Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 września 2014

W zgodzie ze sobą cz.2

Tak naprawdę to poprzednio (w pierwszej części wpisu powrotnego) trochę rozminęłam się z prawdą pisząc, że porządki ubraniowe były początkiem mojej mini rewolucji – de facto zaczęła się ona znacznie wcześniej, nie do końca z mojej woli. 

Dziś opowiem Wam o tym, jak to jest być alergikiem...


Cz.2. Dieta


Zawsze miałam wrażliwą skórę, która w zależności od różnych czynników kaprysiła mniej lub bardziej - do tego byłam właściwie przyzwyczajona, dopasowując do tego całą pielęgnację i (na ogół) nie eksperymentując zanadto z kosmetykami.

Sytuacja jednak zmieniła się dość radykalnie jakoś w drugiej połowie 2013 roku, kiedy mój organizm zaczął dawać mi niepokojące sygnały w formie ostrych reakcji alergicznych na różne produkty pokarmowe. Bez wdawania się w ponure szczegóły, napiszę w skrócie, że długo trwało zanim doszłam do tego, KTÓRE konkretnie produkty wywołują u mnie objawy AZS (Atopowego Zapalenia Skóry), bo ostatecznie okazało się, że cierpię na nietolerancję pokarmową (różnica jest zasadnicza – moja reakcja pojawia się po kilkunastu godzinach od zjedzenia alergenu, a przywrócenie skóry do normalności trwa bardzo długo). Brzmiało to jak wyrok i wierzcie mi, że trochę tak było. 

Co do tego, SKĄD się wzięła u mnie nagle nietolerancja pokarmowa, zdania są podzielone. Przeważa jednak teoria, że intensywny i długotrwały stres "obudził" jakiś felerny gen, który do tej pory był nieaktywny - no i tym samym uruchomił taką, a nie inną reakcję łańcuchową. Jaki z tego morał dla Was, drodzy czytelnicy? Czym prędzej znajdźcie swój własny sposób na opanowanie stresu, jeśli nie chcecie ryzykować, że skończycie jak niżej podpisana...Wiem, że znacznie łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, ale wierzcie mi, że nie chcielibyście znaleźć się w mojej sytuacji sprzed kilku(nastu) miesięcy. 

Moja lista zakazanych produktów nie jest krótka i znajdują się na niej m.in.:

- wszystkie produkty mleczne – zarówno krowie, jak i kozie (bo to nie tylko nietolerancja laktozy, ale po prostu wszystkiego, co wytwarzane jest z mleka, czyli także jogurtów, czy serów), 
- pszenica, żyto, 
- wszystkie orzechy i migdały, 
- kakao, 
- jajka kurze, 
- cebula, 
- papryka, 
- kalafior, 
- agrest 
- mięso kurze
- łosoś.

Nie wiem, czy o czymś nie zapomniałam, ale generalnie to, co wymieniłam powyżej, daje już pewien pogląd na to, jak może obecnie wyglądać moja dieta.

Przez te 11 miesięcy (lub dłużej, bo szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie kiedy to się zaczęło) przeszłam długą drogę – oczywiście wielokrotnie zdarzały się sytuacje, kiedy wydawało mi się, że jem już wyłącznie „bezpieczne” rzeczy, a moja skóra zaczynała szaleć (w dodatku dało się również zauważyć prawidłowość, że w okresach wzmożonego stresu, reakcje były gwałtowniejsze i dłużej się utrzymywały) – to dopiero było deprymujące! Wierzcie mi, że czasem niewiele brakowało, żebym na widok JAKIEGOKOLWIEK jedzenia zaczynała uciekać w drugą stronę – naprawdę bałam się wziąć do ust cokolwiek. Ciężko było mi planować cokolwiek nie wiedząc, czy za kilkanaście godzin będę w ogóle w stanie wyjść do ludzi - a w najostrzejszym stadium nie pomagał nawet najlepiej kryjący podkład, bo wszystko po prostu pękało mi na twarzy - możecie sobie wyobrazić jak coś takiego działało na psychikę, a z kolei dodatkowe nerwy też nie pomagały - i kółko się zamykało...

No, dobra – skupmy się jednak na pozytywach. 


Teraz, po kilku miesiącach ciężkiej walki mogę zaryzykować stwierdzenie, że da się te dodatkowe komplikacje przeżyć, a tak naprawdę mój nowy sposób odżywiania jest jakieś 500 razy zdrowszy niż wcześniejszy (choć muszę powiedzieć, że poza jakimiś drobnymi grzeszkami, nie odżywiałam się wcale źle albo niezdrowo).

Niestety muszę też podkreślić, że bycie na specjalnej diecie, kiedy w większość produktów trzeba zaopatrywać się w sklepach ze zdrową żywnością, nie jest tanie, poza tym musiałam (zarówno ja, jak i cała moja rodzina) wyrobić w sobie nawyk DOKŁADNEGO CZYTANIA ETYKIET (nieraz zdarzyło się nam, zwłaszcza na początku kupić np. humus, który okazywał się owszem humusem, ale z dodatkiem czegoś, co wywołało u mnie uczulenie), ale teraz mogę powiedzieć, że mam w końcu pewność, że wiem co jem J

Dużo składników, głównie świeżych warzyw i owoców kupuję na zaufanym bazarze, staram się jeść sezonowo – sprawdzam sobie po prostu, co aktualnie owocuje i wokół tego tworzę jadłospis. Obecnie np jem dużo jabłek (polskich!), pomidorów (głównie malinowych), cukinii, czyli produktów, które są na tyle uniwersalne, że można z nich zrobić wiele rzeczy.

Polubiłam wszelkie kasze (w tym przede wszystkim gryczaną, która ma dużo żelaza i magnezu oraz jaglaną), zawsze mam pod ręką brązowy ryż, który jest świetną bazą pod wszelkiego rodzaju warzywne mieszanki, a na nadchodzącą jesień i zimę planuję jedzenie dużych ilości owsianki na ciepło. Ponieważ jednym z nielicznych zbóż tolerowanych przez mój organizm jest orkisz, kupuję makaron orkiszowy (co jest dla mnie wielką ulgą, bo uwielbiam makarony!). Orkiszowa mąka jest także niezbędna przy wypiekach (patrz poniżej uwaga o pizzy oraz cieście clafoutis). 

Jak widać – nie jest ze mną tak źle, bo na ogół pierwsza reakcja kogoś, komu wspominam o moich problemach żywieniowych jest taka: „o matko! To co Ty w ogóle jesz?! Możesz jeść COKOLWIEK?!”. Sami widzicie, że mogę J Jasne, że brakuje mi niektórych składników – najbardziej chyba ubolewam nad orzechami i kakao, bo to eliminuje 99% wszelkich słodyczy – ale zapewniam, że tak też da się żyć.

Jeden z dwóch rodzajów batoników, które mogę jeść (ale dawkuję je sobie bardzo oszczędnie, traktując je raczej jako "rezerwę" niż faktyczną potrzebę)

Na tzw. „czarną godzinę” mam zachomikowane kokosowe batoniki z owocami (które są piekielnie drogie, ale robią swoje, czyli zaspokajają moją potrzebę słodkości), albo przygotowuję na szybko kolejną wersję clafoutis (przepis podawałam Wam TUTAJ) – zmieniając tylko bazowe owoce (aktualnie moją ulubioną wersją jest śliwkowe - z węgierkami - pycha!).

Clafoutis wersja jesienna, z węgierkami i mlekiem kokosowym. Niebo w gębie! 

Przetestowałam na sobie dobre dla alergików jajka perliczki (ciężkie do dostania i też nietanie, ale w smaku bardzo podobne do kurzych i w dodatku mające więcej składników odżywczych!), zawsze w lodówce mam swoje ulubione ryżowe „mleko” waniliowe (lub wzbogacone wapniem) do kawy i owsianki, wszystko smażę (jeśli w ogóle muszę smażyć) na oleju kokosowym i jem chleb bez drożdży i mąki i wiecie co – czuję się świetnie! 

Do tego regularnie piję kisiel z siemienia lnianego (mój patent to wymieszanie go z łyżeczką normalnego kisielu, żeby nadać mu trochę smaku) i tyle. Potrawy doprawiam ziołami (najlepsze są oczywiście te ze sklepów bio, które nie mają dodawanych żadnych "ulepszaczy"), o mojej słabości do ziołowych i zielonych herbat kiedyś pisałam (może niedługo pokuszę się o jakąś aktualizację), zacieśniłam więzi ze szpinakiem i jarmużem J

Mój jadłospis nie jest może bardzo wyrafinowany, bo siłą rzeczy większość potraw jest prosta w przygotowaniu, ale za to wiem, że nie muszę się ograniczać ilościowo ani liczyć kalorii.

Wiosną i latem przygotowywałam sporo koktajli (w tej formie np jestem w stanie przyswoić duże ilości natki pietruszki, której normalnie nie cierpię), teraz kiedy robi się już chłodniej, przerzucam się powoli na rozgrzewające zupy (np z dyni lub soczewicy). 

Tak naprawdę jedynym minusem (poza finansami) takiego sposobu odżywiania jest ograniczenie wyjść „na miasto” – niestety, ale większość restauracji kompletnie nie jest przystosowana do jakichkolwiek nietypowych próśb, nie mówiąc o tym, że często nie można nawet doprosić się precyzyjnej INFORMACJI na temat dokładnego składu danej potrawy. Mój sposób jest więc o tyle skuteczny, co drastyczny – po prostu przestałam jadać na mieście, a jeśli wiem, że wrócę do domu później niż zwykle, zabieram ze sobą uniwersalne wafle ryżowe, które nie raz uratowały mi już skórę J 

Raz na jakiś czas postaram się wrzucić tutaj przepis na coś, co jadam – może komuś się przyda. O przepysznym Clafoutis już wspominałam. A żeby nie było, że jestem jakaś super biedna, to przyznam się, że pizzę na cieście orkiszowym mam opanowaną i ostatnio odkryłam nawet wegański „ser”, który naprawdę smakuje jak ser!

Tadam - wegańska, orkiszowa pizza (z reguły na wierzch idzie jeszcze świeża rukola)! 

Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany rozwinięciem wątku jedzeniowego, dajcie znać w komentarzach, czy chcecie np, żebym pokazała Wam konkretne produkty, które kupuję i polecam etc. 

A kolejna część moich "popowrotnych zwierzeń" będzie prawdopodobnie dotyczyła czegoś, co najogólniej zalicza się do „rozwoju osobistego”, zainteresowań oraz moich życiowych przemyśleń. Pojawi się pewnie także jesienna odsłona serialowo-książkowa :)

Mam nadzieję, że jeszcze Was nie zanudziłam! Jak widać - dłuższe przerwy w blogowaniu sprawiają, że potem wracam z nowymi siłami! :) 

piątek, 30 maja 2014

Kulinarnie - orkiszowe clafoutis z rabarbarem

Nie zapomniałam o Was :) A w ramach odpoczynku od filmów (krótkiego, bo lada moment kolejna recenzja), dziś będzie coś pysznego. Standardowo przepis dla leniwców, jako że nie przepadam za długim przesiadywaniem w kuchni i lubię jak coś przygotowuje się szybko i łatwo. 

Oczywiście składniki można sobie dowolnie dostosować do: potrzeb / upodobań / pory roku. Ja muszę pamiętać o mojej nietolerancji - stąd mąka orkiszowa (którą można zastąpić zwykłą pszenną lub choćby razową) oraz jajka perliczki, no i "mleko" zamiast mleka. Zresztą w ten sposób jest nawet zdrowiej :)


Z francuskim Clafoutis spotkałam się pierwszy raz chyba przy okazji lektury książki Rachel Khoo My Little Paris Kitchen - oryginalny przepis był nieco inny od tego poniżej, ale ostateczny efekt równie smaczny. Ogólnie Clafoutis to takie połączenie ciasta z omletem, jest lekkie i naprawdę pyszne i przyznaję, że największy problem mam zawsze z odczekaniem, aż ostygnie :) Plusem jest też to, że możemy dowolnie kombinować z owocami - robiłam je już z czereśniami, morelami i truskawkami (no i rabarbarem) - za każdym razem wychodzi super! 

Przepis, z którego korzystałam tym razem (opierając się na tym znalezionym TUTAJ, oczywiście z odpowiednimi modyfikacjami) zawiera (piszę z pamięci, więc mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam): 

- 3/4 szklanki mąki orkiszowej, 
- szczyptę soli (używam różowej himalajskiej),
- 1/3 szklanki brązowego cukru, 
- 3/4 szklanki "mleka" sojowego waniliowego, 
- 3 spore łodygi rabarbaru,
- odrobinę oleju kokosowego (do wysmarowania formy),
- 2 jajka perliczki,

Zaczynamy od umycia i obrania rabarbaru, a następnie pokrojenia go w małą kostkę. Następnie zasypujemy go połową cukru, mieszamy i odstawiamy na pół godziny, czekając aż puści sok. 
W międzyczasie smarujemy formę na tartę olejem kokosowym (pewnie można użyć innego tłuszczu, ja akurat lubię kokosowy, poza tym nie mogę jeść masła) i nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. 

W misce mieszamy mąkę, sól i drugą połowę cukru. 
W oddzielnej miseczce rozbełtujemy jajka i delikatnie dodajemy je do mieszanki powyżej. Tu w ruch idzie mikser, bowiem następnie powoli zaczynamy dolewać mleko, cały czas mieszając, dopóki masa nie zrobi się gładka (jest bardzo lejąca się, ale jeśli macie wrażenie, że leje się jednak trochę ZA BARDZO, to można dosypać garstkę mąki). 

Tak całość wygląda przed pieczeniem - oczywiście perfekcjoniści 
mogą zadbać o równiejsze ułożenie owoców :) 

Rabarbar (razem z cukrem i sokiem) wykładamy na dno formy, a potem zalewamy ciastem. Pieczemy przez jakieś 30 - 35 minut (w zależności od mocy piekarnika - warto zaglądać, czy się nie zaczyna za bardzo przypiekać na brzegach). Studzimy (to ten najtrudniejszy krok!). Jemy, pomrukując z rozkoszy :) 


SMACZNEGO! 

czwartek, 9 stycznia 2014

Jem zdrowo - ciasteczka owsiane z karobem

2013 rok poza paroma innymi średnio przyjemnymi rzeczami, przyniósł mi także informację, że cierpię na nietolerancję pokarmową. I to nie taką na jedną, dwie rzeczy, tylko całkiem długą listę, która najpierw dość mocno mnie przeraziła, a potem zmusiła do odpowiedzi na pytanie "no, dobra, to co ja teraz będę jadła?". 

Niezastąpiony oczywiście okazał się jak zwykle Internet, w którym jest wszystko, także mnóstwo blogów i forów dla takich nieszczęśników, jak ja :) Tak więc mimo początkowych obaw, nie musiałam się błąkać z paniką w oczach i ściśniętym z głodu żołądkiem po sklepach, tylko przygotowałam sobie listę zamienników. Nie powiem, że teraz jestem jakąś super specjalistką, bo nadal nie mam pewności, czy mój organizm nie odrzuca jeszcze czegoś (co sygnalizuje mi raz na jakiś czas moja twarz), ale na pewno jest o niebo lepiej niż wówczas, gdy nie wiedząc co mi szkodzi, nieświadomie pogarszałam swój stan. 

Ale do rzeczy :) 

To nie jest (i raczej nigdy nie będzie) blog kulinarny, ani blog o alergiach/nietolerancjach etc. Po prostu tak się złożyło, że jego autorka (czyli ja) boryka się z tym problemem, a ponieważ jestem także łasuchem, to wiadomo, że kombinuję jak mogę, żeby jak najczęściej zjeść jakąś fajną słodkość, której domaga się mój organizm (i ślinianki!). Z jadłospisu musiałam wykreślić m.in. kakao (bye bye czekolado!), zwykłą mąkę, jajka, mleko i wszystkie produkty na jego bazie (czyli masło, jogurty, sery etc.), orzechy, migdały i parę innych rzeczy, dlatego wierzcie mi, że niekiedy wymyślenie czegoś słodkiego (i smacznego) stanowi wyzwanie :) 

Ostatnio "chodzi" za mną czekolada, którą oczywiście muszę omijać szerokim łukiem. Okazuje się jednak, że karob, czyli tzw. mączka chleba świętojańskiego, nieźle nadaje się do zastąpienia kakao w niektórych przepisach - robiłam już w ten sposób "brownie", ciasto "czekoladowe" z dynią, ciasto marchewkowe, a dzisiaj postanowiłam zrobić ciasteczka owsiane. 


Powiem tak - przepis jest banalny, a ciasteczka smaczne, więc nawet jeśli możecie jeść wszystko, to i tak je polecam, choćby w ramach kulinarnego eksperymentu :) Ten konkretny przepis to wypadkowa kilku znalezionych przeze mnie w sieci, wzbogacona o moją radosną twórczość :) Wy także możecie modyfikować go w dowolny sposób, zamieniając np jagody goji na orzechy, lub migdały, dodając trochę czekolady etc. 

CIASTECZKA OWSIANE Z KAROBEM, ŻURAWINĄ I JAGODAMI GOJI


Składniki: 
* 1/3 szklanki mąki orkiszowej,
* 1 szklanka płatków owsianych,
* 1/2 łyżeczki cynamonu,
* 2 łyżeczki karobu (może być więcej, ale pamiętajmy, żeby nie przesadzić z ilością, bo wtedy nasze ciasteczka będą za słodkie! I bardzo, bardzo ciemne, bo karob nadaje masie prawie czarny kolor), 
* szczypta soli
* 1/3 łyżeczki sody, 
* 1/4 szklanki brązowego cukru, 
* 1/4 szklanki oleju (u mnie 100% rzepakowy, muszę uważać, bo w niektórych olejach często są śladowe ilości pszenicy, której muszę unikać), 
* białko z dwóch jajek przepiórczych, 
* 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego,
* garść suszonej żurawiny,
* garść suszonych jagód goji.

Przygotowanie:
* w jednej misce mieszamy (łyżką) suche składniki: mąkę, płatki owsiane, cynamon, karob, sodę i sól. 
* w międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 175-180 stopni. 
* w drugiej misce mieszamy cukier, olej, białko i ekstrakt waniliowy (może być mikserem). 
* powoli przelewamy zawartość drugiej miski do suchych składników, mieszając do uzyskania masy. Jeśli okaże się, że masa nie bardzo ma chęć się kleić i jest sucha, możemy dodać trochę roślinnego "mleka" (ja dodałam ryżowe). 
* wrzucamy żurawinę i jagody, mieszamy ponownie. 
* na blasze wyłożonej papierem do pieczenia nakładamy masę łyżką, lekko ją uklepując. 
* pieczemy ok. 10 minut (ale lepiej sprawdzić po +/- 7, żeby ciasteczka się nie spaliły), potem możemy je przekręcić na drugą stronę i piec przez kolejne 5-6 minut. 
* i voila! gotowe :) studzimy na kratce i zajadamy :) Najlepiej smakują z herbatą (lub kawą) :) 


Smacznego :)

sobota, 7 września 2013

Instagirl, czyli obrazki vol.9

Dziś będzie duuuuużo zdjęć, czyli coś dla tych z Was, którzy nie korzystają z Instagrama, a którzy mimo wszystko pałają chęcią zaspokojenia swojej ciekawości, co takiego interesującego wyrabiałam przez ostatni czas (och, pozwólcie mi proszę łudzić się tą piękną myślą, że są wśród Was takie osoby :)) 

Oto więc ostatnie tygodnie okiem nałogowej instagirl, pewnie totalnie niechronologicznie, ale za to w miarę tematycznie :)

1. Standardowo sporo jadłam i piłam (choć wyjątkowo niewiele gotowałam, zwłaszcza jak na moje możliwości - muszę nad tym popracować :) 

Placuszki z cukinii z fetą i bazylią sałatową - mniam :)

 Przepyszna tarta z kremem mascarpone i figami - tym razem zakupiona na Targu Śniadaniowym, nie własnej roboty.

Moje pierwsze francuskie makaroniki w życiu - moje kubki smakowe zwariowały na punkcie tych pistacjowych - teraz próbuję o nich zapomnieć :))

Nowe zapasy herbat, o których pisałam TUTAJ. Droga jesieni przybywaj śmiało, jestem gotowa :)

2. Bywałam w ciekawych miejscach i pokazywałam Wam niektóre z nich. 

Kolejne spotkanie z cyklu Creative Mornings Warsaw, z udziałem Łukasza Jakóbiaka. 
Zabawy z lustrami w Zachęcie :)
I świetna wystawa w tejże Zachęcie pt. Czas wolny (czyli powrót do czasów PRL). 
Jeden z mini stawików na moim osiedlu - w środku pływają czerwone rybki (i to jest informacja z cyklu tych absolutnie zbędnych :) 
Słynne i modne hamaki w Zielonym Jazdowie (cudowne miejsce, chyba moje ulubione tego lata!)
Pyszności z ursynowskiego Targu Śniadaniowego - kolejna ulubiona miejscówka na każdą niedzielę :)
To natomiast moje niedawne odkrycie, czyli księgarnio-kawiarnia Wrzenie Świata na Gałczyńskiego - polecam, bo warto! 
Tak się zaczynałam uczyć programowania i projektowania stron :) 
Pokazywałam Wam też warszawskie murale - ten jest przy ul. Grzybowskiej
A ten przy Łuckiej :)
3. Z innych aktywności:
Stroiłam się bardziej letnio... 
i jesiennie :)
Czasem malowałam paznokcie na czerwono :)
Ogarniałam moje miasto z rewelacyjnym przewodnikiem :)
Rozpoczęłam sezon na długie wieczory z książką i herbatą... 
...oraz na ciepłe skarpety i bluzy ( i koc)...

I w końcu


Zdecydowałam się na metamorfozę, a właściwie powrót do korzeni, ponieważ mimo mojej ogromnej sympatii do długich włosów, najwyraźniej jestem stworzona do krótkich, rozwichrzonych fryzur w stylu "messy hair straight out of bed" :)) 

I to tyle, moi mili - mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i wrócicie jeszcze :)

No i standardowo, jeśli macie chęć być bardziej na bieżąco, zapraszam na moje konto


poniedziałek, 8 lipca 2013

Jak sobotnie śniadanie, to tylko na trawie!

Wiem, że mam zaległy post o "Utopii" i pojawi się on tu niedługo, ale w międzyczasie chciałam wrzucić coś innego - od czasu do czasu pokazuję Wam różne warszawskie miejsca, w których bywam i które polecam i nie inaczej będzie dziś. 

Chcę napisać parę słów o bardzo fajnej inicjatywie, która działa w stolicy od jakiegoś czasu, czyli o targach śniadaniowych (ten żoliborski działa od końca kwietnia, z tego co kojarzę, oryginalny i pierwotny Le Targ na Saskiej Kępie działał znacznie dłużej, ale aktualnie przeniósł się właśnie do Wilanowa i w ubiegłą sobotę odbyła się jego druga edycja).


Do tej pory udało mi się odwiedzić raz Targ Śniadaniowy na Żoliborzu i raz Le Targ w Wilanowie, więc na pewno nie jestem żadnym autorytetem, wypowiadam się wyłącznie jako zainteresowany klient :)
I powiem tak - na pewno chcę więcej! To fantastyczny pomysł, żeby w jednym miejscu zgrupować producentów zdrowej żywności, dając tym samym odwiedzającym możliwość zarówno zrobienia zapasów do domu (można kupić bardzo smaczne pieczywo, ciasta, sery, przetwory, ryby, wędliny, warzywa, owoce i oczywiście gotowe dania), jak i zjedzenia pysznego posiłku na świeżym powietrzu - cała zabawa bowiem polega na tym, że wszystko odbywa się na terenie otwartym, a obok budek "wystawców", są stoliki i mnóstwo trawy, na której można rozłożyć koc i delektować się wszystkim godzinami :)


Na razie (podkreślam - NA RAZIE) bardziej przypadł mi do gustu żoliborski Targ - być może dlatego, że działa już od ponad 2 miesięcy, więc siłą rzeczy z tygodnia na tydzień rozwija się coraz lepiej, natomiast wilanowski Le Targ odbył się w minioną sobotę dopiero drugi raz, a ja uczestniczyłam wyłącznie w jego debiucie. Na pewno jednak odwiedzę jedno i drugie miejsce jeszcze nie raz, chociaż oba odbywają się nie tak znowu blisko mojego mieszkania, ale sama inicjatywa jest tak fajna, że rekompensuje mi to całą "wyprawę", ponieważ wiem, że w perspektywie mam miłe spędzenie sobotniego przed- i popołudnia, z dobrym jedzeniem i przyjemną atmosferą w tle. 
Nie wspomnę już o tym, że to naprawdę cudowny pomysł na wspieranie małych polskich producentów, ale także na poznanie swojej (lub innej) dzielnicy od nieco innej strony - od strony ludzi :)





Jak widać, ludzie przychodzą / przyjeżdżają na Targ Śniadaniowy całymi grupami / rodzinami (jest tam też specjalna część dla dzieci, które na pewno nie będą się nudzić).








Można przyjechać rowerem, z własnym kocem i zrobić sobie piknik. 

Można też zjeść przepyszne lody własnej roboty (tzn kupione w jednej z wystawiających się kawiarni, nie że zrobione przeze mnie :))

Delektować się słońcem i piękną pogodą :)

A tu już Le Targ w Wilanowie - na oko widać, że jest mniejszy, ale jak czytałam - ma potencjał :) 


Na miejscu obok innych smakołyków, można kupić także świeżutkie owoce z ekologicznych upraw. 

Podsumowując, jeśli ktoś jest z Warszawy (a zwłaszcza z ww dzielnic), to niech wpisze sobie do kalendarza najbliższą sobotę, lub znajdzie podobną inicjatywę gdzieś bliżej siebie, bo naprawdę warto! Zwłaszcza, jeśli jest się łasuchem, smakoszem i lubi się jeść zdrowo!

Organizacyjnie: Le Targ odbywa się w Wilanowie, na skwerze przy zbiegu ul. Kieślowskiego i Herbu Szreniawa, w soboty w godzinach 9-15, więcej info można znaleźć TU

Targ Śniadaniowy odbywa się na Żoliborzu, przy Al. Wojska Polskiego, w soboty w godzinach 8-16, więcej info TU

czwartek, 30 maja 2013

Obrazki vol. 8.2

Czyli druga część maja dla wytrwałych :)) Pierwszy odcinek możecie obejrzeć TUTAJ :)

Tym razem mamy następujące kategorie:

1. Zakupy: 
Obłędnie pachnące świeczki z nowej serii Bath & Body Works, czyli Market Peach i Lemon Mint Leaf (nie mogę się zdecydować, która bardziej mi się podoba), plus sanitizer do rąk o zapachu chyba owoców leśnych i maliny (albo maliny i czegoś jeszcze, nie pamiętam dokładnie, ale pachnie ślicznie). Zbliżenie na lakiery poniżej
Jak zapewne wiele z Was, ja także skorzystałam z promocji w Hebe i dorzuciłam do swojej kolekcji Essie (którą można było obejrzeć sobie TUTAJ) dwa kolory: różowy Lovie Dovie oraz jaśniutki Fiji - ten ostatni, mimo mojego sceptycyzmu, okazał się odkryciem wiosny :)
Moja kolekcja wygodnych butów powiększyła się o połączenie mokasynów z tenisówkami w stylu marynarskim - uwielbiam paski, a te butki są absolutnie urocze :)
Mój telefon doczekał się nowej osłonki - tym razem w kolorowe sówki - jest mega pozytywna i optymistyczna i bardzo ją lubię :)
Tu dwa nowe kubki - jestem totalnym kubkowym maniakiem i nawet nie będę się przyznawać, ile ich mam w mieszkaniu (do tego część została przy przeprowadzce u rodziców, więc tak naprawdę ich ilość jest mocno nieadekwatna do moich potrzeb :)) Kocham Muminki, a moją absolutnie ulubioną postacią zawsze był Włóczykij, więc siłą rzeczy nie mogłam się oprzeć kubkowi z jego podobizną i cytatem z tyłu:

A tu coś, co ma mi przypominać o innej pasji - pisaniu i spełnieniu odwiecznego marzenia :)

Ja także nie oparłam się osławionej w blogosferze promocji -40% w Rossmanie, ale właściwie ciężko byłoby to nazwać szaleństwem zakupowym - skusiłam się na delikatny różowy lakier Manhattan (nigdy nie miałam chyba żadnego produktu tej firmy, więc nie wiem, czego się spodziewać), szminkę Wibo Elixir w kolorze 04, cień do powiek w kremie Maybelline Color Tatoo w odcieniu Permanent Taupe oraz wodoodporny tusz do rzęs Max Factor False Lash Effect (nie wiem, czy uwierzycie, ale w życiu nie miałam chyba żadnego tuszu MF, więc jestem ciekawa, jak się u mnie sprawdzi ta drogeryjna marka).
2. Miejsca
Warszawski Skok na Sok z cudownym wyborem świeżo robionych soków i koktajli to zawsze dobry pomysł :)

Secret Life Cafe na Żoliborzu to sympatyczne, niezobowiązujące miejsce z pysznym jedzeniem (obok widać tartę z suszonymi śliwkami i morelami - była obłędna!), fajnymi koktajlami i przyjemnym wystrojem (można też przyjść z pieskiem, a jak jest ciepło, łapać promienie słońca na leżaku). Jest wprawdzie trochę głośno, ale mnie osobiście jakoś specjalnie to nie przeszkadza.






Mokotowski Warburger to już kultowe miejsce. I słusznie, bo ich burgery są po prostu cudowne. Na pewno jeszcze tam wrócę, chociaż nie powiem, żeby była to najłatwiejsza potrawa do zjedzenia (nie wiem, jak można tak szeroko otworzyć usta :)) 
Burger BBQ - mniam :)
Tak wyglądał ostatnio prawie non stop widok z mojego okna :( 
A tak było zdecydowanie zbyt rzadko :)
Czasem więc ja wyglądałam tak :)

Lub tak :)
Ale ostatnio najbardziej przydawały się te gadżety...

I to już wszystko, moi mili. Jeśli ktoś się przebił, to cudownie, jako bonus dostaje moje ukochane peonie :) 


A na bieżąco można mnie podpatrywać TUTAJ.
Miłego wolnego dnia!
I oby wcześniejsze prognozy na dziś się nie sprawdziły (miało padać) :) 
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...