Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dodatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dodatki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 sierpnia 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy wakacji

Jako że zauważyłam, że nie przepadam za poświęcaniem całego wpisu jednej rzeczy (naprawdę rzadko zdarza się, że coś mnie zachwyci do tego stopnia, żebym miała chęć o tym pisać cały elaborat), zdecydowanie wolę wpisy zbiorcze, w których mogę podzielić się z Wami większą liczbą moich odkryć. Niektóre z rzeczy, które Wam dziś pokażę, mam i używam już znacznie dłużej niż dwa miesiące, niektóre są ze mną stosunkowo od niedawna, ale przez ten czas wszystkie zdążyły mnie oczarować i zapewniam, że wszystkie polecam w 100% szczerze i gorąco! No i wiadomo (tzn wydaje mi się, że wiadomo, a jeśli nie, to już tak :)), że to nie jest żaden wpis sponsorowany (w sumie to szkoda), bo wszystko kupiłam za własne miliony monet**. 

*AKCESORIA/UBRANIA

1. Zdecydowanie na pierwszym miejscu plasuje się mój świeżutki, bo sierpniowy zakup, czyli rower. Do tej pory męczyłam się (dosłownie) na dość starym (choć nadal w niezłej formie) "góralu", którego - przyznam się - po prostu nie znosiłam. Wiem, że kiedyś to był szczyt marzeń, ale niestety wymuszona przez jego kształt półleżąca pozycja jest zabójcza dla moich pleców i głównie z tego powodu jeździłam na nim coraz rzadziej, a w ostatnim roku praktycznie wcale. Od dobrych kilku lat zbierałam się do zakupu przyzwoitego roweru miejskiego, który służyłby mi i moim plecom znacznie lepiej, ale jakoś zawsze było coś ważniejszego w planach. Jednak w końcu po rozmowie z Tatą jakoś tak wyszło, że oboje stwierdziliśmy, że zamiast inwestować w odnowienie naszej wiekowej (starszej ode mnie!), leżakującej na balkonie rodziców Gazelki, bardziej opłaca się dołożyć paręset złotych i kupić nowy rower.
Mój wprawdzie nie jest salonowo nowy, bo odkupiłam go od kogoś, ale praktycznie był nieużywany, więc można powiedzieć, że dopiero u mnie ma szansę pokazać na co go stać :)  Rower to Kross Grand Vienna, model z 2014 roku. Nie jest to jakiś super wypasiony sprzęt, ale pokochałam go od pierwszej jazdy - w dodatku połączenie ciemnej zieleni, beżu i czerni naprawdę do mnie przemawia (oczywiście najpierw obejrzałam wszystkie kremowe i pastelowe modele, ale potem zobaczyłam wersję czarną, którą polecała Julia Caban i się zakochałam, a ten na zdjęciach był numerem dwa - a zapewniam Was, że na żywo wygląda po prostu bosko). No i do takiej rekreacyjnej jazdy po miejskich ścieżkach rowerowych, którą ja uskuteczniam, jest idealny. Brakuje mu jeszcze tylko koszyka na bagażnik (niestety większe zakupy jeszcze przez chwilę muszę wozić na raty) i uchwytu na butelkę z wodą i będę super zadowolona :)

Jeśli ktoś z Was waha się, czy warto zainwestować (nie takie znowu duże) pieniądze w takiego rumaka, to nie ma co się nad tym zastanawiać - każda, nawet kilkukilometrowa przejażdżka to ogromna przyjemność i samo zdrowie! Nawet jeśli jesteście takim tchórzem, jak ja (w życiu nie jeżdżę ulicą, bo nie mam za grosz zaufania do warszawskich kierowców) - infrastruktura rowerowa (przynajmniej w Warszawie) jest naprawdę dobrze rozwinięta!



Kolejne punkty postaram się omówić już nieco krócej :)

2.  Następne w kolejności są buty New Balance, model 373, czyli coś, co pewnie większość z Was doskonale zna. NB albo się uwielbia, albo ich nie znosi - ja przez dłuższy czas miałam do nich totalnie obojętny stosunek, niektóre modele zwracały na siebie moją uwagę, inne mnie odrzucały na kilometr. Ale kiedyś w końcu, z okazji jakichś megaprzecen (chyba 50%), zdecydowałam, że sprawdzę, o co tyle hałasu. I przepadłam. To są naprawdę jedne z najwygodniejszych (albo nawet NAJWYGODNIEJSZE) buty, jakie kiedykolwiek miałam! Od pierwszego założenia mogę w nich chodzić cały dzień i NIC mi się nie dzieje, a wierzcie mi - mam najgorsze stopy świata (po pierwsze: obciera mnie 99,9% butów, które kupuję i to nie tylko kiedy są nowe, ale też po założeniu ich po przerwie, po drugie: b. często mam problem z bolącym podbiciem i  wreszcie po trzecie: mam wiecznie opuchnięte kostki, więc część wyższych butów mi je po prostu dodatkowo podrażnia). Serio - dla kogoś takiego jak ja, to był strzał w 10! Poza tym uważam, że są naprawdę ładne, a zestawienie czerni, różu i turkusu bardzo do mnie przemawia kolorystycznie :)




3. Niejako w komplecie z butami idzie kolejny ulubieniec, czyli...skarpetki... Wiem, że może nie jest to najbardziej podniecająca część garderoby, ale znowu - ten konkretny model to było naprawdę moje odkrycie ostatnich miesięcy! Moje są firmy Nike (z serii Dri Fit, najbardziej opłaca się kupować je w trójpaku), ale bardziej niż o firmę, chodzi mi o ich wykończenie z tyłu - tym, co zmienia całą bajkę, jest ich przedłużony "zapiętek" (nie mam pojęcia, czy to się tak fachowo nazywa), który po pierwsze ułatwia ich zakładanie, ale co najważniejsze - zapobiega ich zsuwaniu podczas ruchu! Niestety ale (znowu ukłon w stronę moich problematycznych stóp) zawsze, ale to zawsze męczyłam się ze stopkami, które "uciekały" mi z pięty i do szału doprowadzało mnie ich wieczne podciąganie (o obcieraniu stopy nie wspomnę) - więc - dla mnie takie rozwiązanie to prawdziwa bomba. Szkoda tylko, że nie tak łatwo znaleźć ten typ skarpetek.



Biorąc pod uwagę liczbę rzeczy powiązanych z uprawianiem aktywności fizycznej pokazanych w tym poście, sprawię pewnie wrażenie osoby szalenie fit, ale bez zbędnych dywagacji uznajmy po prostu, że tym razem tak się jakoś złożyło :)

4. Ostatnią rzeczą, którą również wykorzystuję głównie podczas jazdy na rowerze, jest mój cudny plecak z firmy Cayler and Sons. Plecak - worek, bo to jest ten typ ze sznurkami zamiast rączek. Ogólnie jest lekki, ładny, pojemny i kupiłam go w megapromocji, a sprawdza się naprawdę świetnie. No i poza tym, że jest z grubego materiału (więc zakładam, że nie przemaka), to ma jeszcze stylowe wykończenie a'la struś na dole - a ja jestem szalenie łasa na takie smaczki :) Jedyna uwaga - nie należy do niego pakować całego swojego dobytku (do czego ja oczywiście, jako wielbicielka ogromnych torbiszczy mam tendencje), bo wówczas sznurki będą nam się bezlitośnie wpijać w ramiona. Na Zalando jest spory wybór wzorów (cudny jest zwłaszcza taki typowo wakacyjny w kwiatki z napisem "Hi haters").



5. I ostatni ulubieniec z tej kategorii, to moja letnia torba z firmy Franklin Marshall. I tu właściwie mogę tylko napisać, że ją po prostu UWIELBIAM - jak widać poniżej, jest szalenie pojemna, lekka, prześliczna i tak charakterystyczna, że "robi" cały strój - bez względu na to, czego bym na siebie nie założyła, ona jest taką "wisienką na torcie". A ponieważ kiedy jest gorąco, nie przepadam za noszeniem skórzanych ciężkich toreb (które nawet kiedy nie są fizycznie ciężkie, to i tak jakoś niespecjalnie kojarzą mi się "letnio"), to to był zdecydowanie jeden z moich najlepszych zakupów tego lata (oprócz roweru).



























6. Po krótkim namyśle postanowiłam dorzucić tu jeszcze jeden punkt, a mianowicie ubrania sportowe z Lidla. Ostatnio Agnieszka z kanału Lifemanagerka też o nich wspominała, a ja mogę się tylko z nią zgodzić - mam cztery koszulki z serii Crivit i zakładam je zarówno do ćwiczeń jogi, jak i na rower i sprawdzają się świetnie! Naprawdę warto się nimi zainteresować.

*JEDZENIE

Z kategorii żywieniowej w tej odsłonie mam tylko jeden produkt, a mianowicie kawę Inkę bio z figami. Kupuję ją w Leclercu i od niej właściwie zawsze zaczynam dzień. Ma delikatny smak i dobry skład (rozpuszczalna kawa zbożowa - zboża 59%, w tym jęczmień i słód jęczmienny, korzeń cykorii i figi 13% - wszystko z certyfikowanych upraw ekologicznych) - ja wprawdzie tych fig kompletnie w niej nie wyczuwam, ale z jakiegoś powodu i tak smakuje mi bardziej niż taka tradycyjna. Może to moja wyobraźnia :)



*KOSMETYKI 

Jako że z kosmetykami też ostatnio nie szalałam (zresztą już od dłuższego czasu nie szaleję), w tym punkcie mam Wam do pokazania dwie rzeczy:



1. Numero uno to woda pielęgnacyjna do ciała Eau des Jardins z firmy Clarins. I tu uwaga - to nie jest ani woda toaletowa, ani woda perfumowana, tylko właśnie kosmetyk, który poza przepięknym zapachem, ma także właściwości pielęgnacyjne! Według opisu, dzięki zawartości odpowiednio dobranych olejków eterycznych, poprawia także nasz nastrój :) Jeśli lubicie świeże, cytrusowo-kwiatowe zapachy, powąchajcie sobie go przy okazji - a nuż przypadnie Wam do gustu. 

2. W poprzednim poście z tej serii (do poczytania TUTAJ) wspominałam o balsamach do ust z firmy Hurraw! No i w międzyczasie okazało się, że w ofercie pojawił się kolejny "smak", czyli Papaya&Pineapple, czyli zestaw, który ewidentnie kojarzy mi się z latem. Bardzo przypadł mi do gustu - jak wszystkie pozostałe, oczywiście świetnie nawilża usta, a dodatkowo pachnie tropikalnymi owocami - sama przyjemność.

I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do końca wpisu. W ogóle to nie wiem jak to się dzieje, że po pierwsze czas ucieka mi jak szalony i zanim się zorientuję i zbiorę w sobie, to właściwie już mija kolejny miesiąc, a po drugie zawsze wydaje mi się, że "tym razem na pewno nie będę miała Wam co pokazać", a potem się okazuje, że wpis z ulubieńcami ciągnie się niczym turecki serial (żeby nie było, że nie jestem na czasie - chociaż sama nie oglądam). Lubicie w ogóle takie posty? (ciekawe swoją drogą, co zrobię, jeśli napiszecie, że nie)...

**sama nie wierzę, że do tego nawiązałam, ale well - chcąc nie chcąc, hasło jakoś weszło do mowy potocznej :) 

wtorek, 18 lutego 2014

Ulubione dodatki vol.4 - biżuteria od Mokave

Kiedyś byłam wielką fanką biżuterii. Do dziś mam taką kolekcję kolczyków, naszyjników i bransoletek, że często służę jako wypożyczalnia weselno-imprezowa dla moich koleżanek, które poszukują czegoś w konkretnym kolorze :) 
Sama jednak od dłuższego już czasu noszę jedynie wybrane dodatki, z czego większość jest na tyle uniwersalna, że pasuje po prostu do wszystkiego. Skłaniam się nie tyle ku totalnemu minimalizmowi, co raczej umiarkowanej prostocie i doceniam nieskomplikowane wzory (chociaż bardzo lubię też ciekawe i nieprzekombinowane "statement necklaces") i staranne wykonanie. 
Dlatego dziś będzie na szybko o dwóch dodatkach, które skradły moje serce i stały się takimi właśnie uniwersalnymi ulubieńcami, noszonymi przeze mnie zarówno do eleganckich sukienek, jak i prostych t-shirtów.

Dla porządku wspomnę, że TO NIE JEST wpis sponsorowany - za pokazywaną poniżej biżuterię zapłaciłam własnymi pieniędzmi, a pokazuję ją, bo uważam, że warto jest promować nasze rodzime talenty :) 

Pod nazwą Mokave kryje się młoda polska projektantka, której wzory od razu przypadły mi do gustu, do tego stopnia, że miałam problem z wyborem - ostatecznie postawiłam na coś, co wpadło mi od razu w oko :) 


Na złotym łańcuszku zawieszony jest szary agat, który idealnie pasuje do moich neutralnych szarych, czarnych, granatowych i białych ubrań. Naszyjnik jest długi i fantastycznie wygląda z prostą sukienką by Insomnia (która notabene też znajdzie się w moim zestawieniu ulubieńców, jeśli kiedykolwiek takie stworzę!). 



 W zależności od światła (i tła), kamień przybiera bardziej lub mniej fioletowy odcień. 


Ale tak naprawdę moja przygoda z Mokave zaczęła się od tej pastelowej bransoletki, którą noszę codziennie, uwielbiam i która zbiera nieustannie mnóstwo komplementów :)



Więcej wzorów projektantki znajdziecie na podlinkowanej stronie, lub w sklepie Pakamera. Ja na pewno skuszę się w przyszłości na coś jeszcze! 


Podoba Wam się taka biżuteria, czy lubicie zupełnie coś innego? Macie jakieś stałe elementy, z którymi się nie rozstajecie, czy zmieniacie dodatki, w zależności od humoru? U mnie na stałe obecna jest jeszcze moja srebrna, najprostsza z możliwych bransoletka z łańcuszków od Pandory (nie zaliczam się do fanek tych najpopularniejszych bransoletek modułowych), którą pokazywałam TUTAJ i to właściwie wszystko, co na siebie z reguły zakładam (z biżuterii, rzecz jasna, z biżuterii :)) 

niedziela, 24 listopada 2013

Moja Warszawa - Targi Rzeczy Ładnych - Warszawa 23-24 listopada 2013

1. Lubię ładne rzeczy.
2. Lubię fajne nazwy.
3. Kocham kubki (i inne duperelki).


Oto trzy powody, dla których nie mogłam sobie odpuścić wizyty na Targach Rzeczy Ładnych, które odbywają się w ten weekend w Soho Factory na warszawskiej Pradze.
Moment świetny, zwłaszcza że Święta za pasem, a jestem zdania, że zawsze fajniej jest dostać (lub podarować) coś trochę bardziej oryginalnego niż rodem z którejś z sieciówek - można także (tak jak ja) zrobić mały prezent samemu sobie i rozjaśnić trochę szarobury dzień :)


W wielkiej hali na otwartej przestrzeni można było wybierać pomiędzy meblami, dodatkami, ręcznie robionymi akcesoriami, lampami etc. 

Była porcelana klasyczna (poniżej firma Kalva, na stoisku której w końcu udało mi się kupić upatrzony dawno temu kubek :) 


Była także nieco mniej klasyczna w kształcie...


I coś dla wielbicieli stylu retro :)


Były cudne meble dla dużych:



...i dla całkiem małych (na zdjęciach poniżej widać pokoiki dla lalek, wykonane z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów - był także fantastyczny dom dla lalek!)



W strefie grafiki można było obejrzeć i/lub kupić świetne plakaty na ścianę, dodatki oraz kultowy już chyba kalendarz Pan Kalendarz :) 




Z całą pewnością nietrudno było tam znaleźć coś dla siebie - poniżej trochę różnych drobiazgów:

KOOOTY (Fram, poznajesz Diablo?) :) 

genialne sowy :) 

drewniane różności

coś dla wielbicieli psiaków :)



I stoisko, przy którym krążyłam najdłużej (ta "optyczna" tablica mnie urzekła, ale niestety ostatnią sztukę sprzątnął mi dosłownie sprzed nosa ktoś czujniejszy), z fajnymi warszawskimi bibelotami.

Podsumowując - super pomysł, fajnie było pooglądać rzeczy zrobione przez bardziej uzdolnionych manualnie ode mnie i odkryć, że ciekawe wnętrze nie tylko dla mnie to niekoniecznie takie, w którym dominują oklepane dodatki z Ikei*. 

*do Ikei jako takiej nic nie mam, powiem więcej - lubię ten sklep, ale dużo bardziej doceniam wysiłek osób, które starają się nadać swoim mieszkaniom indywidualny styl, bawiąc się trendami, a nie kopiując popularny katalog :)

A jak jest z Wami - lubicie takie imprezy? Szukacie niebanalnych prezentów i dodatków? Czy kompletnie nie kręci Was ta tematyka i wolicie wnętrza proste, bez żadnych designerskich "udziwnień"? 

sobota, 2 listopada 2013

Ulubione dodatki vol.3 - mój Kindle

Od czasu do czasu (to takie bardziej eleganckie określenie "kiedy mi się przypomni") staram się zamieszczać tu posty dotyczące moich ulubionych akcesoriów - wcześniejsze części znajdziecie TUTAJ i TUTAJ (a także pewnie w poście o ulubieńcach, czyli np. TUTAJ).
Dzisiaj będzie coś z cyklu "ja i mój spóźniony zapłon piszemy o super gadżecie, który znają/mają wszyscy, a w końcu mam go i ja". 

Ale a nuż okaże się, że jednak nie wszyscy i gdzieś tam w blogosferze plącze się jeszcze jakiś nieborak, który może i by chciał, ale nie bardzo wie jak się do tego zabrać? I wówczas wkraczam JA (ale nie cała na biało - to dla tych, którzy znają tego prześmiesznego suchara) :)) 

No, ale żarty żartami, królowo dygresji, a post sam się nie napisze, więc do rzeczy. 

O Kindlu (bo jak się zapewne zorientowaliście po tytule posta, to o nim będzie mowa) myślałam i marzyłam od nie pamiętam już nawet kiedy. Właściwie ten czytnik został chyba wymyślony dla mnie i mi podobnych - gdybyście kiedykolwiek znaleźli się w moim mieszkaniu, stałoby się to dla Was jasne (zarysuję Wam to w ten sposób: na prawo książki, na lewo książki, wszędzie książki, a pomiędzy nimi meble i pozostałe sprzęty) - nie raz już tu pisałam (i zapewne jeszcze nie raz to zdanie się tu pojawi) - KOCHAM książki ponad wszystko i nie wyobrażam sobie bez nich życia, a czytanie jest dla mnie równie ważne, jak oddychanie. No, ale nie ma co się oszukiwać - moja przestrzeń życiowa się nie rozrasta, wręcz przeciwnie - wykazuje raczej niepokojącą tendencję do kurczenia się. Dlatego pytanie związane z Kindlem brzmiało w moim przypadku nie "czy", ale "kiedy"? 

Z różnych względów zdecydowałam się na zakup dopiero teraz i naprawdę mogę sobie tylko napluć w brodę za to opóźnienie, bo to urządzonko znakomicie ułatwia życie (no dobra, może raczej - czyni je o niebo wygodniejszym), dlatego to zdecydowanie będzie post pochwalny i zachęcający dla tych, którzy jeszcze się wahają :) Ci, którzy kręcą nosem na takie wynalazki i robią właśnie głośne PFFFFFF, niech sobie lepiej zaparzą kubek meliski, bo wiadomo, że jak ja się czegoś uczepię, to nie będzie na pół gwizdka, tylko raczej można się spodziewać gorącego wyznania miłości :P

Mój Kindle wygląda tak: 


To wersja Classic, tzw. Kindle 5, który de facto różni się od swojego poprzednika jedynie kolorem (czwórka była grafitowa). 
Ogólnie, jeśli chodzi o parametry, szczegóły, porównania techniczne i wszelkie niezbędne info, to zainteresowanych odsyłam do najlepszego (moim zdaniem) miejsca o czytnikach, czyli bloga: http://swiatczytnikow.pl

U mnie będą wyłącznie moje subiektywne odczucia, tam znajdziecie konkrety :) 

Przyznam się, że długo zastanawiałam się, czy nie wybrać jednak wersji Paperwhite, czyli "tej ze światełkiem", ale po namyśle doszłam do wniosku, że jednak lampka nie jest mi aż tak niezbędna (choć na pewno się przydaje), a druga funkcja, czyli zapamiętywanie wyszukanych wcześniej słówek przez słownik nie jest dla mnie w tej chwili warte zapłacenia prawie dwukrotnej ceny. Więc ogólnie Paperwhite kiedyś jak najbardziej tak, ale raczej nie znajduje się on teraz na liście moich zakupowych priorytetów. 


Co do samego czytnika, to jego użytkowanie jest dziecinnie proste - po zarejestrowaniu (nie jest ono konieczne, ale ułatwia np zarządzanie naszym zbiorem książek, no i to takie miłe, kiedy po włączeniu wyświetla się nasze imię :)) włączamy go, zgrywamy (przez kabelek lub wifi) posiadane książki, odpalamy którąś i czytamy :) VOILA! 

Jak widać powyżej, tytuły możemy przydzielać do różnych folderów - tworzymy je i nazywamy dowolnie, każda książka może być przyporządkowana do kilku jednocześnie (u mnie np kilka jest zarówno w folderze "english" oraz "thriller"). 


Samo czytanie jest bardzo wygodne - Kindle jest zrobiony z tzw. papieru elektronicznego (czyli ma ekran ZUPEŁNIE inny niż monitor komputera!), który NIE MĘCZY OCZU (ja np nie znoszę czytania na komputerze i dlatego m.in. nie byłam początkowo przekonana do tego gadżetu - całkiem błędnie, jak się okazuje!). Bateria czytnika jest wytrzymała - nie pamiętam dokładnych liczb, ale nawet przy włączonym internecie i intensywnym użytkowaniu, idzie to w dni, więc naprawdę nie ma potrzeby denerwować się, że nagle coś nam się rozładuje i zostaniemy bez lektury. 

Co do obsługiwanych formatów, to oczywiście najlepszy jest ten, który został stworzony chyba specjalnie dla czytników, czyli .mobi, ale np zwykły .pdf też daje radę (a żeby było wygodniej, możemy go bez problemu przekonwertować, korzystając z darmowych programów (np Calibre, który jest łatwy w obsłudze i bardzo przydatny!)). 

No, ale najważniejsze - Kindle jest niewielki, LECIUTKI, poręczny, a przy tym diabelnie wręcz POJEMNY!!!  

Spokojnie pomieści kilkaset książek, czyli de facto możemy zawsze mieć przy sobie bardzo rozbudowaną bibliotekę i być przygotowani na każdą okoliczność :) I to jest cudowne - wychodząc z domu nie muszę się zastanawiać, czy będę miała chęć zresetować się przy kryminale, douczyć angielskiego, czy poczytać coś edukacyjnego - wyboru dokonuję włączając to urządzonko i mogę zmieniać zdanie niemal w nieskończoność :)

I do tego jeszcze jest ładny - moja malinowa okładka z ekologicznej skóry wygląda tak (w rzeczywistości jest bardziej stonowana, ale mój aparat ma problem z różowym kolorem i z niewiadomych względów zawsze go dodatkowo nasyca) - teraz nie mam już problemu ze zlokalizowaniem go w mojej przepastnej torbie, ani nie muszę się martwić, że porysuję czymś ekran.


Na koniec jako ciekawostka, porównanie wielkościowe - z lewej przykładowy magazyn, w środku Kindle, z prawej mój telefon (LG Swift L5, czyli raczej malutki). 


Nie wiem, czy jest sens pytać Was, czy jesteście właścicielami tego, lub innego czytnika, ale przyznaję, że trochę jestem ciekawa :) 

A przede wszystkim Waszego zdania na ten temat - czy uważacie, że to faktycznie przydatny gadżet, który ułatwia życie mola książkowego, czy też stoicie twardo po stronie "jak książka, to tylko papierowa"?
Od siebie powiem jeszcze jedno - nie wydaje mi się, żeby Kindle kiedykolwiek zastąpił mi zwykłe książki, bo mimo całej sympatii, jaką udało mu się zdobyć, pozbawiony jest on najważniejszej cechy, a mianowicie MAGII, która nierozerwalnie łączy się dla mnie z papierem - uwielbiam np wąchać nowe książki, uwielbiam książki używane, takie z historią, które wiele przeszły, lubię je dotykać, podziwiać piękne wydania i są pewne tytuły, których po prostu nie wyobrażam sobie mieć tylko w wersji elektronicznej. Nie ukrywam, że traktuję go raczej jako przenośną bibliotekę, tzn czytam na nim książki, do których specjalnie się nie przywiązuję - te ulubione i tak muszę mieć fizycznie przed nosem :)

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...