O nowych nabytkach maseczkowych pisałam tutaj KLIK .
Od razu muszę się przyznać, że nie jestem osobą zbyt sumienną (chociaż czasem mam zrywy, kiedy naprawdę się staram), dlatego z maseczkami z reguły mam pewien problem. A konkretnie taki, że rzadko ich używam. Jeśli w ogóle.
No, ale skoro już zrobiłam taki mały zapasik i jeszcze się nim publicznie pochwaliłam, to trochę głupio byłoby odkryć te saszetki za jakieś pół roku, zakitrane smętnie w kącie...
Dlatego też postanowiłam podjąć śmiałe kroki i ... ZUŻYĆ je - ha!
Potem poszło z górki :)
Kiedy już wiedziałam, CO chcę zrobić, pozostało tylko pytanie - KTÓRĄ najpierw?
I tu właśnie zaczęły się schody.
Bo tak naprawdę skąd mam wiedzieć, czy moja skóra w danym momencie bardziej spragniona jest relaksu, nawilżenia, czy też może dodatkowego wygładzenia?? Gapiąc się dzień w dzień w swoją twarz w lustrze, nie mam zielonego pojęcia, co by jej się przydało w pierwszej kolejności (mam wrażenie, że wszystko oczywiście, ale nie jestem pewna, czy byłaby mi wdzięczna za taką mega dawkę wszelakich dóbr).
Tak więc strzeliłam trochę w ciemno, biorąc głównie pod uwagę moje ostatnie przejścia nerwowo-nie-wiadomo-jakie i fakt, iż przez jakiś czas miałam wrażenie, że prowadzę z moją twarzą wojnę podjazdową, a właściwie to nawet taką bardziej psychologiczną na przetrzymanie (ja póki co przegrywam, żeby była jasność).
Dlatego na pierwszy ogień poszła zielona kojąca maseczka firmy Eveline, która ma działać jak coś w rodzaju kompresu (maseczka, nie firma oczywiście).
Taka saszetka starcza spokojnie na dwa razy, przy bardzo hojnym nakładaniu jej na całą twarz, szyję i dekolt, a w opakowaniu zostaje jeszcze odrobina na jakiś mały dodatkowy relaksik :)
Jak wspominałam w poście zakupowym, maseczka należy do grupy samowchłaniających się, co dla mnie osobiście jest sporą wygodą - w ten sposób nie muszę pilnować czasu i bawić się w zmywanie - po prostu nakładam ją na twarz i zapominam o niej, pozwalając, żeby sobie działała :)
Ma ona formę białego kremu i lojalnie uprzedzam co wrażliwsze nosy, że charakteryzuje się również naprawdę intensywnym zapachem, którego nie mogę zidentyfikować od kilku dni. Jest on całkiem przyjemny, trochę kojarzy mi się z dzieciństwa z jakimś odrobinę bardziej ekskluzywnym kremem mojej mamy. Mnie osobiście nie przeszkadza, chociaż nie wykluczam, że gdybym miała używać tego produktu naprawdę regularnie, to ten zapach mógłby mnie po jakimś czasie zacząć denerwować.
Sama maseczka wchłania się całkiem dobrze, ale nie do końca (z tym, że jak napisałam na początku, ja sobie jej nie żałuję), więc nawet po kilkunastu minutach zostawia leciutko lepiącą się warstwę - dlatego fajnie jest nałożyć ją sobie nie przed samym snem (bo wówczas jej kojące właściwości będzie mogła docenić głównie nasza poduszka), tylko trochę wcześniej, żeby mieć czas spokojnie sobie z nią pochodzić.
Muszę także wspomnieć o czymś, co dla mnie osobiście jest bardzo istotne - mam bardzo wrażliwą skórę i przyznam się, że zazwyczaj ze sporymi obawami i dystansem podchodzę do kosmetyków drogeryjnych (nie raz udało mi się już naprawdę zrobić sobie nimi spore kuku), dlatego nawet maseczka, która ma w nazwie "kojąca" oraz "SOS" nie do końca wzbudza moje zaufanie. Zawsze jest bowiem ryzyko, że to, co miało koić, uczuli i podrażni i zamiast gładkiej, wypoczętej i zrelaksowanej skóry przywitam się z purpurowym pieczeniem.
I tu duży plus - po dwóch razach moja twarz najwyraźniej nie ma nic przeciwko niej, wręcz przeciwnie :) Wygląda faktycznie na jakąś taką świeższą (nie wiem, czy jest zrelaksowana, bo boję się zadawać takie intymne pytania, ale zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest bardziej rozluźniona :))
Tak więc ja jestem na tak i bardzo się cieszę, że odkryłam nową (dla mnie) formułę maseczek samoabsorbujących, ponieważ dla takiego leniwca jak ja, jest to rozwiązanie idealne :)
Znacie te maseczki? Jeśli należycie do tych świetnie zorganizowanych kobiet, które mają rozplanowane wszystkie zabiegi kosmetyczne i robią je regularnie co do dnia, to poza tym, że "I hate you so much right now, but in a good way" :)), to właśnie zzieleniałam z zazdrości.