Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminały. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 września 2017

"LIFESTYLE Mamy wrzesień, czas na #teamjesien!

Mamy jesień, mamy jesień! 

Z góry przepraszam za moją ekscytację (przejawiającą się m.in. w tytule z cyklu "nie czuję jak rymuję") tych z Was, którzy nadal są w trakcie rozpaczania po zbyt krótkim/zbyt zimnym/zbyt deszczowym/zbyt* (*wstaw dowolne określenie) lecie, ale jeśli znacie mnie osobiście lub jesteście tu ze mną dłużej, to zapewne wiecie doskonale, że należę całym sercem do #teamjesien i po prostu uwielbiam tę porę roku! Poprzedni wpis z tej serii możecie znaleźć TUTAJ (właściwie mogłabym go spokojnie przekleić w całości, bo nic się nie zmieniło).


Zawsze niecierpliwie czekam na koniec sierpnia, żeby móc już "na legalu" zacząć się krzątać i ogarniać swoje mieszkanie, przygotowując je na nadchodzące chłodniejsze miesiące - co oznacza np. kupowanie nowych poszewek na poduszki, wyciąganie koców, swetrów i ciepłych kapci, dyniowe i jesienne świeczki, no i ogólnie pożegnanie z pastelami na rzecz ciemniejszej kolorystyki. 


W tym okresie zazwyczaj szykuję też sobie zapasy filmów i seriali do oglądania wieczorami, bo taka ze mnie rozrywkowa ciotka, że od biegania po knajpach, zdecydowanie wolę zacisze swojego mieszkania. A co - wolno mi :) #granniejo

A jeśli jesteśmy w temacie filmowym, to przyznam się Wam do czegoś. Otóż w tym roku po raz pierwszy w życiu (sic!) obejrzałam Harry'ego Pottera... Mam nadzieję, że po drugiej stronie ekranu nie odbył się właśnie zbiorowy jęk rozpaczy, połączony z facepalmem... Ale powiem tak - w momencie, kiedy Harry pojawił się na świecie, ja byłam już, za przeproszeniem, starą dupą i opowieści o małoletnim czarodzieju jakoś nie bardzo wpisywały się w moje upodobania czytelnicze (a potem filmowe). Tak więc oczywiście byłam świadoma całego hype'u wokół tej historii, ale omijałam to raczej szerokim łukiem. Ponieważ jednak mam teorię, że na starość dziecinnieję, to uznałam, że moment, kiedy w sumie mogę już spokojnie zacząć się zajmować organizowaniem sobie kryzysu wieku średniego jest idealnym czasem na to, żeby nadrobić tę zaległość. Zorganizowałam więc sobie w któryś weekend maraton filmowy z Harry'm i przyznam się, że trochę przepadłam, bo...mi się spodobało :) (mówiłam - dziecinnieję!) Idąc więc za ciosem, obejrzałam wszystkie części, które teraz nieodmiennie będą mi się kojarzyły w 100% z jesienią, więc nie wykluczam, że jeszcze do nich wrócę. 

Z jesienią kojarzą mi się oczywiście również klimatyczne kryminały. Ostatnio, pod wpływem IG, zapoznałam się z bardzo głośnym tytułem "Nocny film" Marishy Pessl i powiem tak - lekko się rozczarowałam. Ale zaznaczam - LEKKO! Żeby nie było, że zaraz zostanę zlinczowana przez wszystkie osoby, które w social mediach zamieszczają peany na temat tejże książki. Ja po prostu spodziewałam się (zwłaszcza po tym szale, jaki obserwowałam na niektórych profilach) czegoś więcej. To jest bardzo przyzwoicie napisana książka. Jest wciągająca, dość oryginalna i szybko się czyta. I to właściwie tyle. Bo "klimatu jak z Twin Peaks" i żadnego podwójnego dna to ja w niej moi drodzy nie znalazłam. A szukałam, wierzcie mi. Dlatego powiem tak - polecam ją, bo jest ok, natomiast z pewnością nie jest to pozycja, do której wrócę i która będzie mi zaprzątać jakoś dłużej myśli. I to tyle w tym temacie. 

W ogóle to nie wiem, jak Wy, ale ja mam tak, że chociaż kryminały i thrillery czytam regularnie przez cały rok, to mimo wszystko jesienią i zimą robię to jeszcze chętniej - może to kwestia mniejszej ilości słońca i jakiejś takiej sezonowej nastrojowości? W każdym razie krótsze dni i chłodniejsza aura zawsze idą u mnie w parze z odkrywaniem nowych zbrodni. 

Co z kolei przypomniało mi o jeszcze jednej książce, którą przeczytałam niedawno i którą serdecznie polecam wszystkim moim pokrewnym mrocznym duszom. Mówię o "Zbrodni niedoskonałej" duetu Katarzyny Bondy i Bogdana Lacha. W skrócie - Katarzyny Bondy pewnie nie muszę Wam przedstawiać, bo jeśli ktoś lubi kryminalne klimaty, to zapewne ją kojarzy - to ona jest autorką serii o Hubercie Mayerze (nomen omen - profilerze), a także drugiej o Saszy Załuskiej (przyznam szczerze - nie jestem mega fanką żadnej z nich). 
Z tym, że od razu zastrzegam - "Zbrodnia niedoskonała" to nie jest powieść! To jest efekt współpracy pisarki/dziennikarki z najsłynniejszym (bo czy nadal jedynym, tego nie jestem pewna) polskim policyjnym profilerem - Bogdanem Lachem. Najogólniej mówiąc, jest to opis autentycznych spraw kryminalnych, zarówno tych zamkniętych, w których sprawcy zostali ujęci i osądzeni, jak również tych, które jeszcze się toczą. To, co jest interesujące, to spojrzenie na dochodzenie z punktu widzenia profilera właśnie - za każdym razem mamy opis tego, co się wydarzyło oraz na jakim etapie było śledztwo w momencie wkroczenia na scenę B. Lacha, a następnie tego, jak konkretnie jego praca wpłynęła na postępy w ujęciu przestępcy. Oczywiście to nie jest pozycja naukowa, więc jeśli ktoś szuka "twardych" informacji na temat profilowania, to odsyłam go do literatury specjalistycznej, ale osobom, które chciałyby trochę "liznąć" ten temat, bez analizowania nieskończonej liczby źródeł, powinno się spodobać. Można też przy okazji kolejnych spraw, "poćwiczyć" swój zmysł profilerski, analizując zachowania sprawców równolegle z bohaterem książki i sprawdzić, na ile nasze spostrzeżenia okażą się trafne. Przyznam się, że dla mnie była to naprawdę ciekawa lektura, no ale faktem jest, że mam na tym punkcie leciutkie skrzywienie (tym z Was, którzy w to wątpią, przypominam TEN WPIS :)  

Chwilowo to by było na tyle jesiennego update'u. Dajcie znać, czy też jesteście w #teamjesien i czy oglądaliście/czytaliście ostatnio coś interesującego! 

piątek, 12 sierpnia 2016

#KSIĄŻKI "Bestia" jest bliżej niż myślisz - o książce "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz

Są takie historie, które po przeczytaniu zostają z nami na zawsze, czy tego chcemy, czy nie. "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz zdecydowanie należy do tej kategorii. 

Dla tych, którzy nie słyszeli o tym tytule - jest to książka z gatunku non-fiction, zapoznająca nas z postacią Leszka Pękalskiego, nazywanego "Wampirem z Bytowa". Coś Wam dzwoni? I słusznie, bo nawet jeśli nie kojarzycie jego nazwiska, to pewnie gdzieś tam obiła się Wam o uszy ta historia. Tym bardziej przerażająca, że zgodnie z wyrokiem sądu, Pękalski ma szansę wyjść z więzienia za trzy lata - mimo, że praktycznie każdy, kto się z nim zetknął twierdzi, że raczej nie ma szans, żeby nie zabił znowu. 


Magda Omilianowicz włożyła w swoją książkę ogrom wysiłku i chwała jej za to. Tym bardziej, że temat jest cholernie ciężki. Jestem naprawdę "zaprawiona" w lekturach, które obfitują w okrutne i często wręcz makabryczne opisy zbrodni, ale przyznam się, że "Bestię" musiałam czytać na raty, bo coś mi się "robiło" w środku podczas czytania - dlatego uprzedzam, że to nie jest ani przyjemna, ani łatwa pozycja. Czytając ją mamy trochę uczucie jakby ktoś obok nas przeciągał metalowym gwoździem po tablicy (wzdrygnęliście się na to wyobrażenie? no właśnie). 

A co można powiedzieć o samej fabule? Wydaje mi się, że najbardziej przerażające w tej lekturze (poza realną perspektywą bliskiego wyjścia na wolność jej "bohatera") jest to, jak bardzo nie wygląda on ani nie kojarzy się z potworem. Oczywiście mając za sobą liczne lektury z zakresu kryminologii (zwłaszcza zajmujące się charakterystyką seryjnych zabójców) zdaję sobie sprawę z tego, jak doskonale psychopaci potrafią się maskować i jak bardzo normalnie wrażenie często sprawiają (stąd teksty "och, w życiu bym się nie spodziewał/a, że on jest zdolny do czegoś takiego!"), ale z Pękalskim jest inaczej. Sprawdźcie sobie przy okazji jego zdjęcia, a zobaczycie, co mam na myśli. Tu mamy bowiem niesamowity paradoks - jest to bowiem człowiek, który praktycznie od dziecka był uważany za opóźnionego, był taką chodzącą sierotą, chuchrem i ciamajdą, wzbudzającą litość przemieszaną z obrzydzeniem (nie znosił się myć). Jednak w momencie kiedy wybierał się na swoje "polowanie", nikt nie miał z nim szansy - okazywał się szybki, sprytny i zaskakująco silny. Tak samo w więzieniu - sposób, w jaki stara się manipulować wszystkimi, z którymi ma do czynienia (z autorką książki włącznie), jest w pewnym stopniu nawet imponujący - Pękalski opowiada o zbrodniach bez cienia zażenowania (przyznał się do 67, przy czym potem zmienił wszystkie zeznania, a ponieważ zabójstwa, o które się go podejrzewa, zostały dokonane na przełomie kilkunastu lat i do czasu jego aresztowania spora część materiału dowodowego została uszkodzona albo zagubiona, zdołano mu przypisać ostatecznie "tylko" jedno, ostatnie zabójstwo oraz gwałt, za które dostał razem 25 lat), jednocześnie bez przerwy podkreślając, jaki jest biedny i chory i próbując wzbudzić litość i zrzucić winę na społeczeństwo. To jest właśnie najciekawszy aspekt - z książki wynika, że jest to człowiek, który nie odczuwa najmniejszych wyrzutów sumienia i jedyną rzeczą, której żałuje, to to, że wpadł. Chociaż z drugiej strony pobyt w więzieniu chyba mu służy, bo on jest trochę jak dzikie zwierzę, które odczuwa wyłącznie potrzebę zaspokojenia swoich prymitywnych instynktów - głodu, zmęczenia i seksu (to ostatnie oczywiście obecnie we własnym zakresie). Nie interesuje się niczym, w żaden sposób nie sprawia też wrażenia, że chciałby normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Nie widzi także chyba nic złego w tym, że (prawdopodobnie) pozbawił życia kilkadziesiąt niewinnych osób - wielokrotnie podkreślał, że być może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby udało mu się znaleźć żonę, z którą mógłby regularnie uprawiać seks (ma obsesję na tym punkcie), albo chociaż zrealizować zakup dmuchanej lalki z seks shopu (tu akurat część lekarzy, którzy wypowiedzieli się na ten temat, jest skłonna się z tym zgodzić - być może faktycznie na pewnym etapie wyciszyłoby to zabójcze instynkty Pękalskiego i tym samym uratowało życie chociaż części ofiar). 

Powiem tak - jeśli ktoś interesuje się chorą psychiką, tym jak myśli i działa ktoś taki, jak Pękalski, to gorąco zachęcam do lektury, bo jest naprawdę świetna. Należy jednak pamiętać, że mimo że autorka opierała się na autentycznej dokumentacji ze śledztw, rozmawiała z rodzinami ofiar, ludźmi zaangażowanymi zarówno w same śledztwa, lekarzami, jak i osobami, które osobiście znały/zetknęły się z Pękalskim, a także samą "Bestią", to spora część tej książki jest fabularyzowaną wersją tego, jak poszczególne zbrodnie mogły wyglądać. Swoją drogą to właśnie te fragmenty są chyba najmocniejsze i najbardziej zapadają w pamięć. Jeśli więc czujecie się na siłach, żeby zmierzyć się z tym, do czego zdolny jest człowiek, poszukajcie tej książki, bo warto wiedzieć, że zjawisko sadystycznych seryjnych zabójców to nie jest wymysł amerykańskich scenarzystów, a prawdziwe życie niejednokrotnie zostawia fikcję daleko w tyle. No i jak wspomniałam w tytule tego posta - bestia często jest bliżej niż myślisz...

niedziela, 26 czerwca 2016

#KSIĄŻKI Na prowincji trup ściele się gęsto, czyli seria o Lipowie - Katarzyna Puzyńska

Jak obiecałam, tak jestem znowu - trochę jak słynna montypythonowska hiszpańska inkwizycja, ha! 

Tym razem chcę Wam polecić coś do czytania - niektórym właśnie zaczęły się wakacje, inni pewnie są właśnie w trakcie planowania urlopów, jeszcze inni może właśnie odkrywają wątpliwe uroki bezrobocia (tak, czarny humor to moja specjalność) - tak więc przynajmniej teoretycznie powinniście mieć odrobinę więcej wolnego czasu, który możecie przeznaczyć na ciekawą lekturę. 

Zazwyczaj co prawda śledzę na bieżąco rynek książkowy i staram się w miarę ogarniać modne nazwiska, ale jednocześnie przyznam się, że na ogół niespecjalnie mnie one kręcą. Mam swoje tempo czytania i swoje własne (niekończące się!) listy tytułów, więc raczej rzadko zdarza mi się, że zabieram się za coś, co akurat pałęta się po listach bestsellerów. 
No i tu niespodzianka, bo polecę Wam dziś Katarzynę Puzyńską, która do owych list już chyba przyrosła na dłużej :) 

W skrócie - jeśli lubicie kryminały (ale takie raczej niespiesznie rozwijające się i nie bardzo krwawe), z dużą domieszką obyczajówki i do tego jeszcze macie słabość do naszych rodzimych okoliczności przyrody, to polecam Wam serię o Lipowie. A, no właśnie - jeszcze jedno - nie bez kozery wspomniałam o wolnym czasie - tego jest sześć pokaźnych tomów, więc sami wiecie, żeby potem nie było na mnie, no!

Powiem tak - Kasię Puzyńską (chyba mogę tak napisać, bo mam wrażenie, że ona jest młodsza ode mnie - #zazdrość tak by the way) porównuje się niemal odruchowo z bardzo popularną u nas Szwedką, Camillą Lackberg, ale ja akurat Lackberg nie trawię - przebrnęłam (chyba wyłącznie przez mój ośli upór) przez jakieś cztery tomy i stwierdziłam, że sorry, ale więcej jej wkurzających i infantylnych bohaterek nie zniosę - dlatego też uważam, że to porównanie jest wyjątkowo dla Puzyńskiej krzywdzące. Owszem, w jej powieściach też mamy mocno (momentami być może nawet nieco ZA mocno) rozbudowany wątek obyczajowy, bohaterowie trochę sobie romansują, trochę rozkminiają swoje uczucia, ale śmiem twierdzić, że jest to jednak znacznie bardziej życiowe niż u Lackberg, gdzie bohaterki najwyraźniej zatrzymały się na poziomie emocjonalnym gimnazjalistek. 

Ale! Nie zapominajmy także, że saga o Lipowie ma nad Lackberg jedną zasadniczą przewagę. Klementynę Kopp. Czytając kolejne tomy (których fabuły nie zamierzam Wam streszczać, bo to kompletnie nie miałoby sensu), mam już wyrobioną swoją wizję pani komisarz i z jednej strony bardzo chciałabym zobaczyć, jak ta postać prezentowałaby się w wersji filmowej, ale z drugiej boję się rozczarowania. Bo książkowa Klementyna jest niezwykłą osobą - jest jednocześnie fascynująca, irytująca i cholernie przyciągająca uwagę - no i w momencie kiedy w jej życiu pojawia się kot Don Jose (vel Józek), ja zostałam już kupiona na dobre :) Dawno już nie "spotkałam" tak barwnej i oryginalnej bohaterki i chociaż przede mną jeszcze półtora tomu, to już się boję syndromu odstawienia. 

Daniel Podgórski też jest raczej w porządku, chociaż z tej dwójki to oczywiście Klementyna ma większe jaja, bo młodszy aspirant jest nieco zbyt ciapowaty i rozlazły jak na mój gust. Chociaż potrafi pokazać pazurki, że tak pozostanę jeszcze przez chwilę w kocim temacie :) 

Bardzo podoba mi się także fakt, że Puzyńska wyraźnie napracowała się, żeby stworzyć pełnowymiarowe postaci drugoplanowe - to nie są tylko takie papierowe wydmuszki, które mają służyć za tło, ale osoby, które nawet kiedy nie odgrywają żadnej ważnej roli w fabule, to jednak gdzieś tam są i trochę nam ich brakuje, niczym dawno nie widzianych znajomych. Chociaż Pawła Kamińskiego sama bym chętnie ukatrupiła, bo potwornie mi działa na nerwy!

Nie powiem, że kryminały Puzyńskiej kojarzą mi się z Agathą Christie, bo to by było jednak nadużycie. Bardziej przypominają mi słynną brytyjską serię Morderstwa w Midsomer, na podstawie książek Caroline Graham - tam też mamy pozornie sielską prowincję, całą gamę ciekawych postaci pierwszo- i dalszoplanowych, no i śledztwa w sprawie morderstw. Jeśli więc lubicie takie klimaty, to serdecznie polecam przetestowanie na sobie, czy Kasia P. przypadnie Wam do gustu - kolejność serii o Lipowie jest następująca:

1. Motylek
2. Więcej czerwieni 
3. Trzydziesta pierwsza 
4. Z jednym wyjątkiem
5. Utopce
6. Łaskun

Na koniec tej polecanki dodam tylko, że oczywiście można się przyczepić do tego, że: bywa trochę za bardzo rozwlekle, że autorka niekiedy zapomina, że czytelnik potrafi zapamiętać podstawowe fakty i nie trzeba mu powtarzać tego samego trzydzieści razy, że lipowska policja to na oko banda jakichś życiowych fajtłap, a tempo rozwiązywania przez nich spraw woła o pomstę do nieba, no i wreszcie - że większość zbrodni i intryg kryminalnych jest kompletnie odrealniona. No jasne, że można - tylko po co? Jak dla mnie żadna z tych uwag (a spotkałam się już ze wszystkimi, nie wymyśliłam sobie ich sama przed chwilą) ani nie dyskwalifikuje autorki, ani nie sprawia, że sagę o wymyślonym małym polskim miasteczku czyta mi się gorzej. Tak więc ja jestem jak najbardziej w #teampuzynska 




PS Do tej pory moją ulubioną częścią są "Utopce" (ale jestem dopiero w połowie, więc mam nadzieję, że nie zmienię zdania do końca książki!) - bardzo lubię takie leciutko niepokojące klimaty (szalenie działający na wyobraźnię opis okolic Utopców sprawił, że wszystkie miejsca stanęły mi przed oczami jak żywe), a przede wszystkim pokazywanie w retrospekcjach tego samego momentu z punktu widzenia różnych osób (btw - to świetne ćwiczenie dla wszystkich tych, którzy nie widzą nic poza końcem własnego nosa :) 

Dajcie znać, czy znacie/lubicie Kasię Puzyńską! 

UPDATE: "Utopce" do samego końca świetne, natomiast po rozpoczęciu "Łaskuna" muszę nieco zweryfikować określenie "kryminały nie bardzo krwawe" w odniesieniu do książek autorki. Jeśli chodzi o plastyczne opisy zwłok, od których osobom nieprzyzwyczajonym do takiej makabreski może się zrobić nieco słabo (lub niedobrze), to w "Łaskunie" mamy 10 punktów na 10 - tak tylko uprzedzam :) Ogólnie cieszę się, że dużo się dzieje i że ciapowaty poczciwina Podgórski w końcu będzie miał szansę pokazać się nieco z innej strony.  

niedziela, 15 lutego 2015

Filmowo - kryminalnie - o "Ziarnie prawdy"

Dawno nie było tradycyjnej recenzji filmowej, więc voilà. Dziś będzie o polskim kryminale - dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, a może by chcieli (albo nie wiedzą, czy by chcieli). 


Powołany do życia przez pisarza Zygmunta Miłoszewskiego prokurator Teodor Szacki jest ciekawą i niebanalną postacią. W książkach. Niestety nie ma zbyt wiele szczęścia do swoich ekranowych wcieleń, o czym mogliśmy przekonać się zarówno w nieszczęsnym "Uwikłaniu" (w którym został...kobietą), jak i nadal wyświetlanym w kinach "Ziarnie prawdy". Oczywiście wiadomo, że język filmowy, skrajnie upraszczając i skracając autorskie wodolejstwo, zasadniczo różni się od tego literackiego, trzeba jednak uważać, żeby przycinając to i owo, nie posunąć się o krok za daleko i nie zostać z bezkształtną wydmuszką - niby nadal ładną i kolorową, ale w środku pustą.

Film "Ziarno prawdy" miał być mrocznym, bezkompromisowym kryminałem, mocno osadzonym w polskiej rzeczywistości, z zapadającym w pamięć głównym bohaterem oraz wielowątkową fabułą. Mogłoby się wydawać, że jeśli ramię w ramię stanie reżyser fantastycznego "Rewersu" Borys Lankosz oraz autor bestsellera Zygmunt Miłoszewski, to efekt będzie powalający. A jest bardzo średni.

Jako wielbicielka trylogii o białowłosym prokuratorze (za którą - warto dodać - Zygmunt Miłoszewski otrzymał niedawno Paszport Polityki w kategorii Literatura), pierwsze zastrzeżenie mam do filmowej wersji głównego bohatera (i wbrew pozorom nie chodzi tu o brak najbardziej charakterystycznej dla niego cechy fizycznej, czyli wspomnianych białych włosów). Otóż jak zauważyłam na początku, Szacki jest złożoną postacią, która często zachowuje się jak skończony mizogin, egotyk i cham działający i ubrany "pod linijkę", ma jednak swoje zasady i staroświecką nieustępliwość, dzięki którym pozwala się lubić i przypomina trochę westernowego szeryfa. Niestety przeniesiony na duży ekran, traci niemal cały swój urok i w miejsce nieszablonowej postaci otrzymujemy aroganckiego buca o (notabene przyjemnym dla oka) ciele i twarzy Roberta Więckiewicza.

W ekranizacji powieści zabrakło prawie wszystkich niuansów, które sprawiały, że opowiadana historia trzymała w napięciu i zyskiwała dodatkową głębię - w filmie nie mamy pojęcia o tym, jak i dlaczego warszawski prokurator znalazł się na prowincji, poza tym naprawdę niełatwo jest wykrzesać z siebie jakąkolwiek większą sympatię dla kogoś, kto przez cały film pokazuje nam się wyłącznie z jednej, niezbyt przyjemnej strony. Owszem, sceny w których widzimy zderzenie małomiasteczkowych obyczajów (wszyscy są ze sobą po imieniu, szefowa "Misia" częstuje domowym ciastem i strofuje swoich podwładnych jak niesforne dzieci) ze sztywną "warszawskością" Szackiego są zabawne, ale mimo to nie mogłam przez cały film pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że zarówno bohater, jak i twórcy traktują mieszkańców z pogardliwą wyższością. Szacki snuje się po Sandomierzu niczym udzielny książę, a jedyną naprawdę ciekawą interakcją personalną staje się jego rozmowa z żydowskim rabinem (który de facto zostaje pokazany jako jedyna dorównująca mu pod względem intelektualnym osoba).

Z drugiej strony trzeba przyznać, że na tle przewijających się przez ekran postaci drugoplanowych, Szacki ma głębię Rowu Mariańskiego. Cała reszta jest bowiem płaska niczym powieszone na ścianie zdjęcia - błyszcząca powierzchnia i nic pod spodem. Mamy więc prowincjonalną laleczkę, która teoretycznie jest najlepszą partią w mieście, ale patrząc na jej godną piętnastolatki egzaltację strach pomyśleć, jak w takim razie wygląda reszta miasteczka; śmiało konkuruje z nią rudowłosa partnerka Szackiego, która właściwie poza tym, że się obraża i biegnie do przełożonej na skargę niczym dziecko w przedszkolu, niewiele wnosi do fabuły (w książce widać było dokładnie zarówno przemianę, jaka zaszła w tej irytującej „piczce-zasadniczce” (używając oryginalnego określenia autora książki), jak i ewolucję wzajemnych relacji jej i Szackiego, w filmie została wyłącznie irytująca nieprofesjonalistka). Przez chwilę mogło się wydawać, że te niedociągnięcia uda się wyrównać którejś z męskich postaci - do wyboru był zarówno mąż pierwszej ofiary, lokalny biznesmen-patriota, czy współpracujący z prokuratorem stary policjant. Czegoś jednak ponownie zabrakło i zarówno Krzysztofowi Pieczyńskiemu, Andrzejowi Zielińskiemu, czy Jerzemu Treli nie udało się zbudować pełnowymiarowych charakterów.
 
Niestety niewiele lepiej jest z warstwą fabularną. Szkoda jej tym bardziej, że początek jest całkiem niezły - akcja osadzona jest w Sandomierzu, przepięknym mieście z nieco mniej piękną i problematyczną (bo bardzo niepoprawną politycznie) historią. Tajemnicze morderstwo jednej z najbardziej kochanych mieszkanek wstrząsa wszystkimi, a kiedy okazuje się, że to dopiero początek, a towarzyszące temu poszlaki, z każdym krokiem coraz mocniej sugerujące krwawy żydowski rytuał sprawiają, że opowiadana treść miała spory potencjał. Który pomimo nastrojowych, tajemniczo-mrocznych zdjęć, nie został właściwie wykorzystany. Odważny, niestety ciągle i niezmiennie aktualny temat polsko-żydowskich stosunków oraz historia, która zatacza koło i nieoczekiwanie wraca po 60 latach, wyciągając na światło dzienne wszystkie wydawałoby się dawno zapomniane krzywdy i głęboko skrywane pretensje, to największa siła tej opowieści. I właśnie te fragmenty, będące bezkompromisowym komentarzem do drażliwego tematu antysemityzmu, są najciekawszym elementem filmu - zderzenie absurdalności "prawdziwego" patriotyzmu z bezstronną nieustępliwością Szackiego, który nieoczekiwanie dla siebie zostaje "głosem narodu", sprawiają, że zaczyna się robić i śmieszno i straszno, ale zaskakująco prawdziwie. W dodatku zarówno Miłoszewskiemu, jak i Lankoszowi udało się zachować równowagę i bezstronność w przedstawianiu niewygodnych dla wielu osób wydarzeń z przeszłości, co biorąc pod uwagę drażliwość tematyczną, jest sporym osiągnięciem - z jednej strony mamy bowiem antysemickie zabobony i mroczne wspomnienie powojennych pogromów, z drugiej otwartą dyskusję na temat Żydów współpracujących z UB (tu chapeau bas za sprytny zabieg przedstawienia tej niewygodnej karty historycznej przez rabina, z miejsca bowiem wytrącił on potencjalnym adwersarzom argument o antysemityzmie i żydowskiej nagonce).

Powiem tak - gdybym miała oceniać ten film wyłącznie w kategorii "polskich kryminałów", pewnie byłabym łagodniejsza. Jeśli jednak nie chcemy na zawsze zagrzebać się w polskim filmowym grajdołku i mamy równać do poziomu światowego, to "Ziarnu prawdy" sporo brakuje do określenia "wybitny kryminał". Myślę jednak, że zarówno temat, jak i rola Roberta Więckiewicza są na tyle ciekawe, że mimo wszystko warto wesprzeć polską kinematografię, wybierając się na seans. A potem (lub jeszcze lepiej - przedtem) przeczytać książkę. Swoją drogą - gorąco polecam całą trylogię o prokuratorze Szackim - aktualnie pochłaniam trzecią (moim zdaniem najlepszą) część, czyli "Gniew" i nie ukrywam, że autentycznie zazdroszczę autorowi pisarskiego talentu. 

PS Standardowo - informacyjnie - moje recenzje najpierw ukazują się na portalu filmosfera, a po jakimś czasie (jeśli w międzyczasie o nich nie zapomnę), trafiają także tutaj. 

wtorek, 16 września 2014

Moje lektury - lista "do przeczytania"

O tym, co czytam obecnie i przeczytałam niedawno, napiszę być może za jakiś czas - moje zainteresowania nadal obracają się głównie wokół kryminałów i thrillerów (przy okazji - odkryłam nową krwawą serię, w którą się strasznie wciągnęłam - parę słów o niej poniżej) oraz książek luźniej lub ciaśniej powiązanych z samorozwojem i /lub kryminologią/psychologią/socjologią. 

Dziś natomiast pokażę Wam parę tytułów, które wskoczyły na moją listę "do przeczytania" - odkąd mam Kindle (pisałam o nim więcej TUTAJ), znacznie łatwiej mi przychodzi tworzenie planów czytelniczych oraz zestawień tematycznych - pomijam już fakt, że zakupy również przychodzą o wiele łatwiej (żeby nie powiedzieć - za łatwo - damn you, one-click option!) :) Żeby trochę ułatwić sobie zadanie, tworzę sobie specjalny katalog "do przeczytania w ..." (zmienia się tylko nazwa miesiąca) i tam wrzucam te pozycje, z którymi chciałabym zapoznać się w pierwszej kolejności. Oczywiście (o czym piszę też poniżej) ta nazwa jest totalnie umowna i to, że akurat w chwili obecnej widnieje tam "September" nie znaczy wcale, że za dwa tygodnie stan listy zmieni się diametralnie :)

Jeśli ktoś jeszcze nie zna, to polecam serwis lubimy czytać - dla mnie to nieskończona kopalnia inspiracji książkowych i przy okazji miejsce, gdzie aktualizuję stan swoich lektur. Ci, którzy lubią takie czytelnicze podglądactwo, mogą mnie znaleźć tutaj: 
A na mojej aktualnej liście do przeczytania, znajdują się takie tytuły jak:




Oczywiście troszkę "oszukuję", bo jestem w trakcie lektury dwóch pierwszych pozycji - przy okazji odkryłam, że "Puls" Johna Lutza to 7, a nie tak jak wpisałam 6 część serii z Frankiem Quinnem (dobrze wiedzieć). I tak, to jest właśnie ta nowa seria, o której wspomniałam na początku wpisu - od razu uprzedzam, że na polski przetłumaczono niektóre części (i to tradycyjnie - w kolejności od czapy, zawsze zastanawia mnie, kto i na jakiej podstawie decyduje o takim, a nie innym wyborze tomów serii do tłumaczenia - mam wrażenie, że odpowiedzialna jest za to ta sama tajemnicza grupa, która tłumaczy tytuły filmów na polski :)). Całość czyta się bardzo dobrze, chociaż opisy niektórych zbrodni są naprawdę okrutne (a pisze to osoba "zaprawiona" w tego typu lekturach!).  

  • Pułapki myślenia Daniela Kahnemana to jedna z tych lektur, do których ciągnie mnie zawsze i nieustannie - o tym, jak działa nasz mózg, jak w myśleniu "chodzimy na skróty", w jaki sposób kojarzymy rzeczy etc. Książka wymaga skupienia, więc siłą rzeczy jej czytanie idzie mi wolno (zdecydowanie łatwiej przyswajam opisy kolejnych krwawych morderstw - chociaż przyznam się, że często podczas porannej podróży autobusem trochę mi się robi przy nich słabo). 
  • Głaskologia Miłosza Brzezińskiego - podtytuł "Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji" mówi sporo o treści, podobnie jak bardzo entuzjastyczne recenzje. Kusiła mnie ta książka od dawna, kupiłam ją jakiś czas temu i ...kompletnie o niej zapomniałam - teraz wskoczyła na listę do przeczytania. Zobaczymy. 
  • Mastermind. How to Think Like Sherlock Holmes - Marii Kunnikovej - nie wiem, czy można nauczyć się sztuki dedukcji, ale uwielbiam postać słynnego detektywa, więc z przyjemnością poczytam o sposobach na efektywniejsze wykorzystanie mojego mózgu tak, aby wyćwiczyć swoją percepcję. 
  • Grain Brain - David Perlmutter - znowu wielemówiący podtytuł - "The Surprising Truth about Wheat, Carbs and Sugar - Your Brain's Silent Killers" - z tego, co zdążyłam się zorientować, to bardzo popularna pozycja, ale jednocześnie trochę za bardzo "podjeżdża" mi takim wszechwiedzącym mentorstwem - być może się mylę (i właśnie aby się o tym naocznie przekonać, chcę ją przeczytać) - tak czy inaczej, wszelkie książki o odżywianiu i jego wpływie na nasze zdrowie i życie, są u mnie na liście zainteresowań (choćby ze względu na to, co opisywałam w TYM wpisie). 
  • No i w końcu coś, co mnie kusi najbardziej, czyli Teoria zła. O empatii i genezie okrucieństwa - Simona Barona-Cohena - nie raz pisałam już, że fascynuje mnie ludzki umysł, a zwłaszcza to, skąd bierze się ludzkie okrucieństwo - wprawdzie dość krytyczne opinie na temat tej książki trochę studzą mój zapał, ale i tak chętnie poczytam o różnych badaniach nt empatii i tego, skąd biorą się psychopaci. 

Kontynuując myśl rozpoczętą powyżej - to nie tak, że tworząc listę pozbawiam się tym samym swobody w wyborze kolejnego tytułu - do folderu "to read in September" wrzucam po prostu te tytuły, które chciałabym przeczytać w miarę niedługo, bo w przepastnym gąszczu posiadanych przeze mnie książek, łatwo mi się zagubić.

Wcale nie jest też powiedziane, że skoro coś jest na liście "to read in September", faktycznie zostanie przeczytane w owym wrześniu - niektóre tytuły swobodnie sobie przeskakują z miesiąca na miesiąc, zamieniając się miejscami z innymi pozycjami, które trafiają na listę całkiem spontanicznie - nigdy nie zapominam, że czytanie ma sprawiać mi przyjemność i dlatego nie zamierzam się do niczego zmuszać - jeśli nie mam w danym miesiącu ochoty na poważniejsze opracowania, pozostaję przy thrillerach bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Podobnie mam z książkami, które mnie nie wciągają - porzucam je bez litości - tak miałam np ze "Ślubną suknią" Pierre'a Lamaitre'a, która kompletnie mi nie "podeszła" - być może kiedyś do niej wrócę, ale póki co główna bohaterka tak mnie rozdrażniła, że nie sądzę, żeby prędko to nastąpiło.

A wybór konkretnego tytułu i tak zawsze zależy od wielu czynników, w tym mojego nastroju, pogody za oknem, tego w jakim języku mam akurat chęć czytać (zauważyłam np już dawno, że kryminały i thrillery z reguły o wiele lepiej czyta mi się po angielsku, dlatego poza sytuacjami, kiedy wygrywa moje lenistwo, staram się jednak w ten sposób utrzymywać regularny kontakt z tym językiem), a także na jaki gatunek mam ochotę.

Zazwyczaj zresztą czytam "jednocześnie" kilka pozycji - nie dosłownie oczywiście, ale dopasowując daną książkę do powyższych czynników i swobodnie przeskakując z tytułu na tytuł - to jeden z powodów mojego uwielbienia dla Kindla! 

A Wy co teraz czytacie? Polećcie mi coś ciekawego, nieważne z jakiej kategorii - czasem fajnie jest w ten sposób odkryć jakiś zupełnie nieoczekiwany tytuł :) 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Moje lektury - Cody McFadyen

Żeby na blogu nie zrobiło się znowu monotematycznie-filmowo, dziś będzie książkowy przerywnik. 

Kryminalny, a jakże. Nie-kryminały też czytam i pewnie kiedyś się podzielę z Wami przemyśleniami na temat wybranych tytułów, ale to jeszcze nie ten dzień, moi drodzy. 

Najpierw krótki wstęp (coby tradycji stało się zadość). Otóż posiadam ci ja cholernie bujną wyobraźnię (o czym mogą świadczyć choćby moje sny, czasem rozrastające się do fabularnych superprodukcji) i właściwie niewiele mi trzeba, żeby zaczęła ona pracować na pełnych obrotach. Ponieważ jednak czytam naprawdę sporo, z upływem czasu (i kolejnymi pozycjami), moja wrażliwość na drastyczne opisy nieco się stępiła. Oczywiście nadal często w trakcie lektury boję się tak, że nie jestem w stanie niczego przełknąć, nadal sprawdzam po trzy razy, czy na pewno dokładnie zamknęłam mieszkanie, a także czy pod moją nieobecność nikt nie schował się w szafie lub pod łóżkiem (serio, serio!), ale faktem jest, że zdecydowanie łatwiej przyswajam wszelkie okropności opisywane przez kolejnych autorów. 

Jak każdy, mam jednak nadal takie tematy, które działają na mnie mocniej niż pozostałe. Dla mnie jest to m.in. wszelkiego rodzaju manipulacja psychologiczna, która prowadzi do krwawych dramatów. W ogóle temat wchodzenia w czyjąś głowę i ukierunkowywania go w jakikolwiek sposób dość mocno mnie fascynuje, dlatego jeśli książka choćby ogólnie krąży wokół takiej tematyki, to na starcie zyskuje u mnie spore szanse. 

Dziś chciałam polecić Wam dwa tytuły amerykańskiego autora Cody'ego McFadyena i z miejsca uprzedzam, żebyście zignorowali zawarte na okładce jednego z nich hasło o "najbardziej przerażającym psychopacie od czasów Hannibala Lectera" (czyli coś, co dla mnie osobiście jest zazwyczaj najlepszą antyreklamą książki, jaką można sobie wyobrazić - uznaję to bowiem za protekcjonalne traktowanie mnie-czytelnika jak idioty bez umiejętności wyrabiania sobie własnej opinii), a także żebyście upewnili się, że należycie do czytaczy o raczej mocnych nerwach. Bo opisy są naprawdę drastyczne. I szczegółowe. 



Zarówno "Cień", jak i "Maska śmierci", które są początkiem serii, mają tych samych bohaterów. Na pierwszym planie jest agentka specjalna FBI Smoky Barrett, która ewidentnie ma coś z Clarice Starling z "Milczenia owiec" - to trochę jej duchowa siostra, aczkolwiek zdecydowanie mocniej poharatana (dosłownie i w przenośni) przez los -  McFadyen poszedł o krok dalej niż Harris i postanowił wprowadzić nas w życie swojej bohaterki w momencie, kiedy zmaga się ona z życiową traumą. Ten wątek bardzo przypadł mi do gustu - fakt, że od samego początku obserwujemy, jak Smoky miota się i wręcz szaleje pod wpływem niewyobrażalnej straty, ale jednocześnie za wszelką cenę próbuje wziąć się w garść i znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, od razu sprawił, że polubiłam zarówno ją, jak i autora. W "Cieniu" bardzo podoba mi się także sama fabuła - począwszy od nawiązania do Kuby Rozpruwacza, przez zagęszczającą się atmosferę i naprawdę ciekawe opisy prowadzenia śledztwa. To, do czego mogę się przyczepić, to trochę za mały wybór podejrzanych (i w rezultacie brak zaskoczenia pod koniec, ponieważ już od dłuższego czasu podejrzewałam, kto stoi za całą intrygą) oraz maksymalnie schematyczne postaci zespołu Smoky. O ile jeszcze w pierwszej części można się skupić bardziej na wciągającej fabule i zignorować nieustanne zachwyty idealnymi przyjaciółmi i współpracownikami, tak już przy drugim tomie ta euforia zaczynała mi porządnie działać na nerwy. Paradoksalnie, w pewnym momencie złapałam się wręcz na tym, że z tej całej gromady moją największą sympatię budzi wredny James (który jako jedyny jest wprost przedstawiany jako niesympatyczny), no bo ile można znieść lukrowanej empatii i wzajemnej wyrozumiałości? 
Ok, tyle czepiania. Poza tymi drobiazgami (bo w ogólnym rozrachunku są to drobiazgi), "Cień" czyta się naprawdę świetnie i muszę powiedzieć, że już dawno nie wciągnęłam się aż tak w żadną serię (no dobra, może nie aż tak dawno, bo jednak Craig Russel, o którym pisałam TUTAJ, nadal mnie trzyma w swoich szponach). 

"Maska śmierci" kontynuuje wątki rozpoczęte w "Cieniu" - tzn wątki osobiste (z czego część jest oczywiście równie drażniąca, co wcześniej), bowiem od strony kryminalnej tworzy odrębną całość. I wali po głowie. Mocno. Przyznam się, że o wiele łatwiej przyszło mi przebrnąć przez wszystkie naprawdę okrutne opisy w "Cieniu", ale przy tej części musiałam robić sobie przerwy i przy czytaniu relacji Sarah najzwyczajniej w świecie popłakałam się parę razy. Tak jak wspomniałam wcześniej - wszyscy mamy swoje osobiste lęki i pewne rzeczy oddziałują na nas mocniej niż inne - dla mnie np. czymś takim jest zmuszenie kogoś do skrzywdzenia osoby, którą kocha - ogólnie jakoś zawsze mimo wszystko łatwiej jest mi sobie wyobrazić znoszenie własnych cierpień aniżeli przyglądanie się cierpieniom kogoś bliskiego, bez możliwości jakiegokolwiek działania. Dlatego naprawdę chwilami w trakcie lektury aż się we mnie gotowało, wściekałam się zarówno na postaci (chociaż doskonale wiedziałam, że przecież nie mają wyjścia) oraz na tego cholernego psychola, który strasznie działał mi na nerwy! Co, rzecz jasna, jak najlepiej świadczy o autorze :) Pod koniec zrobiło się trochę bardziej kulawo, a poziom prawdopodobieństwa (jeśli w ogóle przy tego typu lekturach możemy mówić o czymś takim) zaczął spadać na łeb, na szyję (i znowu o wiele za wcześnie wpadłam na to, kto jest sprawcą!), ale mimo wszystko nie pozbawiło mnie to przyjemności z czytania. 

Podsumowując (i unikając spoilerów) -  jeśli macie chęć na wciągającą (i trzymającą w napięciu) lekturę, to polecam Cody'ego McFadyena. Przede mną jeszcze trzecia wydana u nas powieść pt. "Dewiant", a także ta najnowsza, "Abandoned". Aha, i trzymajcie się kolejności, bo pisarz najwyraźniej lubi swoich bohaterów i wątki poboczne zajmują całkiem sporą część obu książek - warto więc wiedzieć dokładnie, czemu np adoptowana Bonnie nie mówi, a Elaine straciła włosy. 

poniedziałek, 24 lutego 2014

Moje lektury - kryminalnie Craig Russell

Trzymając się obietnicy pisania częściej (choć być może nieco mniej rozwlekle niż zazwyczaj, co w ostatecznym bilansie może wyjść Wam, moi mili czytelnicy na dobre i co na razie udaje mi się raczej średnio), chcę dziś wspomnieć o początku książkowej serii, w którą się wciągnęłam (zanim o niej zapomnę, również zgodnie z tym, o czym pisałam we wstępie do TEGO wpisu) :) 

Czytam właściwie non stop i przez to mam spory przerób (a od kiedy jestem posiadaczką Kindle, to ta ilość jeszcze się zwiększyła - nie wiem, czy też tak macie?). Dlatego często zdarza mi się, że po zakończeniu jednej książki, od razu zabieram się za kolejną, potem za następną i zanim się zorientuję, jestem już 10 tytułów dalej i nie pamiętam, o czym chciałam pisać :) 

Dlatego - dopóki pamiętam - dziś chcę Wam polecić autora, którego odkryłam jakiś czas temu i który na szczęście okazał się zarówno utalentowany, jak i pisarsko płodny (prywatnie może także, ale ten aspekt akurat mniej mnie interesuje) - tak więc stworzył całą serię z fajnym bohaterem, dzięki której mam zapewnioną rozrywkę na co najmniej kilka tygodni :) 

Autor, o którym piszę nazywa się Craig Russell i jest Szkotem (co zważywszy na umiejscowienie akcji jego powieści w Hamburgu, wcale nie jest takie oczywiste) z fiksacją na punkcie Niemiec (patrz uwaga o miejscu akcji). Do tej pory znany jest z dwóch niezależnych od siebie serii - napisał 6 tomów o niemieckim (a właściwie niemiecko-brytyjskim) detektywie Janie Fablu oraz 4 części o szkockim detektywie Lennoxie.  

Na razie jestem po lekturze dwóch pierwszych tomów z serii hamburskiej, którymi są "Krwawy Orzeł" oraz "Baśniowy Morderca" (znany także pod tytułem "Brat Grimm").  Od razu uprzedzam, że radzę zabierać się do lektury zgodnie z porządkiem serii, ponieważ poza wątkiem kryminalnym, książki zawierają sporo wątków pobocznych i nie zachowując kolejności, możemy się lekko pogubić (piszę z doświadczenia, bo sama zaczęłam od drugiego tomu i dowiedziałam się o części zdarzeń z poprzedniej książki odrobinę za wcześnie). 



Fabuła jak to fabuła w kryminałach/thrillerach zwykle bywa - trochę zawiła, a morderca jest zarówno szalenie inteligentny, jak i przebiegły i lubi wodzić policję za nos. Mnie osobiście chyba nieco bardziej przypadła do gustu ta z "Brata Grimm"/"Baśniowego Mordercy" (jak można się domyślić po tytule, morderca inspiruje się słynnymi baśniami zebranymi przez braci Grimm, a konkretniej ich oryginalnymi, nieprzerobionymi i makabrycznymi wersjami) - po pierwsze podoba mi się oryginalny pomysł, a po drugie autor z każdą kolejną książką się rozkręca i szlifuje warsztat. "Krwawy Orzeł" jest dla mnie trochę za bardzo skomplikowany, za dużo w nim wątków - ni to polityczno-społecznych, ni to historycznych, chociaż z kolei tu spodobały mi się odniesienia do nordyckiej mitologii. 

Tym jednak, co najbardziej mnie ujęło w tej serii, jest postać głównego bohatera, detektywa (tak naprawdę to ma on pozycję nadkomisarza) Jana Fabla, opisywanego jako "angielski komisarz", ze względu na swoje pochodzenie oraz nieskrywaną anglofilię. Przez to cały czas czuje się lekko "niedopasowany" do otoczenia i ma poczucie bycia outsiderem, co w zależności od okoliczności może być plusem, lub minusem. Lubię jego przemyślenia, sposób wiecznego analizowania wszystkiego, to że mimo wieloletniego doświadczenia, nadal przejmuje się swoją pracą i ofiarami i makabryczne morderstwa potrafią nim wstrząsnąć. Lubię jego stosunek do podwładnych, to jak stara się na swój sposób nimi opiekować, bez zbytniego angażowania się w ich życie prywatne. Doceniam także to, że nie jest on ani superbohaterem, ani zgorzkniałym nieudacznikiem (ok, wiadomo, że Harry Hole czy Wallander są absolutnie uroczy, ale przyznam się, że po kilkunastu książkach z niemal identycznymi wzorami głównej postaci miałam chęć na kogoś bardziej zwykłego i mniej pooranego przez życie). Widać, że postać ta została napisana z sympatią i taką samą sympatię wzbudziła we mnie. Dlatego po dwóch przeczytanych tomach, mam chęć na więcej - właśnie zaczęłam trzecią część, czyli "Eternal", a w kolejce czekają kolejne tytuły :)

Gwoli ostrzeżenia wspomnę jeszcze tylko, że opisy zbrodni w obu przeczytanych przeze mnie tomach (i jak się domyślam, w kolejnych pewnie także) są naprawdę drastyczne, dlatego może ci z Was, którzy mają słabsze żołądki, niech mają to w pamięci zanim zabiorą się za czytanie. Ja jestem zaprawiona w bojach i wycinanie płuc czy wyrywanie żeber nie robi na mnie specjalnego wrażenia (w książkach, rzecz jasna, bo jako wzrokowiec zdecydowanie mocniej reaguję na takie sceny w filmach - chociaż czytając, też potrafię je sobie dość barwnie zwizualizować), ale przyznaję, że niekoniecznie miałam ochotę na jedzenie w trakcie/tuż po owych lekturach :)

Tak dla pełnej informacji, podaję listę tytułów:
Seria z Janem Fablem: 
- Blood Eagle - 2005 - Krwawy Orzeł  (pl 2006) ,
- Brother Grimm -2006- Baśniowy Morderca/Brat Grimm (pl 2007/2011),
- Eternal -2007- Zmartwychwstały (pl 2013),
- The Carnival Master -2009,
- The Valkyrie Song - 2009 - Pieśń Walkirii (pl 2013), 
- A Fear of Dark Water - 2011, 

Seria z Lennoxem: 
- Lennox - 2009 - Lennox (pl 2012), 
- The Long Glasgow Kiss - 2010 - Długi pocałunek z Glasgow (pl 2013),
- The Deep Dark Sleep - 2011 - Długi kamienny sen (pl 2013),
- Dead Men and Broken Hearts - 2012,

Znacie tego pana?

Dla zainteresowanych, którzy nie śledzą bloga regularnie - TU poprzedni wpis z tego cyklu, o innej autorce kryminałów. 

czwartek, 20 lutego 2014

Serialowo-kryminalnie - o skandynawskim Bron/Broen

Ok, obiecałam, że postaram się częściej pisać, to macie :) Mój "problem" polega na tym, że interesuje mnie wiele rzeczy, bardzo różnych, w związku z czym właściwie ciągle coś czytam, oglądam, poznaję, sprawdzam, odkrywam etc., ale żeby uwzględniać to wszystko w moich zapiskach tutaj, musiałabym spędzać na bloggerze jakieś pół doby dziennie :) Dlatego też z reguły zanim zabiorę się do pisania, na tapecie mam już coś nowego, a to o czym miałam wspomnieć, wylatuje z pamięci. Nie wiem, czy i na ile uda mi się to zmienić, ale spróbuję tworzyć choćby krótkie wpisy na różne tematy bardziej na bieżąco, ot - choćby dla inspiracji. 

Dziś mam dla Was notkę o serialu, który choć nie jest z tych najnowszych (o takim* też będzie, ale za jakąś chwilę, bo czekam czy mój początkowy zachwyt się utrzyma - * mówię o hicie ostatnich tygodni, czyli "True Detective"), wciągnął mnie bez pamięci. 

Najpierw mała dygresja (to tak, żeby tradycji stała się zadość - powinnam sobie sprawić koszulkę "Królowa dygresji", skoro potrafię zrobić nawet dygresję od dygresji :)) Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, po pierwsze jestem wielbicielką kryminałów, ze szczególnym uwzględnieniem literatury skandynawskiej. Po drugie mam słabość (w teorii!) do seryjnych zabójców. Po trzecie uwielbiam seriale. Dlatego też tytuł, który zawiera wymienione elementy, ma u mnie na wejściu spore szanse i tak właśnie stało się ze szwedzko-duńskim serialem Bron/Broen (przetłumaczonym na polski jako "Most nad Sundem"). Do tej pory powstały 2 sezony, 3 ponoć jest w przygotowaniu. 



Nie będę się za bardzo rozwodzić nad samą fabułą, bo myślę, że ci, których tematyka zainteresuje, sięgną po ten tytuł i sami zadecydują, czy mają chęć zanurzyć się w tym nastrojowym, mrocznym, ale i chłodnym świecie. W ogromnym gąszczu wszelakich seriali, które są mniej lub bardziej nachalnie promowane, łatwo się zagubić, a tym bardziej nie jest łatwo znaleźć taki, który proponuje coś oryginalnego. Myślę, że "Bron/Broen" wyróżnia się pod tym względem. Już początek jest oryginalny - wszystko zaczyna się bowiem od tego, że na moście łączącym Danię ze Szwecją zostaje znalezione ciało kobiety - przy czym jest ono ułożone precyzyjnie w taki sposób, że jedna połowa znajduje się po stronie szwedzkiej, a druga po duńskiej - co automatycznie wymusza współpracę służb z obu krajów. Do grupy śledczej zostaje przydzielona Szwedka Saga Noren oraz Duńczyk Martin Rohde, którzy mimo początkowych zgrzytów, muszą znaleźć sposób na wspólne działanie. Taki jest punkt wyjścia. 


Dodatkowym "smaczkiem" (choć nie jest to chyba najlepsze określenie) i tym, co wyróżnia serial wśród innych, jest interakcja pomiędzy bohaterami. Saga bowiem cierpi na syndrom Aspergera (a ponieważ nigdzie nie jest to powiedziane wprost, wielu widzów na początku odbierało jej postać jako odpychającą i sztuczną oraz źle zagraną), który charakteryzuje się m.in. brakiem umiejętności odczytywania sygnałów niewerbalnych - jest ona więc jednocześnie świetną policjantką (dla której przestrzeganie reguł to świętość, ponieważ w przeciwnym przypadku świat pogrąża się w chaosie) i fatalną towarzyszką w życiu codziennym, jako że liczą się dla niej wyłącznie konkrety, a wszystko odbiera dosłownie - nie wyczuwa ironii, ani subtelności, nie docenia żartów, jest do bólu szczera i bezpośrednia, przez co często także okrutna i nieczuła. I właśnie ta relacja i wzajemne "uczenie się" od siebie Sagi i Martina, jest najmocniejszą stroną serialu. 


Zagadka kryminalna (zwłaszcza ta z pierwszego sezonu) także jest bardzo interesująca, a fabuła prowadzona w sposób, który naprawdę wciąga. W pierwszym sezonie mamy serię morderstw, które połączą się w logiczną całość dopiero w ostatnich odcinkach sprawiając, że śledzimy kolejne odsłony z autentycznym zainteresowaniem (mimo że obiektywnie oceniając, taka historia wydaje się raczej mało prawdopodobna - chociaż diabli wiedzą, co się kryje w skandynawskich głowach :)), drugi skupia się częściowo na problemach związanych z funkcjonowaniem współczesnego świata (ekologia, eksperymenty na zwierzętach, groźne wirusy etc.), ale także na skomplikowanych i często wypaczonych relacjach międzyludzkich. 
Dodatkowy plusem jest jeden z najlepszych i najmocniejszych finałów, jaki zdarzyło mi się oglądać (mam na myśli koniec pierwszego sezonu, chociaż cliffhanger w ostatnim odcinku 2 części również wcisnął mnie trochę w fotel). 


Podsumowując - jeśli ktoś lubi skandynawskie klimaty i fabułę, która daje do myślenia (a nie jest li tylko czystą rozrywką), to powinien poszukać tego tytułu. W sieci porównuje się go często do słynnego już Forbrydelsen (i amerykańskiej wersji The Killing), a także do brytyjskiego Broadchurch. Jeśli szukacie czegoś w równie mrocznych klimatach, to polecam także The Fall z fantastyczną Gillian Anderson (która nie wiem, jak to robi, ale z wiekiem pięknieje) i najładniejszym psychopatą ever, czyli Jamie'm Dornanem, a także duński Den som draeber (Those Who Kill, który również doczekał się już swojej amerykańskiej wersji, pewnie żywcem ściągniętej z oryginału), o którym także niedługo coś się tu pojawi. 

Jako ciekawostkę dodam, że na fali popularności, powstały dwie inne wersje - amerykańsko-meksykańska The Bridge (którą obejrzałam jako pierwszą i która moim zdaniem, choć całkiem niezła, nie umywa się do oryginału) oraz angielsko-francuska The Tunnel, którą raczej sobie odpuszczę, ze względu na to, że główny wątek i postaci są powieleniem znanej mi już historii.. 


A Wy lubicie takie trochę bardziej mroczne serialowe klimaty? Znacie/macie chęć poznać Bron/Broen? Lubicie europejskie filmy, czy raczej trzymacie się amerykańskich produkcji? 

PS Przy okazji muszę napisać o dodatkowej ciekawostce i małej zagadce, która nie dawała mi spokoju od pierwszego momentu - jestem trochę geekiem i dlatego często nie dają mi spokoju różne drobiazgi - podczas oglądania zaintrygowało mnie, w jaki sposób Martin, który jest Duńczykiem dogaduje się ze szwedzką ekipą, z którą przyszło mu współpracować i zaczęłam drążyć temat. W ten oto sposób dowiedziałam się (nie znam żadnego z języków skandynawskich, więc dla mnie była to kompletna nowość - dla lepiej obeznanych z tematem, pewnie będzie to oczywistość), że język duński i szwedzki są do siebie tak podobne (niektóre zdania różnią się między sobą np zaledwie jedną literą), że mieszkańcy tych dwóch krajów spokojnie mogą ze sobą rozmawiać - każdy po swojemu. Oczywiście są to dwa oddzielne języki, ale to trochę tak, jakby rozmawiały ze sobą osoby z różnych części tego samego kraju - w dwóch dialektach. Jak widzicie, nawet podczas rozrywki można poszerzyć swoją wiedzę ogólną :)) 

czwartek, 5 grudnia 2013

Moje lektury - kryminalne odkrycie. S.J. Bolton

Jeszcze parę lat temu nie znosiłam kryminałów. Uważałam je za literaturę podrzędną (i to wyłącznie w przypływie dobrego humoru, kiedy w ogóle byłam skłonna uznać je za jakąkolwiek formę literatury). Innymi słowy - byłam totalną literacką snobką :) 

Wszystko zmieniło się, kiedy życie stanęło mi nieco na głowie i zmusiło do powolnego zbierania się do kupy, najpierw podczas kolejnego pobytu w szpitalu, a potem w długim okresie rekonwalescencji. Okazało się bowiem, że mój umęczony umysł odmawia skupienia się na czymkolwiek, w związku z czym mam do wyboru załamać się i pogrążyć w depresji lub podsunąć mu coś, czym będzie się mógł zająć w miarę bezboleśnie.

Tak oto szybkim krokiem wkroczyłam w świat kryminałów. I już z niego nie wyszłam. Odkryłam także pewną prawidłowość - im gorzej wiedzie mi się w realnym życiu, tym mocniej ciągnie mnie do drastycznych fabuł - w jakiś przedziwny sposób pozwala mi to utrzymać względną równowagę psychiczną - mój mózg błądzi sobie dowolnie długo po tych wszystkich krwawych bezdrożach, a ja nie wariuję :)

Przez te wszystkie lata przeczytałam mnóstwo, naprawdę mnóstwo kryminałów i thrillerów - wciągałam się w najbardziej popularne serie, ale także odkrywałam nowe nazwiska na własną rękę. Ponieważ, jak kiedyś wspomniałam, mam słabość do seryjnych zabójców (oczywiście wyłącznie w teorii), w książkach również szukam tego typu historii. 

Nie będę jednak ukrywać, że gros tytułów to lektury jednorazowe - nigdy nie miałam nawet chęci kolekcjonowania ich, bo najzwyczajniej w świecie szkoda mi na to miejsca w mieszkaniu. 

Zdarzają się jednak wyjątki i dziś po tym (jak zwykle) przydługim wstępie chciałam Wam napisać o autorce, która z jakiegoś powodu praktycznie z miejsca wskoczyła do grupy pisarzy, na których nowe książki będę czekać z niecierpliwością. A mowa o Brytyjce S.J.Bolton - zainteresowanych odsyłam na jej stronę: www.sjbolton.com/

Oczywiście daleka jestem od twierdzenia, że jej książki to arcydzieła. Ale jeśli ktoś lubi inteligentne kryminały, napisane dobrym językiem, z autentycznie ciekawą historią i niepapierowymi (nomen omen) postaciami, to serdecznie polecam serię z młodą policjantką Lacey Flint. 
Z tego, co kojarzę, w Polsce ukazały się trzy tytuły z tej serii i radziłabym zachować kolejność, ponieważ oprócz wątku kryminalnego, w każdej części są liczne nawiązania do życia prywatnego bohaterów. 

Pierwszy tom, "Ulubione rzeczy" (angielski tytuł to Now You See Me) to chyba mój ulubiony - po pierwsze mamy w nim współczesne nawiązanie do Kuby Rozpruwacza, a także poznajemy bardzo tajemniczą (i bardzo mroczną) przeszłość Lacey. Procedura pracy angielskiej policji jest opisana rzetelnie, a autorka zachowuje dobre proporcje w portretowaniu popełnianych zbrodni i wątków pobocznych - dzięki temu nie jest nudno nawet na moment, a książka jest naprawdę wciągająca. 



W kolejnej części "Karuzeli samobójczyń" (ang.: Dead Scared) jest równie dobrze - znowu mamy Lacey i Marka Joesburry'ego (którego polubiłam nawet bardziej od niej) i skomplikowaną fabułę. Tym razem akcja rozgrywa się na Uniwersytecie Cambridge, co dodaje wszystkiemu dodatkowego smaczku :) 



Z trzecim tomem pt. "Zagubieni" (Like This, For Ever) osobiście mam mały problem, ponieważ w pewnym momencie złapałam się na tym, że mam ochotę strzelić Lacey porządnie w ucho. Co oczywiście może świadczyć na korzyść autorki, ponieważ nie wiedząc kiedy, jej bohaterka zaczęła wzbudzać u mnie równie gorące emocje, co realna osoba. Chwilami musiałam przerywać lekturę, ponieważ łapałam się na prowadzeniu wewnętrznych dyskusji z tą zagubioną dziewczyną i jej postępowanie doprowadzało mnie do białej gorączki. Jednocześnie wciągająca fabuła nie pozwalała mi na dłuższe postoje - tak więc sami widzicie, nie było łatwo :) 


W Polsce autorkę wydaje Wydawnictwo Amber (zdjęcia okładek pochodzą z jego strony: http://www.wydawnictwoamber.pl) i mam nadzieję, że nie poprzestaną na serii z Lacey Flint, bo mamy zaległe jeszcze trzy tytuły: Sacrifice, Awakening oraz Blood Harvest). 

Podsumowując - jeśli ktoś lubi tego typu rozrywkę i szuka nowych tytułów, to serdecznie polecam!
A może znacie Sharon Bolton? Jeśli tak, to ciekawa jestem, czy spodobała Wam się równie mocno, jak mnie :) 
Przy okazji jeśli macie do polecenia autorów ciekawych kryminałów, to chętnie o nich poczytam w komentarzach! 
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...