Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

#SERIALE Co obejrzałam//oglądam 2

Idąc za ciosem, dziś daję Wam znać o kilku serialach, jakie obejrzałam przez te kilka miesięcy i tych, które oglądam nadal. Czy wszystkie polecam? Niekoniecznie. Ale o tym przekonacie się sami za chwilę. 



zdjęcie z serwisu IMDB

To jest nowa produkcja i powiem od razu - jeśli ktoś uwielbiał Hannibala, a po jego zakończeniu odczuwa wewnętrzną pustkę i gorączkowo szuka czegoś, co ją wypełni, to niech już nie szuka, tylko zabiera się za oglądanie. Albowiem serial ten wyszedł spod ręki Bryana Fullera i to widać od pierwszych sekund. Wizualnie jest to prawie taki sam majstersztyk, jak wspomniany Hannibal - poszczególne sceny (nawet te maksymalnie krwawe i obiektywnie dość obrzydliwe) mają w sobie wyszukane piękno (choć jednocześnie wywołują spory dyskomfort). Ogólnie serial oglądam z rosnącą ciekawością, bo zrobiony jest świetnie, chociaż przyznam się, że pojęcia nie mam, w jaką stronę zmierza fabuła. No, ale faktem jest, że zupełnie nie znam powieści Neila Gaimana, na której oparta jest ta historia, więc nie wiem, czego się spodziewać (co jest plusem).

W telegraficznym skrócie dla tych, którzy ostatni rok przesiedzieli pod jakimś wielkim kamieniem i przegapili tę premierę - to jest współczesna (lub wręcz futurystyczna) wersja historii o reinkarnacji bogów i bóstw, którzy przygotowują się do walki o dominację. A w samym środku tej intrygi znajduje się główny bohater, Shadow Moon, który właśnie wyszedł z więzienia i zmaga się z osobistą tragedią.

Właściwie opisywanie fabuły nie ma tu najmniejszego sensu, bo tę opowieść trzeba po prostu chłonąć i dopiero później ewentualnie się nad nią zastanawiać - faktem jest, że podoba mi się zestawienie bogów symbolizujących to, co w znacznej mierze odeszło w zapomnienie, tradycji i dawnych wartości z ultranowoczesnymi bóstwami reprezentującymi przyszłość. Po kilku odcinkach jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej i cieszę się na kolejny sezon.

No i nie mogę zapomnieć o aktorstwie - o Ricky'm Whittle, grającym Shadow Moona w życiu nie słyszałam i zastanawiam się, gdzie on się uchował, bo jest świetny (i do tego tak cholernie przystojny, że skarpetki opadają!!!). No a Ian McShane, jak ktoś celnie ocenił - chyba urodził się, żeby zagrać Mr. Wednesdaya (pomyśleć tylko, że tę postać miał zagrać pierwotnie Nicolas Cage - brrrr!!!!). Wisienką na torcie (póki co) jest jak zwykle cudowna Gillian Anderson jako Media. 

Ostrzegam jednak, że jeśli jesteście bardzo wrażliwi na brutalne i krwawe sceny, to Wasze nerwy mogą zostać wystawione na ciężką próbę - tu właściwie co najmniej połowa scen wywołuje u widza coś w rodzaju zachwytu zmiksowanego z totalnym obrzydzeniem (Hannibal się kłania). 

***
Jako, że lubię właściwie wszystko, co dziwne, nie mogłam oczywiście przegapić kolejnej oryginalnej produkcji, czyli Legionu.

zdjęcie z serwisu IMDB

I tu podobnie jak wyżej - ciężko jest opisać fabułę. Jest ona bowiem tak złożona, że właściwie co chwilę odkrywa się kolejną warstwę - wszystko zaczyna się od tego, że poznajemy głównego bohatera - Davida (świetny Dan Stevens, który przeszedł bardzo daleką drogę od nieco drętwego Matthew z Downton Abbey), który przebywa jako zdiagnozowany schizofrenik w szpitalu psychiatrycznym. No i tu zaczyna się zabawa - okazuje się, że jego choroba to tak naprawdę nie choroba (a może jednak?), tylko David jest jednym z najpotężniejszych mutantów, nieświadomym swoich zdolności. Trafia pod opiekę grupy innych osób o specjalnych "talentach", która w międzyczasie prowadzi walkę o przetrwanie. Opis brzmi beznadziejnie, bo tak jak wspomniałam, serial ten jest wielowymiarowy i w momencie kiedy myślimy, że już wszystko wiemy i nic nas specjalnie nie zaskoczy, nagle następuje obrót o 180 stopni i lądujemy niemal w punkcie wyjścia. 

Zastrzegam, że nie trzeba wcale lubić historii o mutantach, żeby wciągnąć się w Legion - wystarczy oglądać to z otwartą głową i trochę pozastanawiać się, jak to właściwie jest z osobami uznanymi za psychicznie chore - a co jeśli one tak naprawdę wskoczyły po prostu na kolejny, wyższy poziom ewolucji? :) 
***
Na koniec dorzucę serial, na punkcie którego młodsza część internetu oszalała, a z którym ja osobiście mam spory problem. Mowa o: 

zdjęcie z serwisu IMDB

Dla tych z Was, których ominęły bardzo nasycone emocjami dyskusje na ten temat, wspomnę pokrótce, że to serial o nastolatce, która popełniła samobójstwo (nie bójcie się, nie zdradzam tutaj jakichś kluczowych informacji, wszystko jest w oficjalnych opisach). Tyle że tutaj historia jest odwrócona - czyli śmierć Hanny jest punktem wyjścia. Zostawiła ona bowiem po sobie komplet kaset, na których omówiła wszystko, co jej się przydarzyło i co doprowadziło ją do tragicznego końca (tytułowe 13 powodów). Brzmi intrygująco, prawda? Zgadzam się.

Ale. A właściwie ALE.

Tym, co sprawia, że mam niemały problem z poleceniem tej produkcji komukolwiek jest sposób, w jaki twórcy przedstawiają samobójstwo. Otóż tu jest ono pokazane jako zemsta na tych, którzy byli dla bohaterki podli. W związku z czym ona im "pokazuje", że nawet zza grobu potrafi im nieźle dokopać.

I to jest największy zonk z tym serialem.

Wiem oczywiście, że tak naprawdę nie jestem nawet targetem twórców (wiekowo podchodzę już niestety pod grupę rodziców), ale może właśnie dlatego tak wyraźnie rzucają mi się w oczy wszystkie słabości tej historii. Pomijam już kompletnie nierealne nagromadzenie wszelakich nieszczęść, jakie mogą spaść na jedną dziewczynę, ale do tego dochodzi jeszcze irytująca dwuwymiarowość właściwie wszystkich postaci. A nie, przepraszam - właściwie wszyscy przedstawieni tu dorośli są jednowymiarowi - to są postaci wręcz karykaturalne, bo serio nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że pies z kulawą nogą nie zorientowałby się przez tak długi czas, że coś jest nie tak. Do tego jeszcze właściwie żadna z osób nie wzbudza sympatii - Hanna, która chyba z założenia miała być fajną i wyluzowaną dziewczyną z sąsiedztwa jest tak denerwująca, emocjonalnie niedojrzała i naiwna, że przez połowę czasu miałam ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć "dziewczyno, weź się w garść i zajmij się czymś, zamiast dramatyzować!". Nawet Clay, który nieco ratuje całą historię. momentami zachowuje się, jakby jego postać pisało pięć różnych, nie konsultujących się ze sobą osób.

Tak więc mimo wielkiego szału, jaki wywołał ten tytuł, ja jestem na nie. Powiem więcej - nie chciałabym, żeby moja hipotetyczna nastoletnia córka oglądała coś, co mocno sugeruje, że samobójstwo służy do "odegrania" się na tych, którzy nas skrzywdzili. Ten przekaz to moim zdaniem najbardziej niepokojąca i niebezpieczna rzecz związana z tą historią - wzmocniona dodatkowo faktem, że serial naprawdę wciąga (nawet jeśli tak jak ja, ogląda się go z rosnącą niechęcią). 

Na sam koniec napiszę jeszcze tylko, że dużym (jeśli nie jedynym) plusem tej historii na pewno jest muzyka. Myślę, że wiele młodych osób odkryło m.in. dzięki niemu  Joy Division, a z kolei kawałek pt. The Night We Met Lorda Hurona zostanie ze mną na długo. 

***
Miałam jeszcze zamiar wspomnieć o najbardziej wyczekiwanym powrocie ever, czyli 3 sezonie Twin Peaks (ci z Was, którzy są ze mną długo lub znają mnie osobiście, wiedzą, że to jest mój absolutny numer 1 wśród wszystkich seriali świata - poświęciłam mu zresztą oddzielny wpis TUTAJ). Postanowiłam jednak, że zaczekam do końca, bo po 6 dotychczasowych odcinkach ciężko cokolwiek powiedzieć, poza WTF, które ciśnie mi się na usta właściwie co 5 minut :) No i nadal czekam na Audrey Horne, bo bez niej ten serial dla mnie nie istnieje. Tak więc nie bójcie się, na pewno jeszcze wrócimy do tego tematu.

zdjęcie z serwisu IMDB

Standardowo ciekawi mnie, czy widzieliście któryś z ww tytułów, a jeśli tak, to co o nich myślicie. A może macie swoje typy do polecenia (lub unikania)? Zawsze chętnie zbieram kolejne inspiracje!

A jeśli ktoś czuje niedosyt, to TUTAJ  jest poprzedni wpis z tej serii. 

sobota, 10 września 2016

#FILMY Obejrzałam, polecam

Filmy i mnie łączy specyficzna relacja. Z pewnością jest to dziedzina (czy filmy mogą być "dziedziną"?) bardzo mi bliska i w swoim życiu obejrzałam naprawdę mnóstwo tytułów. Ale przyznam się, że ten związek (jak to zwykle ze związkami bywa) ma swoje wzloty i upadki - ostatnio z przewagą tego drugiego elementu. Czasem potrafię nie oglądać nic całymi miesiącami, żeby potem nadrabiać po kilka filmów dziennie. You just never know...

Tym razem chcę Wam krótko wspomnieć o trzech obrazach, które obejrzałam w ramach relaksu i które okazały się całkiem trafionymi wyborami. W sumie to w sam raz na końcówkę lata - nie są to bowiem żadne ciężkie i dołujące dramaty (bo do takich zwykle mam słabość), ale raczej lżejsze pozycje. 

(zdjęcia ze strony IMDB)

1. NICE GUYS (2016) - to najnowsza rzecz, bo w sumie całkiem niedawno była w kinach (a może nawet nadal jest). Jeśli ktoś przegapił, to w sumie warto przy okazji poszukać, bo to jest rozrywka na całkiem przyzwoitym poziomie. Rozpoczynając seans byłam przekonana, że będzie to taka głupawa komedia i właściwie skusiłam się na nią wyłącznie ze względu na duo Russel Crowe - Ryan Gosling. No i przyjemnie się zaskoczyłam, bo okazało się, że elementy komediowe owszem, są (i to sporo, więc naprawdę można zdrowo popracować przeponą), ale nie tylko, bo tak naprawdę to jest takie lżejsze nawiązanie do retro kryminałów i kina noir. Mamy więc i intrygę kryminalną (która jest niestety najsłabszym elementem fabuły), morderstwo (nawet niejedno), ale przede wszystkim mamy absolutnie cudownie niedopasowaną parę głównych bohaterów, z których jeden jest życiowym nieudacznikiem i totalną łamagą (ale zaskakująco logicznie myślącą), a drugi miota się pomiędzy postępowaniem godnym bohatera, a działaniami eliminującymi "tych złych" raz na zawsze. Ekranowa chemia pomiędzy Goslingiem i Crowe jest nie do przecenienia, ich dialogi (i ogólnie klimat lat 70. ubiegłego wieku) i fajna postać wyjątkowo rozgarniętej córki jednego z nich to najmocniejsze elementy tego filmu. Jeśli więc szukacie czegoś niespecjalnie ambitnego, ale przyjemnego, to polecam. Bonusem jest gościnny występ Kim Basinger (która wprawdzie bardziej zwraca na siebie uwagę liczbą operacji plastycznych niż rolą, ale cóż poradzić - no mam do niej słabość), więc jeśli komuś (tak jak mnie) sprawia przyjemność wynajdywanie smaczków typu "ojej, Russel i Kim razem w filmie po tylu latach!", be my guest :) Jeszcze jedno - kojarzycie najnowszą reklamę perfum Kenzo, która ostatnio zrobiła totalną furrorę w necie? Tę z tańczącą dziewczyną w zielonej sukience? Jeśli tak, to napiszę tylko - to jest córka Andie MacDowell, nazywa się Margaret Qualley i też tu występuje :) 

(zdjęcia ze strony IMDB)


2. Drugi tytuł jest z 2013 roku i jest dokładnie tym typem filmu, które po prostu uwielbiam. THE GRAND SEDUCTION ("Wielkie uwodzenie") to taka niszowa, ciepła komedia, łapiąca za serce od pierwszych minut, przy której można się odrobinkę wzruszyć, ale przede wszystkim porządnie wyśmiać. Jeśli ktoś kojarzy "Angel's Share" ("Whisky dla aniołów), to to jest ta sama rodzina filmów. 
Mamy tu maleńką nowofunlandzką rybacką wioskę (a właściwie "port", jak uparcie powtarza jedna z postaci) Tickle Head, której mieszkańcy  po latach względnie dobrego życia, ledwo wiążą koniec z końcem (do tej pory całe pokolenia utrzymywały się z łowienia ryb, które zostało zabronione i dziś praktycznie wszyscy są na zasiłku). Gdzieś tam na horyzoncie pojawia się światełko w tunelu, w postaci fabryki, która mogłaby dać pracę właściwie wszystkim mieszkańcom. Jest tylko jedno ale. Żeby inwestycja doszła do skutku, wioska (port) musi mieć lekarza na stałe. Szczęśliwym trafem do Tickle Head zostaje oddelegowany na karny miesiąc młody doktor. I tu zaczyna się właściwa fabuła - cała zabawa bowiem polega na tym, żeby przez ten miesiąc zdołać przekonać miastowego gryzipiórka, że ta zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata jest jego wymarzonym miejscem do życia. Nie będę Wam zdradzać więcej, ale wierzcie mi, że jeśli bliskie jest Wam brytyjskie poczucie humoru (chociaż sam film jest kanadyjski), to nie będziecie żałować ani minuty - nie pamiętam już, kiedy śmiałam się na filmie tak głośno (sceny z krykietem, czy słuchaniem jazzu są absolutnym mistrzostwem). Dodatkowo, tak jak wspomniałam na początku, "Wielkie uwodzenie" ma w sobie naprawdę dużo uroku i lekkości, więc jeśli szukacie czegoś fajnego na zbliżające się jesienne wieczory, to zainteresujcie się tym klejnocikiem. Warto!

(zdjęcia ze strony IMDB)

3. Przyznam się, że zastanawiałam się, czy dorzucać tu ostatni tytuł. "UN PEU, BEAUCOUP, AVEUGLEMENT"(2015) ("Randka w ciemno") obejrzałam wprawdzie bez bólu, a nawet z jakąś tam przyjemnością, ale jednocześnie ma on w sobie coś, co może trochę drażnić. Jeśli chodzi o mnie i tzw. romkomy, łączy nas prawdziwie dziwna relacja - raz na jakiś czas łapię się na chęci obejrzenia czegoś z tego gatunku, po czym z reguły niemalże odchorowuję taki seans, bo liczba pojawiających się w nim banałów przyprawia mnie o zgagę. I w sumie tu było podobnie. Żeby nie było - UWIELBIAM niemal wszystkie kultowe komedie romantyczne z lat 90. i z dalszych dwóch dekad (zwłaszcza te z Meg Ryan, kiedy jeszcze wyglądała jak Meg Ryan, a nie własna karykatura), ale właściwie niewiele jest późniejszych pozycji z tego gatunku, do których mam słabość. 
Francuzi jednak mają czasem talent do pokazywania dość oczywistych rzeczy w sposób nieco odmienny, co - tak jak w wypadku tego filmu, nadaje im trochę świeżości. Tu więc standardowo mamy kobietę i mężczyznę i właściwie od początku doskonale wiemy, jakie będzie zakończenie (ale ustalmy, takich filmów nie ogląda się dla suspensu), ale to, co dzieje się pomiędzy, jest trochę inne - aż do ostatniej sceny bowiem, żadne z nich nie widzi tego drugiego - a dlaczego, tego Wam nie powiem :) To jest zdecydowanie film dla osób, które lubią filmy o prostej fabule (wiecie - X spotyka Y, nie lubią się, fukają na siebie, potem jest dobrze, potem jest źle, w międzyczasie pojawiają się skrótowe wątki poboczne z bliskimi z ich otoczenia - zazwyczaj jest to jedna osoba z jej strony i jedna z jego, bum, happy end), więc nie spodziewajcie się tu nie wiadomo czego, ale powiem tak - jeśli macie chęć na coś lekkiego i odmóżdżającego (ale jednocześnie nie totalnie kretyńskiego, tylko z takim francuskim charmem), to poszukajcie sobie tego tytułu. 

Podejrzewam, że następna odsłona tego cyklu będzie zdecydowanie cięższa, bo jednak trochę się zasłodziłam tymi filmami (a ja zdecydowanie jestem tym masochistycznym typem, który lubi, kiedy film daje mocno po głowie i po którym muszę psychicznie dochodzić do siebie przez długie tygodnie :)) 

A jak u Was - obejrzeliście ostatnio coś fajnego? 

czwartek, 1 września 2016

#SERIALE Co oglądam?

Ci z Was, którzy są ze mną dłużej wiedzą, że jestem totalną serialomaniaczką. Od zawsze. Z reguły kuszę się na coś, co ma ciekawie zapowiadający się wątek kryminalny, ale nie tylko. Czasem zdarzają mi się również tzw. "guilty pleasure", czyli tytuły, które dalibóg nie wiem, jak i skąd się wzięły na mojej liście, ale potrafią tkwić tam uparcie całymi latami. 

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bo chcę Wam polecić dwa bardzo dobre tytuły, jeden średni i wspomnieć o jednym gp. 

1. "Mr Robot" to moje odkrycie przełomu roku - pierwszy sezon wciągnął mnie błyskawicznie, bo nawet dla takiej serialowej wyjadaczki jak ja, był to powiew świeżości. Nie będę Wam opisywać fabuły, wystarczy, że wejdziecie sobie na IMDB albo jakiś polski portal. Dość powiedzieć, że najwięcej chyba jest tam psycho- i socjologii, ale podanej w bardzo oryginalny sposób. Ten serial jest mroczny, duszny, ale nie w żaden krwawy czy makabryczny sposób, raczej przez to, jak pokazuje nasz współczesny świat, z wszechobecnym konsumpcjonizmem i korporacjami, które robią z nas automaty. Bohaterem jest Elliot - genialny haker, grany koncertowo przez Ramiego Malka. To młody chłopak, totalnie nieprzystosowany do życia w społeczeństwie, raczej funkcjonujący sobie gdzieś na uboczu, który nagle staje się katalizatorem antytechnologicznej rewolucji. I tyle Wam powiem. No dobra, jeszcze dodam, że serial ma drugie i pewnie trzecie dno, więc niech po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków nie przyjdzie Wam do głowy, że już wszystko wiecie - parafrazując powiedzonko z Gry o Tron, you know nothing! Aa, jeszcze mała wisienka na torcie - gra w nim dawno nie widziany (przynajmniej przeze mnie) Christian Slater!

(zdjęcia ze strony IMDB)

2. Drugim tytułem, o którym chcę napisać kilka zdań, jest wielki powrót Winony Ryder (najpierw Slater, teraz Winona - ten wpis jest niczym minipodróż sentymentalna w przeszłość), czyli "Stranger Things". Serial póki co - jednosezonowy (ale oczywiście z potencjałem na kontynuację), wykręcony jak świński ogonek i idealnie wręcz wpisujący się w nurt nostalgii za minionymi czasami. A konkretnie za latami 80. Bo ten serial jest właśnie taki. To połączenie "Z Archiwum X" z "Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia", z domieszką Stephena Kinga oraz... Scooby Doo. Jeśli lubicie klimaty trochę sci-fi, z odrobiną horroru (ale naprawdę odrobiną) i jeszcze do tego macie sentyment (albo wręcz urodziliście się w tych czasach) do lat 80., to powinno się Wam spodobać. Bonusem jest naprawdę prześwietna gra dzieciaków występujących w rolach głównych, z dwunastoletnią Millie Bobby Brown na czele (warto zapamiętać to nazwisko! Swoją drogą, bardzo mi ona momentami przypomina młodziutką Natalie Portman z czasów "Leona zawodowca" i trzymam kciuki, żeby jej kariera okazała się równie udana, co starszej koleżanki po fachu). I soundtrack :)

(zdjęcia ze strony IMDB)

To były dwa polecane seriale. 

Tym trzecim - średnim, o którym chciałam szybko wspomnieć, jest "The Path", czyli coś w sumie trochę dla mnie nietypowego - jest to bowiem historia małżeństwa funkcjonującego w sekcie. Dzieją się tam różne rzeczy, czasem mniej, czasem bardziej ciekawe, ogólnie chyba najbardziej podoba mi się pokazanie takich z pozoru normalnych ludzi, którzy kiedy trochę poskrobać, okazuje się, że mają nieźle zrypaną psychikę. Momentami ciężko mi się to oglądało (bo niektóre decyzje bohaterów były dla mnie totalnie kosmiczne i w ogóle nie miały przełożenia na mój własny punkt widzenia), ale jeśli interesuje Was chociaż trochę taka psychologiczna "egzotyka", to polecam. Nie ukrywam, że na początku złapałam się na nazwiska (występuje tam Hugh Dancy, Aaron Paul i Michelle Monaghan).

(zdjęcia ze strony IMDB)

I na koniec przyznam się do wspomnianej na początku "guilty pleasure", którą jest "The Last Ship". Zaczęłam to oglądać z sympatii do Erica Dane i akcentu Rhony Mitry, no i przyznam się, że wsiąkłam, chociaż zwłaszcza przy drugim [EDIT: TRZECIM, bo jak sobie uświadomiłam dzięki komentarzowi jednej z Was, scaliłam sobie w głowie dwa pierwsze sezony razem] sezonie przeżywam kryzys niemal przy każdym odcinku. Najkrócej mówiąc, jest to propagandowa pocztówka dla Amerykanów, więc jeśli ktoś ma jakiś problem z tym krajem, to lepiej niech sobie daruje, bo się wykończy psychicznie :) Natomiast jeśli przymkniemy oko na ten mocno kiczowaty i pokazowy patriotyzm, a lubimy klimaty epidemiologiczno-nautyczne, to mamy szansę się nieźle bawić. Zwłaszcza przy pierwszym sezonie, bo trzeci jest jakimś szalonym tworem dryfującym w tak różnych, mocno absurdalnych kierunkach, że oglądam go z rosnącym niedowierzaniem. To jest pozycja z cyklu tych na maksa odmóżdżających, bo nie liczcie, że dowiecie się z niej czegoś nowego (może z wyjątkiem specjalistycznego słownictwa związanego z opracowywaniem lekarstwa na śmiertelny wirus lub prowadzenia działań wojennych na morzu).
(zdjęcia ze strony IMDB)

Znacie opisywane przeze mnie tytuły? Jeśli tak, to napiszcie, co o nich myślicie. 

sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

środa, 11 czerwca 2014

Jak pięknie opowiedzieć o wojnie - filmowo o "Mandarynkach"

Ponieważ zbliża się weekend, czyli moment, kiedy często szukamy czegoś ciekawego do obejrzenia w kinie, mam dla Was kolejną polecankę - film, na który najchętniej zaciągnęłabym (nawet siłą) wszystkich swoich znajomych oraz znajomych znajomych, bo to przepiękna produkcja, którą można łatwo przegapić wśród lepiej rozreklamowanych tytułów.  



„Mandarynki” to skromny, ale przejmujący, rozpisany właściwie na cztery głosy (z gościnnym występem kilku epizodycznych postaci) dramat, będący jednocześnie subtelnym antywojennym manifestem, a nawet moralitetem traktującym o najważniejszych ludzkich wartościach oraz zachowaniach w czasie najtrudniejszej próby, jaką jest wojna.  

Film zdobył m.in. nagrodę publiczności na ubiegłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym i naprawdę gorąco namawiam do odszukania go w swoim kinie, bo osobiście dawno już nie widziałam tak prostej i poruszającej historii. 

W szerszej perspektywie, gruziński reżyser (i scenarzysta) Zaza Urushadze pokazuje nam fragment wojny w Abchazji w 1992 r., podczas której siły gruzińskie próbowały powstrzymać abchaskie dążenia do niepodległości. Jednak w filmie sama wojna toczy się daleko w tle, a my obserwujemy jej wpływ na dwóch podstarzałych Estończyków, którzy w przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców małej anonimowej wioski nie opuścili jeszcze swoich domów i nie wrócili do kraju swoich przodków. Postacią, wokół której koncentruje się akcja, jest cieśla Ivo, który pomaga swojemu sąsiadowi i przyjacielowi - Magnusowi przy wyjątkowo obfitym corocznym zbiorze mandarynek. Choć mężczyzn różni właściwie wszystko - począwszy od temperamentu, życiowej mądrości (widać wyraźnie, że Ivo jest dla Magnusa swego rodzaju mentorem), jak i podejścia do przyszłości (Magnus nieustannie planuje wyjazd tuż po zakończeniu zbiorów, Ivo natomiast bardzo niechętnie podejmuje ten temat), to ich surowa przyjaźń opiera się zarówno na współpracy, jak i żartobliwym przekomarzaniu się i ani przez moment nie wątpimy w jej szczerość. 

Zarówno bohaterowie, jak i widzowie wiedzą, że prędzej czy później odległa wojna dosięgnie i ich i faktycznie dzieje się tak za sprawą dwóch rannych żołnierzy, którzy pojawiają się dosłownie na progu jednego z domów. Żeby jednak nie było tak „łatwo” i przyjemnie, jeden z nich okazuje się czeczeńskim najemnikiem (walczącym po abchaskiej stronie), a drugi Gruzinem, co czyni z nich śmiertelnych wrogów. I tu rozpoczyna się właściwa treść filmu. Ivo mając świadomość tego, że nie da rady bezustannie kontrolować obu ocalałych, krok po kroku, bez zbędnych słów, czy sentymentów doprowadza do tego, że zarówno temperamentny Ahmed, jak i spokojniejszy Nika zaczynają dostrzegać (choć z początku bardzo niechętnie) w swoim przeciwniku, człowieka. 

Reżyserowi udała się trudna sztuka nakręcenia subtelnego filmu o wojnie, który tak naprawdę opowiada o czymś o wiele głębszym - o istocie człowieczeństwa, o godności, szacunku i cichej odwadze. A wszystko to podane jest w prostym, bezpretensjonalnym tonie, pozbawionym nachalnego moralizowania, co sprawia, że „Mandarynki” są surowym, ale jednocześnie poetyckim obrazem, który bawi i wzrusza, a także zmusza nas do zastanowienia się nad tematami nieodłącznie związanymi z wojną - nienawiścią, uprzedzeniami, pojednaniem, miłosierdziem, a także miejscem jednostki w krwawej zawierusze. 

Postać Ivo, z jego wydawałoby się naiwną (ale nienaruszalną) wiarą w honor człowieka oraz konserwatywnym moralnym kompasem, jest prawdziwym fundamentem tej historii, a jedna z ostatnich scen, podczas której dowiadujemy się dlaczego tak naprawdę ciężko mu rozstać się z tym miejscem i zdecydować na wyjazd do Estonii, jest naprawdę poruszająca. Zresztą cały obraz jest podobny do tej postaci - szczery, bezkompromisowy i skoncentrowany na najprostszych rzeczach.  

Zamysł przedstawienia ciężkiego tematu wojny w taki, można powiedzieć wręcz intymny sposób, okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem dzięki temu „Mandarynki” zapadają głęboko w pamięć i choć osadzone w egzotycznym otoczeniu, od pierwszych scen nabierają uniwersalnego wydźwięku - tak naprawdę bowiem nie jest ważne gdzie, kto i z kim walczy. Istotne staje się „dlaczego”. A także jak wpływa to na nasze człowieczeństwo. I za zadanie tych pytań reżyserowi należą się oklaski. 

Warto wspomnieć również o przepięknych zdjęciach autorstwa Reina Kotova, któremu udało się sprawić, że film rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni ani przez moment nie staje się nużący, ani klaustrofobiczny - wręcz przeciwnie - zapierające dech w piersiach widoki stają się idealną przeciwwagą dla niełatwej tematyki filmu. 

Jednym zdaniem - jeśli lubicie DOBRE KINO, to maszerujcie czym prędzej do kina na "Mandarynki", dopóki jeszcze je grają! 

poniedziałek, 12 maja 2014

Allenus Pimpus Maximus - o filmie "Casanowa po przejściach"

Nawet nie będę udawać, że nie przeżywam obecnie kolejnej odsłony kryzysu blogowego, bo chyba widać to czarno na białym...

Wierzcie mi jednak, że staram się ogarnąć i jakoś dojść w końcu do tego, w którą stronę chciałabym ruszyć, ale uprzedzam, że może to potrwać jeszcze chwilę (lub pięć).  

A w międzyczasie idźcie do kina. Bo warto :) Nawet ci z Was, którzy nie przepadają za moim ukochanym brzydalem. 


Zacznijmy od tego, że Casanowa po przejściach to NIE JEST nowy film Woody'ego Allena, wbrew temu, co perfidnie próbuje nam dać do zrozumienia na plakatach dystrybutor i na co łapią się nawet ci, którzy są z nowościami w miarę na bieżąco.

Skoro już sobie ustaliliśmy oczywiste, mogę przejść do tematu właściwego, a mianowicie samego filmu.

Reżyserem, scenarzystą i odtwórcą głównej roli jest aktor John Turturro i tu mamy pierwszą niespodziankę, albowiem do tej pory nie był on raczej kojarzony z kimś, kogo określilibyśmy mianem "seksownego", czy "pociągającego". Już sam temat męskiej prostytucji (bo o tym najogólniej mówiąc opowiada film) był mocno ryzykowny i muszę przyznać, że jestem pełna podziwu, z jaką lekkością (ale daleką od banału!) twórcy udało się wciągnąć widzów w historię florysty w średnim wieku, który za namową swojego przyjaciela (w tej roli naprawdę świetny i zabawny Woody Allen) rozpoczyna dość zaskakującą i zawrotną karierę pana do towarzystwa dla majętnych znudzonych pań. 


Właściwie od pierwszych scen w filmie widać rękę Allena (lub też zwyczajnie wpływ jego dzieł na autora) - zarówno sam scenariusz, jak i sposób opowiadania historii są bliskie reżyserowi, podobnie jak skrupulatnie wyważony balans pomiędzy komedią, a scenami silniej naładowanymi emocjonalnie (oraz naprawdę świetnym zakończeniem, które pozwoliło zachować pozory realizmu w tej niezwykłej opowieści). 

W pierwszej i głównej warstwie fabularnej, "Casanowa po przejściach" jest po prostu lekką komedią, która rozpoczyna się kiedy podstarzały właściciel antykwariatu z książkami (Allen) wdaje się w rozmowę ze swoją panią dermatolog (niezmiennie pociągająca Sharon Stone) na temat jej erotycznej fantazji o udziale w "trójkącie" wraz ze swoją przyjaciółką (Sofia Vergara) oraz mężczyzną, który nie będzie jej mężem. Niewiele myśląc, Murray poleca do tej "usługi" swojego przyjaciela, Fioravante (Turturro), który po pierwotnych oporach, ostatecznie wyraża dość niechętną zgodę. I tak zaczyna się kariera "więdnącego żigolaka", ponieważ dość niespodziewanie nasz florysta wykazuje wrodzony talent do odczytywania kobiet (a każda z bohaterek, bez względu na to, jak otwarcie i bezpruderyjnie by się nie wypowiadała na głos, tak naprawdę bardziej niż samego seksu, spragniona jest intymności i czułości).

Specyficzne przedsięwzięcie panów zaczyna się rozwijać, przy nader aktywnym udziale Murraya "Bongo" i w tym momencie w filmie następuje zwrot w dość nieoczekiwanym kierunku. Poznajemy bowiem kolejną potencjalną klientkę, Avigail (Vanessa Paradis), która jednak różni się od poprzedniczek właściwie wszystkim. To piękna i bardzo samotna wdowa po żydowskim rabinie, która żyje (chociaż lepszym określeniem byłoby "egzystuje") w zamkniętej chasydzkiej nowojorskiej społeczności (tu kolejny ukłon w stronę Turturro, który pokazał tę egzotyczną enklawę w zabawny sposób, ale jednocześnie unikając ostentacyjnego ośmieszenia jej członków), pod uważnym okiem ortodoksyjnego oficera sąsiedzkiego patrolu (bardzo sympatycznie rozwijająca się rola Lieva Schreibera). Murray, sam będąc niezmiernie dalekim od wszelkiej ortodoksyjności Żydem, rozpoczyna swoistą misję uzdrowienia nieszczęśliwej kobiety, popychając ją lekko, acz zdecydowanie w ramiona Fioravante. I właśnie ten wątek stanowi element, który z łatwością mógł pogrzebać cały film, a który ostatecznie okazał się jego najmocniejszą stroną. Turturro bowiem portretuje zarówno swojego bohatera, jak i wszystkie partnerujące mu osoby z niesamowitą wręcz wrażliwością, unikając zarówno moralnego oceniania specyficznego "fachu", czy też pobudek innych postaci. Poza autentycznie zabawną historią w filmie obserwujemy także narodziny uczucia, pokazane z prawdziwą delikatnością i czułością.  

Myślę, że ten film spodoba się wielbicielom Woody'ego, zwłaszcza tym, którzy z nostalgią wspominają jego wcześniejsze tytuły, takie jak "Hanna i jej siostry", czy choćby "Tajemnicę Morderstwa na Manhattanie". Jednak nawet ci, którzy nie przepadają za neurotycznym nowojorczykiem, mają szansę dobrze się bawić przy tej pełnej ciepła i bezpretensjonalnego humoru historii. 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Nierzeczywistość - filmowo o Shirley, wizje rzeczywistości

Niedawno obiecywałam, że napiszę o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki zdarzyło mi się obejrzeć jakiś czas temu i dziś spełniam tę obietnicę. Film, o którym chcę wspomnieć, to dowód na to, że nawet jeśli wydaje nam się, że wszystko zostało już powiedziane/ napisane / pokazane, to zawsze jest jeszcze miejsce na znalezienie oryginalnego sposobu przekazania swoich przemyśleń i pokazania własnej wizji świata. 

Przełożenie rzeczywistości przedstawionej przez malarza na język filmowy wydaje się szalenie karkołomnym przedsięwzięciem. Jeśli w dodatku malarzem tym jest Edward Hopper, hiperrealistyczny portrecista "amerykańskości", ów projekt zaczyna kojarzyć się ze stąpaniem po bardzo kruchym lodzie. W filmie Shirley: wizje rzeczywistości zmierzył się z tym austriacki eksperymentator Gustav Deutsch, który stworzył niezwykły cykl z 13 reprodukcji, powołując je (dosłownie!) do życia i obudowując subtelną historią. Deutsch wybrał z twórczości malarza obrazy, które przedstawiane jeden po drugim, faktycznie zdają się tworzyć pewną ciągłość. Na ekranie widzimy m.in. takie dzieła jak "Hol hotelowy", "Kobietę w słońcu", "Hotelowy pokój", "Nowojorskie kino", czy "Biuro nocą", umieszczone na tle wybranych epizodów z amerykańskiej (i światowej) historii podczas trzech dekad XX wieku. 


Bohaterką filmu jest tytułowa Shirley, rudowłosa aktorka, która swoją opowieścią prowadzi widza przez wyselekcjonowane wydarzenia historyczne mające miejsce w latach 1931-1963. Shirley poznajemy w pociągu, podczas czytania poezji Emily Dickinson - ta scena to ożywiony obraz "Chair car" z 1965 r. (ten sam obraz stanowi klamrę spinającą film) i trzeba przyznać, że już od pierwszej chwili pokazywany nam świat dosłownie zapiera dech w piersiach. Zarówno perfekcyjne odwzorowanie hopperowskich wnętrz, idealnie dobrana fizyczność aktorów oraz gra światłem i kolorem sprawiają, że w ciemnej sali kinowej na nowo odkrywamy świat ukryty w znanych obrazach malarza. 


Shirley: wizje rzeczywistości to triumf wyobraźni, w którym każdy obraz stanowi kolejny przystanek na życiowej drodze bohaterki - w swoich pozaekranowych monologach komentuje ona zarówno wydarzenia z własnego życia prywatnego i zawodowego, jak i to, czego dowiaduje się z wiadomości. Każdą scenę poprzedza fragment radiowych informacji, który nadaje temu, co dzieje się w życiu kobiety szerszy wymiar polityczno-społeczno-kulturalny i umieszcza ją w relacji do tego, co rozgrywa się niejako "w tle" - w tym m.in. czasów Wielkiego Kryzysu, wybuchu Drugiej Wojny Światowej, antykomunistycznej nagonki, przemian społecznych i ruchu na rzecz zniesienia dyskryminacji rasowej w latach 60. ubiegłego wieku etc. 


Sama Shirley wydaje się być niejako "zawieszona" w czasie (w podobny zresztą sposób sama określa podróż pociągiem - jako "stan pomiędzy przeszłością a przyszłością"), zmienia się tylko jej otoczenie, wykreowane przez Hoppera oraz twórców filmu. Bohaterka jest kobietą nowoczesną, która woli tworzyć swoją własną rzeczywistość, aniżeli zaakceptować to, z czym się nie zgadza. Jej niezależne poglądy są często punktem wyjścia do bardziej ogólnej dyskusji, a jej komentarze odnoszą się zarówno do wydarzeń z pierwszych stron gazet (jak np pogłębiające się w wyniku międzywojennej depresji bezrobocie, personalne tragedie związane z antykomunistycznymi wystąpieniami znanych osób, np Eliego Kazana), jak i do prywatnych spraw (choroba partnera). Jak powiedział sam reżyser - ogólna historia składa się z osobistych opowieści i to właśnie stanowi najważniejsze przesłanie tego niezwykłego filmu. 


Jednocześnie przez cały pokaz nie jesteśmy w stanie zapomnieć, że głównym tematem twórczości Hoppera była samotność i to doskonale widać praktycznie na każdym z jego obrazów. Zawieszone między czasem a przestrzenią wnętrza ukazują zagubione postaci, które nawet będąc obok siebie, nie przestają być ani na moment odizolowane od innych. Jego dzieła przepełnione są melancholią i stanowią z reguły opowieść o tym, jak wyglądamy, kiedy za zamkniętymi drzwiami pozwalamy opaść maskom i stajemy twarzą w twarz z naszym wewnętrznym smutkiem. Właśnie ten smutek, ale i swego rodzaju nostalgię udało się genialnie uchwycić austriackiemu reżyserowi w tym dziwnym, przepięknym i pełnym trudnego do opisania napięcia filmie.

Dla mnie było to naprawdę niezwykłe doświadczenie, zwłaszcza że Hopper to jeden z moich ulubionych malarzy (jego najsłynniejszą reprodukcję Nighthawks mam zarówno jako tapetę w telefonie, jak i w centralnym miejscu na ścianie przy wejściu do mieszkania). 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Moje lektury - Cody McFadyen

Żeby na blogu nie zrobiło się znowu monotematycznie-filmowo, dziś będzie książkowy przerywnik. 

Kryminalny, a jakże. Nie-kryminały też czytam i pewnie kiedyś się podzielę z Wami przemyśleniami na temat wybranych tytułów, ale to jeszcze nie ten dzień, moi drodzy. 

Najpierw krótki wstęp (coby tradycji stało się zadość). Otóż posiadam ci ja cholernie bujną wyobraźnię (o czym mogą świadczyć choćby moje sny, czasem rozrastające się do fabularnych superprodukcji) i właściwie niewiele mi trzeba, żeby zaczęła ona pracować na pełnych obrotach. Ponieważ jednak czytam naprawdę sporo, z upływem czasu (i kolejnymi pozycjami), moja wrażliwość na drastyczne opisy nieco się stępiła. Oczywiście nadal często w trakcie lektury boję się tak, że nie jestem w stanie niczego przełknąć, nadal sprawdzam po trzy razy, czy na pewno dokładnie zamknęłam mieszkanie, a także czy pod moją nieobecność nikt nie schował się w szafie lub pod łóżkiem (serio, serio!), ale faktem jest, że zdecydowanie łatwiej przyswajam wszelkie okropności opisywane przez kolejnych autorów. 

Jak każdy, mam jednak nadal takie tematy, które działają na mnie mocniej niż pozostałe. Dla mnie jest to m.in. wszelkiego rodzaju manipulacja psychologiczna, która prowadzi do krwawych dramatów. W ogóle temat wchodzenia w czyjąś głowę i ukierunkowywania go w jakikolwiek sposób dość mocno mnie fascynuje, dlatego jeśli książka choćby ogólnie krąży wokół takiej tematyki, to na starcie zyskuje u mnie spore szanse. 

Dziś chciałam polecić Wam dwa tytuły amerykańskiego autora Cody'ego McFadyena i z miejsca uprzedzam, żebyście zignorowali zawarte na okładce jednego z nich hasło o "najbardziej przerażającym psychopacie od czasów Hannibala Lectera" (czyli coś, co dla mnie osobiście jest zazwyczaj najlepszą antyreklamą książki, jaką można sobie wyobrazić - uznaję to bowiem za protekcjonalne traktowanie mnie-czytelnika jak idioty bez umiejętności wyrabiania sobie własnej opinii), a także żebyście upewnili się, że należycie do czytaczy o raczej mocnych nerwach. Bo opisy są naprawdę drastyczne. I szczegółowe. 



Zarówno "Cień", jak i "Maska śmierci", które są początkiem serii, mają tych samych bohaterów. Na pierwszym planie jest agentka specjalna FBI Smoky Barrett, która ewidentnie ma coś z Clarice Starling z "Milczenia owiec" - to trochę jej duchowa siostra, aczkolwiek zdecydowanie mocniej poharatana (dosłownie i w przenośni) przez los -  McFadyen poszedł o krok dalej niż Harris i postanowił wprowadzić nas w życie swojej bohaterki w momencie, kiedy zmaga się ona z życiową traumą. Ten wątek bardzo przypadł mi do gustu - fakt, że od samego początku obserwujemy, jak Smoky miota się i wręcz szaleje pod wpływem niewyobrażalnej straty, ale jednocześnie za wszelką cenę próbuje wziąć się w garść i znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, od razu sprawił, że polubiłam zarówno ją, jak i autora. W "Cieniu" bardzo podoba mi się także sama fabuła - począwszy od nawiązania do Kuby Rozpruwacza, przez zagęszczającą się atmosferę i naprawdę ciekawe opisy prowadzenia śledztwa. To, do czego mogę się przyczepić, to trochę za mały wybór podejrzanych (i w rezultacie brak zaskoczenia pod koniec, ponieważ już od dłuższego czasu podejrzewałam, kto stoi za całą intrygą) oraz maksymalnie schematyczne postaci zespołu Smoky. O ile jeszcze w pierwszej części można się skupić bardziej na wciągającej fabule i zignorować nieustanne zachwyty idealnymi przyjaciółmi i współpracownikami, tak już przy drugim tomie ta euforia zaczynała mi porządnie działać na nerwy. Paradoksalnie, w pewnym momencie złapałam się wręcz na tym, że z tej całej gromady moją największą sympatię budzi wredny James (który jako jedyny jest wprost przedstawiany jako niesympatyczny), no bo ile można znieść lukrowanej empatii i wzajemnej wyrozumiałości? 
Ok, tyle czepiania. Poza tymi drobiazgami (bo w ogólnym rozrachunku są to drobiazgi), "Cień" czyta się naprawdę świetnie i muszę powiedzieć, że już dawno nie wciągnęłam się aż tak w żadną serię (no dobra, może nie aż tak dawno, bo jednak Craig Russel, o którym pisałam TUTAJ, nadal mnie trzyma w swoich szponach). 

"Maska śmierci" kontynuuje wątki rozpoczęte w "Cieniu" - tzn wątki osobiste (z czego część jest oczywiście równie drażniąca, co wcześniej), bowiem od strony kryminalnej tworzy odrębną całość. I wali po głowie. Mocno. Przyznam się, że o wiele łatwiej przyszło mi przebrnąć przez wszystkie naprawdę okrutne opisy w "Cieniu", ale przy tej części musiałam robić sobie przerwy i przy czytaniu relacji Sarah najzwyczajniej w świecie popłakałam się parę razy. Tak jak wspomniałam wcześniej - wszyscy mamy swoje osobiste lęki i pewne rzeczy oddziałują na nas mocniej niż inne - dla mnie np. czymś takim jest zmuszenie kogoś do skrzywdzenia osoby, którą kocha - ogólnie jakoś zawsze mimo wszystko łatwiej jest mi sobie wyobrazić znoszenie własnych cierpień aniżeli przyglądanie się cierpieniom kogoś bliskiego, bez możliwości jakiegokolwiek działania. Dlatego naprawdę chwilami w trakcie lektury aż się we mnie gotowało, wściekałam się zarówno na postaci (chociaż doskonale wiedziałam, że przecież nie mają wyjścia) oraz na tego cholernego psychola, który strasznie działał mi na nerwy! Co, rzecz jasna, jak najlepiej świadczy o autorze :) Pod koniec zrobiło się trochę bardziej kulawo, a poziom prawdopodobieństwa (jeśli w ogóle przy tego typu lekturach możemy mówić o czymś takim) zaczął spadać na łeb, na szyję (i znowu o wiele za wcześnie wpadłam na to, kto jest sprawcą!), ale mimo wszystko nie pozbawiło mnie to przyjemności z czytania. 

Podsumowując (i unikając spoilerów) -  jeśli macie chęć na wciągającą (i trzymającą w napięciu) lekturę, to polecam Cody'ego McFadyena. Przede mną jeszcze trzecia wydana u nas powieść pt. "Dewiant", a także ta najnowsza, "Abandoned". Aha, i trzymajcie się kolejności, bo pisarz najwyraźniej lubi swoich bohaterów i wątki poboczne zajmują całkiem sporą część obu książek - warto więc wiedzieć dokładnie, czemu np adoptowana Bonnie nie mówi, a Elaine straciła włosy. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Nie taki hardkor straszny, jak go malują - filmowo o Hardkor Disko

Rzadko piszę (i pewnie prędko się to nie zmieni) o polskim kinie. Nie dlatego, że jestem jakąś wielką filmową snobką, czy też uważam, że polskie kino skończyło się na "Człowieku z żelaza" (względnie na "Psach" i to oczywiście pierwszej części). Powód jest znacznie prostszy - żebym nie wiem, jak się starała, nie potrafię być do końca obiektywna i oceniać starania rodzimych twórców na podstawie tych samych kryteriów, co zwykle. Zazwyczaj więc kończy się to tak, że albo jestem nadmiernie pobłażliwa i wybaczam niedociągnięcia jednym strasznym zdaniem "no, jak na polski film, to było całkiem nieźle", albo jadę w drugą stronę, czepiając się wszystkiego jak rzep wiadomo czego. I tak źle, i tak niedobrze.

Nie twierdzę, że w naszej nowej kinematografii nie zdarzają się perełki (jestem np. zagorzałą wielbicielką Wojciecha Smarzowskiego, kameralnych dramatów w stylu "W imię" czy "Lęk wysokości", a także oryginalniejszych obrazów, takich jak "Dziewczyna z szafy"), ale marzyłoby mi się, żeby takie tytuły nie były jedynie chlubnymi wyjątkami w zalewie jakichś straszno-śmiesznych masakr, które mogą się przyśnić w nocy co wrażliwszym widzom.

Poza tym nie od dziś wiadomo, że my Polacy jesteśmy jak jeden mąż profesjonalnymi krytykami filmowymi, jeśli chodzi o nasze własne podwórko i Boże broń, żeby ktoś nam zarzucił, że się nie znamy - ZAWSZE się znamy! Na wszystkim! Dlatego nauczyłam się dwa razy zastanowić, zanim zacznę wygłaszać publicznie własne opinie, nie za bardzo chcąc dawać do ręki dodatkowy oręż tym, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, że "hańba!" i że "skandal" i że w ogóle polskie kino to dno, albo nawet i gorzej.

A jednak chciałabym wspomnieć o filmie, który zapadł mi w pamięć i który uważam jeden z ciekawszych debiutów, jakie obejrzałam w przeciągu ostatnich miesięcy. Owszem, ma on swoje niedociągnięcia i poniższe słowa, które napisałam* już jakiś czas temu, nadal są dla mnie aktualne, ale przyznam się, że obejrzawszy w międzyczasie całkiem sporo polskich filmów (z których większość stanowiły niestety ciekawe pomysły z kiepską lub bardzo kiepską realizacją), dziś na własny użytek oceniam go znacznie lepiej.

*moja recenzja ukazała się wcześniej standardowo na portalu filmosfera.pl

Zapraszam zatem do lektury, a także osobistej weryfikacji poniższej opinii w kinie :)


Krzysztof Skonieczny zaczął swoją przygodę z reżyserią od teledysków i oglądając "Hardkor Disko" nie sposób o tym zapomnieć. Od strony wizualnej, estetycznej i muzycznej, ten obraz to perełka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to pełnometrażowy debiut. Wszystkie sceny są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a połączenie bardzo malowniczych ujęć, przeplatanych autentycznymi nagraniami z kaset VHS i świetnej ścieżki dźwiękowej sprawia, że łatwo wsiąknąć w tę historię.
Ale...(bo wiadomo, że jakieś "ale" się pojawi). Efektowne sceny i długie ujęcia to jedno, a opowiadana historia to zupełnie co innego. Od strony fabularnej bowiem film niestety dość mocno kuleje, postaci są za bardzo papierowe, ich zachowanie mało prawdopodobne i raczej irracjonalne (kto przy zdrowych zmysłach wpuściłby do domu kompletnie obcego chłopaka, nie zadając sobie właściwie żadnego trudu sprawdzenia czegokolwiek na jego temat?!), a część scen, choć realizatorsko imponująca, wydaje się kompletnie wyrwana z kontekstu. Scena nie staje się bowiem symboliczna tylko z tego powodu, że jest ładnie nakręcona i kiedy umieści się ją w przypadkowym miejscu w filmie (tak jak bohater nie staje się anarchistą poprzez pokazanie jak rzuca w policję koktajlem Mołotowa) - tu można zadać sobie pytanie, czy ta tendencja to swoista maniera reżysera i pozostałość po kręceniu teledysków, czy też jedna z najtrafniej uchwyconych cech portretowanego pokolenia, czyli nieustająca potrzeba bombardowania nowymi bodźcami - wszystko musi być intensywne, głośne, przerysowane, bo nasz mózg oduczył się już odbierania bardziej subtelnych sygnałów. 

Niewątpliwie "Hardkor Disko" to debiut interesujący (choć przypominając sobie całkiem trafny filmowy dialog o "interesujących gniotach", określenie to nabiera nieco sarkastycznej wymowy) i myślę, że ma spore szanse na zdobycie popularności u młodych widzów. To taka współczesna, polska wersja "Buntownika bez powodu", która pokazuje drzemiący w młodym reżyserze potencjał - na razie wprawdzie jest to raczej poszukiwanie swojego miejsca i tożsamości, ale zarazem to, co wyraźnie przebija przez wszystkie niedociągnięcia sugeruje, że Krzysztof Skonieczny faktycznie ma coś do powiedzenia i pokazania. 


Jednocześnie dla mnie osobiście "Hardkor Disko" jest nieco za mało realistyczne jak na wiarygodny dramat i za mało "odjechane" jak na obraz symboliczny - wolałabym, żeby Skonieczny bardziej zdecydowanie poszedł w jedną lub drugą stronę, bo takie stanie okrakiem rzadko komu wychodzi na dobre. Film ogląda się wprawdzie z zaciekawieniem i estetyczną przyjemnością (a także lekkim dyskomfortem psychicznym podczas świetnie nakręconych, ale i brutalnych scen), ale brakuje w nim emocjonalnego dialogu z widzem. Owszem, przez większość seansu historia trzyma nas we względnym napięciu, ale jednocześnie nie wywołuje u oglądającego poczucia jakiejkolwiek więzi z bohaterami. Zarówno matka, jak i ojciec są w całym swoim luzie i "młodzieżowości" zwyczajnie irytujący (choć każde z nich w inny sposób), a Ola ma mentalność nastolatki z osobowością borderline i jej histeryczne miotanie się we wszystkie strony po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Główny bohater zaś sprawia wrażenie, jakby nie do końca sam wiedział, dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób - w pewnym momencie cała otoczka jego groźnej, cichej tajemniczości zapętla się na kształt węża połykającego własny ogon.

Aż do końca nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę nim kieruje  - pragnienie zemsty, nienawiść, samotność, czy chęć zniszczenia rodziny, której sam został pozbawiony? Dla mnie ten wątek nie został wystarczająco rozwinięty, a postać głównego (anty)bohatera wysyła takie mnóstwo sprzecznych sygnałów, że w rezultacie niezmiernie łatwo jest stworzyć sobie z tych fragmentów zupełnie alternatywny scenariusz (wcale nie gorszy od oryginalnego pomysłu!).

Marcin przez większość filmu obserwuje wszystko z obojętną ciekawością drapieżnika, przejawiając wręcz cechy psychopatyczne (jest skupiony wyłącznie na swoim celu, bez przywiązywania wagi do moralnej strony swojego planu), a jednak po fakcie wykazuje coś w rodzaju śladowych wyrzutów sumienia. Jednocześnie scena uwolnienia pod koniec uśpionej furii nie do końca pasuje mi do obrazu tej postaci. Bardziej przemówiłoby do mnie utrzymanie tej psychopatyczno-obojętnej pozy z początku filmu - zwłaszcza, że spojrzenie Kowalczyka jest zarazem hipnotyzujące, jak i podszyte szaleństwem (co widać także w świetnej scenie wzrokowego pojedynku z agresywnym dresiarzem - w którego wcielił się - nomen omen - sam reżyser) i zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi uwierzyć w to, że to postać trochę w stylu Paula i Petera z filmu "Funny Games" M. Hanekego, którzy na pytanie "dlaczego to robicie?" odpowiadają "a dlaczego nie?", niż w ten nieco przestylizowany amok i swoistą "misję". 


Ponieważ jednak jak wspomniałam na samym początku- nie ma nic łatwiejszego niż krytyka cudzego dzieła, a także szczerze doceniam zarówno sam pomysł, jak i sposób realizacji filmu, jestem zdania, że obraz Skoniecznego jest wart obejrzenia - choćby po to, aby przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie jest to głos pokolenia, do którego należymy. A jeśli nie, to warto chociaż sprawdzić, jak bawią  się ludzie z "hajsem", brakiem kompleksów, jakichkolwiek wartości i wrodzoną arogancją. Dla znacznej większości widzów pewnie będzie to konfrontacja ze swoistą egzotyką (w końcu ilu z nas bierze udział w nielegalnych wyścigach samochodowych, czy bawi się do upadłego, wciągając kokę przy pomocy zrolowanej setki?), w dodatku egzotyką raczej pretensjonalną, ale przyznam się, że te "imprezowe epizody" zaciekawiły mnie na tyle, że chętnie obejrzałabym pogłębioną odsłonę życia młodego pokolenia pokazaną oczami reżysera.   

Na koniec zaapeluję jeszcze - bezwzględnie zapamiętajcie sobie nazwiska reżysera Krzysztofa Skoniecznego oraz odtwórcy głównej roli Marcina Kowalczyka (któremu można jedynie pozazdrościć niesamowitej ekranowej charyzmy i swobody, z jaką wciela się w odgrywaną postać). Jeśli któremuś z panów gdzieś po drodze nie powinie się noga, to każdy z nich ma szansę porządnie namieszać w polskim kinie. Oby.

No i trzymajmy kciuki za sukces filmu na wszelakich festiwalach! :)

A w pozostałych rolach występują bardzo interesująca młodziutka aktorka Jaśmina Polak (debiutująca na dużym ekranie) oraz Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior.

Na koniec standardowo spytam: byliście/ widzieliście/ wybieracie się/ podobało się/ co myślicie??

A następnym razem napiszę Wam o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki widziałam od dłuższego czasu! 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bombonierka, czyli filmowo o Grand Budapest Hotel

Żyję. To dla tych, którzy się zastanawiali. A dla wszystkich (bez względu na to, czy się zastanawiali czy nie), recenzja absolutnie wyjątkowego filmu, na który czekałam z zapartym tchem od momentu, kiedy tylko usłyszałam, że powstaje. A potem wyszłam z kina zauroczona dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. A nawet bardziej. 


 Wes Anderson jest bez wątpienia jednym z reżyserów, którzy już od swojego debiutu rezydują w świecie filmowym w stałym miejscu, gdzieś na granicy geniuszu i szaleństwa. Właściwie dowolny tytuł, który wyszedł spod jego ręki można by umieścić w słowniku jako ruchomą ilustrację hasła "fantasmagoria" - dlatego też do zachwytu nad jego dziełami bardzo przydatna (żeby nie powiedzieć niezbędna) jest odpowiednia wrażliwość. Ci, którzy widzieli choćby jeden z wcześniejszych filmów reżysera, wiedzą mniej więcej, czego można się spodziewać po jego kolejnym tytule. Ci, którzy w kinie łakną oczarowania i baśniowych fantazji (ale raczej rodem z mrocznych opowieści braci Grimm aniżeli przesłodzonych disneyowskich obrazków), także powinni być zachwyceni. Jeśli natomiast należycie do widzów, nadających na nieco bardziej logicznych falach, to śmiem twierdzić, że magia i wdzięk najnowszego obrazu Andersona może okazać się dla Was ciężka do przełknięcia. 

"Grand Budapest Hotel" to obraz kunsztowny, przypominający ekskluzywną bombonierkę, pełną przepięknie zapakowanych czekoladek, z których każda stanowi smakową niespodziankę. Jego misterna i wyszukana konstrukcja sprawia, że jest to film, który można (i należy) obejrzeć więcej niż jeden raz, albowiem nawet przy bardzo uważnym śledzeniu tego, co odkrywa przed nami reżyser, nie jesteśmy w stanie docenić wszystkich maleńkich klejnocików, z których składa się ten obraz. 

To szkatułkowa opowieść, w której dostajemy historię zamkniętą w innej historii, pełną kolejnych warstw i zupełnie niespodziewanych zwrotów; równie szaloną, co fantazja Andersona. W dodatku wszystko rozgrywa się w przepięknie skonstruowanym świecie wymyślonym przez reżysera, w którym nawet najdrobniejszy szczegół nie został pozostawiony przypadkowi - już od pierwszych sekund naprawdę przenosimy się do innej rzeczywistości, trochę baśniowej, trochę artystycznej i zapewniam, że ten stan dziecięcego olśnienia nie opuści nas aż do napisów końcowych. Opowiadana historia stanowi raczej pretekst do pokazania rozpędzonego pociągu andersonowskiej wyobraźni oraz całego szeregu błyskotliwych i dowcipnych dialogów, aniżeli cel sam w sobie. Trzeba jednak powiedzieć, że choć w pierwszej chwili możemy mieć wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią, to w ostatecznym rozrachunku fabuła filmu także się broni. 


W centrum wydarzeń mamy Gustawa H., zarządcę ekskluzywnego tytułowego hotelu, który zostaje uwikłany w szeroko zakrojoną intrygę przy okazji kradzieży cennego obrazu. Sensacyjna akcja rodem z surrealistycznej farsy rozgrywa się na tle wydarzeń, które ciężko zaliczyć do zabawnych, a mianowicie para-nazistowskiej agresji na fikcyjne państwo Żubrówki w Centralnej Europie, co nadaje całej historii nieco mroczniejszy wydźwięk. Zresztą Anderson z równą swobodą bawi się komediowym absurdem, by chwilę później przeskoczyć do poważniejszych tematów. Widz zostaje więc bezlitośnie wciągnięty w abstrakcyjny miks miłości, śmierci, wojny i przemocy, pokazanych jednak w sposób przywołujący na myśl estetykę komiksową, a nawet dziecięce kreskówki. Osią, na której opiera się film, jest cudownie pokazana pogłębiająca się relacja Gustawa z hotelowym boyem, a kreacja Ralpha Fiennes'a, wcielającego się w postać dziwacznego mentora to prawdziwa perełka. Dla tych, którzy mają w pamięci jego najmocniejszą rolę w "Liście Schindlera", ta komediowa odsłona może być sporym zaskoczeniem. A jednak sposób, w jaki Fiennes balansuje pomiędzy wyrafinowaniem i (niekiedy naprawdę mocno) zaskakującym optymizmem, ani razu nie popadając w przesadną śmieszność, jest najlepszym świadectwem klasy tego aktora - jego Gustaw H. jest zabawny, ale nigdy nie pretensjonalny i od pierwszej chwili kradnie serca widzom. W tym miejscu nie można nie wspomnieć o całej plejadzie ulubionych aktorów Andersona, z których część pojawia się w większych (i raczej nietypowych dla siebie) rolach, a część zaledwie w epizodach, wzbudzając jednak u widowni taki sam entuzjazm - właściwie przez większą część filmu możemy swobodnie bawić się w grę pt. "kto ze znanych aktorów pojawi się w następnej scenie". W obsadzie mamy więc świetnego debiutanta Tony'ego Revolori oraz ekipę marzeń niejednego reżysera, w której znajduje się m.in. Adrian Brody, Willem Defoe, Tilda Swinton, Edward Norton, Jude Law, Harvey Keitel, Jeff Goldblum, Owen Wilson, Bill Murray, czy nawet George Clooney (przez dosłownie 2 sekundy). 


Im mniej wiemy o samej fabule przed obejrzeniem filmu, tym lepiej dla nas - w ten sposób mamy możliwość podziwiania niezwykłego świata stworzonego przez Wesa Andersona bez uprzedzeń i bez oczekiwań, skupiając się jedynie na samej przyjemności płynącej z oglądania czegoś oryginalnego. Myślę, że najlepszym podsumowaniem zarówno osoby reżysera, jak i postaci jego filmowego bohatera, Gustawa H. może być jedno ze zdań, które pojawia się pod koniec filmu - "podtrzymywał iluzję z nadzwyczajnym wdziękiem". Bo "Grand Budapest Hotel" to iluzja, której nie da się (ani nie chce) wyrzucić z pamięci jeszcze długo po zakończonym seansie. 

W skrócie - kto jeszcze nie widział, ten niech maszeruje do kina. A ci, co widzieli, niech dadzą znać, czy i jak im się podobało. 
I w ogóle to Happy Birthday drogi blogu, bo w międzyczasie stuknęły Ci dwa lata. Kupa czasu. I takie tam. 
Do następnego!

sobota, 15 marca 2014

I upadli na Ziemię, by wzmocnić swe szeregi - filmowo o makiawelistycznym "Borgmanie"

Dziś recenzja jednego z najdziwniejszych filmów, jakie obejrzałam ostatnio (a ponieważ oglądam naprawdę sporo rzeczy, które z reguły znajdują się albo na obrzeżach, albo daleko poza mainstreamem, to wierzcie mi, że ten konkretny JEST faktycznie specyficzny). Mój tekst ukazał się wcześniej TUTAJ. 


Gdybym miała jednym słowem opisać, jakie filmy podobają mi się najbardziej, powiedziałabym że nieokreślone - lubię kiedy reżyser zaskakuje mnie i pokazuje wyrywek świata, który choć wygląda realnie, skrywa w sobie coś więcej, jednocześnie pozostawiając mi swobodę oceny tego, co widzę. Lubię także oczekiwanie na to, co będzie dalej, bez pojęcia dokąd tym razem zabierze mnie twórca filmu, ani w jakim miejscu zakończy się nasza podróż. Bez wątpienia można uznać, że Holender Alex van Warmerdam opanował system zaskakiwania widza do perfekcji, albowiem od mniej więcej połowy filmu "Borgman" możemy się poczuć jak na rollercoasterze - czujemy coraz bardziej zagęszczającą się atmosferę, ale choć przeczuwamy, że prędzej czy później wydarzy się coś niedobrego, to skala wydarzeń może przerosnąć wyobrażenia przeciętnego widza. 

Myślę, że warto zaznaczyć, że ten film jest jedną wielką metaforą i z pewnością nie można odbierać go dosłownie - tak samo nie ma większego sensu czepianie się celowych, czy przypadkowych niedociągnięć typu "dlaczego dzieci chodzą spać, kiedy na zewnątrz jest nadal jasno?". Fundamentem tej opowieści jest zło i to takie przez duże Zet, które osacza pozornie zwyczajną rodzinę i krok po kroku przejmuje nad nią panowanie. 

*UWAGA - poniższy akapit może zawierać mniejsze lub większe spoilery!*

"I upadli na Ziemię, aby wzmocnić swoje szeregi" - to zdanie, pojawiające się na początku filmu, jest jednocześnie jego mottem, jak i kluczem do zrozumienia sensu tego obrazu. Oczywiście już po seansie można dyskutować dowolnie długo i namiętnie, czy Borgman i jego świta to sam Szatan, "zwykłe" upadłe anioły, czyli diabły / demony czy też grupa szaleńców, która bawi się kosztem innych. Moim zdaniem siła tego filmu tkwi raczej w pokazaniu tego, jak łatwo można manipulować ludźmi oraz (pół żartem, pół serio) do czego może doprowadzić nuda... 

Warstwa fabularna obrazu nie jest specjalnie wyszukana, chociaż jego początek jest bardzo oryginalny - od pierwszych scen jesteśmy bowiem świadkami specyficznego "polowania" na tajemniczego włóczęgę, który mieszka w podziemnej jamie - fakt, że jednym z uczestników tegoż polowania jest ksiądz, ma wymiar symboliczny, chociaż znaczenie tego pojmiemy dopiero pod koniec filmu. Na początku jesteśmy raczej skłonni kibicować uciekającemu mężczyźnie i cieszymy się, kiedy udaje mu się uzyskać pomoc od znudzonej pani domu, Marianne. Kulturalny, pozornie niegroźny nieznajomy w domku gościnnym, poczęstowany posiłkiem i ugoszczony aby odzyskał siły - aż do tego momentu historia rozwija się całkiem spokojnie i niewinnie. Przeczuwamy jednak, że pod tą gładką powierzchnią czai się coś mrocznego i groźnego. I oczywiście mamy rację.

"Borgman" z pewnością jest filmem oryginalnym i bardzo nieoczywistym (co w zależności od naszych upodobań, może być postrzegane zarówno jako jego zaleta, jak i wada) - mnie osobiście szalenie przypadła do gustu ta nieco surrealistyczna wizja, którą możemy interpretować na wiele sposobów - zarówno jako alegorię rosnącego zepsucia i zblazowania społeczeństwa dobrobytu, zubożenia uczuciowo-religijnego, czy po prostu pokaz makiawelistycznych talentów głównego bohatera. Uprzedzam, że oglądanie filmu zdecydowanie może ułatwić potencjalne zamiłowanie do czarnego humoru, ponieważ niektóre sceny (jak np. reakcja dziewczynki na prośbę o pomoc zranionego mężczyzny, czy makabryczny, ale i trochę baśniowy sposób pozbywania się ciał), odebrane dosłownie i bez niezbędnego dystansu, mogą wywołać spory dyskomfort psychiczny.

Gdybym miała ocenić, czego mi w tym obrazie zabrakło, to powiedziałabym, że charyzmy głównego bohatera - ogólnie wprawdzie gra Jana Bijvoeta, wcielającego się w rolę Borgmana jest raczej chwalona, ale moim zdaniem nie do końca udało mu się udźwignąć ciężar tej postaci - być może na mój odbiór wpłynęło to, że przez pierwszą część filmu aktor wyglądał trochę jak młodsze wydanie Franciszka Pieczki z "Jańcia Wodnika", co odrobinę kłóciło mi się z uczuciami, jakie wzbudzał u pani domu, a może po prostu nieco inaczej wyobrażam sobie demonicznego Złego? Moje kolejne zastrzeżenie odnosi się do wszystkich filmowych postaci - być może takie było założenie reżysera, ale nie ukrywam, że dość ciężko ogląda mi się historię, w której żadna z pojawiających się osób nie zbudza mojej sympatii, lub wręcz wywołuje u mnie mniejszą lub większą irytację. Dlatego przyznam się, że mimo wszystko aż do końca nie potrafiłam się zdobyć na współczucie żadnemu z członków tej nieszczęsnej rodziny, ponieważ tak naprawdę nie zdołałam się przywiązać do żadnego z bohaterów.  

Mimo tych uwag, w mojej subiektywnej ocenie, "Borgman" jest na tyle ciekawym obrazem, że warto się z nim zapoznać, oczywiście nie oczekując uzyskania od jego twórców odpowiedzi na wszystkie pojawiające się w trakcie seansu pytania. Dla mnie - to dodatkowy plus, ponieważ tak jak wspomniałam wcześniej - reżyser pozostawia nam niejako wolną rękę, jeśli chodzi o interpretację, a także to w jaki sposób odbierzemy zarówno tajemniczą postać Borgmana, jak i cały obraz. Dla niektórych więc będzie to symboliczny, mocny przekaz o złu, wkradającym się podstępnie i niespodziewanie w nasze życie, inni odbiorą film bardziej dwuwymiarowo, jako mroczny i niepokojący thriller. Jeszcze inni mogą wyjść w trakcie seansu :)  
 

sobota, 8 marca 2014

Hurtowy wpis filmowy cz.2 Mads Mikkelsen odsłona pierwsza

No i bach, kolejny wpis filmowy, druga część hurtowego przeglądu :)

Tym razem głównym bohaterem będzie Mads Mikkelsen, ponieważ uważam, że to jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów, obdarzony taką ekranową charyzmą, że na dobrą sprawę mógłby z powodzeniem przez półtorej godziny siedzieć nieruchomo przed kamerą i przełykać ślinę, a i tak stworzyłby niezapomnianą kreację. Dla tych z Was, którzy nie bardzo wiedzą, o kim mowa, napiszę w skrócie, że Mads jest Duńczykiem i już od początku swojej kariery filmowej wybierał postaci charakterystyczne i zapadające w pamięć, stopniowo wybijając się coraz bardziej i stając się symbolem aktorskiej jakości oraz z czasem także najsłynniejszym duńskim "towarem eksportowym". Bardzo podoba mi się w nim to, że nawet po tym, kiedy został zauważony przez Hollywood i zdobył popularność za oceanem, jego kariera nadal biegnie dwutorowo - nadal kręci filmy także w Europie, ceni sobie życie rodzinne i ma ogromny dystans do całego blichtru i rozgłosu wokół siebie. Do najbardziej rozpoznawalnych tytułów oraz granych przez niego postaci należy bez wątpienia najnowsze wcielenie najsłynniejszego psychopaty ever, czyli Hannibala Lectera w serialu NBC (to jest rola wybitna podwójnie - po pierwsze sama w sobie, a po drugie jako coś, co dla aktora jest niezwykle ciężkie do dźwignięcia, a mianowicie wcielenie się w postać, która została wcześniej zagrana DOSKONALE i bez jednej fałszywej nuty przez Anthony'ego Hopkinsa - a jednak Mikkelsenowi udało się dokonać prawie niemożliwego i zbudował postać od nowa w taki sposób, że nie tylko nie jest ona zaprzeczeniem roli Hopkinsa, ale wręcz stanowi jej dopełnienie - to się nazywa aktorski geniusz!), Lucas w "Polowaniu" (o którym więcej będzie poniżej), czy Le Chiffre w jednym z Bondów - Casino Royale. Jednak poza tymi filmami, w dorobku Madsa znajduje się mnóstwo fantastycznych i mniej znanych tytułów, po które warto sięgnąć, bo każdy z nich jest absolutnie wyjątkowy i daje do myślenia.
Dziś napiszę o kilku z nich, a parę innych zostawię na następny raz :)


The Hunt, czyli Polowanie (w oryginale Jagten) był silnym ubiegłorocznym kandydatem do Oskara w kategorii filmów obcojęzycznych - kibicowałam mu z całych sił, ale niestety niewystarczająco, jak się okazało (przegrał z innym, podobno równie wybitnym obrazem - Wielkie piękno, który nadal jest przede mną, więc ograniczę się tylko do tej krótkiej wzmianki). Wyreżyserował go Thomas Vinterberg, o którym wspominałam pokrótce przy okazji filmu "Submarino" TUTAJ. Przyznam się, że miałam chęć pokusić się o pełną recenzję tego obrazu, bo to prawdziwy klejnot w swojej kategorii, ale nie jestem pewna, czy nie odstraszyłabym Was poziomem mojego entuzjazmu :)
"Polowanie" to film bez jednej zbędnej sceny, zrobiony z taką finezją, że praktycznie od pierwszych minut widz zostaje po prostu wciągnięty w pokazywany świat i staje się uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko ich biernym obserwatorem. Sama historia jest bardzo ciężka, bowiem porusza temat molestowania seksualnego dzieci, a także (w większym stopniu) przedstawia mechanizmy, jakie funkcjonują w małej zżytej ze sobą społeczności. I to ten drugi aspekt pokazany jest w tak mistrzowski sposób, że czujemy się, jakbyśmy co jakiś czas dostawali cios pięścią w żołądek - za sportretowanie grupy, która  za sprawą jednego zdania jest w stanie przejść w mgnieniu oka od przyjaźni i zażyłości do nienawiści i prawie publicznego linczu, Vinterbergowi należą się stojące owacje. A Mikkelsen jako Lucas, który w całym szaleństwie stara się za wszelką cenę zachować zimną krew i godność, jednocześnie wzrusza, wzbudza współczucie i ogromną sympatię i po prostu zwala z nóg - jeśli szukacie aktorstwa na najwyższym poziomie, to znajdziecie je w tym filmie. Ostrzegam jednak lojalnie, że chyba każdy zdrowo myślący człowiek podczas oglądania będzie czuł narastającą złość, bo ten obraz po prostu dotyka czułych strun i pokazuje ludzi od nieprzyjemnej strony, od której wolelibyśmy siebie nie oglądać. Dodatkowym "smaczkiem" są dwa, czy trzy zdania po polsku (w dodatku wypowiedziane taką ładną Polszczyzną, że chapeau-bas, Alexandro Rapaport!), chociaż bohaterka o imieniu Nadja niekoniecznie może jednoznacznie kojarzyć się z naszym krajem.
Niedawno obejrzałam jeden z wywiadów, jakich udzielił Thomas Vinterberg i spodobało mi się to, jak opowiedział, że istotą tego filmu jest skonfrontowanie zwykłych ludzi z tematem, który we współczesnym społeczeństwie stanowi jedno z największych tabu - molestowaniem dzieci - powiedział także, że przez cały film starał się utrzymać coś w rodzaju sympatii do tej społeczności (a przynajmniej do większości z osób), ponieważ tak naprawdę oglądając tę historię, mimo naszego oburzenia i narastającej wściekłości, nie możemy do końca potępić ich postępowania - to chyba jest najbardziej męczące, że zdajemy sobie sprawę z tego, że w obliczu takiego ciężkiego oskarżenia (bo przecież przez długi czas wszyscy są przekonani, że to prawda) logika i rozsądek zawodzą, a wówczas do głosu dochodzą przede wszystkim bardzo silne i negatywne emocje. Również Mads w wielu wypowiedziach stwierdził, że ten film dlatego tak mocno oddziałuje na ludzi, ponieważ pokazuje sytuację, w której nikt z nas nie chciałby się znaleźć - ani po jednej, ani po drugiej stronie i właściwie nawet oburzając się wewnętrznie, nie możemy ze 100% pewnością powiedzieć, że my zachowalibyśmy się zupełnie inaczej. To jest największa siła tego obrazu. 


Ze znacznie wcześniejszych filmów Madsa, warto również sięgnąć po "Open Hearts" (w oryginale Elsker dig for evigt) z 2002 r, bardzo ciekawy obraz nakręcony wg zasad Dogmy 95, w reżyserii Susanne Bier. To poruszająca historia czwórki ludzi, połączonych ze sobą dramatycznym wydarzeniem. Świat Joachima i jego narzeczonej, Cecille runął w gruzach w momencie bardzo poważnego wypadku chłopaka i od tego momentu każde z nich na swój sposób i z różnym skutkiem stara się dostosować do nowej sytuacji, miotając się jednocześnie z własnymi uczuciami, jak i stojącą pod znakiem zapytania przyszłością. Wypadek ten odciska również niezatarte piętno na życiu Marie i Nielsa (Mads Mikkelsen), wplątując ich w układ, z którego nie będzie łatwego wyjścia. To historia o ludzkich słabościach, namiętnościach, lęku przed samotnością, a także o tym, jak szybko i prosto można wszystko stracić - w dodatku pozbawiona wszelkich ozdobników, opiera się właściwie niemal wyłącznie na grze aktorów i głównie dlatego warto ją obejrzeć, bo wszystkie stworzone kreacje są rewelacyjne i właściwie przez cały film ciężko się zdecydować, komu powinniśmy kibicować, a kogo potępić, ponieważ postępowanie całej czwórki jest tak czysto ludzkie, że żadna z postaci nie jest ani w 100% pozytywna, ani zła. 


Ostatnim filmem, o którym chciałam wspomnieć w tej części, jest nieco dziwny niemiecki film pt. "Drzwi" (oryg. Die Tür) z 2009 r., który pewnie bym przeoczyła, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu uparłam się zapoznać z całą (lub prawie całą) filmografią Madsa :) Obiektywnie to nieco inna klasa filmu niż dwa wspomniane wyżej tytuły, ale pomysł fabularny jest na tyle ciekawy (i dobrze zrealizowany), że może jednak kogoś zachęcę :) "Drzwi" to trochę dramat psychologiczny, trochę thriller, w którego centrum znajduje się ceniony artysta, David (Mads), zmagający się ze śmiercią ukochanej córki. Film zawiera elementy z pogranicza fantasy, próbuje także sprowokować widza do odpowiedzi na pytanie "co byś zrobił, gdybyś dostał kolejną szansę?" i to mi się w nim szalenie spodobało, tak samo jak dość subtelne połączenie osobistego wymiaru dramatu i żałoby po stracie dziecka z narastającą coraz bardziej mroczną atmosferą. Nie znaczy to jednak, że film nie ma wad, bo niestety tą zasadniczą (dla mnie) jest zdubbingowanie Madsa (film jest niemiecki, większość aktorów także, więc siłą rzeczy i główny bohater z założenia miał mówić czysto i bez obcego akcentu) - niestety bardzo negatywnie wpłynęło to na mój odbiór filmu, bo przez dłuższy czas miałam problem ze skupieniem się na fabule, słysząc inny głos wydobywający się z ust mojego ulubieńca...Poza tym niedociągnięciem, sama historia także nie jest idealna i można się przyczepić zarówno do braku logiki w pewnych momentach (zakończenie, które nie do końca ma sens, gdyby chcieć je dokładnie analizować), jak i do zbędnych elementów, ale mimo wszystko film sam w sobie jest dość interesujący i jeśli ktoś lubi takie nieoczywiste historie, to jest szansa, że mu się spodoba :)

A w kolejnej odsłonie filmografii Madsa będę pisać m.in. o dwóch starszych rewelacyjnych filmach - "Jabłkach Adama" oraz "Tuż po weselu", więc szykujcie się na sporą dawkę entuzjazmu :) Oprócz tego mam jeszcze w zanadrzu kilka szwedzkich tytułów, więc tak szybko Wam nie odpuszczę :) Ale tym, którzy mają trochę dosyć zdradzę, że w ramach przerywnika będzie też coś kosmetycznego :)

Znacie/lubicie Madsa? Oglądaliście któryś z wymienionych filmów? A może macie jakiś ulubiony tytuł z jego udziałem? 
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...