Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 czerwca 2017

#LIFESTYLE Ulubieńcy kosmetyczni

O kosmetykach nie pisałam już bardzo dawno. Oczywiście pomijając fakt, że OGÓLNIE dawno nie pisałam :)

Ale do rzeczy -  mała częstotliwość tego typu wpisów wynika z tego, że kiedy coś mi podpasuje, to używam tego w koło Macieju i nie widzę potrzeby zmian. No dobra, raz na jakiś czas zdarza mi się, że coś dokupię, ale generalnie jestem pod tym względem nudna jak flaki z olejem. 
Dlatego dziś też nie będzie jakiegoś strasznego szaleństwa, pokażę Wam to, czego używam od jakiegoś czasu i z czego jestem na tyle zadowolona, że chcę Wam to polecić. A czy się skusicie czy nie, to już Wasz wybór :)


Tak, jak wspomniałam na początku - wiele tego nie ma, więc zaczynamy:

1. Podkład Catrice HD LIQUID COVERAGE w odcieniu 020 Rose Beige. 
Pewnie większość z Was kojarzy szał, kiedy ten produkt pojawił się na rynku - nie mam pojęcia, z czego to wynikało, ale ten, komu wówczas udało się go dopaść w jakimkolwiek sklepie, miał poczucie, jakby co najmniej dokopał się do Bursztynowej Komnaty albo znalazł Świętego Graala! Ja też polowałam na niego całkiem długo, a w pewnym momencie odpuściłam, bo stwierdziłam, że no bez przesady, to jest przecież tylko podkład, więc nie będę za nim latała jak kot z pęcherzem po całej Warszawie! No i wtedy właśnie trafiłam przez przypadek na dostawę w Hebe :) Kupiłam, przetestowałam i przepadłam. To jest moje drugie albo nawet trzecie opakowanie i na pewno nie ostatnie.

Wiem, że podkład ma swoich zagorzałych zwolenników, ale i obrywa mu się w równym stopniu - że zapycha, że wysusza etc. Ja powiem tak - u mnie sprawdza się IDEALNIE - mam skórę mieszaną, raczej w kierunku suchej, wrażliwą, z tendencjami do uczuleń i serio - nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Świetnie się dopasowuje, kryje, ale nie robi maski, trzyma się cały dzień na twarzy i jedyne, do czego ewentualnie mogłabym się przyczepić (ale to już naprawdę gdybym bardzo się uparła) to fakt, że po dłuugim dniu zaczynam się trochę świecić. Z naciskiem na "trochę". Ale i tak go uwielbiam i jeśli tylko moja skóra się nie zbuntuje, to na pewno zostanie ze mną na długo.

2 i 3. Róż NARS ORGASM oraz HONEYBEE GARDENS


Pierwszego gagatka zapewne nie muszę nikomu przedstawiać, bo jeśli jakiś kosmetyk kolorowy możemy nazwać "kultowym", to NARS Orgasm z pewnością się do tej grupy zalicza. Przyznam się, że przez długi czas byłam przekonana, że w tym konkretnym przypadku jest to tzw. przewaga formy nad treścią, czyli po prostu rozbuchana reklama, a nie właściwości samego produktu. No i pewnie trochę tak jest. Być może można znaleźć coś tańszego, co nadal będzie wyglądało efektownie. Poza tym nie wykluczam, że do mojej karnacji lepiej pasowałby odcień np, Deep Throat albo Sex Appeal (swoją drogą jestem fanką tych erotycznych nazw!), ale cóż - jakiś czas temu stwierdziłam, że zaszaleję i przekonam się na własnej skórze, o co tyle hałasu. I nie żałuję. Róż jest piękny, ma drobinki (ale nie takie obscenicznie brokatowe, które robią z nas latarnię morską, tylko dające efekt połączenia z rozświetlaczem) i używam go z prawdziwą przyjemnością.

A jeśli zależy mi na delikatniejszym i bardziej naturalnym efekcie, to sięgam po moje odkrycie, czyli HONEYBEE GARDENS. Jak widać na zdjęciu poniżej, mam odcień Breathless i jest to jeden z najpiękniejszych różowych róży (nomen omen), jakie miałam - myślę, że przebija nawet Well Dressed z MACa , który uwielbiałam.



Pokazywany dziś produkt kupiłam w sklepie IHerb (na samym końcu podam Wam kod do zakupów, może ktoś będzie chciał skorzystać), a sama firma jest zdecydowanie warta polecenia. Produkują bowiem kosmetyki naturalne, wegańskie (chociaż nie gwarantuję, że cała ich oferta taka jest), wolne od parabenów, sztucznych barwników i chemikaliów. Myślę, że przy okazji poszukam innych produktów od Honeybee, bo różem jestem zachwycona - jak wspomniałam wyżej, jest bardzo delikatny, ale utrzymuje się na skórze długo i daje się łatwo stopniować.

4. Szminka E.L.F w odcieniu PERFECT PINK


Kolejny zakup z IHerb (być może kiedyś poświęcę temu sklepowi oddzielny wpis, bo przyznam się, że jestem od niego uzależniona - kupuję tam regularnie zarówno kosmetyki, jak i - przede wszystkim - probiotyki i suplementy).

Amerykańska firma e.l.f. (skrót od eyes/lip/face) jest dość znana i z tego, co wiem, lubiana, ma szeroką gamę kolorówki i - co istotne - bardzo dobry stosunek jakości do ceny - często jestem wręcz zaskoczona (pozytywnie!), kiedy sprawdzam opinie, a potem wyszukuję cenę danego produktu.

Co natomiast jest wyjątkowego w TEJ KONKRETNEJ szmince to fakt, że jej kolor dopasowuje się do naturalnego pigmentu naszych ust! Tak więc nie sugerujcie się zdjęciem, bo w opakowaniu szminka jest jasnoróżowa, natomiast na każdej osobie będzie wyglądała całkiem inaczej - fajne, co? Dodatkowo daje leciutki połysk (ale bardzo naturalny) i dzięki zawartości masła shea nawilża usta. Same plusy. Ja jestem bardzo zadowolona, bo na moich ustach daje efekt naturalny, ale jednocześnie podkreślony, a nie przerysowany. Idealna szminka na co dzień.

5. No i last but not least, czyli mój najnowszy nabytek (a właściwie prezent, bo dostałam go na urodziny, czyli naprawdę niedawno) - to woda perfumowana L'OCCITANE TERRE DE LUMIERE



Zapach ten "chodził" za mną od dłuższego czasu, ale niestety nie należy on do najtańszych, więc postanowiłam poczekać do urodzin właśnie i poprosić o niego najbliższych. I nie żałuję, bo od ponad dwóch tygodni jest ze mną dzień w dzień, a ja jestem nim nadal zachwycona. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że niewiele jest rzeczy tak subiektywnych jak preferencje zapachowe, więc oczywiście polecam przetestowanie go na swojej skórze.
Poniżej wkleję Wam informację z oficjalnej strony L'Occitane, gdzie będziecie mogły zorientować się, jakie są w nim nuty. Od siebie powiem tak - jest słodki, ale nie mdląco-męczący, w dodatku na skórze (mojej) zmienia się w coś ziołowo-miodowego, z lekkim powiewem lawendy. Wiem, że wiele osób zarzuca L'Occitane podszywanie się pod Mon Guerlain, ale ja się z tym nie zgadzam - psikałam się obiema wodami i Terre de Lumiere podeszło mi zdecydowanie bardziej. Tak więc - jak zawsze - warto sprawdzić na sobie.

Nuty głowy

różowy pieprz

bergamotka z Włoch Orpur

absolut z nasion piżmiana Orpur


Nuty serca

lawenda Orpur

miodowy wosk pszczeli z Laosu Orpur


Nuty bazowe

akacja

olejek z gorzkiego migdała

tonka z Wenezueli Orpur

Sylkolide (piżmo syntetyczne)


I to tyle na dziś, moi drodzy. Jak widać - wpis ewidentnie weekendowy (ale jest!). Zresztą co tu dużo mówić - sama lubię podglądać, czego używają inni, więc czemu nie miałabym się tym podzielić z Wami? A jeśli macie coś fajnego do polecenia (albo chcecie wyrazić swoją opinię na temat któregoś z ww produktów), to wiadomo, że z chęcią poczytam komentarze! 

PS. jeszcze tylko obiecany kod do sklepu IHerb. Działa to w ten sposób, że jeśli zarejestrujecie się, korzystając z poniższego linka lub przy realizacji zamówienia podacie ten kod: MTZ968, to do Waszych pierwszych zakupów dostaniecie rabat od 5$ (przy zakupach do 40$) do 10$ (przy kwocie powyżej 40$). Jak widać - opłaca się skorzystać :) Pamiętajcie jednak, że działa to wyłącznie przy pierwszych zakupach na IHerb! 

Link do zakupów:

https://pl.iherb.com/?rcode=MTZ968

KOD: MTZ968


A tymczasem miłej soboty i do napisania wkrótce!

niedziela, 21 sierpnia 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy wakacji

Jako że zauważyłam, że nie przepadam za poświęcaniem całego wpisu jednej rzeczy (naprawdę rzadko zdarza się, że coś mnie zachwyci do tego stopnia, żebym miała chęć o tym pisać cały elaborat), zdecydowanie wolę wpisy zbiorcze, w których mogę podzielić się z Wami większą liczbą moich odkryć. Niektóre z rzeczy, które Wam dziś pokażę, mam i używam już znacznie dłużej niż dwa miesiące, niektóre są ze mną stosunkowo od niedawna, ale przez ten czas wszystkie zdążyły mnie oczarować i zapewniam, że wszystkie polecam w 100% szczerze i gorąco! No i wiadomo (tzn wydaje mi się, że wiadomo, a jeśli nie, to już tak :)), że to nie jest żaden wpis sponsorowany (w sumie to szkoda), bo wszystko kupiłam za własne miliony monet**. 

*AKCESORIA/UBRANIA

1. Zdecydowanie na pierwszym miejscu plasuje się mój świeżutki, bo sierpniowy zakup, czyli rower. Do tej pory męczyłam się (dosłownie) na dość starym (choć nadal w niezłej formie) "góralu", którego - przyznam się - po prostu nie znosiłam. Wiem, że kiedyś to był szczyt marzeń, ale niestety wymuszona przez jego kształt półleżąca pozycja jest zabójcza dla moich pleców i głównie z tego powodu jeździłam na nim coraz rzadziej, a w ostatnim roku praktycznie wcale. Od dobrych kilku lat zbierałam się do zakupu przyzwoitego roweru miejskiego, który służyłby mi i moim plecom znacznie lepiej, ale jakoś zawsze było coś ważniejszego w planach. Jednak w końcu po rozmowie z Tatą jakoś tak wyszło, że oboje stwierdziliśmy, że zamiast inwestować w odnowienie naszej wiekowej (starszej ode mnie!), leżakującej na balkonie rodziców Gazelki, bardziej opłaca się dołożyć paręset złotych i kupić nowy rower.
Mój wprawdzie nie jest salonowo nowy, bo odkupiłam go od kogoś, ale praktycznie był nieużywany, więc można powiedzieć, że dopiero u mnie ma szansę pokazać na co go stać :)  Rower to Kross Grand Vienna, model z 2014 roku. Nie jest to jakiś super wypasiony sprzęt, ale pokochałam go od pierwszej jazdy - w dodatku połączenie ciemnej zieleni, beżu i czerni naprawdę do mnie przemawia (oczywiście najpierw obejrzałam wszystkie kremowe i pastelowe modele, ale potem zobaczyłam wersję czarną, którą polecała Julia Caban i się zakochałam, a ten na zdjęciach był numerem dwa - a zapewniam Was, że na żywo wygląda po prostu bosko). No i do takiej rekreacyjnej jazdy po miejskich ścieżkach rowerowych, którą ja uskuteczniam, jest idealny. Brakuje mu jeszcze tylko koszyka na bagażnik (niestety większe zakupy jeszcze przez chwilę muszę wozić na raty) i uchwytu na butelkę z wodą i będę super zadowolona :)

Jeśli ktoś z Was waha się, czy warto zainwestować (nie takie znowu duże) pieniądze w takiego rumaka, to nie ma co się nad tym zastanawiać - każda, nawet kilkukilometrowa przejażdżka to ogromna przyjemność i samo zdrowie! Nawet jeśli jesteście takim tchórzem, jak ja (w życiu nie jeżdżę ulicą, bo nie mam za grosz zaufania do warszawskich kierowców) - infrastruktura rowerowa (przynajmniej w Warszawie) jest naprawdę dobrze rozwinięta!



Kolejne punkty postaram się omówić już nieco krócej :)

2.  Następne w kolejności są buty New Balance, model 373, czyli coś, co pewnie większość z Was doskonale zna. NB albo się uwielbia, albo ich nie znosi - ja przez dłuższy czas miałam do nich totalnie obojętny stosunek, niektóre modele zwracały na siebie moją uwagę, inne mnie odrzucały na kilometr. Ale kiedyś w końcu, z okazji jakichś megaprzecen (chyba 50%), zdecydowałam, że sprawdzę, o co tyle hałasu. I przepadłam. To są naprawdę jedne z najwygodniejszych (albo nawet NAJWYGODNIEJSZE) buty, jakie kiedykolwiek miałam! Od pierwszego założenia mogę w nich chodzić cały dzień i NIC mi się nie dzieje, a wierzcie mi - mam najgorsze stopy świata (po pierwsze: obciera mnie 99,9% butów, które kupuję i to nie tylko kiedy są nowe, ale też po założeniu ich po przerwie, po drugie: b. często mam problem z bolącym podbiciem i  wreszcie po trzecie: mam wiecznie opuchnięte kostki, więc część wyższych butów mi je po prostu dodatkowo podrażnia). Serio - dla kogoś takiego jak ja, to był strzał w 10! Poza tym uważam, że są naprawdę ładne, a zestawienie czerni, różu i turkusu bardzo do mnie przemawia kolorystycznie :)




3. Niejako w komplecie z butami idzie kolejny ulubieniec, czyli...skarpetki... Wiem, że może nie jest to najbardziej podniecająca część garderoby, ale znowu - ten konkretny model to było naprawdę moje odkrycie ostatnich miesięcy! Moje są firmy Nike (z serii Dri Fit, najbardziej opłaca się kupować je w trójpaku), ale bardziej niż o firmę, chodzi mi o ich wykończenie z tyłu - tym, co zmienia całą bajkę, jest ich przedłużony "zapiętek" (nie mam pojęcia, czy to się tak fachowo nazywa), który po pierwsze ułatwia ich zakładanie, ale co najważniejsze - zapobiega ich zsuwaniu podczas ruchu! Niestety ale (znowu ukłon w stronę moich problematycznych stóp) zawsze, ale to zawsze męczyłam się ze stopkami, które "uciekały" mi z pięty i do szału doprowadzało mnie ich wieczne podciąganie (o obcieraniu stopy nie wspomnę) - więc - dla mnie takie rozwiązanie to prawdziwa bomba. Szkoda tylko, że nie tak łatwo znaleźć ten typ skarpetek.



Biorąc pod uwagę liczbę rzeczy powiązanych z uprawianiem aktywności fizycznej pokazanych w tym poście, sprawię pewnie wrażenie osoby szalenie fit, ale bez zbędnych dywagacji uznajmy po prostu, że tym razem tak się jakoś złożyło :)

4. Ostatnią rzeczą, którą również wykorzystuję głównie podczas jazdy na rowerze, jest mój cudny plecak z firmy Cayler and Sons. Plecak - worek, bo to jest ten typ ze sznurkami zamiast rączek. Ogólnie jest lekki, ładny, pojemny i kupiłam go w megapromocji, a sprawdza się naprawdę świetnie. No i poza tym, że jest z grubego materiału (więc zakładam, że nie przemaka), to ma jeszcze stylowe wykończenie a'la struś na dole - a ja jestem szalenie łasa na takie smaczki :) Jedyna uwaga - nie należy do niego pakować całego swojego dobytku (do czego ja oczywiście, jako wielbicielka ogromnych torbiszczy mam tendencje), bo wówczas sznurki będą nam się bezlitośnie wpijać w ramiona. Na Zalando jest spory wybór wzorów (cudny jest zwłaszcza taki typowo wakacyjny w kwiatki z napisem "Hi haters").



5. I ostatni ulubieniec z tej kategorii, to moja letnia torba z firmy Franklin Marshall. I tu właściwie mogę tylko napisać, że ją po prostu UWIELBIAM - jak widać poniżej, jest szalenie pojemna, lekka, prześliczna i tak charakterystyczna, że "robi" cały strój - bez względu na to, czego bym na siebie nie założyła, ona jest taką "wisienką na torcie". A ponieważ kiedy jest gorąco, nie przepadam za noszeniem skórzanych ciężkich toreb (które nawet kiedy nie są fizycznie ciężkie, to i tak jakoś niespecjalnie kojarzą mi się "letnio"), to to był zdecydowanie jeden z moich najlepszych zakupów tego lata (oprócz roweru).



























6. Po krótkim namyśle postanowiłam dorzucić tu jeszcze jeden punkt, a mianowicie ubrania sportowe z Lidla. Ostatnio Agnieszka z kanału Lifemanagerka też o nich wspominała, a ja mogę się tylko z nią zgodzić - mam cztery koszulki z serii Crivit i zakładam je zarówno do ćwiczeń jogi, jak i na rower i sprawdzają się świetnie! Naprawdę warto się nimi zainteresować.

*JEDZENIE

Z kategorii żywieniowej w tej odsłonie mam tylko jeden produkt, a mianowicie kawę Inkę bio z figami. Kupuję ją w Leclercu i od niej właściwie zawsze zaczynam dzień. Ma delikatny smak i dobry skład (rozpuszczalna kawa zbożowa - zboża 59%, w tym jęczmień i słód jęczmienny, korzeń cykorii i figi 13% - wszystko z certyfikowanych upraw ekologicznych) - ja wprawdzie tych fig kompletnie w niej nie wyczuwam, ale z jakiegoś powodu i tak smakuje mi bardziej niż taka tradycyjna. Może to moja wyobraźnia :)



*KOSMETYKI 

Jako że z kosmetykami też ostatnio nie szalałam (zresztą już od dłuższego czasu nie szaleję), w tym punkcie mam Wam do pokazania dwie rzeczy:



1. Numero uno to woda pielęgnacyjna do ciała Eau des Jardins z firmy Clarins. I tu uwaga - to nie jest ani woda toaletowa, ani woda perfumowana, tylko właśnie kosmetyk, który poza przepięknym zapachem, ma także właściwości pielęgnacyjne! Według opisu, dzięki zawartości odpowiednio dobranych olejków eterycznych, poprawia także nasz nastrój :) Jeśli lubicie świeże, cytrusowo-kwiatowe zapachy, powąchajcie sobie go przy okazji - a nuż przypadnie Wam do gustu. 

2. W poprzednim poście z tej serii (do poczytania TUTAJ) wspominałam o balsamach do ust z firmy Hurraw! No i w międzyczasie okazało się, że w ofercie pojawił się kolejny "smak", czyli Papaya&Pineapple, czyli zestaw, który ewidentnie kojarzy mi się z latem. Bardzo przypadł mi do gustu - jak wszystkie pozostałe, oczywiście świetnie nawilża usta, a dodatkowo pachnie tropikalnymi owocami - sama przyjemność.

I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do końca wpisu. W ogóle to nie wiem jak to się dzieje, że po pierwsze czas ucieka mi jak szalony i zanim się zorientuję i zbiorę w sobie, to właściwie już mija kolejny miesiąc, a po drugie zawsze wydaje mi się, że "tym razem na pewno nie będę miała Wam co pokazać", a potem się okazuje, że wpis z ulubieńcami ciągnie się niczym turecki serial (żeby nie było, że nie jestem na czasie - chociaż sama nie oglądam). Lubicie w ogóle takie posty? (ciekawe swoją drogą, co zrobię, jeśli napiszecie, że nie)...

**sama nie wierzę, że do tego nawiązałam, ale well - chcąc nie chcąc, hasło jakoś weszło do mowy potocznej :) 

sobota, 2 lipca 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy czerwca

Dziś będzie post z kategorii "na rozluźnienie", ale takich, które sama przeglądam zawsze z przyjemnością - oczywiście wiem, że najfajniej ogląda się tego typu filmiki, ale cóż - zdecydowanie nie jestem gotowa na taki krok poza moją strefę komfortu, więc wybaczcie, ale pojedziemy tradycyjnie :) 


Jak widać, uzbierało mi się kilka rzeczy, które chciałabym Wam polecić - zaznaczam tylko, że określenie "ulubieńcy czerwca" jest w stosunku do niektórych z nich dość umowne - bardziej pasowałoby "ulubieńcy kilku ostatnich miesięcy", ale wierzę w to, że raczej nikt z Was nie bierze takich haseł dosłownie. No i oczywiście nie wszystko znalazło się na zbiorowym zdjęciu, bo wiadomo nie od dziś, że mam świetną pamięć, tylko odrobinkę przykrótką i o dwóch rzeczach przypomniałam sobie już po fakcie :) 

Do rzeczy - żeby było bardziej przejrzyście, podzieliłam sobie wszystko na kategorie:

* KOSMETYKI

1. Maseczka Origins Drink-Up Intensive - na kosmetyki tej firmy czaiłam się od nie pamiętam już kiedy i jakoś zawsze przy okazji zakupów o nich ostatecznie zapominałam. Wreszcie parę miesięcy temu podczas rozmowy z koleżanką jakoś zeszłyśmy na polecane kosmetyki i kiedy zaczęła się rozwodzić nad tym, jaki to jest świetny produkt, to wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę. I słusznie, bo od pierwszego użycia jestem totalnie zachwycona - zużyłam już prawie całe opakowanie (a jest spore!), kolejne czeka grzecznie w szafce. W Polsce chyba wyłączność na Origins ma Sephora i warto wstrzelić się w promocję -20% - wtedy wydatek nie boli aż tak bardzo :) 




Co do samej maseczki, to dla mojej wrażliwej (i suchej) skóry, jest ona prawdziwym objawieniem - stosuję ją po prostu jako krem na noc - z tym, że oczywiście nie codziennie. I widzę różnicę - skóra jest dobrze nawilżona i elastyczna, w dodatku maseczka przepięknie pachnie. Wiem, że niektórzy narzekają, że po jej nałożeniu klei się twarz, ale powiem szczerze, że ja nawet nie zwróciłam na to uwagi. Dla mnie to zdecydowanie jedno z tegorocznych odkryć. 

2. Krem Embryolysse Lait-Creme Concentre - tu nie pamiętam, jak na niego trafiłam, pewnie gdzieś przeczytałam opis, potem kupiłam na próbę małe opakowanie i...przepadłam :) Cóż mogę powiedzieć - moja skóra go uwielbia - stosuję go rano pod makijaż i czasem też na noc, zwłaszcza kiedy mam jakieś podrażnienia - jest bardzo delikatny i po prostu świetny! 



3. Hydrolat różany - mój jest z Biochemii Urody, ale pewnie większość działa podobnie - ja przelewam sobie trochę do małej buteleczki ze spryskiwaczem, trzymam go w lodówce i używam kilka razy dziennie jako toniku, ale także w momencie, kiedy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia (cudowne uczucie, zwłaszcza w upalny dzień!). 



4. Balsam do ust Hurraw! 

Te balsamy to moje małe uzależnienie - nie wiem, ile już ich miałam, ale przyznam się, że odkąd je odkryłam, nie wyobrażam sobie nie posiadania przynajmniej jednego w zapasie - ten na zdjęciu jest limonkowy (świetny!), mam też wersję kakaową, rumiankową, o smaku earl greya i gdzieś zgubiłam wiśniową. Zamawiam je na IHerb, ale z tego co wiem, w Polsce też można je dostać online (oczywiście z przebitką cenową). Produkt jest organiczny, wegański i (co najważniejsze) - fantastycznie nawilża usta! Ja uwielbiam. 





* JEDZENIE

Tu tylko jeden produkt, ale za to jaki pyszny :) 
Chipsy kokosowe DANG o smaku słonego karmelu - o mamo, chyba dobrze, że nie są one tak łatwo dostępne (również zamawiam je na IHerb), bo podejrzewam, że źle by się to dla mnie skończyło - a tak, delektuję się nimi raz na jakiś czas, a potem tęsknię :) Jeśli będziecie mieli okazję spróbować, serdecznie polecam, tylko uprzedzam - wciągają dokładnie tak samo, jak zwykłe chipsy - ciężko się od nich oderwać! 





* KSIĄŻKA

Mój czytelniczy czerwiec zdecydowanie upłynął pod znakiem serii o Lipowie, autorstwa Katarzyny Puzyńskiej. Poświęciłam jej cały poprzedni post, więc nie będę się powtarzać - powiem tylko, że wciągnęłam się po same uszy, kończę właśnie "Łaskuna" i czekam niecierpliwie na kolejne części. 




* MUZYKA

O tym, że od jakiegoś czasu (a konkretniej odkąd zdecydowałam się oddać do naprawy gramofon mojego Taty), słucham już właściwie wyłącznie muzyki na winylach, być może już wspominałam (a jeśli nie, to właśnie to robię) - w związku z tym często wśród moich prezentowych życzeń znajdują się płyty. Z okazji ostatnich urodzin moja kolekcja powiększyła się m.in. o nowy album Lany Del Rey "Honeymoon" i właściwie od tej pory nie przestaję jej słuchać - to jest po prostu idealna płyta na wakacje, no a jak widać na zdjęciu - dodatkowym smaczkiem jest jej czerwony kolor (a właściwie ich, bo to jest podwójny album!). Moim numerem jeden jest "High by the Beach" i "Freak" - do tego zimny drink, okulary słoneczne na nos i czuję się jak w Kalifornii :) 




* MIEJSCE

Miejscem, które odkryłam w czerwcu (i to właściwie pod jego koniec, więc troszkę umieszczam je tu na wyrost, ale myślę, że warto) jest sklep TerraVege na Kabatach w Warszawie (adres to Kabacki Dukt 4, na samym końcu Al. KEN). Jeśli ktoś jest z tych okolic, albo będzie w pobliżu, a szuka czegoś przyjaznego weganom, alergikom, osobom na diecie bezglutenowej lub po prostu lubi wiedzieć, co kupuje i je, to serdecznie polecam - jak na malutki sklepik, jest zaskakująco dobrze zaopatrzony, ma przesympatycznych właścicieli i bardzo dobre ceny!!! Stronę internetową  i FB też ma :) 

* AKCESORIA/INNE

W tej kategorii mam aż cztery rzeczy, ale dwie z nich omówię szybko razem: 

1 i 2. Butelka Bobble bottle i butelka szklana 

O Bobble bottle chyba już kiedyś pisałam, bo mam ją już od kilku lat (właściwie chyba odkąd pojawiła się w Polsce - wtedy można było ją kupić wyłącznie online, teraz jest dostępna np. w Duce). Jeśli kogoś interesują szczegóły, to odsyłam na tę stronę. Ja tylko dodam, że odkąd ją mam, właściwie przestałam kupować wodę w jednorazowych butelkach. Poza aspektem eko, ważna jest też wygoda, to że można do niej nalać wodę z kranu w dowolnym miejscu, jest poręczna i ładna (filtry mają różne kolory - ostatnio trzymałam się różu, ale teraz mam taki wakacyjny morski turkus i też jest super). 




Jakiś czas temu kupiłam sobie również butelkę szklaną, która sprawdzała się dobrze przede wszystkim w pracy (nalewałam sobie do niej wodę z pojemnika z filtrem i pilnowałam, żeby popijać przez cały dzień), teraz używam jej też w domu. Bardzo ją lubię (dopasowanie kolorystyczne obu butelek jest całkiem przypadkowe :)) ale przyznaję, że na wyjścia "w miasto" wybieram Bobble, bo jednak wiadomo, że szkło swoje waży. Moja butelka jest z TkMaxx - wiem, że co jakiś czas pojawiają się w ich ofercie w różnych kolorach. 



3. Przedostatnią rzeczą, o której chciałabym Wam napisać, jest opaska do spania na oczy z firmy Lunaby (pewnie każdy o tym wie, ale jeśli nie, to jest to firma Joasi Glogazy, czyli Styledigger - myślę, że za jakiś czas skuszę się na którąś z ich pięknych piżam). 

Jakoś do tej pory wydawało mi się, że to jest dodatek z kategorii całkiem zbędnych, na zasadzie "a, nie mam na co wydać pieniędzy, to sobie kupię opaskę na oczy". No i co? No i pudło :) Moja sypialnia utrzymana jest w jasnych barwach, na oknach mam białe drewniane żaluzje i wprawdzie wyglądają one świetnie, ale niestety w okresie wiosenno-letnim, kiedy na zewnątrz jasno zaczyna się robić już w okolicach 4 nad ranem, brakuje mi jakiegoś zaciemnienia. Do tego dochodzą problemy ze snem, na tle nerwowym (polega to na tym, że zasypiam w miarę łatwo, ale budzę się około 3 i męczę przez kolejne dwie godziny, walcząc ze sobą o jeszcze odrobinę odpoczynku). Dlatego jakiś czas temu stwierdziłam, że sprawdzę na sobie, czy przypadkiem taka maseczka nie będzie dobrym rozwiązaniem - i okazało się, że owszem - nie zakładam jej od razu wieczorem, tylko kładę na stoliku przy łóżku i korzystam z z niej po wybudzeniu nad ranem. I działa - mój organizm sam się jakoś wycisza w ciemności, więc siłą rzeczy budzę się rano znacznie bardziej wypoczęta. Dla mnie bomba! No i ten uroczy wzór z ptaszkami (na IG dowiedziałam się, że to Rudziki) :) Do kompletu mam jeszcze kosmetyczkę, która może służyć jako pokrowiec do Kindle. PS właśnie zauważyłam, że w dwóch miejscach zrobiły mi się zacieki od czerwonej wstążeczki - nie wiem od czego to, ale w sumie nie wpływa to na komfort użytkowania (poza względami estetycznymi). 




4. No i last but not least to gadżet, który wzbudza spore zainteresowanie niemal wszędzie - jest to Ring (mój nazywa się Ring Thing, a najbardziej popularny to iRing), czyli uchwyt do telefonu. 

Ja mam dwa - ten na zdjęciu oraz aktualnie używaną wersję złotą (nie miałam jak jej pokazać, bo robiłam zdjęcie telefonem) - przykleja się go do obudowy z tyłu i tyle. A zastosowanie? Jeśli kiedykolwiek szliście ulicą z telefonem w ręku, który niespodziewanie wyślizgnął się Wam z ręki, jeśli lubicie używać smartfona w wannie i boicie się, że w końcu go utopicie, albo przeglądacie sobie coś na leżąco przed snem i chociaż raz telefon wylądował Wam na twarzy, to owszem, to jest gadżet dla Was :) Może też służyć jako podstawka do telefonu, kiedy np oglądamy sobie coś na YT. Ja uwielbiam! 




No i dobrnęliśmy do końca :) Trochę tego było, ale tak to jest, jak się ma długą przerwę i potem chce się pokazać wszystko naraz. 

Dajcie znać, czy coś Was zainteresowało/zainspirowało, a może znacie/używacie z czegoś, o czym wspomniałam wyżej? Sama też jestem bardzo ciekawa Waszych ulubieńców. 

środa, 12 marca 2014

Co lubi moje ciało? *

* oczywiście poza dobrym jedzeniem (a także tym, czego aktualnie nie może jeść), wygodnymi ubraniami, seksem i paroma innymi rzeczami, które są nie mniej przyjemne, ale o których nie będę dziś pisać :)

Dziś (w ramach odskoczni od tematyki filmowej) będzie o dwóch kosmetykach, które moje ciało bardzo lubi i otrzymuje je w ostatnim okresie dość regularnie i w sporej dawce. 


Masła do ciała The Body Shop są zapewne znane większości z Was i albo je lubicie, albo nie. Nie zamierzam nikogo przekonywać co do ich wyższości nad innymi produktami nawilżającymi - sama zresztą też nie wrzucam ich hurtem do jednego worka, ponieważ nie ukrywam, że dla mnie poza działaniem i składem, liczy się także zapach i zgodnie z tym niektóre lubię, a niektóre omijam szerokim łukiem. Do moich ulubionych należy mango oraz grejpfrut, lubię także malinę, a do tej małej grupki dobiła ostatnio również jagoda, czyli Blueberry. Skład zobaczycie sobie na zdjęciu poniżej, nie ma na co narzekać, bo nie jest zły, może i daleko mu do ideału (czy choćby do rywala poniżej), ale to już kwestia indywidualnego podejścia. 


Podobnie działanie i aplikacja - dla mnie konsystencja jest w sam raz, rozsmarowuje się bez problemu, nie zostawia tłustej warstwy, wchłania się dość szybko, jest raczej wydajne, a zapach mnie osobiście urzeka, bo jest dość słodki, ale nie przesadnie i nie ma w sobie tej sztuczności, która czasem potrafi zwalić z nóg (oczywiście zależy co kto lubi, bo niektórych pewnie może odrzucać). Co do nawilżania, to to jest mi najtrudniej obiektywnie ocenić, ponieważ nie używam masełka codziennie. Jesienią i zimą, głównie po kąpieli, wsmarowuję w ciało znaną wszystkim oliwkę Hipp, a co któryś dzień, wymiennie, stosuję właśnie to masło TBS lub balsam, o którym wspomnę za moment. Tak więc w takiej kombinacji nawilżenie jest idealne, nie mam pojęcia jak sprawdziłby się ten kosmetyk solo. Podejrzewam jednak, że o ile nie macie jakiejś super wysuszonej skóry, to byłoby ok, ponieważ latem używałam wyłącznie wspomnianej wersji grejpfrutowej i nie miałam najmniejszych problemów z przesuszeniem. No, ale wiadomo - wszystko zależy od stanu i rodzaju skóry. 


Ja jagódkę bardzo lubię, szkoda tylko, że teraz to chyba jest wersja limitowana. No i jasna sprawa, że masła TBS kupujemy na przecenach, bo umówmy się, że 65 zł za opakowanie to nie jest rozsądna oferta. 


Drugim kosmetykiem, o którym chciałam napisać, jest balsam do ciała Lavera Body SPA wersja różana i to jest dla mnie strzał w dziesiątkę (lub może raczej w dziewiątkę, bo muszę sprawdzić inne wersje zapachowe). Tu zarówno do składu, jak i działania nie można chyba mieć żadnych wątpliwości, bo kosmetyk jest naprawdę świetny. 
Podaję (za wizaz.pl): /Coconut Dream/ Aqua, Glycerin, Alkohol*, Olea Europea Fruit Oil*, Caprylic Triglyceride, Myristyl Alkohol, Cetearyl Alkohol, Glycine Soja Oil*, Glyceryl Stearate Citrate, Butyrospermum Parki*, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Squalane, Hydrogenated Lecithine, Xanthan Gum, Hydrogenated Palm Glycerides, Vanilla Planifolia Fruit Extract*, Lysolecithin, Cocos Nucifera Extract*, Theobroma Cacao Extract*, Brassica Campestris Sterols, Tocopherol, Lecithin, Helianthus Annus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Fragrance/Parfum. Natural essencial oils: Citral, Limonene, Linalool. 
100% naturalnych składników. 100% składników pochodzenia roślinnego. Dermatologicznie testowany na skórze wrażliwej. Posiada certyfikaty NaTrue i Vegan Society.

Jedyne, na co radzę uważać, to zapach, bo - drogie Panie - jego intensywność może zabić, albo doprowadzić do płaczu, jeśli strzelimy sobie tę przyjemność w ciemno :) Od siebie powiem tak - bardzo lubię zapach róży, ale ten balsam muszę sobie dawkować raz na dobrych kilka dni, bo aromat jest zarówno bardzo realistycznie oddany, jak i diabelnie mocny - i utrzymuje się na skórze równie długo! Jestem bardzo ciekawa wersji lawendowej i kokosowej, chociaż trochę się boję efektu kulek na mole albo batonika Rafaello...

Tak czy inaczej - jeśli jeszcze nie znacie któregoś z ww kosmetyków, a macie chęć na coś nowego, to polecam (z zachowaniem ostrożności i dokładnym obwąchaniem obu wersji PRZED zakupem!) :)

Ciekawa jestem, które z maseł TBS są wśród Waszych ulubionych? Albo czy macie coś innego, z fajnym składem i zapachem, co warto przetestować?  

sobota, 15 lutego 2014

Co ratuje moją skórę?

Wprawdzie pisałam już o tym nie raz, ale ponieważ nie każdy musi śledzić na bieżąco każdy z moich wpisów, powtórzę to dziś i będę pewnie powtarzać jeszcze niejeden raz. Mam bardzo wrażliwą cerę. Powiem więcej - jestem alergikiem, który od lat ma świadomość, że wiele kosmetyków drogeryjnych przynosi mi więcej szkody niż pożytku, dlatego bardzo uważnie dobieram produkty, które na siebie nakładam. Oczywiście nie zmienia to faktu, że i tak trafiam czasem na minę i potem borykam się całymi tygodniami z Atopowym Zapaleniem Skóry, które sprawia, że mam chęć wyrwać sobie z głowy wszystkie włosy. W dodatku niestety cierpię także na nietolerancję pokarmową, która również objawia się ATZ - normalnie ubaw po pachy, gdyby nie to, że często nie jest mi za bardzo do śmiechu. W dodatku wiele produktów, zarówno tych aptecznych, przepisywanych przez dermatologów, jak i kosmetycznych, reklamowanych jako te dla cery super i hiper wrażliwej, alergicznej i nie wiadomo jakiej jeszcze, w ogóle się u mnie nie sprawdza, a niektóre wręcz potrafią zrobić dodatkową krzywdę. 

Ostatnio udało mi się jednak stworzyć coś w rodzaju mojego mini zestawu ratunkowego, który nie raz już pomógł mi w podbramkowej sytuacji i dlatego chcę się tym z Wami podzielić, bo a nuż okaże się, że ktoś z Was boryka się z podobnym problemem i nadal szuka czegoś, co mu pomoże. Oczywiście pamiętajcie o tym, że produkty zawsze dobieramy do swoich indywidualnych potrzeb, bo każda z nas ma inną cerę, a także to, co jednej osobie będzie służyć idealnie, drugiej może zaszkodzić! Dlatego przestrzegam zarówno przed kupowaniem czegoś totalnie w ciemno, a po drugie przed sugerowaniem się wyłącznie reklamami, lub tym, co ktoś inny pisze na blogu - najpierw sprawdzamy składy oraz właściwości danego kosmetyku - wiem, że większość z Was doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale wiem także, jak łatwo jest w zakupowym "amoku" zapomnieć o tych ważnych rzeczach :) 

Produktów, o których chcę dziś napisać, nie jest dużo, właściwie można powiedzieć, że to taka garstka ulubieńców, dobranych autorską metodą prób i błędów, niekiedy odkrytych zupełnie przez przypadek. 


1. Na początek idzie czarne mydło afrykańskie African Black Soap z firmy Nubian Heritage, zamówione przeze mnie w sklepie iHerb. Jak widać na zdjęciu poniżej, zawiera ono m.in. popiół z palmy, ekstrakt z tamaryndowca (czymkolwiek on jest) oraz korę platanową, a także owies, aloes i witaminę E. 


Mydło pachnie bardzo delikatnie i bardzo ładnie (troszkę orientalnie), jest faktycznie calutkie czarne i przyznam się, że w tej grupie było dla mnie największym zaskoczeniem - odkąd używam go do mycia dłoni, moja skóra naprawdę dochodzi do siebie znacznie szybciej (a dodam, że przy podrażnieniu wcześniej musiałam unikać wody, która dodatkowo mnie wysuszała i sprawiała, że skóra pękała). Przetestowałam je także bardzo ostrożnie na twarzy i muszę powiedzieć, że też zauważyłam poprawę! Dlatego póki co - to moje odkrycie tego roku. 

2. Kolejnym odkryciem jest krem Mediderm, jak widać po nazwie - przeznaczony do pielęgnacji skóry z ATZ, łuszczycą czy egzemą. 


I tu ciekawostka - w momencie zaostrzenia mojego AZS, przy nałożeniu na skórę tego kremu, mam wrażenie, że ktoś oblał mnie właśnie żrącym kwasem, który wypala mi twarz - trwa to na szczęście tylko chwilę (upierdliwą, ale powiedzmy, że do przeżycia), a potem następuje długa ulga i autentyczna poprawa stanu skóry :) Przy remisji, krem nie daje aż takich spektakularnych efektów, ale dobrze nawilża i łagodzi podrażnienia. Jest bezzapachowy i tani i na mnie osobiście działa o niebo lepiej niż wszystkie inne apteczne maści, balsamy i elo-bazy. 


3. W okresach, kiedy moja skóra czuje się i wygląda nieco lepiej, lub też kiedy muszę wyjść do ludzi i wyglądać przyzwoicie (czytaj: nałożyć makijaż, który przetrwa cały dzień w mniej więcej nienaruszonym stanie), z pomocą przychodzi mi Emolientowy Krem Nawilżający od Pharmaceris. Jest bardzo delikatny, świetnie nawilża i nadaje się pod podkład. Czasem wymiennie stosuję jeszcze Krem Ratunek (który nie załapał się na zdjęcie grupowe, ale też jak najbardziej znajduje się w grupie ulubieńców!).  



4. Jeśli chodzi o dłonie, to od zawsze testuję jakąś szaloną ilość kremów - zawsze daję się skusić na coś nowego, czego czasem żałuję. Być może uda mi się zrobić za jakiś czas zestawienie aktualnie używanych przeze mnie produktów, z wyróżnieniem tych, które polecam. Wśród nich na pewno znajdzie się Hipoalergiczny Balsam do Rąk firmy Pat&Rub, który uwielbiam za działanie i skład, a nie cierpię za cenę i wydajność - sorry P&R, ale dla mnie regularna cena 39-45 zł za krem do rąk (który naprawdę zużywa się w błyskawicznym tempie) to po prostu zdzierstwo i naprawdę argumenty typu "za dobry skład trzeba płacić" etc. są dla mnie kompletną bzdurą.



5. Last but not least, dwa produkty, które stosuję zamiennie i z których jeden (Uriage) jest ze mną trochę dłużej, a drugi (Caudalie) został kupiony na wypróbowanie stosunkowo niedawno. 
O wodzie termalnej Uriage napisano i powiedziano już chyba wszystko i od siebie dodam tylko, że podpisuję się obiema rękoma pod wszelkimi peanami na jej temat - myślę, że tylko ten, kto nigdy nie borykał się z podrażnieniem skóry może się przyczepić do tego produktu i uznać go za coś zbędnego. Przedtem przetestowałam wiele innych wód termalnych dostępnych na naszym rynku i muszę powiedzieć, że po prostu sorry, ale odpadają w przedbiegach - nie tylko dlatego, że Uriage nie trzeba wycierać i można spokojnie zostawić ją na twarzy do wyschnięcia/wchłonięcia, ale przede wszystkim ze względu na to, że u siebie widzę zasadniczą różnicę w działaniu. Uriage koi. I tyle w temacie. 


Co do wody winogronowej od Caudalie, to na razie mogę powiedzieć dość ostrożnie, że wydaje się być dobrym zamiennikiem Uriage - co być może przyda się komuś, kto ma dostęp do jednej firmy, a drugiej np musi szukać. Moja skóra lubi ten kosmetyk, jest po nim wyraźnie odświeżona i zrelaksowana, a nawet ukojona. Jeśli w międzyczasie ulegnie to zmianie, nie omieszkam o tym wspomnieć :) 

Podsumowując, podkreślę raz jeszcze - to są kosmetyki, które sprawdzają się U MNIE, ze swojej strony więc szczerze je polecam, ale liczę się z tym, że ktoś może w komentarzu napisać, że coś u niego wywołało całkiem inną reakcję. Tak to już jest z kosmetykami, dlatego uważam, że zarówno w drogerii, jak i w aptece należy zachować czujność i nie dać się zanadto ponieść impulsom (no, chyba że jesteście szczęśliwcami i posiadacie skórę jak nosorożec, której nic nie zaszkodzi - wówczas życzę miłego eksperymentowania!) :))

Przyjemnego weekendu, mili moi! 

środa, 30 października 2013

Trzej (jesienni) muszkieterowie

O moich ulubionych perfumach pisałam już kiedyś TUTAJ  i muszę powiedzieć, że od tego czasu niezbyt wiele się w tym temacie zmieniło :)
Jedno jest pewne - dzielę zapachy na pory roku i nie wyobrażam sobie np używania Daisy Marca Jacobsa w środku mroźnej zimy, kiedy na zewnątrz tańczą płatki śniegu - no po prostu jakoś mi to jedno z drugim nie współgra...
Dlatego dziś pokażę Wam trzy zapachy, które najczęściej goszczą na mojej skórze już od pierwszych chłodów (a dwa z nich tak naprawdę nawet wcześniej).

Oto moi osobiści trzej muszkieterowie:


O samych zapachach nie będę się rozpisywała zbyt szczegółowo, ponieważ nie jestem specjalistką w tej dziedzinie - jak pewnie większość z Was, wybieram perfumy totalnie "na nos", czyli albo mi się podobają, albo nie i zdarza mi się, że dopiero po czasie wczytuję się, co ma w sobie dany flakonik :)

Aczkolwiek akurat z tymi trzema buteleczkami było nieco inaczej niż zwykle.

Poniżej (i po lewej na zbiorczym zdjęciu) widzicie Paris z domu mody Balenciaga, czyli perfumy, o których najpierw się naczytałam (bo wówczas nie było ich jeszcze w Polsce) i leciutko oszalałam na ich punkcie wyłącznie pod wpływem opisów (wydawały mi się po prostu stworzone dla mnie) i kiedy w końcu udało mi się je dopaść przy okazji pobytu w Madrycie, właściwie chyba nie miało już znaczenia, jak tak naprawdę pachną, bo i tak musiałam je kupić :) 

No nie, trochę żartuję - na żywo okazało się na szczęście, że pachną mniej więcej tak, jak sobie to wyobrażałam i tak oto jeden z moich jesiennych ulubieńców trafił do mojej kolekcji. 

Nie potrafię jednoznacznie określić tego zapachu - jest trochę retro, trochę pudrowy, na pierwszy plan wysuwa się fiołek, ale jest to fiołek okadzony czymś więcej, jakimś lasem i diabli wiedzą czym jeszcze :) W każdym razie perfumy bardzo eleganckie i kobiece, na pewno nie "dziewczęce" - uwielbiam je ciągle i niezmiennie! 

Nuty zapachowe:
nuta głowy: pieprz, zielone nuty
nuta serca: fiołki, nuty kwiatowe
nuta bazy: nuta drzewna, pudrowa, piżmowa


Następnie prezentuje się buteleczka, której zawartość jednym się spodoba, a drugich odrzuci na kilometr - ja zresztą miałam podobnie :)  
Bowiem For Her (ale Eau Delicate, wersja limitowana!) od Narciso Rodriguez to zapach bardzo dziwny. 


Długo szukałam czegoś z figą w tle i nie pamiętam już w jaki sposób natknęłam się właśnie na ten produkt. W pierwszej chwili pomyślałam, że w życiu nie będę tym pachnieć, a jakieś 5 minut później przepadłam na amen :) 

To zapach charakterystyczny, piżmowy, intymny i .... aksamitny, przyciąga uwagę zwłaszcza mężczyzn (ale nie tylko, bo właściwie ilekroć nim pachnę, dostaję pytania co to takiego). Ma tyle samo fanek, co wrogów, bo ewidentnie jest to mieszanka, która musi się dobrze zgrać z naszą skórą i na każdym pachnie inaczej! 

Nuty zapachowe: figa, wetiwer, piżmo, kwiat pomarańczy, bursztyn, wanilia, bergamotka


Na koniec zostawiłam mój numer jeden, zapach całoroczny, ponieważ uwielbiam go tak bardzo, że mogłabym go używać non stop przez cały rok - moje drogie Panie (i ewentualnie jakiś drogi zabłąkany pewnie przez przypadek Pan) - oto Chloe, Love! 






Z tym zapachem to dopiero miałam przejścia...Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ogólnie uwielbiam perfumy od Chloe (poza See, które jakoś kompletnie do mnie nie przemówiły, ale może to się jeszcze zmieni), tak więc byłam ciekawa i tych. Pierwszy raz powąchałam je na koleżance z pracy i totalnie mnie zauroczyły. Oczywiście poleciałam do sklepu, spsikałam się pełna nadziei i... załamałam, bo wydawało mi się, że na mnie pachną jakoś płasko i banalnie, ale jednocześnie dusząco i w ogóle niefajnie.

Ostatecznie wybrałam wtedy coś innego, ale Love nie dawały mi spokoju - chodziłam koło nich jak pies koło jeża, próbowałam, testowałam i znowu je zostawiałam :( 

I nie mam pojęcia co się stało, ale w pewnym momencie po prostu "zaskoczyły" - tzn zgrały się z moim naturalnym zapachem do tego stopnia, że wiedziałam, że to będzie dłuższy związek, a nie tylko przelotny romans! 
I tak sobie trwamy radośnie razem od tej pory i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić :) 
Dla mnie to zapach szalenie kobiecy, baaaardzo elegancki, mydlany, pudrowy i otulający niczym kaszmirowy szal. Mój IDEAŁ. 

Nuty zapachowe:
nuta głowy: kwiat pomarańczy, różowy pieprz
nuta serca: irys, bez, hiacynt, heliotrop
nuta bazy: piżmo, puder ryżowy
 
A Wy macie jakichś perfumowych jesienno-zimowych ulubieńców?

piątek, 18 października 2013

PLUM!

Żeby była jasność - tytuł dzisiejszego posta nie ma oznaczać angielskiej śliwki, tylko onomatopeję (trudne słowo) odnoszącą się do częstego jesienno-zimowego dźwięku w mojej łazience :) 

Innymi słowy - będzie o kąpieli, a konkretniej o moich nowych nabytkach do tejże. 


Parę dni temu, korzystając z kuponu zniżkowego z Twojego Stylu, uzupełniłam mój mały zapas ulubionych kul do kąpieli firmy Organique - kto ich nie zna (a lubi kąpiele, rzecz jasna), niech się z nimi czym prędzej zapozna, bo naprawdę warto! 

Kule mają łagodne, raczej nieduszące zapachy (a wybór jest na tyle spory, że sądzę iż każdy znajdzie coś dla siebie), wydajne (jedna wystarcza na dwie kąpiele, ponieważ bezproblemowo dzieli się na pół), stosunkowo niedrogie (ok. 13-14 zł w standardzie), mają dobry skład (będzie na kolejnym zdjęciu), nawilżają ciało, no i pięknie pachną...
Ja oczywiście zaczęłam od lawendy (nie będę po raz kolejny rozwodzić się nad tym, jak uwielbiam ten zapach, ale cóż - UWIELBIAM lawendę :PP), a do niej dorzuciłam subtelną magnolię (podobno najpopularniejszy zapach, pewnie dlatego, że wydaje się najbardziej neutralny ze wszystkich, które Organique ma w ofercie, dlatego sporo osób kupuje go na prezent) oraz kulę grecką, fantastycznie pachnącą winogronami! 

Oprócz tego skusiłam się na porcję soli do kąpieli (o zapachu khm...khm... lawendy...), ponieważ jak dowiedziałam się od przemiłej ekspedientki w sklepie (swoją drogą serdecznie polecam sklep na Kabatach!), sól (chociaż nie nawilża), ma silniejsze działanie aromaterapeutyczne i lepiej pozwala się zrelaksować po wyjątkowo męczącym, czy stresującym dniu. Tak więc kule będą na "zwykłe" kąpiele, a sól na gorszy dzień :) 


Poza wspomnianymi produktami Organique, nowym nabytkiem łazienkowym jest także płyn do kąpieli z olejkami z niemieckiej firmy Kneipp, po którym wiele sobie obiecywałam. 

I który srodze mnie zawiódł :( 

Najpierw oczywiście poczytałam sobie o fantastycznym działaniu tych kosmetyków i o tym, jakie są naturalne etc., napaliłam się na więc na nie jak szczerbaty na suchary i mniej więcej tak właśnie na tym wyszłam... 
Bo płyn o zapachu (w tym miejscu chcę serdecznie przeprosić bardziej wrażliwych  czytelników)...lawendy z wanilią po pierwsze pachnie raczej słabo (a już na pewno nie sprawdza się jako podstawa aromatycznej kąpieli, na co miałam ogromną nadzieję), a po drugie ma w składzie SLS, co niestety przy kosmetykach z naturalnych składników jest dla mnie dużym minusem. 

Szkoda, bo naprawdę miałam nadzieję, że udało mi się znaleźć dodatek z fajnym składem, a tymczasem jestem zmuszona szukać dalej. Dla tych, którzy nie przywiązują zbytniej wagi do składów dodam tylko, że jeśli chodzi o produkty do ciała, to nie jestem jakimś totalnym freakiem (no, powiedzmy takim umiarkowanym), ale akurat SLSy widocznie wysuszają moją skórę i dlatego staram się ich unikać tam, gdzie tylko mogę. 


A może macie do polecenia sprawdzony płyn do kąpieli bez SLSów? Niekoniecznie lawendowy :)) Chętnie skusiłabym się na coś czekoladowego (albo inny ciekawy zapach) :) 

Lubicie kąpiele w wannie, czy raczej należycie do frakcji prysznicowej?

piątek, 11 października 2013

Avene pod oczy - mój mały cudotwórca

Ci, którzy zaglądają tu w miarę regularnie, zapewne zauważyli, że nie wrzucam zbyt często recenzji kosmetyków. Dzieje się tak głównie z tego prostego powodu, że kiedy uda mi się znaleźć coś, co odpowiada mojej kapryśnej i superwrażliwej cerze, to trzymam się tego najdłużej jak się da i rzadko zmieniam swój stały zestaw, który dla części z Was może wydawać się wręcz nudny.

Z tego właśnie względu z reguły nie interesują mnie wszelkie nowinki i drogeryjne promocje (a raczej interesują, ale wyłącznie w kategorii teoretycznych ciekawostek), a rzeczy które się sprawdziły u mnie, mogę z reguły polecić z czystym sumieniem wszystkim wrażliwcom. 
Jeśli chodzi o kremy pod oczy, to przyznaję się od razu z ręką na sercu, że mam w tym obszarze problem z regularnością - najzwyczajniej w świecie zapominam o tej strefie (między innymi dlatego, że swoje kremy trzymam w lodówce i chociaż odległość między moją łazienką a kuchnią nie jest specjalnie powalająca, to jednak wystarcza żeby w międzyczasie zapomnieć o tym, co miałam zrobić i wiadomo jak się to kończy :)). Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych z Was to pewnie niewybaczalny grzech, zwłaszcza jeśli jest się już po trzydziestce (i to całkiem sporo), ale na szczęście patrząc na moją babcię i mamę, natura poza kapryśną cerą, ofiarowała mi również niezłe geny, co oznacza, że nawet przy minimalnej pielęgnacji mam szansę za kilkadziesiąt lat nie wyglądać całkiem jak suszona śliwka i tej myśli się uparcie trzymam :)

No, ale do rzeczy...
Moja strefa pod oczami jest obszarem bardzo newralgicznym, zwłaszcza w okresie, kiedy zmagam się z nękającą mnie alergią i wtedy jedyną rzeczą, na którą nie reaguję palącym bólem i szalonym łzotokiem, jest termalna woda Uriage (swoją drogą, mój kolejny hit wszechczasów). Ostatnio dołączył jednak do niej ten mały kremik francuskiej aptecznej firmy Avene - Soothing Eye Contour Cream i muszę powiedzieć, że to była miłość od pierwszego użycia. I co ważniejsze - miłość, która nie zmniejszyła się wcale z upływem czasu!

Ta mała (10 ml) tubka idealnie nadaje się dla takich wrażliwców jak ja, którzy mają problem z normalnymi (nawet teoretycznie przeznaczonymi dla podrażnionej skóry) specyfikami. Krem jest super łagodny, dobrze nawilża i, co najważniejsze, ŁAGODZI istniejące już podrażnienia. I można nakładać go również NA powieki. Gdybym była mniej ostrożna w wydawaniu radykalnych opinii, to pokusiłabym się o stwierdzenie, że znalazłam swój ideał - z tym, że lojalnie uprzedzam, jeśli komuś zależy na mocnym działaniu i efektach przeciwzmarszczkowych, to Avene może okazać się zbyt delikatny.
Natomiast jeśli bezskutecznie męczyliście (a raczej -łyście) się dotychczas z kremami, które zamiast koić, dodatkowo podrażniały wrażliwą okolicę wokół oczu, to gorąco polecam przetestowanie tego kosmetyku.

Przy okazji jestem ciekaw,a jak wygląda Wasza sytuacja z kremem pod oczy - czy zawsze pamiętacie o jego nakładaniu, macie jakiś wyjątkowo sprawdzony, czy nadal jesteście na etapie poszukiwań?

Follow my blog with Bloglovin
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...