Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham kino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2016

#FILMY Obejrzałam, polecam

Filmy i mnie łączy specyficzna relacja. Z pewnością jest to dziedzina (czy filmy mogą być "dziedziną"?) bardzo mi bliska i w swoim życiu obejrzałam naprawdę mnóstwo tytułów. Ale przyznam się, że ten związek (jak to zwykle ze związkami bywa) ma swoje wzloty i upadki - ostatnio z przewagą tego drugiego elementu. Czasem potrafię nie oglądać nic całymi miesiącami, żeby potem nadrabiać po kilka filmów dziennie. You just never know...

Tym razem chcę Wam krótko wspomnieć o trzech obrazach, które obejrzałam w ramach relaksu i które okazały się całkiem trafionymi wyborami. W sumie to w sam raz na końcówkę lata - nie są to bowiem żadne ciężkie i dołujące dramaty (bo do takich zwykle mam słabość), ale raczej lżejsze pozycje. 

(zdjęcia ze strony IMDB)

1. NICE GUYS (2016) - to najnowsza rzecz, bo w sumie całkiem niedawno była w kinach (a może nawet nadal jest). Jeśli ktoś przegapił, to w sumie warto przy okazji poszukać, bo to jest rozrywka na całkiem przyzwoitym poziomie. Rozpoczynając seans byłam przekonana, że będzie to taka głupawa komedia i właściwie skusiłam się na nią wyłącznie ze względu na duo Russel Crowe - Ryan Gosling. No i przyjemnie się zaskoczyłam, bo okazało się, że elementy komediowe owszem, są (i to sporo, więc naprawdę można zdrowo popracować przeponą), ale nie tylko, bo tak naprawdę to jest takie lżejsze nawiązanie do retro kryminałów i kina noir. Mamy więc i intrygę kryminalną (która jest niestety najsłabszym elementem fabuły), morderstwo (nawet niejedno), ale przede wszystkim mamy absolutnie cudownie niedopasowaną parę głównych bohaterów, z których jeden jest życiowym nieudacznikiem i totalną łamagą (ale zaskakująco logicznie myślącą), a drugi miota się pomiędzy postępowaniem godnym bohatera, a działaniami eliminującymi "tych złych" raz na zawsze. Ekranowa chemia pomiędzy Goslingiem i Crowe jest nie do przecenienia, ich dialogi (i ogólnie klimat lat 70. ubiegłego wieku) i fajna postać wyjątkowo rozgarniętej córki jednego z nich to najmocniejsze elementy tego filmu. Jeśli więc szukacie czegoś niespecjalnie ambitnego, ale przyjemnego, to polecam. Bonusem jest gościnny występ Kim Basinger (która wprawdzie bardziej zwraca na siebie uwagę liczbą operacji plastycznych niż rolą, ale cóż poradzić - no mam do niej słabość), więc jeśli komuś (tak jak mnie) sprawia przyjemność wynajdywanie smaczków typu "ojej, Russel i Kim razem w filmie po tylu latach!", be my guest :) Jeszcze jedno - kojarzycie najnowszą reklamę perfum Kenzo, która ostatnio zrobiła totalną furrorę w necie? Tę z tańczącą dziewczyną w zielonej sukience? Jeśli tak, to napiszę tylko - to jest córka Andie MacDowell, nazywa się Margaret Qualley i też tu występuje :) 

(zdjęcia ze strony IMDB)


2. Drugi tytuł jest z 2013 roku i jest dokładnie tym typem filmu, które po prostu uwielbiam. THE GRAND SEDUCTION ("Wielkie uwodzenie") to taka niszowa, ciepła komedia, łapiąca za serce od pierwszych minut, przy której można się odrobinkę wzruszyć, ale przede wszystkim porządnie wyśmiać. Jeśli ktoś kojarzy "Angel's Share" ("Whisky dla aniołów), to to jest ta sama rodzina filmów. 
Mamy tu maleńką nowofunlandzką rybacką wioskę (a właściwie "port", jak uparcie powtarza jedna z postaci) Tickle Head, której mieszkańcy  po latach względnie dobrego życia, ledwo wiążą koniec z końcem (do tej pory całe pokolenia utrzymywały się z łowienia ryb, które zostało zabronione i dziś praktycznie wszyscy są na zasiłku). Gdzieś tam na horyzoncie pojawia się światełko w tunelu, w postaci fabryki, która mogłaby dać pracę właściwie wszystkim mieszkańcom. Jest tylko jedno ale. Żeby inwestycja doszła do skutku, wioska (port) musi mieć lekarza na stałe. Szczęśliwym trafem do Tickle Head zostaje oddelegowany na karny miesiąc młody doktor. I tu zaczyna się właściwa fabuła - cała zabawa bowiem polega na tym, żeby przez ten miesiąc zdołać przekonać miastowego gryzipiórka, że ta zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata jest jego wymarzonym miejscem do życia. Nie będę Wam zdradzać więcej, ale wierzcie mi, że jeśli bliskie jest Wam brytyjskie poczucie humoru (chociaż sam film jest kanadyjski), to nie będziecie żałować ani minuty - nie pamiętam już, kiedy śmiałam się na filmie tak głośno (sceny z krykietem, czy słuchaniem jazzu są absolutnym mistrzostwem). Dodatkowo, tak jak wspomniałam na początku, "Wielkie uwodzenie" ma w sobie naprawdę dużo uroku i lekkości, więc jeśli szukacie czegoś fajnego na zbliżające się jesienne wieczory, to zainteresujcie się tym klejnocikiem. Warto!

(zdjęcia ze strony IMDB)

3. Przyznam się, że zastanawiałam się, czy dorzucać tu ostatni tytuł. "UN PEU, BEAUCOUP, AVEUGLEMENT"(2015) ("Randka w ciemno") obejrzałam wprawdzie bez bólu, a nawet z jakąś tam przyjemnością, ale jednocześnie ma on w sobie coś, co może trochę drażnić. Jeśli chodzi o mnie i tzw. romkomy, łączy nas prawdziwie dziwna relacja - raz na jakiś czas łapię się na chęci obejrzenia czegoś z tego gatunku, po czym z reguły niemalże odchorowuję taki seans, bo liczba pojawiających się w nim banałów przyprawia mnie o zgagę. I w sumie tu było podobnie. Żeby nie było - UWIELBIAM niemal wszystkie kultowe komedie romantyczne z lat 90. i z dalszych dwóch dekad (zwłaszcza te z Meg Ryan, kiedy jeszcze wyglądała jak Meg Ryan, a nie własna karykatura), ale właściwie niewiele jest późniejszych pozycji z tego gatunku, do których mam słabość. 
Francuzi jednak mają czasem talent do pokazywania dość oczywistych rzeczy w sposób nieco odmienny, co - tak jak w wypadku tego filmu, nadaje im trochę świeżości. Tu więc standardowo mamy kobietę i mężczyznę i właściwie od początku doskonale wiemy, jakie będzie zakończenie (ale ustalmy, takich filmów nie ogląda się dla suspensu), ale to, co dzieje się pomiędzy, jest trochę inne - aż do ostatniej sceny bowiem, żadne z nich nie widzi tego drugiego - a dlaczego, tego Wam nie powiem :) To jest zdecydowanie film dla osób, które lubią filmy o prostej fabule (wiecie - X spotyka Y, nie lubią się, fukają na siebie, potem jest dobrze, potem jest źle, w międzyczasie pojawiają się skrótowe wątki poboczne z bliskimi z ich otoczenia - zazwyczaj jest to jedna osoba z jej strony i jedna z jego, bum, happy end), więc nie spodziewajcie się tu nie wiadomo czego, ale powiem tak - jeśli macie chęć na coś lekkiego i odmóżdżającego (ale jednocześnie nie totalnie kretyńskiego, tylko z takim francuskim charmem), to poszukajcie sobie tego tytułu. 

Podejrzewam, że następna odsłona tego cyklu będzie zdecydowanie cięższa, bo jednak trochę się zasłodziłam tymi filmami (a ja zdecydowanie jestem tym masochistycznym typem, który lubi, kiedy film daje mocno po głowie i po którym muszę psychicznie dochodzić do siebie przez długie tygodnie :)) 

A jak u Was - obejrzeliście ostatnio coś fajnego? 

sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

niedziela, 15 lutego 2015

Filmowo - kryminalnie - o "Ziarnie prawdy"

Dawno nie było tradycyjnej recenzji filmowej, więc voilà. Dziś będzie o polskim kryminale - dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, a może by chcieli (albo nie wiedzą, czy by chcieli). 


Powołany do życia przez pisarza Zygmunta Miłoszewskiego prokurator Teodor Szacki jest ciekawą i niebanalną postacią. W książkach. Niestety nie ma zbyt wiele szczęścia do swoich ekranowych wcieleń, o czym mogliśmy przekonać się zarówno w nieszczęsnym "Uwikłaniu" (w którym został...kobietą), jak i nadal wyświetlanym w kinach "Ziarnie prawdy". Oczywiście wiadomo, że język filmowy, skrajnie upraszczając i skracając autorskie wodolejstwo, zasadniczo różni się od tego literackiego, trzeba jednak uważać, żeby przycinając to i owo, nie posunąć się o krok za daleko i nie zostać z bezkształtną wydmuszką - niby nadal ładną i kolorową, ale w środku pustą.

Film "Ziarno prawdy" miał być mrocznym, bezkompromisowym kryminałem, mocno osadzonym w polskiej rzeczywistości, z zapadającym w pamięć głównym bohaterem oraz wielowątkową fabułą. Mogłoby się wydawać, że jeśli ramię w ramię stanie reżyser fantastycznego "Rewersu" Borys Lankosz oraz autor bestsellera Zygmunt Miłoszewski, to efekt będzie powalający. A jest bardzo średni.

Jako wielbicielka trylogii o białowłosym prokuratorze (za którą - warto dodać - Zygmunt Miłoszewski otrzymał niedawno Paszport Polityki w kategorii Literatura), pierwsze zastrzeżenie mam do filmowej wersji głównego bohatera (i wbrew pozorom nie chodzi tu o brak najbardziej charakterystycznej dla niego cechy fizycznej, czyli wspomnianych białych włosów). Otóż jak zauważyłam na początku, Szacki jest złożoną postacią, która często zachowuje się jak skończony mizogin, egotyk i cham działający i ubrany "pod linijkę", ma jednak swoje zasady i staroświecką nieustępliwość, dzięki którym pozwala się lubić i przypomina trochę westernowego szeryfa. Niestety przeniesiony na duży ekran, traci niemal cały swój urok i w miejsce nieszablonowej postaci otrzymujemy aroganckiego buca o (notabene przyjemnym dla oka) ciele i twarzy Roberta Więckiewicza.

W ekranizacji powieści zabrakło prawie wszystkich niuansów, które sprawiały, że opowiadana historia trzymała w napięciu i zyskiwała dodatkową głębię - w filmie nie mamy pojęcia o tym, jak i dlaczego warszawski prokurator znalazł się na prowincji, poza tym naprawdę niełatwo jest wykrzesać z siebie jakąkolwiek większą sympatię dla kogoś, kto przez cały film pokazuje nam się wyłącznie z jednej, niezbyt przyjemnej strony. Owszem, sceny w których widzimy zderzenie małomiasteczkowych obyczajów (wszyscy są ze sobą po imieniu, szefowa "Misia" częstuje domowym ciastem i strofuje swoich podwładnych jak niesforne dzieci) ze sztywną "warszawskością" Szackiego są zabawne, ale mimo to nie mogłam przez cały film pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że zarówno bohater, jak i twórcy traktują mieszkańców z pogardliwą wyższością. Szacki snuje się po Sandomierzu niczym udzielny książę, a jedyną naprawdę ciekawą interakcją personalną staje się jego rozmowa z żydowskim rabinem (który de facto zostaje pokazany jako jedyna dorównująca mu pod względem intelektualnym osoba).

Z drugiej strony trzeba przyznać, że na tle przewijających się przez ekran postaci drugoplanowych, Szacki ma głębię Rowu Mariańskiego. Cała reszta jest bowiem płaska niczym powieszone na ścianie zdjęcia - błyszcząca powierzchnia i nic pod spodem. Mamy więc prowincjonalną laleczkę, która teoretycznie jest najlepszą partią w mieście, ale patrząc na jej godną piętnastolatki egzaltację strach pomyśleć, jak w takim razie wygląda reszta miasteczka; śmiało konkuruje z nią rudowłosa partnerka Szackiego, która właściwie poza tym, że się obraża i biegnie do przełożonej na skargę niczym dziecko w przedszkolu, niewiele wnosi do fabuły (w książce widać było dokładnie zarówno przemianę, jaka zaszła w tej irytującej „piczce-zasadniczce” (używając oryginalnego określenia autora książki), jak i ewolucję wzajemnych relacji jej i Szackiego, w filmie została wyłącznie irytująca nieprofesjonalistka). Przez chwilę mogło się wydawać, że te niedociągnięcia uda się wyrównać którejś z męskich postaci - do wyboru był zarówno mąż pierwszej ofiary, lokalny biznesmen-patriota, czy współpracujący z prokuratorem stary policjant. Czegoś jednak ponownie zabrakło i zarówno Krzysztofowi Pieczyńskiemu, Andrzejowi Zielińskiemu, czy Jerzemu Treli nie udało się zbudować pełnowymiarowych charakterów.
 
Niestety niewiele lepiej jest z warstwą fabularną. Szkoda jej tym bardziej, że początek jest całkiem niezły - akcja osadzona jest w Sandomierzu, przepięknym mieście z nieco mniej piękną i problematyczną (bo bardzo niepoprawną politycznie) historią. Tajemnicze morderstwo jednej z najbardziej kochanych mieszkanek wstrząsa wszystkimi, a kiedy okazuje się, że to dopiero początek, a towarzyszące temu poszlaki, z każdym krokiem coraz mocniej sugerujące krwawy żydowski rytuał sprawiają, że opowiadana treść miała spory potencjał. Który pomimo nastrojowych, tajemniczo-mrocznych zdjęć, nie został właściwie wykorzystany. Odważny, niestety ciągle i niezmiennie aktualny temat polsko-żydowskich stosunków oraz historia, która zatacza koło i nieoczekiwanie wraca po 60 latach, wyciągając na światło dzienne wszystkie wydawałoby się dawno zapomniane krzywdy i głęboko skrywane pretensje, to największa siła tej opowieści. I właśnie te fragmenty, będące bezkompromisowym komentarzem do drażliwego tematu antysemityzmu, są najciekawszym elementem filmu - zderzenie absurdalności "prawdziwego" patriotyzmu z bezstronną nieustępliwością Szackiego, który nieoczekiwanie dla siebie zostaje "głosem narodu", sprawiają, że zaczyna się robić i śmieszno i straszno, ale zaskakująco prawdziwie. W dodatku zarówno Miłoszewskiemu, jak i Lankoszowi udało się zachować równowagę i bezstronność w przedstawianiu niewygodnych dla wielu osób wydarzeń z przeszłości, co biorąc pod uwagę drażliwość tematyczną, jest sporym osiągnięciem - z jednej strony mamy bowiem antysemickie zabobony i mroczne wspomnienie powojennych pogromów, z drugiej otwartą dyskusję na temat Żydów współpracujących z UB (tu chapeau bas za sprytny zabieg przedstawienia tej niewygodnej karty historycznej przez rabina, z miejsca bowiem wytrącił on potencjalnym adwersarzom argument o antysemityzmie i żydowskiej nagonce).

Powiem tak - gdybym miała oceniać ten film wyłącznie w kategorii "polskich kryminałów", pewnie byłabym łagodniejsza. Jeśli jednak nie chcemy na zawsze zagrzebać się w polskim filmowym grajdołku i mamy równać do poziomu światowego, to "Ziarnu prawdy" sporo brakuje do określenia "wybitny kryminał". Myślę jednak, że zarówno temat, jak i rola Roberta Więckiewicza są na tyle ciekawe, że mimo wszystko warto wesprzeć polską kinematografię, wybierając się na seans. A potem (lub jeszcze lepiej - przedtem) przeczytać książkę. Swoją drogą - gorąco polecam całą trylogię o prokuratorze Szackim - aktualnie pochłaniam trzecią (moim zdaniem najlepszą) część, czyli "Gniew" i nie ukrywam, że autentycznie zazdroszczę autorowi pisarskiego talentu. 

PS Standardowo - informacyjnie - moje recenzje najpierw ukazują się na portalu filmosfera, a po jakimś czasie (jeśli w międzyczasie o nich nie zapomnę), trafiają także tutaj. 

środa, 11 czerwca 2014

Jak pięknie opowiedzieć o wojnie - filmowo o "Mandarynkach"

Ponieważ zbliża się weekend, czyli moment, kiedy często szukamy czegoś ciekawego do obejrzenia w kinie, mam dla Was kolejną polecankę - film, na który najchętniej zaciągnęłabym (nawet siłą) wszystkich swoich znajomych oraz znajomych znajomych, bo to przepiękna produkcja, którą można łatwo przegapić wśród lepiej rozreklamowanych tytułów.  



Mandarynki to skromny, ale przejmujący, rozpisany właściwie na cztery głosy (z gościnnym występem kilku epizodycznych postaci) dramat, będący jednocześnie subtelnym antywojennym manifestem, a nawet moralitetem traktującym o najważniejszych ludzkich wartościach oraz zachowaniach w czasie najtrudniejszej próby, jaką jest wojna.  

Film zdobył m.in. nagrodę publiczności na ubiegłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym i naprawdę gorąco namawiam do odszukania go w swoim kinie, bo osobiście dawno już nie widziałam tak prostej i poruszającej historii. 

W szerszej perspektywie, gruziński reżyser (i scenarzysta) Zaza Urushadze pokazuje nam fragment wojny w Abchazji w 1992 r., podczas której siły gruzińskie próbowały powstrzymać abchaskie dążenia do niepodległości. Jednak w filmie sama wojna toczy się daleko w tle, a my obserwujemy jej wpływ na dwóch podstarzałych Estończyków, którzy w przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców małej anonimowej wioski nie opuścili jeszcze swoich domów i nie wrócili do kraju swoich przodków. Postacią, wokół której koncentruje się akcja, jest cieśla Ivo, który pomaga swojemu sąsiadowi i przyjacielowi - Magnusowi przy wyjątkowo obfitym corocznym zbiorze mandarynek. Choć mężczyzn różni właściwie wszystko - począwszy od temperamentu, życiowej mądrości (widać wyraźnie, że Ivo jest dla Magnusa swego rodzaju mentorem), jak i podejścia do przyszłości (Magnus nieustannie planuje wyjazd tuż po zakończeniu zbiorów, Ivo natomiast bardzo niechętnie podejmuje ten temat), to ich surowa przyjaźń opiera się zarówno na współpracy, jak i żartobliwym przekomarzaniu się i ani przez moment nie wątpimy w jej szczerość. 

Zarówno bohaterowie, jak i widzowie wiedzą, że prędzej czy później odległa wojna dosięgnie i ich i faktycznie dzieje się tak za sprawą dwóch rannych żołnierzy, którzy pojawiają się dosłownie na progu jednego z domów. Żeby jednak nie było tak „łatwo” i przyjemnie, jeden z nich okazuje się czeczeńskim najemnikiem (walczącym po abchaskiej stronie), a drugi Gruzinem, co czyni z nich śmiertelnych wrogów. I tu rozpoczyna się właściwa treść filmu. Ivo mając świadomość tego, że nie da rady bezustannie kontrolować obu ocalałych, krok po kroku, bez zbędnych słów, czy sentymentów doprowadza do tego, że zarówno temperamentny Ahmed, jak i spokojniejszy Nika zaczynają dostrzegać (choć z początku bardzo niechętnie) w swoim przeciwniku, człowieka. 

Reżyserowi udała się trudna sztuka nakręcenia subtelnego filmu o wojnie, który tak naprawdę opowiada o czymś o wiele głębszym - o istocie człowieczeństwa, o godności, szacunku i cichej odwadze. A wszystko to podane jest w prostym, bezpretensjonalnym tonie, pozbawionym nachalnego moralizowania, co sprawia, że „Mandarynki” są surowym, ale jednocześnie poetyckim obrazem, który bawi i wzrusza, a także zmusza nas do zastanowienia się nad tematami nieodłącznie związanymi z wojną - nienawiścią, uprzedzeniami, pojednaniem, miłosierdziem, a także miejscem jednostki w krwawej zawierusze. 

Postać Ivo, z jego wydawałoby się naiwną (ale nienaruszalną) wiarą w honor człowieka oraz konserwatywnym moralnym kompasem, jest prawdziwym fundamentem tej historii, a jedna z ostatnich scen, podczas której dowiadujemy się dlaczego tak naprawdę ciężko mu rozstać się z tym miejscem i zdecydować na wyjazd do Estonii, jest naprawdę poruszająca. Zresztą cały obraz jest podobny do tej postaci - szczery, bezkompromisowy i skoncentrowany na najprostszych rzeczach.  

Zamysł przedstawienia ciężkiego tematu wojny w taki, można powiedzieć wręcz intymny sposób, okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem dzięki temu „Mandarynki” zapadają głęboko w pamięć i choć osadzone w egzotycznym otoczeniu, od pierwszych scen nabierają uniwersalnego wydźwięku - tak naprawdę bowiem nie jest ważne gdzie, kto i z kim walczy. Istotne staje się „dlaczego”. A także jak wpływa to na nasze człowieczeństwo. I za zadanie tych pytań reżyserowi należą się oklaski. 

Warto wspomnieć również o przepięknych zdjęciach autorstwa Reina Kotova, któremu udało się sprawić, że film rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni ani przez moment nie staje się nużący, ani klaustrofobiczny - wręcz przeciwnie - zapierające dech w piersiach widoki stają się idealną przeciwwagą dla niełatwej tematyki filmu. 

Jednym zdaniem - jeśli lubicie DOBRE KINO, to maszerujcie czym prędzej do kina na "Mandarynki", dopóki jeszcze je grają! 

poniedziałek, 12 maja 2014

Allenus Pimpus Maximus - o filmie "Casanowa po przejściach"

Nawet nie będę udawać, że nie przeżywam obecnie kolejnej odsłony kryzysu blogowego, bo chyba widać to czarno na białym...

Wierzcie mi jednak, że staram się ogarnąć i jakoś dojść w końcu do tego, w którą stronę chciałabym ruszyć, ale uprzedzam, że może to potrwać jeszcze chwilę (lub pięć).  

A w międzyczasie idźcie do kina. Bo warto :) Nawet ci z Was, którzy nie przepadają za moim ukochanym brzydalem. 


Zacznijmy od tego, że Casanowa po przejściach to NIE JEST nowy film Woody'ego Allena, wbrew temu, co perfidnie próbuje nam dać do zrozumienia na plakatach dystrybutor i na co łapią się nawet ci, którzy są z nowościami w miarę na bieżąco.

Skoro już sobie ustaliliśmy oczywiste, mogę przejść do tematu właściwego, a mianowicie samego filmu.

Reżyserem, scenarzystą i odtwórcą głównej roli jest aktor John Turturro i tu mamy pierwszą niespodziankę, albowiem do tej pory nie był on raczej kojarzony z kimś, kogo określilibyśmy mianem "seksownego", czy "pociągającego". Już sam temat męskiej prostytucji (bo o tym najogólniej mówiąc opowiada film) był mocno ryzykowny i muszę przyznać, że jestem pełna podziwu, z jaką lekkością (ale daleką od banału!) twórcy udało się wciągnąć widzów w historię florysty w średnim wieku, który za namową swojego przyjaciela (w tej roli naprawdę świetny i zabawny Woody Allen) rozpoczyna dość zaskakującą i zawrotną karierę pana do towarzystwa dla majętnych znudzonych pań. 


Właściwie od pierwszych scen w filmie widać rękę Allena (lub też zwyczajnie wpływ jego dzieł na autora) - zarówno sam scenariusz, jak i sposób opowiadania historii są bliskie reżyserowi, podobnie jak skrupulatnie wyważony balans pomiędzy komedią, a scenami silniej naładowanymi emocjonalnie (oraz naprawdę świetnym zakończeniem, które pozwoliło zachować pozory realizmu w tej niezwykłej opowieści). 

W pierwszej i głównej warstwie fabularnej, "Casanowa po przejściach" jest po prostu lekką komedią, która rozpoczyna się kiedy podstarzały właściciel antykwariatu z książkami (Allen) wdaje się w rozmowę ze swoją panią dermatolog (niezmiennie pociągająca Sharon Stone) na temat jej erotycznej fantazji o udziale w "trójkącie" wraz ze swoją przyjaciółką (Sofia Vergara) oraz mężczyzną, który nie będzie jej mężem. Niewiele myśląc, Murray poleca do tej "usługi" swojego przyjaciela, Fioravante (Turturro), który po pierwotnych oporach, ostatecznie wyraża dość niechętną zgodę. I tak zaczyna się kariera "więdnącego żigolaka", ponieważ dość niespodziewanie nasz florysta wykazuje wrodzony talent do odczytywania kobiet (a każda z bohaterek, bez względu na to, jak otwarcie i bezpruderyjnie by się nie wypowiadała na głos, tak naprawdę bardziej niż samego seksu, spragniona jest intymności i czułości).

Specyficzne przedsięwzięcie panów zaczyna się rozwijać, przy nader aktywnym udziale Murraya "Bongo" i w tym momencie w filmie następuje zwrot w dość nieoczekiwanym kierunku. Poznajemy bowiem kolejną potencjalną klientkę, Avigail (Vanessa Paradis), która jednak różni się od poprzedniczek właściwie wszystkim. To piękna i bardzo samotna wdowa po żydowskim rabinie, która żyje (chociaż lepszym określeniem byłoby "egzystuje") w zamkniętej chasydzkiej nowojorskiej społeczności (tu kolejny ukłon w stronę Turturro, który pokazał tę egzotyczną enklawę w zabawny sposób, ale jednocześnie unikając ostentacyjnego ośmieszenia jej członków), pod uważnym okiem ortodoksyjnego oficera sąsiedzkiego patrolu (bardzo sympatycznie rozwijająca się rola Lieva Schreibera). Murray, sam będąc niezmiernie dalekim od wszelkiej ortodoksyjności Żydem, rozpoczyna swoistą misję uzdrowienia nieszczęśliwej kobiety, popychając ją lekko, acz zdecydowanie w ramiona Fioravante. I właśnie ten wątek stanowi element, który z łatwością mógł pogrzebać cały film, a który ostatecznie okazał się jego najmocniejszą stroną. Turturro bowiem portretuje zarówno swojego bohatera, jak i wszystkie partnerujące mu osoby z niesamowitą wręcz wrażliwością, unikając zarówno moralnego oceniania specyficznego "fachu", czy też pobudek innych postaci. Poza autentycznie zabawną historią w filmie obserwujemy także narodziny uczucia, pokazane z prawdziwą delikatnością i czułością.  

Myślę, że ten film spodoba się wielbicielom Woody'ego, zwłaszcza tym, którzy z nostalgią wspominają jego wcześniejsze tytuły, takie jak "Hanna i jej siostry", czy choćby "Tajemnicę Morderstwa na Manhattanie". Jednak nawet ci, którzy nie przepadają za neurotycznym nowojorczykiem, mają szansę dobrze się bawić przy tej pełnej ciepła i bezpretensjonalnego humoru historii. 
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...