Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

#SERIALE Co obejrzałam//oglądam 2

Idąc za ciosem, dziś daję Wam znać o kilku serialach, jakie obejrzałam przez te kilka miesięcy i tych, które oglądam nadal. Czy wszystkie polecam? Niekoniecznie. Ale o tym przekonacie się sami za chwilę. 



zdjęcie z serwisu IMDB

To jest nowa produkcja i powiem od razu - jeśli ktoś uwielbiał Hannibala, a po jego zakończeniu odczuwa wewnętrzną pustkę i gorączkowo szuka czegoś, co ją wypełni, to niech już nie szuka, tylko zabiera się za oglądanie. Albowiem serial ten wyszedł spod ręki Bryana Fullera i to widać od pierwszych sekund. Wizualnie jest to prawie taki sam majstersztyk, jak wspomniany Hannibal - poszczególne sceny (nawet te maksymalnie krwawe i obiektywnie dość obrzydliwe) mają w sobie wyszukane piękno (choć jednocześnie wywołują spory dyskomfort). Ogólnie serial oglądam z rosnącą ciekawością, bo zrobiony jest świetnie, chociaż przyznam się, że pojęcia nie mam, w jaką stronę zmierza fabuła. No, ale faktem jest, że zupełnie nie znam powieści Neila Gaimana, na której oparta jest ta historia, więc nie wiem, czego się spodziewać (co jest plusem).

W telegraficznym skrócie dla tych, którzy ostatni rok przesiedzieli pod jakimś wielkim kamieniem i przegapili tę premierę - to jest współczesna (lub wręcz futurystyczna) wersja historii o reinkarnacji bogów i bóstw, którzy przygotowują się do walki o dominację. A w samym środku tej intrygi znajduje się główny bohater, Shadow Moon, który właśnie wyszedł z więzienia i zmaga się z osobistą tragedią.

Właściwie opisywanie fabuły nie ma tu najmniejszego sensu, bo tę opowieść trzeba po prostu chłonąć i dopiero później ewentualnie się nad nią zastanawiać - faktem jest, że podoba mi się zestawienie bogów symbolizujących to, co w znacznej mierze odeszło w zapomnienie, tradycji i dawnych wartości z ultranowoczesnymi bóstwami reprezentującymi przyszłość. Po kilku odcinkach jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej i cieszę się na kolejny sezon.

No i nie mogę zapomnieć o aktorstwie - o Ricky'm Whittle, grającym Shadow Moona w życiu nie słyszałam i zastanawiam się, gdzie on się uchował, bo jest świetny (i do tego tak cholernie przystojny, że skarpetki opadają!!!). No a Ian McShane, jak ktoś celnie ocenił - chyba urodził się, żeby zagrać Mr. Wednesdaya (pomyśleć tylko, że tę postać miał zagrać pierwotnie Nicolas Cage - brrrr!!!!). Wisienką na torcie (póki co) jest jak zwykle cudowna Gillian Anderson jako Media. 

Ostrzegam jednak, że jeśli jesteście bardzo wrażliwi na brutalne i krwawe sceny, to Wasze nerwy mogą zostać wystawione na ciężką próbę - tu właściwie co najmniej połowa scen wywołuje u widza coś w rodzaju zachwytu zmiksowanego z totalnym obrzydzeniem (Hannibal się kłania). 

***
Jako, że lubię właściwie wszystko, co dziwne, nie mogłam oczywiście przegapić kolejnej oryginalnej produkcji, czyli Legionu.

zdjęcie z serwisu IMDB

I tu podobnie jak wyżej - ciężko jest opisać fabułę. Jest ona bowiem tak złożona, że właściwie co chwilę odkrywa się kolejną warstwę - wszystko zaczyna się od tego, że poznajemy głównego bohatera - Davida (świetny Dan Stevens, który przeszedł bardzo daleką drogę od nieco drętwego Matthew z Downton Abbey), który przebywa jako zdiagnozowany schizofrenik w szpitalu psychiatrycznym. No i tu zaczyna się zabawa - okazuje się, że jego choroba to tak naprawdę nie choroba (a może jednak?), tylko David jest jednym z najpotężniejszych mutantów, nieświadomym swoich zdolności. Trafia pod opiekę grupy innych osób o specjalnych "talentach", która w międzyczasie prowadzi walkę o przetrwanie. Opis brzmi beznadziejnie, bo tak jak wspomniałam, serial ten jest wielowymiarowy i w momencie kiedy myślimy, że już wszystko wiemy i nic nas specjalnie nie zaskoczy, nagle następuje obrót o 180 stopni i lądujemy niemal w punkcie wyjścia. 

Zastrzegam, że nie trzeba wcale lubić historii o mutantach, żeby wciągnąć się w Legion - wystarczy oglądać to z otwartą głową i trochę pozastanawiać się, jak to właściwie jest z osobami uznanymi za psychicznie chore - a co jeśli one tak naprawdę wskoczyły po prostu na kolejny, wyższy poziom ewolucji? :) 
***
Na koniec dorzucę serial, na punkcie którego młodsza część internetu oszalała, a z którym ja osobiście mam spory problem. Mowa o: 

zdjęcie z serwisu IMDB

Dla tych z Was, których ominęły bardzo nasycone emocjami dyskusje na ten temat, wspomnę pokrótce, że to serial o nastolatce, która popełniła samobójstwo (nie bójcie się, nie zdradzam tutaj jakichś kluczowych informacji, wszystko jest w oficjalnych opisach). Tyle że tutaj historia jest odwrócona - czyli śmierć Hanny jest punktem wyjścia. Zostawiła ona bowiem po sobie komplet kaset, na których omówiła wszystko, co jej się przydarzyło i co doprowadziło ją do tragicznego końca (tytułowe 13 powodów). Brzmi intrygująco, prawda? Zgadzam się.

Ale. A właściwie ALE.

Tym, co sprawia, że mam niemały problem z poleceniem tej produkcji komukolwiek jest sposób, w jaki twórcy przedstawiają samobójstwo. Otóż tu jest ono pokazane jako zemsta na tych, którzy byli dla bohaterki podli. W związku z czym ona im "pokazuje", że nawet zza grobu potrafi im nieźle dokopać.

I to jest największy zonk z tym serialem.

Wiem oczywiście, że tak naprawdę nie jestem nawet targetem twórców (wiekowo podchodzę już niestety pod grupę rodziców), ale może właśnie dlatego tak wyraźnie rzucają mi się w oczy wszystkie słabości tej historii. Pomijam już kompletnie nierealne nagromadzenie wszelakich nieszczęść, jakie mogą spaść na jedną dziewczynę, ale do tego dochodzi jeszcze irytująca dwuwymiarowość właściwie wszystkich postaci. A nie, przepraszam - właściwie wszyscy przedstawieni tu dorośli są jednowymiarowi - to są postaci wręcz karykaturalne, bo serio nie jestem w stanie sobie wyobrazić, że pies z kulawą nogą nie zorientowałby się przez tak długi czas, że coś jest nie tak. Do tego jeszcze właściwie żadna z osób nie wzbudza sympatii - Hanna, która chyba z założenia miała być fajną i wyluzowaną dziewczyną z sąsiedztwa jest tak denerwująca, emocjonalnie niedojrzała i naiwna, że przez połowę czasu miałam ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć "dziewczyno, weź się w garść i zajmij się czymś, zamiast dramatyzować!". Nawet Clay, który nieco ratuje całą historię. momentami zachowuje się, jakby jego postać pisało pięć różnych, nie konsultujących się ze sobą osób.

Tak więc mimo wielkiego szału, jaki wywołał ten tytuł, ja jestem na nie. Powiem więcej - nie chciałabym, żeby moja hipotetyczna nastoletnia córka oglądała coś, co mocno sugeruje, że samobójstwo służy do "odegrania" się na tych, którzy nas skrzywdzili. Ten przekaz to moim zdaniem najbardziej niepokojąca i niebezpieczna rzecz związana z tą historią - wzmocniona dodatkowo faktem, że serial naprawdę wciąga (nawet jeśli tak jak ja, ogląda się go z rosnącą niechęcią). 

Na sam koniec napiszę jeszcze tylko, że dużym (jeśli nie jedynym) plusem tej historii na pewno jest muzyka. Myślę, że wiele młodych osób odkryło m.in. dzięki niemu  Joy Division, a z kolei kawałek pt. The Night We Met Lorda Hurona zostanie ze mną na długo. 

***
Miałam jeszcze zamiar wspomnieć o najbardziej wyczekiwanym powrocie ever, czyli 3 sezonie Twin Peaks (ci z Was, którzy są ze mną długo lub znają mnie osobiście, wiedzą, że to jest mój absolutny numer 1 wśród wszystkich seriali świata - poświęciłam mu zresztą oddzielny wpis TUTAJ). Postanowiłam jednak, że zaczekam do końca, bo po 6 dotychczasowych odcinkach ciężko cokolwiek powiedzieć, poza WTF, które ciśnie mi się na usta właściwie co 5 minut :) No i nadal czekam na Audrey Horne, bo bez niej ten serial dla mnie nie istnieje. Tak więc nie bójcie się, na pewno jeszcze wrócimy do tego tematu.

zdjęcie z serwisu IMDB

Standardowo ciekawi mnie, czy widzieliście któryś z ww tytułów, a jeśli tak, to co o nich myślicie. A może macie swoje typy do polecenia (lub unikania)? Zawsze chętnie zbieram kolejne inspiracje!

A jeśli ktoś czuje niedosyt, to TUTAJ  jest poprzedni wpis z tej serii. 

czwartek, 1 września 2016

#SERIALE Co oglądam?

Ci z Was, którzy są ze mną dłużej wiedzą, że jestem totalną serialomaniaczką. Od zawsze. Z reguły kuszę się na coś, co ma ciekawie zapowiadający się wątek kryminalny, ale nie tylko. Czasem zdarzają mi się również tzw. "guilty pleasure", czyli tytuły, które dalibóg nie wiem, jak i skąd się wzięły na mojej liście, ale potrafią tkwić tam uparcie całymi latami. 

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bo chcę Wam polecić dwa bardzo dobre tytuły, jeden średni i wspomnieć o jednym gp. 

1. "Mr Robot" to moje odkrycie przełomu roku - pierwszy sezon wciągnął mnie błyskawicznie, bo nawet dla takiej serialowej wyjadaczki jak ja, był to powiew świeżości. Nie będę Wam opisywać fabuły, wystarczy, że wejdziecie sobie na IMDB albo jakiś polski portal. Dość powiedzieć, że najwięcej chyba jest tam psycho- i socjologii, ale podanej w bardzo oryginalny sposób. Ten serial jest mroczny, duszny, ale nie w żaden krwawy czy makabryczny sposób, raczej przez to, jak pokazuje nasz współczesny świat, z wszechobecnym konsumpcjonizmem i korporacjami, które robią z nas automaty. Bohaterem jest Elliot - genialny haker, grany koncertowo przez Ramiego Malka. To młody chłopak, totalnie nieprzystosowany do życia w społeczeństwie, raczej funkcjonujący sobie gdzieś na uboczu, który nagle staje się katalizatorem antytechnologicznej rewolucji. I tyle Wam powiem. No dobra, jeszcze dodam, że serial ma drugie i pewnie trzecie dno, więc niech po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków nie przyjdzie Wam do głowy, że już wszystko wiecie - parafrazując powiedzonko z Gry o Tron, you know nothing! Aa, jeszcze mała wisienka na torcie - gra w nim dawno nie widziany (przynajmniej przeze mnie) Christian Slater!

(zdjęcia ze strony IMDB)

2. Drugim tytułem, o którym chcę napisać kilka zdań, jest wielki powrót Winony Ryder (najpierw Slater, teraz Winona - ten wpis jest niczym minipodróż sentymentalna w przeszłość), czyli "Stranger Things". Serial póki co - jednosezonowy (ale oczywiście z potencjałem na kontynuację), wykręcony jak świński ogonek i idealnie wręcz wpisujący się w nurt nostalgii za minionymi czasami. A konkretnie za latami 80. Bo ten serial jest właśnie taki. To połączenie "Z Archiwum X" z "Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia", z domieszką Stephena Kinga oraz... Scooby Doo. Jeśli lubicie klimaty trochę sci-fi, z odrobiną horroru (ale naprawdę odrobiną) i jeszcze do tego macie sentyment (albo wręcz urodziliście się w tych czasach) do lat 80., to powinno się Wam spodobać. Bonusem jest naprawdę prześwietna gra dzieciaków występujących w rolach głównych, z dwunastoletnią Millie Bobby Brown na czele (warto zapamiętać to nazwisko! Swoją drogą, bardzo mi ona momentami przypomina młodziutką Natalie Portman z czasów "Leona zawodowca" i trzymam kciuki, żeby jej kariera okazała się równie udana, co starszej koleżanki po fachu). I soundtrack :)

(zdjęcia ze strony IMDB)

To były dwa polecane seriale. 

Tym trzecim - średnim, o którym chciałam szybko wspomnieć, jest "The Path", czyli coś w sumie trochę dla mnie nietypowego - jest to bowiem historia małżeństwa funkcjonującego w sekcie. Dzieją się tam różne rzeczy, czasem mniej, czasem bardziej ciekawe, ogólnie chyba najbardziej podoba mi się pokazanie takich z pozoru normalnych ludzi, którzy kiedy trochę poskrobać, okazuje się, że mają nieźle zrypaną psychikę. Momentami ciężko mi się to oglądało (bo niektóre decyzje bohaterów były dla mnie totalnie kosmiczne i w ogóle nie miały przełożenia na mój własny punkt widzenia), ale jeśli interesuje Was chociaż trochę taka psychologiczna "egzotyka", to polecam. Nie ukrywam, że na początku złapałam się na nazwiska (występuje tam Hugh Dancy, Aaron Paul i Michelle Monaghan).

(zdjęcia ze strony IMDB)

I na koniec przyznam się do wspomnianej na początku "guilty pleasure", którą jest "The Last Ship". Zaczęłam to oglądać z sympatii do Erica Dane i akcentu Rhony Mitry, no i przyznam się, że wsiąkłam, chociaż zwłaszcza przy drugim [EDIT: TRZECIM, bo jak sobie uświadomiłam dzięki komentarzowi jednej z Was, scaliłam sobie w głowie dwa pierwsze sezony razem] sezonie przeżywam kryzys niemal przy każdym odcinku. Najkrócej mówiąc, jest to propagandowa pocztówka dla Amerykanów, więc jeśli ktoś ma jakiś problem z tym krajem, to lepiej niech sobie daruje, bo się wykończy psychicznie :) Natomiast jeśli przymkniemy oko na ten mocno kiczowaty i pokazowy patriotyzm, a lubimy klimaty epidemiologiczno-nautyczne, to mamy szansę się nieźle bawić. Zwłaszcza przy pierwszym sezonie, bo trzeci jest jakimś szalonym tworem dryfującym w tak różnych, mocno absurdalnych kierunkach, że oglądam go z rosnącym niedowierzaniem. To jest pozycja z cyklu tych na maksa odmóżdżających, bo nie liczcie, że dowiecie się z niej czegoś nowego (może z wyjątkiem specjalistycznego słownictwa związanego z opracowywaniem lekarstwa na śmiertelny wirus lub prowadzenia działań wojennych na morzu).
(zdjęcia ze strony IMDB)

Znacie opisywane przeze mnie tytuły? Jeśli tak, to napiszcie, co o nich myślicie. 

czwartek, 29 stycznia 2015

Moje seriale cz.3: odpuszczone / do obejrzenia


No i nadszedł dzień, w którym mój najdłuższy wpis dobiega końca [fanfary]. Jeśli nie poddaliście się gdzieś w połowie i nadal ciekawi Was, co mam do powiedzenia, to zapraszam na odsłonę pt. seriale, które odpuściłam oraz te, które mam na swojej liście do obejrzenia. Myślę, że to będzie część najbardziej "dyskusyjna", bo na pierwszej liście jest kilka powszechnie uwielbianych tytułów.
No, ale do rzeczy, na pierwszy ogień lecą te odpuszczone (tylko błagam, nie zlinczujcie mnie za niektóre z nich):
  • Homeland - pierwszy sezon pochłonęłam bardzo szybko i... niepotrzebnie zrobiłam przerwę, bo od tej pory nie mogę do niego wrócić. I to jest historia, która w tym wątku będzie moim refrenem - nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że bardzo często oglądam serial "ciągiem" - tzn dopóki nie padnę ze zmęczenia lub dopóki nie poczuję przesytu. I właśnie w sytuacji, kiedy po zakończeniu sezonu robię przerwę na coś innego, często okazuje się, że gdzieś po drodze umknęła mi wcześniejsza fascynacja. Na pewno planuję powrót, tylko nie mam pojęcia kiedy. 
  • Breaking Bad - kolejna "kultowa" produkcja i identyczna sytuacja jak poprzednio - tyle, że obejrzałam pełne 2 sezony. Także przewiduję powrót, chociaż nie ukrywam, że jestem antyfanką zarówno Waltera, jak i Skyler (albo raczej - a zwłaszcza Skyler). 
  • House of Cards - tu było gorzej, bo utknęłam po 1 odcinku. Nie przepadam za wątkami politycznymi i chociaż Kevin Spacey i Robin Wright mnie potwornie wręcz kuszą, to nie wiem, czy nie skończy się na planowaniu. 
  • Game of Thrones - kurczę, mam wrażenie, że za chwilę naprawdę mnie przestaniecie lubić :) Tu dojechałam do końca 4 sezonu (czyli nie jest źle) i ... się zawiesiłam. Strasznie dużo nerwów mnie kosztował ten serial (pomijam już wkurzającą tendencję do wykańczania niemal każdej postaci, którą polubię!), więc trochę się stresuję, ale powrót na pewno nastąpi. 
  • The Killing - tu sytuacja jest nieco inna. Bardzo podoba mi się fabuła, ale nie znoszę głównej bohaterki i nie bardzo w związku z tym mam pomysł, co zrobić z tym fantem :) Na razie przebrnęłam przez pierwszy sezon. 
  • Elementary - ciężko mi powiedzieć, co jest nie tak w tej relacji - niby współczesny Sherlock ok, pomysły fabularne też ok, duet Jonny Lee Miller - Lucy Liu bardzo fajny, ale czegoś mi brakuje (pewnie Cumberbatcha, hue hue). Myślę, że jak się wstrzelę w dobry moment (może przy jakiejś chorobie, czy coś), to powrót będzie (chyba, że w międzyczasie odkryję coś nowego, co mnie wciągnie bez reszty). 
  • Downton Abbey - pierwszymi dwoma sezonami zachłysnęłam się tak, że prawie się udusiłam z radości - angielski serial kostiumowy, będący zestawieniem życia wyższych sfer i świata pracującego dla nich wydawał się spełnieniem moich marzeń. I tak było. Dopóki nie zaczęło się robić gorzej niż w brazylijskiej telenoweli. Nie wiem, czy wrócę, bo może lepiej zachować dobre wspomnienia? 
  • Suits - wiem, że wielbicieli tej pozycji jest mnóstwo i przyznaję, że oglądało się ją całkiem sympatycznie, ale jednocześnie po przerwaniu nie zatęskniłam za żadnym z przystojnych panów nawet raz, więc nie sądzę, żebym miała jeszcze kiedyś do tego wrócić. Taki lajf. 
  • Mad Men - tu miałam bardzo podobną sytuację jak z Downton Abbey - absolutny zachwyt przez pierwsze trzy sezony, a potem emocje zaczęły opadać i nasze drogi powoli zaczęły się rozchodzić. Nie potrafię powiedzieć, czy jestem gotowa na powrót. 
  • Girls - w tym punkcie pewnie podpadnę wielu osobom, ale nic na to nie poradzę. Przed premierą wszystko wskazywało na to, że to będzie idealny serial dla mnie - no bo NY i perypetie czterech młodych dziewczyn o niewyparzonych językach i wielkim apetycie na życie? Wytrzymałam cały pierwszy sezon (i z tego powodu jestem z siebie szalenie dumna), zanim przyznałam się, że nie dam rady dłużej, bo po prostu NIE ZNOSZĘ Leny Dunham (i pisząc "nie znoszę" jestem naprawdę delikatna). Tak więc NIE i jeszcze raz NIE. 
  • Bates Motel - sama idea zrobienia prequelu Psychozy bardzo mi się podobała, podobnie jak większość pierwszego sezonu. A potem ... przestało mnie to interesować. Chociaż, znając moją słabość do (filmowych!) psychopatów, nie wykluczam, że jeszcze się spotkam z państwem Bates :) 
  • Halt and Catch Fire - zapowiadało się świetnie, zdążyłam się wciągnąć, a potem - jak zwykle - niepotrzebnie zrobiłam przerwę i szlag trafił całą magię. A historia komputerowych przepychanek w latach 80. XX wieku wydaje się naprawdę interesująca. Plus Lee Pace jako fantastyczny socjopata, zmierzający do celu po trupach (nie dosłownie - chyba). C.d.n.
  • CSI - oryginalne (czyli Las Vegas) - to jest idealny przykład (razem z kolejnym punktem na liście), że dobry serial powinno się skończyć wtedy, kiedy teoretycznie ma coś jeszcze do powiedzenia, a nie ciągnąć w nieskończoność, bo w rezultacie otrzymuje się takiego żywego trupa. To był naprawdę świetny serial przez wiele sezonów (właściwie dopóki William Petersen wcielał się w Gila Grissoma), a za to, co działo się później, mam chęć kogoś własnoręcznie udusić. Z pewnością nie będzie powrotu. 
  • How I Met Your Mother - o tej pozycji (a zwłaszcza jej finale) napisano już pewnie wszystko, więc nie będę się zbyt długo rozwodzić. To jest właśnie ten drugi przykład (po CSI) na to, czego nie powinno się robić z popularnym serialem - ciągnąć go w nieskończoność, osiągając po drodze kolejne poziomy fabularnej głupoty. Przykre. 
  • The Vampire Diaries - właściwie to (poza tym, że naprawdę mam słabość do opowieści o wampirach) nie mam pojęcia, co mnie przyciągnęło do tego tytułu - może brwi Iana Somerhaldera, nie wiem. W każdym razie - przerwałam oglądanie dawno temu i raczej nie przewiduję powtórki z rozrywki (chyba, że kiedyś będę długo i obłożnie chora i będę musiała pilnie się odmóżdżyć i skończy mi się Elementary). 
  • True Blood - pozostając w tematach wampirycznych (oraz seriali, które powinny skończyć się znacznie wcześniej), nie mogę nie napisać o pozycji, z którą miałam długą love-hate relationship. Właściwie oglądałam to wyłącznie ze względu na postaci Erica i Pam, ale nagromadzenie idiotyzmów w pewnym momencie zmogło nawet moją z reguły wysoką tolerancję i poddałam się. Wróciłam na sam finał i muszę powiedzieć, że to bolało (niestety w sensie, że było kompletnie kretyńskie, a nie że zrobiło mi się przykro)...Ale nie ukrywam, że wspomnienie Alexandra Skarsgarda w niektórych odcinkach rekompensuje wiele :) 
  • The Big Bang Theory - początki były cudowne, bo jak mogło być inaczej w historii czterech totalnie nieprzystosowanych do normalnego życia geeków? A potem zaczęło się robić coraz bardziej słodko (w momencie, kiedy nagle każdy wylądował z dziewczyną) i nudno i mniej śmiesznie. Nope. 
  • Modern Family - to zdecydowanie JEST dobry serial. I żałuję, że przestałam go oglądać, ale czasem jakiś tytuł za mocno kojarzy mi się z konkretną osobą i po prostu nie jestem w stanie kontynuować swojej przygody nie wracając myślami do przeszłości, o której wolę zapomnieć. Dlatego - żegnaj Modern Family. I żegnaj Californication
  • Spooks - generalnie nie jestem fanką historii szpiegowskich, ani w filmach ani w książkach. Dlatego sam fakt, że wciągnęłam się w jakiś mega długi serial o szpiegach z MI5 był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Wytrzymałam naprawdę długo, bo pewnie jakieś 8 sezonów, ale znowu (witaj droga Gro o Tron!) konsekwentne wykańczanie (i to w przeokrutny i grający na emocjach sposób) kolejnych postaci, z którymi zdążyłam się już zżyć sprawił, że zaczęłam bardzo źle życzyć twórcom tego serialu. Ostatecznie poddałam się w momencie, kiedy jedna z fajniejszych postaci, nagle przeszła jakąś kompletnie niewiarygodną zmianę osobowościową i niestety to przelało moją czarę goryczy. Powrotu nie będzie.  
  • American Horror Story - co do tej pozycji, to mam spore wątpliwości - pierwszy sezon mnie zachwycił, drugi też, przy trzecim zaczęłam odczuwać zmęczenie materiału, a przy opisie aktualnego jakoś zupełnie nie czuję, żebym miała się znowu wciągnąć. Dlatego choć nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, nie jestem przekonana. Na pewno jednak polecam dwa pierwsze sezony oraz moje dwa aktorskie odkrycia - Evana Petersa i Taissę Farmigę - myślę, że warto zapamiętać oba nazwiska...
No i zostały mi jeszcze seriale, które planuję obejrzeć w niedługim czasie
I to już wszystko w tym temacie - nie sądzę, żeby ktoś miał szansę poczuć choćby lekki niedosyt, ale gdyby jednak, to dajcie znać w komentarzach. Ciekawa jestem, czy i co oglądacie i jak się mają Wasze upodobania do moich :) A może macie w zanadrzu tytuły, z którymi warto się zapoznać, bo inspiracji nigdy dosyć? 

środa, 21 stycznia 2015

Moje seriale cz.2: oglądane: polecane / guilty pleasure


Dzisiejsza część posta, który może okazać się najdłuższym w mojej blogowej karierze, będzie poświęcona temu, co pewnie zainteresuje innych serialomaniaków najbardziej, czyli serialom, które oglądam w miarę na bieżąco (i które polecam)
Bez przydługich wstępów (bo poprzednio już chyba wyczerpałam temat), przechodzimy do listy - kolejność jak poprzednio, raczej przypadkowa:
  • Dr Who - zaczynamy z "grubej rury", czyli od angielskiego serialowego "szefa wszystkich szefów" i pozycji absolutnie uniwersalnej i KULTOWEJ :)) Nie będę nawet próbować silić się na jakieś głębokie opisy, tylko napiszę, że ten serial zawiera w sobie WSZYSTKO i najzwyczajniej w świecie albo się go kocha, albo nam wisi i powiewa, ale zapewniam, że kiedy się go zacznie oglądać, to jest mała szansa, że uda się w nim NIE przepaść bez reszty (i potem ma się z głowy całe lata, bo w zależności od stopnia uzależnienia, można oglądać wyłącznie nowe sezony, albo cofnąć się do lat 60. albo wracać do wybranych odcinków ze "swoim" Doktorem. Bo tak właśnie jest - każdy ma "swojego" Doktora (moim jest zdecydowanie 10, czyli David Tennant i mimo naprawdę ogromnej sympatii, jaką darzyłam Matta Smitha, czyli Jedenastkę oraz Petera Capaldiego, czyli obecnego Doktora, nic nie jest w stanie przebić mojej dzikiej wręcz namiętności do Davida). Właściwie mogłabym spokojnie poświęcić cały ten wpis tylko tej pozycji, ale obawiam się, że nikt (ze mną włącznie) nie wytrzymałby takiej dawki egzaltacji. Bo ja po prostu Doktora U W I E L B I A M i kropka. 
Dalej będą szły tytuły, które właściwie wszystkie należą do jednej kategorii, czyli bardzo szeroko pojętych kryminałów. Mamy więc:
  • Fargo - to serial, który ma szansę się spodobać zarówno tym, którzy znają film braci Coen o tym samym tytule, jak i pozostałym, bo najkrócej mówiąc - to jest po prostu kawałek świetnej telewizji! I właściwie można się tylko zastanawiać, czy lepszy jest w nim Martin Freeman, czy Billy Bob Thornton. Bardzo gorąco polecam. 
  • True Detective, czyli jeden z największych hitów ubiegłego roku. Kolejny przykład tego, że machina serialowa rozpędza się coraz bardziej i wciąga w siebie kolejnych aktorów kojarzonych do tej pory wyłącznie z dużym ekranem - w pierwszym sezonie mieliśmy fantastyczny duet Matthew McConaughey - Woody Harrelson  i mroczny i duszny klimat bagnistej Luizjany, w zapowiadanym kolejnym ma być Colin Farrell i ciekawe co z tego wyjdzie. 
  • The Fall - to jest moje odkrycie ostatnich lat, serial jakby stworzony dla mnie - o policjantce (Gillian Anderson, która z wiekiem coraz bardziej pięknieje) i seryjnym zabójcy (Jamie Dornan, udowadniający, że naprawdę ma do zaoferowania znacznie więcej niż śliczną buzię i ciało), a całość dzieje się w Belfaście. Historia trzyma w napięciu, a cała otoczka (znany nam od początku zabójca, który okazuje się szanowanym członkiem społeczności, ojcem i mężem) sprawia, że każdy kolejny odcinek oglądamy z rosnącym poczuciem dyskomfortu. 
  • Sherlock - z tym serialem mam podobną sytuację, jak z Doktorem Who, a mianowicie jestem kompletnie nieobiektywna, ponieważ duet Benedict Cumberbatch - Martin Freeman, z dodatkiem Ruperta Gravesa jako Lestrada, Marka Gatissa jako Mycrofta oraz Andrew Scotta w roli Moriarty'ego jest tak doskonały, że jeśli ktoś uważa inaczej, to sorry, ale lepiej żeby się przy mnie do tego nie przyznawał :) 
  • Ripper Street - to jest dopiero niesamowita historia. Po fantastycznych dwóch sezonach (momentami bardzo okrutnych i bardzo mrocznych), BBC zdecydowało się (mimo ogromnych protestów) skasować ten serial, co odniosło taki skutek, że chyba pierwszy raz w historii, na kontynuację serii zdecydowała się inna stacja (Amazon) i tak oto powstał trzeci sezon - yay! Polecam wszystkim, którzy lubią depresyjne XIX-wieczne klimaty i wyraziste postaci (moja sympatia jest rozdzielona równo pomiędzy całą główną trojkę, chociaż nie ukrywam, że mam niemałą słabość do Kapitana Homera Jacksona, chyba przez jego temperament i niewyparzony język :)).
  • Broadchurch -  cóż mogę powiedzieć - jeśli w czymś występuje David Tennant (zwany przez moją ukochaną mamę jastrzębiem), to wiadomo, że prędzej czy później, ja się w to wciągnę. Akurat przy Broadchurch nie było to trudne, bo to świetny serial - mamy tajemniczą zbrodnię i małe angielskie miasteczko, w których każdy ma swoje sekrety (brzmi trochę jak Twin Peaks, co?). Ogólnie to taki niepozorny klejnocik. 
  • Hannibal - tu właściwie wystarczą tylko dwa słowa: MADS MIKKELSEN. Mads jest po prostu wybitny i do dziś nie mam pojęcia, jak udało mu się sprawić, że rola filmowego psychopaty nr 1, czyli Hannibala Lectera, która wydawało się, należy dożywotnio do Anthony'ego Hopkinsa, dziś jest w miarę równo dzielona pomiędzy tych dwóch panów. Ten serial zdecydowanie wywołuje dużo skrajnych emocji, począwszy od niesmaku, przerażenia (są odcinki, których nie byłam w stanie oglądać wieczorem, a nawet w ciągu dnia musiałam robić przerwy), aż po obrzydzenie, ale jednocześnie chyba nie widziałam jeszcze produkcji, która dorównywałaby mu od strony wizualnej - to jest po prostu majstersztyk. Ok, Hugh Dancy i jego pieski też są cudowne :) 
  • Luther - niby kolejny mroczny kryminał z dręczonym własnymi demonami policjantem (Idris Elba, auć), ale ma w sobie także coś, czego brakuje innym tego rodzaju tytułom. Plus przedziwna relacja pomiędzy wspomnianym policjantem, a psychopatyczną zabójczynią (cudowna Ruth Wilson). Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu!
  • Criminal Minds - właściwie to po tylu latach (10 sezonów!), nie wiem, czy nie należałoby go zaliczyć do grupy "guilty pleasure", ale powiedzmy, że póki co znajduje się jeszcze na granicy :) No, cóż poradzę - nie mogę przecież odpuścić serialu o grupie profilerów z FBI! Miał on już swoje lepsze i gorsze sezony, niektóre wybory obsadowe też są dyskusyjne, ale nie zmienia to faktu, że uwielbiam go oglądać (chociaż czasem boję się tak, że muszę sprawdzać kilka razy drzwi oraz wszystkie pomieszczenia - za dużo już było odcinków, w których ofiarami były mieszkające samotnie kobiety w moim wieku :)) No i mam słabość do agenta Hotchnera oraz Dr Reida...I Joe Mantegny w roli agenta Rossiego... 
  • Forever - to chyba najświeższy tytuł na liście, również na granicy szczerej polecanki i "guilty pleasure" - trochę kryminalny dramat, trochę sci-fi - opowiada bowiem o patologu, który poza tym, że współpracuje z nowojorską policjantką, to jeszcze...jest nieśmiertelny. Na razie (skończył się 1 sezon) mogę powiedzieć tyle - jest miło, podobają mi się główne postaci i ich interakcje, a przede wszystkim podoba mi czarujący doktor Henry Morgan (przede wszystkim jako bohater, bo jako mężczyzna pozaserialowy, jakoś mniej). W poprzedniej części wspominałam króciutki serial New Amsterdam i nic nie poradzę na to, że te dwie pozycje bardzo mi siebie przypominają. Co nie znaczy, że uważam to za wadę. 
  • Gotham - tu muszę powiedzieć, że do końca nie wiem, co napisać o tym tytule. Wejście miał mocne (bo to historia komisarza Gordona, który pracuje w Gotham City w czasach kiedy Batman był jeszcze chłopcem - tak, poważnie :)) a potem trochę wszystko...okrzepło. Oglądam nadal, bo fascynuje mnie Ben McKenzie i jestem ciekawa, co będzie dalej, ale trochę się boję, że może się skończyć przerostem formy nad treścią. No nic, zobaczymy...Ale Ben jest faaajny (to taka młodsza wersja Buda z L.A. Confidential)...
  • Banshee - kolejna pozycja, z którą mam problem - otóż bowiem główny pomysł fabularny, spajający całość to totalnie nietrzymająca się kupy historia złodzieja, który po 15 latach spędzonych w więzieniu, w wyniku niezwykłego (i raczej idiotycznego) zbiegu okoliczności zostaje...szeryfem małego miasteczka. A to dopiero początek, bo mamy tu i ukraińską mafię i szarą eminencję, czyli pozornie przeciętnego biznesmena, który tak naprawdę trzyma całe miasto za gardło lub w kieszeni, a do tego grupę amiszów oraz indiański rezerwat! O obowiązkowym w każdym odcinku (ostrym) mordobiciu nie wspomnę. Banshee da się oglądać wyłącznie z dużym przymrużeniem oka, zignorowawszy wszystkie idiotyzmy, których niestety z odcinka na odcinek pojawia się coraz więcej. Pierwszy sezon podobał mi się bardzo, drugi obejrzałam chyba tylko siłą rozpędu, a trzeci dopiero się rozkręca, więc ciężko powiedzieć, co będzie dalej. Niemniej jednak uwielbiam duet Job-Sugar i uważam, że choćby tylko dla ich dialogów warto się skusić na parę odcinków :)
  • Justified - z tym serialem mam problem, bo gdyby skończył się jakieś 2 sezony temu, to pewnie rozpaczałabym po jego stracie i zgrzytała zębami ze złości, ale gdzieś w międzyczasie straciłam do niego serce. Czekam wprawdzie na kolejny sezon, ale jednocześnie czuję, że historia Raylana, który jest takim współczesnym kowbojem (bo w ogóle Justified to taki podrasowany western), już nie do końca do mnie przemawia. Czyli jak w punkcie wyżej - no nic, zobaczymy...
  • Masters of Sex - przez chwilę zastanawiałam się wprawdzie, czy ten tytuł nie powinien znaleźć się w części poświęconej serialom przerwanym, ale ostatecznie stwierdziłam, że jednak nie, bo mimo że znowu niepotrzebnie zrobiłam przerwę pomiędzy sezonami, to czuję wewnętrzną gotowość na kontynuację :) Powiem tak - zaczęłam to oglądać po przeczytaniu wielu pochwał (no i kto nie byłby ciekaw serialu o pionierskich badaniach nt. seksualności :P), a zostałam dla Michaela Sheena - to jest świetny przykład aktora o bardzo przeciętnej aparycji, który nadrabia to ekranową charyzmą - jeśli nie wierzycie, obejrzyjcie kilka odcinków! 
  • Penny Dreadful - żeby nie było, że wszystkie seriale oglądam wyłącznie dla panów, to Penny jest przykładem na to, że niekoniecznie :) To jest bowiem serial Evy Green i nawet dawno nie widziany Timothy Dalton (oraz Josh Hartnett) tego nie zmienią - Eva rządzi i to jak! Co do samej fabuły, to trochę niestety mam wrażenie, że się gdzieś po drodze zaczyna rozjeżdżać (może za dużo jest wątków pobocznych), ale mimo wszystko dla takiej kreacji warto!
  • The Bridge / Bron/Broen - tu mamy właściwie dwa seriale w jednym punkcie, bo szwedzko-duński oryginał (o którym pisałam TUTAJ ) również ma być kontynuowany. The Bridge to jego amerykańsko-meksykańska wersja, też interesująca (chociaż ja zdecydowanie wolę tę pierwszą) - pierwszy sezon jest bardzo podobny, potem się rozjeżdża, ale oryginał nadal rządzi, zwłaszcza jeśli chodzi o dynamikę między postaciami.  
  • Episodes - chyba jedyna komedia na liście - zaczęłam z ciekawości, jak sobie radzi dziś Matt LeBlanc (czyli Joe z Friendsów) i wpadłam po uszy - jest momentami totalnie politycznie niepoprawnie, absurdalnie, ale cholernie zabawnie. Pierwsze dwa sezony powalają na łopatki, trzeci już trochę stracił rozbieg, ale i tak czekam na nowe odcinki "Odcinków" :) 
I w końcu przechodzimy do części, którą nazwałam na własny użytek seriale oglądane - guilty pleasure, czyli wszystkie tytuły, które nadal trzymają mnie przy sobie, chociaż czasem sama poważnie zastanawiam się, dlaczego...
  • The Blacklist - tu akurat nie mam problemu z określeniem, co mnie trzyma przy czymś, co na początku podobało mi się bardzo, potem nieco mniej, a obecnie coraz mocniej działa mi na nerwy. Pamiętacie, jak wspominałam o tym, że często oglądam serial dla aktora? No więc damn you, James Spader! Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam, chociaż przyznaję, że niektóre twisty fabuły są całkiem interesujące. 
  • Constantine to ekranizacja ponoć kultowego komiksu Hellblazer (nie piszę tego z doświadczenia, bo komiksy to kompletnie nie moja bajka) o egzorcyście walczącym z nadnaturalnymi mocami. 8 odcinków za mną i nadal nie jestem w 100% kupiona, ale powiedzmy, że daję mu jeszcze szansę. 
  • Supernatural - to jest chyba moja największa guilty pleasure :) Niektóre odcinki (albo wręcz niemal całe sezony) są wręcz drastycznie durne, ale niestety obawiam się, że moja przygoda z braćmi Winchester i uroczo pierdołowatym aniołem Castielem dobiegnie końca wyłącznie w przypadku, kiedy producenci zdecydują się na ostateczne rozstrzygnięcie (czyli pewnie za jakieś 30 lat). No co mam powiedzieć, lubię tę ekipę :) 
Ok, to chyba tyle na dziś. W kolejnej (ostatniej już!) odsłonie, znajdą się wszystkie seriale, które z jakichś powodów przestałam oglądać (do niektórych na pewno wrócę, do innych na pewno nie), a także te, które na obejrzenie czekają. 

Mam nadzieję, że jeszcze jesteście ze mną :) 

sobota, 17 stycznia 2015

Moje seriale cz.1: obejrzane/zakończone

Uch, nad tym wpisem siedziałam naprawdę długo i pewnie po publikacji okaże się, że zapomniałam o wielu istotnych tytułach, więc nie zdziwcie się, jeśli za jakiś czas ukaże się jego aktualizacja (a raczej aneks :)). 

Początkowo nie bardzo miałam pomysł, jak podzielić seriale, o których chcę wspomnieć, bo czasem ten sam tytuł powinien pojawić się w różnych grupach, ale ostatecznie zdecydowałam się na prostą rozpiskę: seriale obejrzane (czyli te, które już się skończyły), oglądane-polecane (czyli te, którym poświęcam czas na bieżąco i które gorąco polecam), oglądane - guilty pleasure (mniej lub bardziej neutralne, ale ogólnie takie, do których nie będę specjalnie namawiać, chociaż z jakiegoś powodu sama je lubię), seriale przerwane (przeze mnie i wierzcie mi, to najczęściej nie ma nic wspólnego z ich poziomem) oraz lista do obejrzenia (czyli "wiszące" np z braku czasu albo chwilowego braku nastroju do ich rozpoczęcia). Co z tego wyjdzie, zobaczymy. 

Tytułem wstępu przypomnę tylko (jeśli jeszcze się nie zorientowaliście), że jestem naprawdę niereformowalną serialomaniaczką, oglądam ich MNÓSTWO (o tych pozycjach, które zaczęłam i przerwałam po kilku odcinkach nie będę wspominać, bo siedziałabym nad tym wpisem do rana) i potrafię się wciągnąć w tematy, o które ani ja ani Wy w życiu byście mnie nie podejrzewali :) Najlepsze jest to, że gdybyście kiedyś zapytali mnie, czy lubię tematykę sci-fi, odpowiedziałabym bez wahania "OJ, NIE!", natomiast zestawienie tytułów sugeruje całkiem coś innego :) Często oglądam także serial wyłącznie dla aktora (tak mam np z coraz bardziej irytującym mnie The Blacklist) i potem z rozpędu zaczynam zagłębiać się w całą jego filmografię (i bach - co najmniej miesiąc mam z głowy), a czasem jest dokładnie odwrotnie - widzę kogoś w filmie, zaczynam sprawdzać inne role i odkrywam, że gdzieś tam po drodze "popełnił" coś w odcinkach, co wydaje się interesujące. 

No dobra, do rzeczy Joanno, bo inaczej nikt nie wyjdzie poza wstęp do wpisu :) 
EDIT (w połowie wpisu) - już widzę, że skończy się na podziale tego posta na co najmniej dwie części, bo obawiam się, że nikt nie dźwignie takiej ilości tekstu na raz :))



Najłatwiej będzie pewnie zacząć od seriali, które już się skończyły (przy niektórych aż mi się ciśnie na usta: damn you, television!), kolejność na liście jest zawsze raczej przypadkowa, więc nie sugerujcie się nią za bardzo. Oczywiście to nie są wszystkie seriale, jakie kiedykolwiek obejrzałam (hehe, pewnie nawet nie połowa), ale powiedzmy, że te, które w jakiś sposób wyjątkowo zapadły mi w pamięć. 
  • Black mirror - jeden z najlepszych seriali, jakie oglądałam EVER (obawiam się, że to określenie pojawi się tu nie raz, więc nie rwijcie sobie jeszcze włosów z głowy) - poświęciłam mu kiedyś oddzielny wpis.  Były dwie serie (plus ostatnio odcinek świąteczny, nadal przede mną), każda po 3 odcinki, będące autonomicznymi historiami. Uprzedzam, że to pozycja, która wali po głowie i daje do myślenia. MOCNO. 
  • Utopia - będzie mi brakowało tego pokręconego świata, w którym nie można było w żaden sposób przewidzieć, co wydarzy się dalej. Też dwie serie, ale jedna historia. Też mocna rzecz. I przepiękna wizualnie (trochę w stylu Hannibala - makabryczna, ale piękna).  
  • Life on Mars oraz swego rodzaju kontynuacja, czyli Ashes to Ashes - to dwie absolutne perełki (mówimy oczywiście o oryginalnych wersjach angielskich, bo nawet nie będę zaczynała tematu amerykańskich remaków. które z reguły różnią się jedynie występującymi w nich aktorami oraz wykasowaniem jakiegokolwiek drugiego dna serialu, w związku z czym powstaje wydmuszka z amerykańskim akcentem) - i podobnie, jak parę tytułów niżej, opis z pewnością nie odda tego klimatu - w jednym (LoM) mamy bowiem policjanta, który w tajemniczych okolicznościach nagle ląduje w latach 70. i chcąc nie chcąc, musi dopasować się do bardzo nowych dla siebie okoliczności, a w AtA policjantka budzi się dekadę później i brnie w lata 80. w towarzystwie najzabawniejszego DCI ever, czyli Gene'a Hunta :) Ech, na samo wspomnienie tych seriali, uśmiecham się do siebie - bonus - w jednym mamy Johna Simmsa, a w obu cudownego Philipa Glenistera (czyli aktora o jednym z najbardziej erotycznych głosów EVER!). Uwielbiam! 
  • Bedlam - ale wyłącznie 1 sezon (bardzo nie lubię, kiedy producenci postanawiają dość niespodziewanie zmienić obsadę oraz przewrócić do góry nogami całą fabułę - mam wówczas chęć rzucić się do gardła ludziom odpowiedzialnym za takie decyzje) - to moje niedawne odkrycie, w którym poznałam Theo Jamesa (c.d. w kolejnym punkcie). To taki brytyjski thriller z elementami horroru, o nawiedzonym domu - niby nic odkrywczego, ale oglądało się całkiem przyjemnie (być może ze względu na wspomnianego Theo :)) Chociaż mnóstwo niekonsekwencji (włącznie z nieustannie zmieniającymi się charakterami postaci) i ciągłe dorzucanie kolejnych pytań, pozostawionych ostatecznie bez odpowiedzi (lub też bez satysfakcjonujących odpowiedzi), było bardzo denerwujące. 
  • Golden Boy - idąc za ciosem (a raczej za Theo), znalazłam kolejny tytuł w jego niezbyt pokaźnej filmografii, który mnie zainteresował. I, jak się okazało słusznie, bo to całkiem fajna historia (niestety serial nie doczeka się raczej kontynuacji, a szkoda) - o śliczniutkim policjancie, który przez splot różnych okoliczności najpierw ląduje w nowojorskim wydziale zabójstw, a potem staje się najmłodszym w historii komisarzem policji. Po drodze mamy mnóstwo dramatów, ciekawe personalne interakcje, parę wkurzających elementów (jak cały idiotycznie poprowadzony wątek "przyszłościowy", w którym zaledwie 7 lat wygląda jakby upłynęło co najmniej dwadzieścia), ale ogólnie polecam. 
  • Southland - pięć sezonów realistycznego do bólu i zgrzytającego jak piasek w zębach policyjnego uderzenia - mocno niehollywoodzkie podejście do serialu o glinach z L.A., ze śliczniutkim Benem Mckenzie i towarzyszącą mu całą plejadą świetnych aktorów (plus podobno autentycznych członków gangów w epizodach). Jestem świeżo po seansie i mocno żałuję, że skończyło się tak szybko. Ostrzegam, że niektóre odcinki naprawdę są jak uderzenie pięścią w żołądek.   
  • Being Human (wersja brytyjska!) - to z kolei tytuł, który w KAŻDYM opisie będzie brzmiał równie głupio - opowiada bowiem o mieszkających wspólnie wampirze, wilkołaku oraz duchu (mówiłam?) :) I przyznam szczerze, że gdybym akurat nie nadrabiała filmografii Aidana Turnera, to nigdy w życiu nie sięgnęłabym po to z własnej woli. I to byłby błąd, bo serial wbrew pozorom jest naprawdę dobry. I życiowy (jakkolwiek by to nie brzmiało :)) Co prawda w jakiejś połowie tu także następuje zmiana obsady (grrr!), ale mimo to, historia nadal jest ciekawa (i pojawia się w niej moje kolejne aktorskie odkrycie, czyli Damien Molony), więc wybaczam.
  • Skins - jeśli ktoś szuka DOBREGO serialu o współczesnych nastolatkach, to chyba nie ma lepszej pozycji. To zarówno zaleta, jak i wada, bo niektóre odcinki dosłownie jeżą włosy na głowie - ilość alkoholu, narkotyków i głupich decyzji jest bowiem autentycznie przerażająca, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie, że bohaterami są jednak nadal dzieciaki. Co do obsady, to tu od początku był podział - jedna grupa, dwa sezony. Najlepsze są pierwsze cztery, reszta już przestała mnie interesować. Ciekawostką może być fakt, że w 2 pierwszych sezonach możemy oglądać Nicolasa Houlta, czyli wyrośniętego już chłopca z "About a boy".
  • Black Books - jedna z nielicznych komedii na mojej liście. Chyba tam poznałam (i polubiłam) Dylana Morana i  przekonałam się po raz n-ty, że brytyjskie poczucie humoru najbardziej do mnie przemawia :)  W największym skrócie - bohaterem jest totalnie aspołeczny właściciel księgarni, który generalnie nienawidzi ludzi i chciałby żeby wszyscy zostawili go w spokoju i pozwolili spędzać czas na piciu :) Pozycja obowiązkowa. 
  • The IT Crowd - właściwie opis mógłby wyglądać jak ten powyższy (z zamianą Dylana Morana na Chrisa O'Dowd). Jeśli chcecie się dowiedzieć, kto "zepsuł Internet", to czym prędzej zabierajcie się za oglądanie. To z tego serialu jest cudowny tekst przewodni "Hello IT, have you tried turning it off and on again?". Perełka :) 
  • Coupling - jak już jesteśmy przy komediach, to to chyba była taka angielska odpowiedź na Friendsów, z tym że oczywiście jak na Anglików przystało - znacznie bardziej absurdalna i ostrzejsza :) Bardzo polecam! 
  • Friends - skoro już o tym wspomniałam, to jasne, że ich uwielbiam - to jest serial, do którego mogę wrócić w dowolnym momencie i nadal będzie mnie śmieszył. Kocham wszystkie postaci, ale najbardziej Chandlera. 
  • Sex and the City - no i tu jest mały zonk!, bo moim zdaniem to jest serial, który się niestety zestarzał (albo może ja w międzyczasie dojrzałam) - kiedy zaczynałam go oglądać około roku 2000, wydawał mi się niemalże genialny, uwielbiałam zarówno wszystkie postaci, jak i ich teksty, marzyłam o życiu Carrie i spotkaniu mojego Mr Biga. Kiedy jednak po kilkunastu latach zobaczyłam ponownie któryś z odcinków, doszłam do wniosku, że "oj, nie". Tak więc sentyment pozostał, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek do niego wróciła. 
  • Twin Peaks - gdyby kolejność miała znaczenie, zdecydowanie byłby na początku tej listy (a potem długo, długo nic) :) No, uwielbiam i właściwie to wszystko w tym temacie. Plus TU oddzielny wpis. No i informacja, że za rok David Lynch po 25 latach znowu zabierze nas do najdziwniejszego miejsca na ziemi - YAY! 
  • Robin of Sherwood - i uwaga - jest TYLKO JEDEN WŁAŚCIWY serial o Robin Hoodzie i to jest właśnie ta wersja z Michaelem Praedem (a potem z Jasonem Connery'm) i nie przyjmuję do wiadomości żadnych argumentów, że miałoby być inaczej :) Ten serial miał wszystko - cudownych bohaterów, tajemnicę, historię i muzykę Clannad! 
  • Whitechapel - bardzo żałuję, że nie będzie kontynuacji, chociaż niestety czwarty sezon trochę za bardzo poleciał w stronę zjawisk paranormalnych, jak na mój gust. Niemniej jednak to zdecydowanie były moje klimaty - ponure, depresyjne, ze zbrodnią w tle. Oraz Rupertem Penry-Jonesem w roli głównej :) 
  • New Amsterdam - przyznam się bez bicia, że kompletnie zapomniałam o tym tytule, ale opisywana przeze mnie w kolejnej części inna produkcja mi o nim przypomniała. Niby nic wybitnego, ale miał swój klimat - to historia nieśmiertelnego nowojorskiego policjanta, w której najfajniejszą częścią były chyba retrospekcje plus lekcja historii NY. Jeśli ktoś lubi Nicolaja Coster-Waldau i jest ciekaw, jak ten przystojny Duńczyk radzi sobie w jednej ze swoich pierwszych amerykańskich ról, to zachęcam. 
  • Six Feet Under - cudowny, cudowny serial o totalnie dysfunkcyjnej rodzinie prowadzącej dom pogrzebowy. To był serial, w którym można było zakochać się po pierwszych 5 minutach i który pozostawił po sobie mnóstwo złamanych serc. Plus Petera Krause. 
  • Dirty Sexy Money - skoro Peter Krause, to kolejny tytuł o innej dysfunkcyjnej rodzinie, tym razem milionerów - ekscentryków. Momentami bardzo śmieszne, momentami dające do myślenia. Nie wybitne, ale dobre. 
  • Pushing Daisies - to produkcja, która zdecydowanie wygrywa w kategorii "urocze". Jeśli ktoś nigdy tego nie oglądał, to naprawdę namawiam, bo Lee Pace w roli cukiernika, który ma zdolność przywracania życia zmarłym (ale z małym "twistem") i do tego Anna Friel jako jego ukochana (a wierzcie mi, że trudno wymyślić bardziej skomplikowany romans), w otoczeniu jak z bajki, to po prostu serialowy odpowiednik babeczki z bitą śmietaną i czekoladową posypką! 
  • w tym punkcie wrzucę kilka tytułów, o których muszę wspomnieć, bo poświęciłam im sporo mojego czasu, ale nie ukrywam, że sama się z siebie śmieję na samą myśl o niektórych z nich: MacGyver - no nie mogę o nim nie napisać, bo to była moja namiętna nastoletnia miłość, a potem już nie taka nastoletnia, kiedy z powodu Richarda Deana Andersona w wersji bardzo dojrzałej wciągnęłam się w 10 (sic!) sezonów Stargate-1 (swoją drogą to był naprawdę DOBRY serial sci-fi), a następnie idąc za ciosem w Stargate: Atlantis. Zaliczam się także do klubu wielbicieli jednosezonowego (Why? WHY??) Firefly z cudownym młodziutkim Nathanem Fillionem (to tak a'propos mojego braku zamiłowania do tematyki sci-fi). Z kolei kultowy dla mojego pokolenia Buffy, the vampire slayer zapoczątkował moją niezbyt zdrową namiętność do wampirów (która skutkuje do dziś dziwnym pociągiem do wszystkiego, co jest związane z tą tematyką - no i za każdym razem okazuje się, że poza książkową trylogią Anne Rice oraz wspomnianym Buffy, raczej nic nowego ani specjalnie odkrywczego nie można już stworzyć). Howgh. Btw - w Buffy najlepszy był Spike, który zawsze kradł wszystkie odcinki, w których się pojawiał i miał najlepsze teksty - Angel podobał mi się tylko w wersji "złej" :)) No i last but not least, czyli mój absolutnie ukochany gatunek pt. crime series i jedno z rodzeństwa, czyli CSI NY, które chyba jako jedyne doczekało się finału (dzięki Bogu!). Nie ukrywam, że głównym powodem, dla którego byłam wierna tej historii był Gary Sinise, połączony z moją fascynacją technikami śledczymi (oczywiście wszyscy wiedzą, że to, co było tam pokazane, to czysta fantazja, ale whatever). A skoro już jesteśmy przy kryminałach i pochodnych, to muszę napisać także o czymś, co zapoczątkowało moją fantazję nt profilowania przestępców, czyli serialu (nomen omen) pt. Profiler. Nie mam pojęcia, czy to jeden z tych tytułów, które się zestarzały przez kilkanaście lat, bo boję się to sprawdzić, ale na pewno wtedy, kiedy się z nim zapoznawałam, trzymał wysoki poziom. Z tego wszystkiego prawie zapomniałam o serialu, który w jakiś sposób mnie ukształtował (żeby nie powiedzieć - spaczył) i sprawił, że przez długie lata fantazjowałam o pracy dla jakiejś tajnej organizacji (oł, yeah) :) A ten serial to La Femme Nikita, który oczywiście powstał jako odpowiedź na Nikitę Luca Bessona. Powiem tak - poza genialnym soundtrackiem (serio!) i kilkoma fajnymi wątkami, nie mam zielonego pojęcia, co mnie przy nim trzymało tyle czasu, ale faktem jest, że zarówno postać Nikity (czyli posągowa Peta Wilson), jak i Michaela (charyzmatyczny Roy Dupuis z dziwną szczęką), prześladowały mnie przez długie lata i chyba nieźle wypaczyły moje wyobrażenie o związku kobiety z mężczyzną :)) Niemniej jednak - sentyment nadal we mnie siedzi. 
Uff, to moi drodzy - jest część pierwsza (i to mocno niepełna, bo jak wspomniałam wyżej, gdybym chciała wymienić WSZYSTKIE tytuły, które oglądałam, to byłby nigdy nie kończący się wpis). Oczywiście nie zapominajcie, że ja te pozycje oglądałam całymi latami, a nie jedną po drugiej, bo naprawdę wbrew pozorom mam jeszcze życie pozaserialowe (i pozablogowe) :)) 

Ciekawa jestem, czy znacie któryś z opisanych przeze mnie tytułów? Może też je lubiliście (albo wręcz przeciwnie - zawsze fajnie jest poznać inny punkt widzenia)? A może seriale to w ogóle nie Wasza bajka (tia, też tak kiedyś myślałam)?  Dajcie znać :) 

A w kolejnej części podzielę się tytułami, które nadal dość regularnie kradną mi czas. 

czwartek, 20 lutego 2014

Serialowo-kryminalnie - o skandynawskim Bron/Broen

Ok, obiecałam, że postaram się częściej pisać, to macie :) Mój "problem" polega na tym, że interesuje mnie wiele rzeczy, bardzo różnych, w związku z czym właściwie ciągle coś czytam, oglądam, poznaję, sprawdzam, odkrywam etc., ale żeby uwzględniać to wszystko w moich zapiskach tutaj, musiałabym spędzać na bloggerze jakieś pół doby dziennie :) Dlatego też z reguły zanim zabiorę się do pisania, na tapecie mam już coś nowego, a to o czym miałam wspomnieć, wylatuje z pamięci. Nie wiem, czy i na ile uda mi się to zmienić, ale spróbuję tworzyć choćby krótkie wpisy na różne tematy bardziej na bieżąco, ot - choćby dla inspiracji. 

Dziś mam dla Was notkę o serialu, który choć nie jest z tych najnowszych (o takim* też będzie, ale za jakąś chwilę, bo czekam czy mój początkowy zachwyt się utrzyma - * mówię o hicie ostatnich tygodni, czyli "True Detective"), wciągnął mnie bez pamięci. 

Najpierw mała dygresja (to tak, żeby tradycji stała się zadość - powinnam sobie sprawić koszulkę "Królowa dygresji", skoro potrafię zrobić nawet dygresję od dygresji :)) Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, po pierwsze jestem wielbicielką kryminałów, ze szczególnym uwzględnieniem literatury skandynawskiej. Po drugie mam słabość (w teorii!) do seryjnych zabójców. Po trzecie uwielbiam seriale. Dlatego też tytuł, który zawiera wymienione elementy, ma u mnie na wejściu spore szanse i tak właśnie stało się ze szwedzko-duńskim serialem Bron/Broen (przetłumaczonym na polski jako "Most nad Sundem"). Do tej pory powstały 2 sezony, 3 ponoć jest w przygotowaniu. 



Nie będę się za bardzo rozwodzić nad samą fabułą, bo myślę, że ci, których tematyka zainteresuje, sięgną po ten tytuł i sami zadecydują, czy mają chęć zanurzyć się w tym nastrojowym, mrocznym, ale i chłodnym świecie. W ogromnym gąszczu wszelakich seriali, które są mniej lub bardziej nachalnie promowane, łatwo się zagubić, a tym bardziej nie jest łatwo znaleźć taki, który proponuje coś oryginalnego. Myślę, że "Bron/Broen" wyróżnia się pod tym względem. Już początek jest oryginalny - wszystko zaczyna się bowiem od tego, że na moście łączącym Danię ze Szwecją zostaje znalezione ciało kobiety - przy czym jest ono ułożone precyzyjnie w taki sposób, że jedna połowa znajduje się po stronie szwedzkiej, a druga po duńskiej - co automatycznie wymusza współpracę służb z obu krajów. Do grupy śledczej zostaje przydzielona Szwedka Saga Noren oraz Duńczyk Martin Rohde, którzy mimo początkowych zgrzytów, muszą znaleźć sposób na wspólne działanie. Taki jest punkt wyjścia. 


Dodatkowym "smaczkiem" (choć nie jest to chyba najlepsze określenie) i tym, co wyróżnia serial wśród innych, jest interakcja pomiędzy bohaterami. Saga bowiem cierpi na syndrom Aspergera (a ponieważ nigdzie nie jest to powiedziane wprost, wielu widzów na początku odbierało jej postać jako odpychającą i sztuczną oraz źle zagraną), który charakteryzuje się m.in. brakiem umiejętności odczytywania sygnałów niewerbalnych - jest ona więc jednocześnie świetną policjantką (dla której przestrzeganie reguł to świętość, ponieważ w przeciwnym przypadku świat pogrąża się w chaosie) i fatalną towarzyszką w życiu codziennym, jako że liczą się dla niej wyłącznie konkrety, a wszystko odbiera dosłownie - nie wyczuwa ironii, ani subtelności, nie docenia żartów, jest do bólu szczera i bezpośrednia, przez co często także okrutna i nieczuła. I właśnie ta relacja i wzajemne "uczenie się" od siebie Sagi i Martina, jest najmocniejszą stroną serialu. 


Zagadka kryminalna (zwłaszcza ta z pierwszego sezonu) także jest bardzo interesująca, a fabuła prowadzona w sposób, który naprawdę wciąga. W pierwszym sezonie mamy serię morderstw, które połączą się w logiczną całość dopiero w ostatnich odcinkach sprawiając, że śledzimy kolejne odsłony z autentycznym zainteresowaniem (mimo że obiektywnie oceniając, taka historia wydaje się raczej mało prawdopodobna - chociaż diabli wiedzą, co się kryje w skandynawskich głowach :)), drugi skupia się częściowo na problemach związanych z funkcjonowaniem współczesnego świata (ekologia, eksperymenty na zwierzętach, groźne wirusy etc.), ale także na skomplikowanych i często wypaczonych relacjach międzyludzkich. 
Dodatkowy plusem jest jeden z najlepszych i najmocniejszych finałów, jaki zdarzyło mi się oglądać (mam na myśli koniec pierwszego sezonu, chociaż cliffhanger w ostatnim odcinku 2 części również wcisnął mnie trochę w fotel). 


Podsumowując - jeśli ktoś lubi skandynawskie klimaty i fabułę, która daje do myślenia (a nie jest li tylko czystą rozrywką), to powinien poszukać tego tytułu. W sieci porównuje się go często do słynnego już Forbrydelsen (i amerykańskiej wersji The Killing), a także do brytyjskiego Broadchurch. Jeśli szukacie czegoś w równie mrocznych klimatach, to polecam także The Fall z fantastyczną Gillian Anderson (która nie wiem, jak to robi, ale z wiekiem pięknieje) i najładniejszym psychopatą ever, czyli Jamie'm Dornanem, a także duński Den som draeber (Those Who Kill, który również doczekał się już swojej amerykańskiej wersji, pewnie żywcem ściągniętej z oryginału), o którym także niedługo coś się tu pojawi. 

Jako ciekawostkę dodam, że na fali popularności, powstały dwie inne wersje - amerykańsko-meksykańska The Bridge (którą obejrzałam jako pierwszą i która moim zdaniem, choć całkiem niezła, nie umywa się do oryginału) oraz angielsko-francuska The Tunnel, którą raczej sobie odpuszczę, ze względu na to, że główny wątek i postaci są powieleniem znanej mi już historii.. 


A Wy lubicie takie trochę bardziej mroczne serialowe klimaty? Znacie/macie chęć poznać Bron/Broen? Lubicie europejskie filmy, czy raczej trzymacie się amerykańskich produkcji? 

PS Przy okazji muszę napisać o dodatkowej ciekawostce i małej zagadce, która nie dawała mi spokoju od pierwszego momentu - jestem trochę geekiem i dlatego często nie dają mi spokoju różne drobiazgi - podczas oglądania zaintrygowało mnie, w jaki sposób Martin, który jest Duńczykiem dogaduje się ze szwedzką ekipą, z którą przyszło mu współpracować i zaczęłam drążyć temat. W ten oto sposób dowiedziałam się (nie znam żadnego z języków skandynawskich, więc dla mnie była to kompletna nowość - dla lepiej obeznanych z tematem, pewnie będzie to oczywistość), że język duński i szwedzki są do siebie tak podobne (niektóre zdania różnią się między sobą np zaledwie jedną literą), że mieszkańcy tych dwóch krajów spokojnie mogą ze sobą rozmawiać - każdy po swojemu. Oczywiście są to dwa oddzielne języki, ale to trochę tak, jakby rozmawiały ze sobą osoby z różnych części tego samego kraju - w dwóch dialektach. Jak widzicie, nawet podczas rozrywki można poszerzyć swoją wiedzę ogólną :)) 

niedziela, 3 listopada 2013

Maraton filmowy, czyli znów mam 15 lat :)

Postanowiłam. Dzisiejszy dzień (a na pewno wieczór) spędzę w towarzystwie pana, w którym podkochiwałam się całymi latami i muszę przyznać, że chyba do dziś mi tak do końca nie przeszło :) 

Mam na myśli Jamesa Spadera - aktora wg mnie mocno niedocenianego, który niestety poza niewątpliwym talentem, ma również nie najszczęśliwszą rękę jeśli chodzi o dobór swoich ról... Z całą pewnością należy on jednak do tej grupy, która wbrew logice z czasem zdobyła sobie grono tak wiernych fanów (lub może raczej fanek), że nawet występ w jakimś totalnym gniocie (albo paru pod rząd) nie jest w stanie tego zmienić. Parę razy udało mu się trafić niemal w dziesiątkę (tak jak np z "Sekretarką", która jest obiektywnie b.dobrym filmem), ale nawet w tych gorszych produkcjach potrafił sprawić, że film stawał się oglądalny wyłącznie dzięki niemu - a do tego trzeba mieć spory talent! 

Macie takich ulubieńców, co do których czujecie taką miętę, że obejrzeliście nawet te najgorsze z najgorszych filmy wyłącznie dlatego, że "oni" tam zagrali?

Przyznam się, że ja mam całą listę takich aktorów, a na jej czele stoi właśnie James Spader :) 
Nie mam pojęcia, o co tu chodzi, może po pierwszym filmie, w jakim go zobaczyłam (a był to "Sex, kłamstwa i kasety wideo"), mój mózg automatycznie wrzucił go do szufladki "obiekt obsesyjnego zainteresowania do końca życia" i od tamtej pory może się walić i palić, a JS już zawsze będzie wzbudzał we mnie ciepłe uczucia. 

A czemu nagle dziś wyskoczył mi JS? Otóż wspominałam już, że jestem nieuleczalną serialomaniaczką i ciągle szukam nowych tytułów i inspiracji. 

A że mam również słabość do kryminałów i ogólnie czegoś z przeróżnymi psychopatami w tle, to nowa produkcja NBC pt. "The Blacklist" po prostu musiała w końcu na mnie trafić. No i trochę* przepadłam (*a to "trochę" to taki eufemizm dla "z kretesem"). Bo ten serial to James Spader w takim stężeniu, że po każdym odcinku mam ochotę obejrzeć wszystkie jego poprzednie filmy raz jeszcze, a potem znowu...
Nie wiem, co ten facet w sobie ma (poza zwierzęcym magnetyzmem, rzecz jasna), że może sobie wyglądać jak podstarzały urzędniczyna z lekką nadwagą, a kiedy tylko się odezwie, to siedzę przykuta do monitora i zaczynam się ślinić :) 


Tak więc dziś będzie powrót po latach - a na liście do ponownego obejrzenia mam:
- Sekretarkę (uwielbiam ten film i jeśli ktoś nie jest przekonany, że JS potrafi hipnotyzować, to polecam seans)
 - wspomniany już Sex, kłamstwa i kasety wideo,
- Crash (tak, w pewnym okresie James ewidentnie miał słabość do specyficznych scenariuszy),
- White Palace (duet z Susan Sarandon jest nie do pobicia), 
- The Watcher (nic nie poradzę na to, że mam totalną słabość do tego filmu i nawet Keanu Drewniany Reeves mi tam jakoś nie przeszkadza :)),
- Pretty in Pink - to już będzie taki bardziej hardcorowy powrót do przeszłości i mam nadzieję, że nie będę żałować tego kroku :)
Oczywiście nie planuję obejrzeć wszystkiego za jednym zamachem, ale na pewno mam zapewnioną rozrywkę na kilka najbliższych dni - będą to takie moje "guilty pleasure days"...

A Wy macie takich aktorów sprzed lat (lub całkiem "świeżych"), których uwielbiacie mimo wszystko? 

Tylko nie piszcie mi, proszę rzeczy typu "nie wiem, jak on może Ci się podobać, bo jest obleśny", bo to absolutnie nie zmieni mojego podejścia do ww, natomiast uprzedzam, że może negatywnie odbić się na moim stosunku do osoby pozostawiającej taki komentarz :)) 

Miłej listopadowej niedzieli! 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Nowy (nie taki) wspaniały świat, czyli o mini serialu Black Mirror








Jako zapalona serialomaniaczka, ciągle i nieustannie poszukuję nowych tytułów i historii, które mnie wciągną na tyle, żeby pozwolić im się uwodzić przez kolejne tygodnie. Mój gust można spokojnie określić mianem „eklektycznego” i dlatego nie mam jednego ulubionego gatunku (chociaż pewnie w ostatecznym rozrachunku przeważają kryminały i para-kryminały), ponieważ tak naprawdę jestem zdania, że wszystko zależy od pomysłu i jego realizacji. 

Dziś chciałabym Wam polecić dwie zdecydowanie wybijające się serie, które wstrząsnęły mną dość mocno (zdecydowałam jednak, że wpis podzielę na dwie części, żeby Was zanadto nie przytłoczyć) i bardzo wysoko podniosły moją osobistą poprzeczkę :)



Pierwszy z nich to angielski mini serial Black Mirror, który można by scharakteryzować w skrócie jako nasz współczesny, skomputeryzowany, wiecznie podłączony do sieci świat pokazany w maksymalnie krzywym zwierciadle. 
Ale niech Wam nie przyjdzie nawet przez moment do głowy, że to jest komedia. Bo zdecydowanie nie jest. 
To odbicie świata, który znamy, w lustrze rodem z piekielnego lunaparku – autorzy w kolejnych odcinkach biorą na warsztat popularne i aktualne tematy i kwestie, pokazując nam następnie „co by było, gdyby...”. 
I tak naprawdę to jest chyba najbardziej przerażający aspekt tego serialu – świadomość, że teoretycznie wszystko, co oglądamy, nosi znamiona prawdopodobieństwa – bez względu na to, jak abstrakcyjna z pozoru mogłaby się wydawać opowiadana historia (patrz pierwszy odcinek z Premierem i świnią w rolach głównych), włosy jeżą się na karku na myśl o tym, że tak naprawdę wcale nie wiemy, czy za kilka / kilkanaście lat nie będzie to po prostu dokument o naszym życiu. Technologia, z którą teoretycznie nasze i kolejne pokolenia wydają się być za pan brat, może okazać się naszym największym wrogiem. Twórca BM Charlie Brooker niezwykle przekonująco pokazuje nam jak wpływa ona na nasze zachowanie i w jaki sposób wydobywa z nas (zarówno jako indywidualnych jednostek, jak i społeczeństwa jako całości) najgorsze cechy i mimo pozorów ułatwiania naszego życia, jak łatwo może nas także zdehumanizować. 


W chwili obecnej powstały dwie serie, z których każda składa się z 3 autonomicznych odcinków. Można więc oglądać je w dowolnej kolejności. Do tej pory największe wrażenie zrobił na mnie wspomniany „The National Anthem” oraz dwie części drugiego sezonu, czyli "Be Right Back" i „White Bear”- po każdej z nich ciężko było mi się otrząsnąć i wrócić do rzeczywistości i przyznam się, że do dzisiaj te historie siedzą mi głęboko w głowie. 

Uprzedzam jednak, że to nie jest przyjemny serial. Ani łatwy w odbiorze. To obraz, który zarówno w trakcie oglądania, jak i długo po będzie nas „uwierał” i zmusi do refleksji nad tym „dokąd zmierza ten świat”... Dlatego jeśli szukacie po prostu lekkiej rozrywki na wieczór, to nie radzę brać się za Black Mirror. Natomiast jeśli chcecie odkryć coś innego, macie zbyt dobry humor i marzycie o porządnej dawce poserialowej depresji, to trafiliście w dziesiątkę :)


A następnym razem będzie o równie olśniewającej, co przerażającej „Utopii”...

Swoją drogą jestem ciekawa, czy zagląda tu ktoś, kto kojarzy wymieniony przeze mnie tytuł i czy miał podobne odczucia w trakcie oglądania. 
 

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...