsam to moje odkrycie roku, jest w 100% naturalny, pachnie jeszcze piękniej cytrynką niż jego amerykański odpowiednik i jest dobre parę razy tańszy :)


Stosuję go od niedawna, ale właściwie i tak nie widać najmniejszego ubytku, myślę, że będzie równie, jeśli nie bardziej wydajny, a jedynym problemem może być fakt, iż trzeba go zużyć w ciągu 4 miesięcy.
Jego skład to: olej rycynowy, masło shea, wosk pszczeli oraz eteryczny olejek cytrynowy i wit. E, tak więc jak widać - samo dobro :) 


6. To z kolei jest produkt, który zawsze staram się mieć w domu, czyli najlepszy dla mnie balsam do ust EVER. Moja ulubiona firma NUXE i słynne miodowe masełko REVE de MIEL - ci, którzy nie lubią słoiczków, mogą się zaopatrzyć w wersję w sztyfcie, ale nie wiem, czy jest ona dokładnie taka sama, bo ja zawsze kupuję tę, którą widać poniżej. Kosztuje około 30 zł, ale moim zdaniem warto, ponieważ: a) jest niesamowicie wydajny i b) nic tak nie nawilża i nie odżywia moich ust, jak ten balsam. I wiem co mówię, bo mam na tym punkcie fioła, więc kolekcję produktów do ust mam również niemałą :)



7. I wreszcie najnowszy kolega do kolekcji, chociaż stosunkowo niedawno zarzekałam się, że właściwie mam już wszystkie kolory lakierów, jakie bym chciała. Ale okazało się, że nie do końca i w tej chwili na "chciejliście" są jeszcze dwa odcienie firmy Gosh (swoją drogą czy ktoś wie, czy można je gdzieś nabyć stacjonarnie w Wawie, czy tylko online??) 

A pan poniżej to Essie Bahama Mama, czyli mój faworyt na nadchodzącą jesień - noszę go od tygodnia (co pewnie widać na powyższych zdjęciach) i naprawdę nie pamiętam już kiedy dostałam TYLE komplementów na temat moich paznokci :) 


Tuż przed zrobieniem tego zdjęcia, odprysł mi lakier na środkowym palcu (przy wydłubywaniu szczoteczki z pudełka) :( Poza tym, od siedmiu dni odnotowałam jedynie standardowe ścieranie się na końcach. 


Tu zdjęcia sprzed kilku dni, zrobione w łazienkowym oświetleniu - żadne chyba i tak nie oddaje prawdziwego koloru, ale jest PIĘEEEEKNY :) 



Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji wycieczki do Sephory nie obwąchała paru flakoników :) 
Szukałam wprawdzie dwóch zapachów, których jestem ciekawa, a mianowicie L Lolity Lempickiej oraz Donny Trussardi, ale niestety jak na złość, okazało się, że Sephora wycofała obie firmy ze swojej oferty. 

Zadowoliłam się więc próbką reklamowanej wszędzie Lady Gaga (chociaż nie sądzę, żebym była odpowiednim targetem tego zapachu), jakimś Givenchy oraz czymś, co bardzo mi się na miejscu spodobało i obawiam się, że może się to skończyć wzdychaniem do kolejnej butelki, a potem zakupem :) A mówię o nowym zapachu Gucci pt. Premiere - na pierwszy węch jest naprawdę fajny - elegancki, nie nachalny, dosyć klasyczny. Zobaczę jak zgra się z moją skórą.


I to już koniec, drogie dzieci. W najbliższym czasie nie przewiduję dalszych zakupów (no, chyba że TBS ogłosi promocję na masła do ciała), tak więc pewnie kolejnym wpisem będzie moje drugie denko lub też coś całkiem od czapy :)

niedziela, 2 września 2012

Zapach kobiety, czyli słów parę o moich perfumach.

Dziś będzie leniwy, ale raczej długaśny post o mojej małej domowej perfumerii :)

Oczywiście przesadzam z tą perfumerią, ponieważ chociaż jestem osobą, która dość często zmienia zapachy i raczej nie pachnę ciągle tym samym, to jednak perfum nie kupuję kompulsywnie i raczej dość długo chodzę wokół danego zapachu zanim zdecyduję się na pełnowymiarowe opakowanie. 

Dlatego też rzadko zdarzają mi się zapachowe "pudła", chociaż tak jak napisałam wyżej, zmieniają mi się preferencje i głównie z tego powodu nie kupuję już opakowań większych niż 50 ml, a na ogół ograniczam się do 30 ml. 

W tym momencie mam na składzie te oto buteleczki, za jakiś czas nastąpi pewnie przetasowanie, część z nich bowiem jest na wykończeniu, więc na ich miejsce pojawią się nowe, może też odnowię jakieś starsze znajomości, bo i tak mi się zdarza :) 


Gdybym miała tak najogólniej powiedzieć, jakie zapachy lubię najbardziej, pewnie odpowiedź brzmiałaby: świeże, kwiatowe i owocowe. Myślę, że właśnie wokół tych klimatów obraca się większość moich wyborów. 

Nie będę opisywać nut zapachowych każdej buteleczki, ponieważ obawiam się, że wówczas nikt nie przebrnąłby przez ten wpis :) Jeśli coś Was zaintryguje i chciałybyście dowiedzieć się czegoś więcej o którymś z zapachów, pytajcie, a postaram się uzupełnić informacje. 

A tymczasem zaczynamy. Kolejność jest całkiem przypadkowa, w zależności od tego, która buteleczka wpadła mi w ręce.

1. To najnowszy nabytek, czyli L'eau de Chloe, zielona woda toaletowa, o której wspominałam już TUTAJ. Specyficzny zapach, którego można w pierwszej chwili nie polubić, ale potrafi się przyczepić do człowieka i nie dawać spokoju :)


2. Masaki, o których też już pisałam - TUTAJ.  

Zapach kwiatowo-owocowy - wyraźnie wyczuwalne są w nim liczi, więc na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu. 



 3. Woda toaletowa z Zary - szukałam czegoś nieinwazyjnego i delikatnego na upalne dni i padło na ten zapach. Seria Zara Textures (wspominałam o niej w TYM poście ) to głównie kwiatowe zapachy, mój to bodajże irys, była dosyć tania (coś koło 50 - 60 zł, ale wiem, że na wyprzedażach można było upolować te wody za połowę ceny), dosyć ją lubię, chociaż pewnie nie pobiegnę po kolejną kiedy się skończy :)



4. Balenciaga Paris, czyli z kolei zapach, o którym myślałam odkąd chyba dwa lata temu o nim przeczytałam. Niestety w Polsce wówczas nigdzie nie można było go zdobyć, więc skorzystałam z okazji, że akurat jechałam do Madrytu i stamtąd wróciłam już w towarzystwie tego flakonika.



Ten zapach kojarzy mi się z jesienią i ogólnie z chłodniejszą porą. Jest bardzo kobiecy i klasyczny, ale z pazurem :)  Jeden z moich ulubieńców!


5. Tu mamy mini rodzinkę Daisy Marca Jacobsa, czyli zapach typowo letni i dziewczęcy. Gdybym miała go określić jednym słowem, byłoby to "uroczy" - zarówno buteleczka, z nieco infantylnymi stokrotkami, jak i sam aromat. Lubię i nie wykluczam powrotu do niego za jakiś rok :)


6. To mój kolejny ulubieniec, czyli klasyczne Chloe, z beżową kokardką. Chociaż nie mam jednego, przypisanego do siebie zapachu, to wiem, że wielu moich znajomych właśnie te perfumy kojarzy ze mną - z chęcią wrócę do nich na jesieni, bo uwielbiam się nimi otulać. Ciekawe jest to, że część osób twierdzi, że to bardzo delikatne perfumy, innym z kolei wydają się za bardzo duszące :)


Tu mamy małe Chloe (zielone) i trochę większe (beżowe) :)

Przy okazji można zauważyć jak część flakonika zmieniła kolor - blaszana nakładka utleniła się i "przybrudziła" - to naturalny proces i nie należy się przejmować, że perfumy są nieoryginalne czy coś w tym stylu. Ja swoje kupuję zawsze w sklepach, nie w przypadkowych miejscach, więc tak się po prostu czasem dzieje.


 7. Butelka na wykończeniu, coś, do czego pewnie jeszcze wrócę, czyli Dior Addict Shine. To zapach łagodny, owocowo-kwiatowy, ale z lekką goryczką, jest bardzo...dyskretny, tzn da się go oczywiście wyczuć, ale nie ciągnie się za nami jak aromatyczny ogon. 


 8. To z kolei przykład perfum, które totalnie mi się znudziły. Amor amor Cacharel. Wiem, że ma wiele zagorzałych zwolenniczek i sama jakiś czas temu również do nich należałam i przyznaję, że czasem wyciągam buteleczkę z pudełka żeby ją powąchać, ale naprawdę nie pamiętam już kiedy zdecydowałam się nią psiknąć na ciało. Jakoś przestały mi one "leżeć"...


9. Miss Dior Cherie to perfumy już kultowe, mają piękny flakonik (brakuje pierścionkowej nakładki na korek, w kształcie kokardki, która gdzieś mi wsiąkła), ale na sam zapach muszę mieć odpowiedni dzień. To, podobnie jak Daisy MJ, perfumy typowo letnie, baaaardzo słodkie, dlatego też czasem po prostu doprowadzają mnie do szału. W tym roku prawie skusiłam się na wersję letnią, L'eau de (chociaż teraz nazywają się jeszcze jakoś inaczej), ale ostatecznie wybrałam co innego. Nie wiem, czy po wykończeniu jeszcze do nich wrócę, wydaje mi się, że na ten konkretny zapach jestem już trochę zbyt...dorosła :)


 10. Z kolei Coco Mademoiselle to już mój nie wiem który flakonik, bo łapię się na tym, że chociaż nie używam go często, to kiedy zbliżam się do końca, zaczynam odczuwać rosnący niepokój i jakoś pewniej się czuję gdy mam go w zanadrzu. Gdybym miała wybrać JEDEN jedyny zapach, to jest spore prawdopodobieństwo, że byłoby to właśnie to. Ten zapach to dla mnie kwintesencja elegancji i klasy. To mój ukochany zapach na wieczór i wyjątkowe okazje. Z całą pewnością zużyję jeszcze niejedną buteleczkę.


11. Skoro jesteśmy już przy Chanel, to wspomnę również o Allure, który z kolei był moim ukochanym zapachem parę lat temu (to również nie wiem która butelka i chyba obecnie jedyna "setka" w mojej kolekcji :)) Obecnie nie wiem czemu, ale po jakimś czasie trochę mi działa na nerwy i podejrzewam, że to sprawka wanilii, która się uaktywnia pod koniec. Być może jeszcze kiedyś odnowimy znajomość, na razie raczej czeka nas chwilowy odpoczynek od siebie :)


 12. I chyba ostatni już flakonik, czyli Envy Me by Gucci. Kiedy powąchałam go po raz pierwszy kilka lat temu, zakochałam się w nim i tak było do końca pierwszej butelki. Potem zaraziłam tą miłością moją mamę i niestety kiedy kupiłam po jakimś czasie kolejną butelkę, to już nie był mój zapach, tylko jej. Dlatego pewnie skończy się tak, że również ta buteleczka zmieni właścicielkę, żeby się nie zmarnowała.


 I na koniec kilka próbek, bo tak jak wspominałam na początku, najpierw długo oswajam się z perfumami i sprawdzam jak reagują z moją skórą, zanim zdecyduję, czy się polubimy na dłużej (wyjątkiem był Masaki, jeden z nielicznych impulsywnych zakupów, ale ponieważ nie wydaje mi się, żebym miała po skończeniu buteleczki do niego wrócić, mój wypracowany latami system ostrożnego kupowania, najwyraźniej się sprawdza). 

A testowałam między innymi: Oh Lola! Marca Jacobsa (ostatecznie nie zdecydowałam się na zakup), letnią wersję Miss Dior Cherie (tu nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa), Chance Chanel (miałam, bardzo lubiłam, myślę nad powrotem), zielone Chloe (jak widać wyżej, uwiodły mnie), jakąś Escadę (nie jestem wielką fanką, chociaż na lato była całkiem ok) i nie pamiętam co jeszcze :)


 Ufff, jeśli udało Wam się tu dobrnąć, to ściskam dłoń.

A jak wygląda u Was z zapachami - macie jakiś jeden ulubiony, czy tak jak ja, dopasowujecie je trochę do pory roku, nastroju, okazji i nie wiem czego jeszcze? 
Lubicie perfumy świeże, owocowe, kwiatowe, a może cięższe, orientalne?

Macie jakieś swoje "odkrycie", którym mogłybyście się podzielić? Ja zawsze szukam fajnych, ciekawych perfum, bo nie lubię potem krążyć po sklepie i psikać się w ciemno (i tak po trzech, czterech zapachach, nos odmawia posłuszeństwa), więc chętnie poczytam o Waszych zapachowych fascynacjach. 

 ps. Nie wiem czemu, ale zapomniałam zrobić zdjęcie Hypnose Lancome - powiem tylko szybko, że to był chyba najmocniejszy zapach w mojej kolekcji, teraz jest na wykończeniu i nie jestem pewna, czy będzie kontynuacja tej znajomości, ponieważ pod koniec butelki mocno już mnie męczył. Na pewno coś w sobie ma i muszę powiedzieć, że lubią go mężczyźni - nosząc go, dostawałam wiele komplementów, że pachnę niesamowicie seksownie :)
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...