Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do stóp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do stóp. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 września 2012

Zakupy kosmetyczne

Ciężki mam ostatnio czas, tzn po pierwsze w ogóle nie mam głowy ani do większych szaleństw zakupowych, ani do pisania sensownych recenzji (na co pewnie mają również wpływ ogromne problemy skórne, z jakimi się borykałam przez ostatnie parę tygodni - moja pielęgnacja siłą rzeczy została ograniczona do minimum oraz właściwie wyłącznie do kosmetyków i maści aptecznych, ale o tym będzie również trochę niżej :)). 

Poza tym przez przeróżne życiowe zakręty zmuszam się do względnej oszczędności (co niestety wychodzi mi raz lepiej, raz gorzej, zwłaszcza że jestem typem, który lubi poprawiać sobie humor zakupami).

Dlatego też ostatnio starałam się ograniczać do rzeczy, które naprawdę są mi potrzebne / kończą się, lub też z jakiegoś powodu NAPRAWDĘ chcę je mieć i chęć ta przejdzie próbę czasu (u mnie osobiście jest to ok, miesiąc - jeśli po miesiącu nadal do czegoś wzdycham z tą samą intensywnością co na początku, to znaczy to, że faktycznie mam na to chęć, jeśli natomiast po kilku tygodniach zapominam, że chciałam coś kupić, to odpowiedź jest prosta... :))

To, co widzicie poniżej, to rezultat mojego dzisiejszego wypadu do Sephory i TBS oraz tzw. zakupy poboczne, czyli rzeczy, które pojawiły się u mnie stosunkowo niedawno, ale jeszcze ich nie pokazywałam. 

Poza dwiema rzeczami chyba nie ma tu nic specjalnie zaskakującego, ani jakiegoś wielkiego WOW :) 
 

A teraz zbliżenia na moje gwiazdy :)

1. Coś, z powodu czego w ogóle wyruszyłam do Sephory i w dodatku znalazłam to dopiero w drugiej (chociaż w sumie mogło się skończyć jeżdżeniem po całej Warszawie, więc uważam, że nie było źle :)). A mianowicie SZCZOTECZKA DO OCZYSZCZANIA I MASAŻU TWARZY SHISEIDO THE SCINCARE


Kiedyś marzyłam o szczoteczce Clarisonic, ale powiem szczerze, że po pierwsze zawsze odrzucała mnie cena, ale cóż - to jeszcze można od biedy przeboleć, zwłaszcza że jest to wydatek jednorazowy i raczej na dłużej. To, co ostatecznie zadecydowało, iż poszukam czegoś innego, to moja cera. Obawiam się bowiem, że przy tak wrażliwej skórze jak moja, każde mocniejsze działanie, mogłoby narobić więcej szkody niż pożytku. 



Tymczasem kiedyś natknęłam się gdzieś na zachwyty nad szczoteczką Shiseido - wypowiadały się na jej temat między innymi dziewczyny, które właśnie mają taką wrażliwą cerę. 
Produkt ten nie jest relatywnie tani (kosztuje 109 zł), ale po pierwsze - jest baaardzo trwały (ma się go latami), a po drugie postanowiłam zaczekać z zakupem do 20%-owych obniżek w Sephorze i tak też zrobiłam :) 


Jestem bardzo ciekawa, jak sprawdzi się u mnie ta szczoteczka - na razie mogę powiedzieć, że jest wykonana z bardzo miękkiego włosia, ma też małe gumowe wypustki, które służą do masażu naszej twarzy. 



Ma długą i wygodną rączkę, dzięki czemu raczej nie powinna się wyślizgiwać z dłoni. Ma też plastikową nakładkę na główkę. 
 
Nie mogę się doczekać wieczora, kiedy będę mogła ją przetestować pierwszy raz :)

 2. Co prawda wyżej pisałam o nieimpulsywnych zakupach, ale przyznaję, że najnowsze dziecko Lancome Hypnose Star trochę jednak się zalicza do tej kategorii....Przeżyłabym bowiem bez kolejnego tuszu (na razie używam całkiem niezłej maskary Covergirl, o której wspominałam przy okazji którychś z wcześniejszych zakupów), ale już w sklepie zaczęłam krążyć wokół stoiska Heleny Rubinstein w poszukiwaniu słynnego pytonka :) Jednak po krótkiej, ale treściwej pogawędce z konsultantką obu firm, zdecydowałam się na ten gwiezdny tusz w przepięknym opakowaniu. 
Słyszałam już o nim bardzo pochlebne opinie i teraz mam zamiar sama się przekonać, ile w tym prawdy. Aczkolwiek chwilę jeszcze poczeka na swoją kolej, ponieważ tak jak wspomniałam wyżej, na razie używam całkiem nowego tuszu (no, chyba, że będę malowała się nimi na zmianę). 


Jeśli dobrze kojarzę, to jego normalna cena to 139 zł, natomiast jeszcze do jutra można się załapać również na 20% zniżki. 


Uważam, że jego "galaktyczne" opakowanie jest przepiękne, chociaż wiem, że naprawdę nie powinnam się aż tak ekscytować takimi bzdurkami :) 

3 i 4. Następne w kolejności są drobiazgi z The Body Shop. Poszłam właściwie po masło malinowe, ponieważ właśnie jestem na totalnej końcówce mojego letnio-wiosennego ulubieńca grejpfrutowego, a malinę uwielbiam niemal tak samo. Niestety nie ma obecnie żadnych promocji (tylko na balsamy), więc postanowiłam poczekać, a w międzyczasie zużywać to, co mam w zapasie. 

Na miejscu już przypomniało mi się, że już dawno chciałam kupić słynny regenerujący krem do stóp TBS, który poza tym, że świetnie działa, to jest niesamowitym śmierdziuchem. DOSŁOWNIE :) Dlatego najpierw pochodziłam sobie po sklepie z testerem zastanawiając się, czy oby na pewno wytrzymam ten zapach, ale potem stwierdziłam, że jakimś rozwiązaniem są bawełniane skarpetki na noc. 
A mowa o tym panu: 


Do kompletu dorzuciłam bambusowy grzebień z szerokim rozstawem ząbków, który powinien poradzić sobie z moimi niesfornymi czasem lokami (i podobno świetnie się sprawdza przy rozprowadzaniu maseczek na włosach!). 


Ponieważ nieustannie szukam dobrych kremów na noc oraz pod oczy, a chyba nigdy nie miałam żadnego tej firmy, poprosiłam o próbki tychże. Tak więc będę testować :)


Uff, niby wydawało mi się, że nie ma tego dużo, a jednak trochę się uzbierało. Dlatego resztę postaram się maksymalnie skrócić :) 

5. Lipobase, czyli krem apteczny, który w moim przypadku awansuje do miana cudotwórcy. Razem z niepozornym Alantanem. 
Od kilku tygodni bowiem jestem chodzącym kłębkiem nerwów i niestety zaczęło się to tragicznie odbijać na mojej twarzy - na początku byłam przekonana, że to zwykłe uczulenie (zbiegło się to z moimi pierwszymi użyciami pudru bambusowego z BU, więc całą winę zwaliłam na niego), ale kiedy odstawiłam wszystko, co potencjalnie mogło mnie uczulać, a objawy zamiast zanikać, zaczęły się nasilać, nabrałam pewności, że to jednak coś więcej niż uczulenie. 

Dopiero od dosłownie kilku dni moja twarz wraca powoli do siebie, w dużej mierze dzięki temu kremowi. Jeśli więc macie problemy typu potwornie wysuszone partie skóry (ale dosłownie tak, że skóra się łuszczy i schodzi płatami, bez względu na to, jak i czym byście jej nie nawilżały), które w dodatku pieką, swędzą i są zaczerwienione, to naprawdę polecam mieszankę Lipobase + Alantan. U mnie pomogło. Nadal wprawdzie nie jest idealnie, ale przynajmniej nie czuję się już jakbym się upodabniała do zrzucającego skórę gada :))


 6. Balsam do skórek z Lawendowej Farmy, czyli efekt poszukiwania przeze mnie bardziej dostępnej alternatywy dla mojego ukochanego masełka z Burt's Bees. Ten polski balsam to moje odkrycie roku, jest w 100% naturalny, pachnie jeszcze piękniej cytrynką niż jego amerykański odpowiednik i jest dobre parę razy tańszy :)


Stosuję go od niedawna, ale właściwie i tak nie widać najmniejszego ubytku, myślę, że będzie równie, jeśli nie bardziej wydajny, a jedynym problemem może być fakt, iż trzeba go zużyć w ciągu 4 miesięcy.
Jego skład to: olej rycynowy, masło shea, wosk pszczeli oraz eteryczny olejek cytrynowy i wit. E, tak więc jak widać - samo dobro :) 


6. To z kolei jest produkt, który zawsze staram się mieć w domu, czyli najlepszy dla mnie balsam do ust EVER. Moja ulubiona firma NUXE i słynne miodowe masełko REVE de MIEL - ci, którzy nie lubią słoiczków, mogą się zaopatrzyć w wersję w sztyfcie, ale nie wiem, czy jest ona dokładnie taka sama, bo ja zawsze kupuję tę, którą widać poniżej. Kosztuje około 30 zł, ale moim zdaniem warto, ponieważ: a) jest niesamowicie wydajny i b) nic tak nie nawilża i nie odżywia moich ust, jak ten balsam. I wiem co mówię, bo mam na tym punkcie fioła, więc kolekcję produktów do ust mam również niemałą :)



7. I wreszcie najnowszy kolega do kolekcji, chociaż stosunkowo niedawno zarzekałam się, że właściwie mam już wszystkie kolory lakierów, jakie bym chciała. Ale okazało się, że nie do końca i w tej chwili na "chciejliście" są jeszcze dwa odcienie firmy Gosh (swoją drogą czy ktoś wie, czy można je gdzieś nabyć stacjonarnie w Wawie, czy tylko online??) 

A pan poniżej to Essie Bahama Mama, czyli mój faworyt na nadchodzącą jesień - noszę go od tygodnia (co pewnie widać na powyższych zdjęciach) i naprawdę nie pamiętam już kiedy dostałam TYLE komplementów na temat moich paznokci :) 


Tuż przed zrobieniem tego zdjęcia, odprysł mi lakier na środkowym palcu (przy wydłubywaniu szczoteczki z pudełka) :( Poza tym, od siedmiu dni odnotowałam jedynie standardowe ścieranie się na końcach. 


Tu zdjęcia sprzed kilku dni, zrobione w łazienkowym oświetleniu - żadne chyba i tak nie oddaje prawdziwego koloru, ale jest PIĘEEEEKNY :) 



Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji wycieczki do Sephory nie obwąchała paru flakoników :) 
Szukałam wprawdzie dwóch zapachów, których jestem ciekawa, a mianowicie L Lolity Lempickiej oraz Donny Trussardi, ale niestety jak na złość, okazało się, że Sephora wycofała obie firmy ze swojej oferty. 

Zadowoliłam się więc próbką reklamowanej wszędzie Lady Gaga (chociaż nie sądzę, żebym była odpowiednim targetem tego zapachu), jakimś Givenchy oraz czymś, co bardzo mi się na miejscu spodobało i obawiam się, że może się to skończyć wzdychaniem do kolejnej butelki, a potem zakupem :) A mówię o nowym zapachu Gucci pt. Premiere - na pierwszy węch jest naprawdę fajny - elegancki, nie nachalny, dosyć klasyczny. Zobaczę jak zgra się z moją skórą.


I to już koniec, drogie dzieci. W najbliższym czasie nie przewiduję dalszych zakupów (no, chyba że TBS ogłosi promocję na masła do ciała), tak więc pewnie kolejnym wpisem będzie moje drugie denko lub też coś całkiem od czapy :)

środa, 25 lipca 2012

Kosmetyczni pomocnicy.

Dziś będzie post trochę inny. Głównie dlatego, że po pierwsze od kilku dni nieustannie walczę z jakimś złośliwym wirusiskiem, które nie chce się odczepić, co z kolei skutkuje tym, że nie bardzo mam siłę na jakiekolwiek inne aktywności (włączając w to kreatywne wpisy na bloga), a po drugie jestem na mini odwyku kosmetycznym, więc staram się za bardzo nie szaleć z zakupami. 

Dlatego dziś pokażę Wam kilka gadżetów, które stanowią idealne uzupełnienie całego mojego kosmetycznego cyrku. Niektóre z nich są bardziej, niektóre mniej przydatne, ale są wśród nich akcesoria, bez których obecnie ciężko byłoby mi się obejść. 

Wszystkie zaś z pewnością bardzo ułatwiają życie :) 

Tego typu wpis widziałam kiedyś u kogoś na blogu (zabijcie, ale nie pamiętam gdzie) i przyznam się, że ponieważ sama jestem dosyć ciekawska, lubię uprawiać takie mini podglądactwo u innych - w ten sposób zresztą można czasem znaleźć coś, co dla nas także okaże się przydatne, a czego jeszcze nie mamy na składzie :) 
Tak więc voila! moje drogie - oto moi pomocnicy, kolejność mocno przypadkowa :) I uwaga - będzie dużo zdjęć!

1. Najlepsza na świecie tarka do stóp firmy Peggy Sage. Znają ją pewnie wszyscy, a jeśli ktoś się gdzieś jeszcze uchował, to oznajmiam, że lepszego produktu do ścierania chyba nie znajdziecie i szczerze polecam! 

2. Skoro jesteśmy przy stopach, to oczywiście każda z Was, która często maluje paznokcie u stóp, pewnie wie, jak te pianki ułatwiają życie (i ratują lakier:)). Są tanie, ogólnodostępne i trwałe. 



3. Kolejna rzecz do stóp. Bawełniane skarpetki na noc, idealne do intensywnej pielęgnacji, podczas której smarujemy nasze stópki grubą warstwą kremu i pakujemy je w takie oto urocze ubranko, żeby uniknąć wytarcia specyfiku w pościel :) Te na zdjęciu kupiłam w Tchibo (w komplecie z rękawiczkami, które świetnie sprawdzają się zimą), generalnie dają radę każde cienkie bawełniane.


4. Chyba ostatnia rzecz związana ze stopami, czyli kulki masujące. Uwielbiam. Poprawiają ukrwienie stóp i pomagają nam się zrelaksować. Swój masażer kupiłam w The Body Shop, ale wiem, że prawie identyczne (i pewnie z pięć razy tańsze) są też w Rossmanie, albo w innych drogeriach. Taki sam chcę sobie kupić do pracy i trzymać pod biurkiem :) 


 5. I jeszcze jeden masażer :) Znany podobno (mówię podobno, bo nie mam zielonego pojęcia, czy to prawda) pod uroczą nazwą "orgazmotron" :) Ja swój dostałam w prezencie i nie powiem, żebym używała go jakoś regularnie, raczej jak mi się przypomni, że takie coś mam, ale ogólnie daje baaaardzo przyjemne uczucie. A, jeśli ktoś nie wie, to masuje się nim GŁOWĘ :)



6. Tangle Teezer. Jedni go kochają, inni uważają, że to przereklamowany kawałek plastiku. Ja dyskutować nie będę, powiem tak - jeśli ktoś, tak jak ja, ma gęste kręcone włosy, z tendencją do plątania, to po zakupie będzie miał ochotę ucałować wynalazcę tego cuda w oba poliki.  



7. Myjka z luffy. Pobudza krążenie i fajnie masuje. Bardzo polecam, sprawdza się też przy peelingowaniu skóry, chociaż ja akurat do tego używam czegoś innego (patrz punkt kolejny).


Moją kupiłam bodajże w Rossmanie. Trzeba pamiętać, żeby przed użyciem porządnie ją zmoczyć, bo inaczej będziemy się szorować czymś o konsystencji pumeksu, a to już do najprzyjemniejszych raczej nie należy. 


8. O tej podwójnej szczotce już kiedyś wspominałam.Kupiłam ją w Superpharm na promocji i jestem z niej bardzo zadowolona. Używam głównie tej "szczotkowej" części - dla mnie jest idealna podczas robienia peelingu. Wypustkami masuję już spłukaną skórę, ale powiem szczerze, że akurat ta strona nie robi na mnie jakiegoś zawrotnego wrażenia. 




9. Tę gąbeczkę pewnie też znają wszyscy, albo chociaż o niej słyszeli / czytali. Ja Konjak lubię i stosuję regularnie, zawsze z jakimś produktem do mycia twarzy. Jest delikatna, nie podrażnia mojej wrażliwej skóry, robi łagodny masaż i na pewno kupię ją ponownie. Chociaż nie wiem kiedy, bo na razie nic mi się z nią nie dzieje, a używam jej już dosyć długo i intensywnie. 


10. O tej rękawicy wspominała kiedyś chyba FreshLinen i pamiętam, że wówczas pomyślałam, że to gadżet z kategorii całkiem zbędnych. A jednak okazało się, że właśnie wręcz przeciwnie (Fresh, jeśli to czytasz, to dziękuję za inspirację :)) Oto rękawica do nakładania samoopalacza na ciało. Ha! W tym momencie wszystkie bladolice osóbki, które dotychczas borykały się z mało efektownymi smugami w różnych dziwnych miejscach, mogą odetchnąć z ulgą - nie mam pojęcia jak to się dzieje, ale odkąd używam tej rękawicy, ani razu nie zrobiłam sobie żadnych zacieków. ŻADNYCH! Przyznaję, że nie używam klasycznych samoopalaczy, tylko balsamów delikatnie brązujących, ale wierzcie mi, że nimi także można sobie wyczarować na ciele wzorki. Rękawicę kupiłam na allegro za dosłownie parę złotych, myślę, że nadal można ja znaleźć bez problemów.



Przy okazji odpada również problem pobrudzonych samoopalaczem dłoni.


 11.  Widoczne poniżej patyczki to jedna z tych rzeczy, bez których oczywiście możemy znakomicie się obyć, ale które, jak już je odkryjemy, ułatwiają nam życie :) Różnią się od standardowych patyczków dwiema końcówkami - ta spiczasta świetnie sprawdza się przy poprawkach w okolicach oczu, ta płaska na większych powierzchniach. Dla mnie to produkt użyteczny, ale tak jak napisałam, nie niezbędny. Do kupienia w Rossmanie.


12. I na koniec pomocnicy, bez których już sobie nie wyobrażam mojego makijażu, czyli pędzle. Nie mam ich dużo, to właściwie taka najbardziej podstawowa baza, ale całkiem wystarczająca jak na moje skromne potrzeby makijażowe. Różne firmy, różne ceny - są Ecotools, Kozłowski, MAC, Everyday Minerals, Sephora oraz najnowszy nabytek z Real Techniques. Bubli nie odnotowałam :)


A tu jako bonus coś, co może pędzlem nie jest, ale poniekąd zalicza się do podobnej kategorii. Szczoteczka od zużytego tuszu do rzęs, czyli de facto recycling :) Używam jej do nakładania olejku na rzęsy (niestety średnio regularnie, ale staram się nad tym pracować). To tak w ramach ciekawostki - jeśli macie taką sprawdzoną szczoteczkę o fajnym kształcie, to nie wyrzucajcie jej razem z wykończonym tuszem, tylko wyczyśćcie porządnie i zostawcie na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, do czego może się przydać :) 


.
A Wy macie swoich ulubionych pomocników? 

wtorek, 17 lipca 2012

Kosmetyczne nowości, część diabli wiedzą która :)

Niby niewiele kupuję i wydaje mi się, że właściwie wcale nie chodzę po sklepach, a jakoś w międzyczasie uzbierało się kilka nowych rzeczy.

O kremach do podrażnionej skóry będzie oddzielny post - załapie się do niego kupiony trochę wcześniej Uriage i widoczny poniżej SVR Rubialine, które obecnie aktywnie na sobie testuję.  Tak więc bądźcie czujne :)

A tymczasem bez zbędnych formalności, przedstawiam nowości w mojej łazience: 

1. Krem do skóry naczynkowej SVR Rubialine. Wzbogacony. Wprawdzie ja skóry naczynkowej nie posiadam, ale potrzebowałam na gwałt czegoś, co załagodzi zaczerwienienia i uspokoi trochę moją twarz. Miałam kupić Eucerin, ale pani w aptece namówiła mnie na SVR. Testy trwają.


2.  Krem pod oczy i na powieki AA Eco.  W aptece leżał niedaleko tego wyżej, kosztował jakieś 20 zł i wyglądał zachęcająco (seria eco, przyjazny dla środowiska i z naturalnym składem), więc wzięłam na spróbowanie, zwłaszcza że cały czas szukam "mojego" kremu pod oczy. Póki co mogę powiedzieć, że na pewno nie robi krzywdy (a nie jestem fanką firmy AA, która mnie elegancko uczulała w przeszłości) i jest przyjazny we współpracy :) A czy daje jakieś efekty, będę mogła ocenić za czas jakiś.



3. Farba do włosów firmy Syoss w kolorze kawy i jasnego brązu. Spodobał mi się kolor (a właściwie mix, bo to dwa połączone ze sobą odcienie), a co do samej farby, to będzie mój debiut z tą konkretną. Firmę Syoss znam z szamponów i odżywek (nie jestem fanką), teraz przekonamy się jakie robi farby. Mam nadzieję, że nie zostanę łysa :) Albo nie skończę jak Ania z Zielonego Wzgórza, z zieloną czupryną :)


4. Skoro już jesteśmy przy włosach, to poszukiwania idealnego preparatu do układania kręconych włosów trwają. Chciałabym wreszcie trafić na produkt, który spełni moje oczekiwania, tzn. nie będzie obciążał moich loków, wzmocni i uwidoczni ich naturalny skręt, nie dostanę po nim łupieżu i nie sklei mi włosów. Niby niedużo tych warunków, ale wierzcie mi, że nie jest łatwo.
Zobaczymy jak w tej roli sprawdzi się fluid firmy Schwarzkopf, Osis+.  Na razie użyłam go raz i mogę powiedzieć, że póki co jest ok.




5. Kolejny specyfik do włosów - Reviving Curl Cream firmy Macadamia. To już moje drugie opakowanie, bo pierwsze właśnie wykańczam i gdyby nie cena, to być może to byłby właśnie ten produkt idealny. Moje włosy wyraźnie go lubią, jest delikatny i pięknie pachnie. Tylko ta cena (33 zł za 60 ml, a nie jest jakiś powalająco wydajny :((



6. Po wielu entuzjastycznych opisach, skusiłam się też na pędzel do podkładu z firmy Real Techniques. To taki śmieszny skunksik, którym podobno idealnie nakłada się na twarz i rozprowadza podkład. Ciekawa jestem jak się sprawdzi, do tej pory używałam do tego pędzla Everyday Minerals, ten jest trochę mniejszy i ma zupełnie inny kształt.





7. I na końcu mój kremik do stóp z firmy L'Occitane. Tyle się o nim nasłuchałam, że nie wytrzymałam :) Moje stopy z reguły nie sprawiają jakichś ogromnych problemów i z reguły wystarcza im w zupełności uderzeniowa kuracja raz na kilka nocy masłem shea (potem bawełniane skarpetki i rano są w idealnym stanie), ale stwierdziłam, że przetestuję coś lżejszego i padło na ten krem. Zawiera on 15% masła shea i podobno stopy go kochają :) Przekonamy się...



Znacie / stosujecie któryś z tych produktów? Mam nadzieję, że żaden z nich nie okaże się bublem :)

wtorek, 3 lipca 2012

My precioussss :)

Jak wspominałam niedawno, kusiły mnie te buty, oj kusiły :) Za ponad 300 zł pewnie bym ich w końcu nie kupiła, bo po pierwsze mam już dwie pary mokasynów, a po drugie są zamszowe, czyli średnio praktyczne. A ja czasem bywam osobą praktyczną (a przynajmniej miewam niekiedy takie przebłyski)...

Ale w miniony weekend skorzystałam z 50%-owej przeceny w sklepie Schaffashoes (wiem, że nie cieszy się on zbyt dobrą opinią, zwłaszcza w środowisku blogerek modowych, ale ja osobiście nigdy nie miałam z nim żadnych problemów, a kilka par już tam w swoim życiu kupiłam).

Tak więc oto i one, moje nowe Pepiki :) 


Mój aparat (choć go uwielbiam), niestety ma skłonność do przekłamywania kolorów - w rzeczywistości buty mają trochę mocniejszy, koralowy kolor :)


Na łopatki rozłożyła mnie ta indiańska wkładka, która wygląda jak wycięta z poncho :) Do kompletu brakuje mi tylko piór wplątanych we włosy (chociaż naszyjnik z piórkami mam, o taki, więc może jeszcze uda mi się wstrzelić w indiańskie trendy :))



Oczywiście na razie jest zdecydowanie za gorąco na testowanie ich w warunkach zewnętrznych, ale mam nadzieję, że przy 10 (lub 15) stopniach mniej będą się sprawowały idealnie :)




Na wszelki wypadek kupiłam do nich jedwab w sprayu firmy Kiwi, o którym czytałam niedawno na czyimś blogu (niestety nie pamiętam u kogo). 



Jest on polecany dla osób, które mają wrażliwe stopy, skłonne do otarć (czyli jak znalazł dla mnie) - preparat ten ma zapobiegać takim nieprzyjemnościom. Mam nadzieję, że się sprawdzi, a ja na pewno będę dobrym testerem, bo obcierają mnie właściwie WSZYSTKIE buty, bez względu na to, czy nowe czy nie. 



Kupiłam go w Rossmanie (w okolicach stoiska z artykułami do stóp, pumeksami, zmywaczami do paznokci etc.). Kosztował ok. 14 lub 15 zł. 


Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...