Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prywatne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 czerwca 2017

Dzień dobry, czy zastałam Jolkę?

Khm, khm.

Gdyby to był serial telewizyjny, w tym momencie na ekranie pojawiłby się napis:

9 miesięcy później...

a potem oczywiście akcja ruszyłaby dalej z kopyta, bez zbędnej zwłoki. 

Ale że nie jest to serial (mimo że niekiedy mam co do tego poważne wątpliwości), to tym najwierniejszym z Was, którzy nie postawili jeszcze na mnie krzyżyka, należą się ze dwa słowa wyjaśnienia, co się ze mną działo, kiedy mnie nie było. 

Otóż moi drodzy - banał nad banałami - życie mnie dopadło. A konkretniej praca. Tak, wiem, narzekałam, jak jej nie było, a kiedy już ją mam, to mam chęć narzekać jeszcze bardziej. Bo owa praca nie dość, że wyssała ze mnie praktycznie całą życiową energię i entuzjazm, to jeszcze pozbawiła mnie wszelkiej kreatywności. Właściwie spokojnie mogłabym napisać książkę (i to w paru tomach) o sytuacjach, z którymi zetknęłam się w ciągu ostatnich kilku miesięcy i wierzcie mi, że byłby to niezły komediodramat. Z elementami horroru. Zakończony rozstrojem nerwowym głównej bohaterki. No, ale cóż, człowiek (oraz dwa wiecznie puste kocie brzuchy) na samym powietrzu długo nie pociągnie, więc chcąc nie chcąc (choć zdecydowanie bardziej NIE chcąc), dzień po dniu zwlekam się z łóżka, mamrocząc pod nosem "pracuję, żeby moje koty miały godne życie"... Żeby jeszcze tylko te dwa małe łobuzy doceniały moje poświęcenie...No ale wiadomo - od kochania to można mieć psa. A kot jest istotą wyższą. 

A co poza tym, że podpieram się nosem ze zmęczenia, a i tak nie mogę spać? Otóż stuknęła mi właśnie ... nie wchodząc w szczegóły - powiedzmy, że kolejna 18-tka z hakiem :) Nie żebym jakoś mocno się przejęła tą zmianą kodu, bo w sumie mentalnie i tak od lat oscyluję gdzieś w okolicach dwudziestu paru lat, ale tak jakoś wzięło mnie na wszelakie rozważania. No i między innymi stwierdziłam, że jednak spróbuję tu zajrzeć od czasu do czasu i zarzucić jakiś niespecjalnie wymagający intelektualnie temat, choćby po to, żeby pobudzić do myślenia te moje kilka szarych komórek, które jeszcze się ostały. Bo jak by nie patrzeć, lubię to miejsce i szkoda byłoby je tak całkiem zmarnować. Prawda? Dobra, nawet jeśli będę gadać wyłącznie do siebie - zawsze to lepsze niż rozwiązanie zastosowane przez bohatera filmu Falling Down (to ten z Michaelem Douglasem i kijem bejsbolowym, jakby ktoś nie pamiętał). 

Myślę, że za jakąś chwilę podzielę się z Wami kilkoma serialowymi ulubieńcami, bo to jest jeden z moich stałych sposobów na odreagowywanie stresu i trochę mi się tych tytułów uzbierało w międzyczasie. 

Dam też znać, co ciekawego przeczytałam/czytam. 

Ale to za moment, jak już złapię oddech i wyjdę z szoku, że jednak coś mi się udało tu napisać :) 

Swoją drogą ciekawe co u Was słychać - mam nadzieję, że życie jest dla Was łaskawsze niż dla mnie. 

piątek, 24 czerwca 2016

Look who's back :)

No to jestem...

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, od czego zacząć - minęło sporo czasu, odkąd coś tu opublikowałam i, jak zapewne można się spodziewać, kilka rzeczy się u mnie w międzyczasie pozmieniało. Ci, którzy obserwują mnie na Instagramie, są pewnie mniej lub bardziej na bieżąco, ale wiadomo, że nie każdy śledzi wszystkie możliwe media społecznościowe - bo w końcu kto ma na to czas :) Tak więc po kolei. 

Po pierwsze znowu zostałam "kocią matką".  I to podwójną :) Może w związku z tym powinnam przemianować blog na "Dziewczyna z kotami" (albo nawet "Kobieta z kotami", bo nie oszukujmy się - metrykalnie już od jakiegoś czasu zdecydowanie nie zaliczam się już do dziewczyn - notabene, parę dni temu obchodziłam kolejne urodziny, więc może stąd taka refleksja). 

Moje dwie łobuziary to Nikita i Matylda, przygarnięte od fundacji Koty z Grochowa (polecam ich serdecznie, bo wykonują kawał dobrej roboty, ratując kotki i szukając dla nich odpowiedzialnych domów).  

Dziewczyny (siostry, zżyte ze sobą strasznie) za parę tygodni skończą rok (w co zupełnie nie chce mi się wierzyć), ze mną są od września i kocham je do szaleństwa. Mimo, że psocą na potęgę :) No, ale czego chcieć od dzieciaków. Ten, kto jest ze mną dłużej (albo zna mnie osobiście) wie, że bardzo mocno przeżyłam odejście Koki - 18 lat razem to w końcu nie byle co. Dlatego też długo nie czułam się gotowa na kolejnego zwierzaka. No, ale potem zobaczyłam na stronie fundacji zdjęcie dwóch słodkich burasków i przepadłam :) 

Teraz przygotujcie się na sporą porcję zdjęć - tych, którzy nie przepadają za kotami, z góry przepraszam :)

  


 






Kolejną życiową zmianą była nowa praca - w marcu 2015 wydawało mi się, że "to jest w końcu TO" - miejsce fajne, ludzie bardziej niż fajni, wszystko zaczęło się w końcu układać. Małym minusem było jedynie to, że życie w realu zaangażowało mnie na tyle intensywnie, że zaczęło mi brakować czasu na blogowanie - poza tym jakoś też miałam poczucie, że wypadłam z rytmu, nie oglądałam już tyle ciekawych filmów, co wcześniej, a nie chciałam pisać wyłącznie o tym, co kupiłam (zresztą kupować też zaczęłam znacznie mniej) - z jakiegoś powodu zaczęłam odnosić wrażenie, że po prostu nie bardzo mam o czym pisać. 

I tak mijał miesiąc za miesiącem, a powrót do blogowania stawał się coraz trudniejszy. Wiedziałam jednak, że nie zamknę tak całkiem tego miejsca - za dużo tu przeżyłam i jestem za mocno związana z nim emocjonalnie. 

Anyway :)) Jakoś tak w moim życiu zazwyczaj bywa, że jak za długo jest dobrze, to wiadomo, że w końcu coś pierdolnie (wybaczcie dosadny język, ale inaczej się nie da). No i pierdolnęło. A konkretniej pierdolnęła mnie "dobra zmiana" - no i tu ktoś może powiedzieć, że przecież zatrudniając się w spółce Skarbu Państwa można się spodziewać powyborczych politycznych czystek, ale napiszę tylko, bez wdawania się w szczegóły, że sposób, w jaki ja i koleżanka z tej samej rekrutacji zostałyśmy potraktowane po ponad roku uczciwej pracy, sprawił, że poczułam się jakby ktoś znienacka wrzucił mnie pod nadjeżdżający pociąg. Z perfidnie złośliwym uśmiechem na twarzy. 

Tak więc chcąc nie chcąc, oto wylądowałam poniekąd w punkcie wyjścia. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że "wszystko się jeszcze ułoży", "to nie było to", "w perspektywie okaże się, że ta zmiana wyjdzie mi na dobre" blablabla - tak, ja to wszystko wiem, sama sobie zresztą to tak tłumaczę (inaczej bym oszalała), ale cóż - nie powiem, żebym się dobrze z tym czuła. To minie, wiem. Chwilowo w ogarnięciu sytuacji pomagają mi wspomniane na początku rozrabiaki i joga. 

  

No i myślę sobie, że teraz mam dużo wolnego czasu, więc postaram się odkopać to miejsce dla tych, którzy nie postawili na mnie jeszcze krzyżyka - jeśli tu nadal zaglądacie, to dziękuję i do zobaczenia niedługo - mam już w głowie parę pomysłów, w tym polecankę książkową, więc sprawdzajcie! 

Co do tematyki bloga, to przyznam się, że mam w tym momencie w głowie 150 różnych pomysłów, ale jeszcze nie podjęłam decyzji, czy coś się bardzo mocno zmieni - nie chcę się zbyt mocno ograniczać, bo to jest jednak "moje" miejsce, w którym mogę się z Wami dzielić tym, co mnie fascynuje, cieszy, denerwuje, mierzi i ogólnie wpływa na mnie w jakikolwiek sposób. I niech tak póki co zostanie. 

wtorek, 13 stycznia 2015

10 i pól lekcji, jakie dostałam od życia (wersja mini)


1. Karma wraca. Prędzej czy później. 

2. Warto wierzyć w dobre intencje innych. Oczywiście nie mam na myśli bycia totalnym życiowym naiwniakiem ani potencjalną ofiarą, ale przyjemniej się żyje myśląc, że większość ludzi jest w gruncie rzeczy raczej dobra niż zła. Co prowadzi do podpunktu pt. zawsze warto być miłym dla innych - czasem "głupi" uśmiech wystarczy, żeby zmienić czyjeś nastawienie/decyzję. Nigdy nie wiadomo :)  

3. Nie można w nieskończoność dawać "drugiej" szansy komuś, kto ma to głęboko gdzieś. Jeśli mimo rozmów, tłumaczenia etc. ktoś nadal nas nie szanuje, to niestety każda kolejna próba jest wyłącznie naszym myśleniem życzeniowym. W końcu trzeba się odciąć. Nawet jeśli to boli jak diabli.

4. Mówienie ludziom miłych rzeczy jest przyjemne. Dla nich i dla mówiącego :)

5. Warto słuchać swojej intuicji, zwłaszcza kiedy jej głos dobija się do nas długo i namiętnie - po jakimś czasie bowiem możemy stwierdzić coś w stylu "o cholera, jednak miała rację!", z tym że wtedy z reguły jest już po ptakach :P

6. Myślenie o sobie dobrze pomaga. Serio. Tak samo jak bycie dla siebie dobrym. Zawsze trzeba pamiętać o sobie, bo tak naprawdę nikt tego za nas nie zrobi.

7. Każdy ma tylko jedno życie (własne!) i naprawdę poza super wyjątkowymi sytuacjami, poświęcanie go dla innej osoby nie ma zbyt wielkiego sensu. Znacznie lepiej żyć Z kimś, niż DLA kogoś.

8. Nie da się kogoś zatrzymać w naszym życiu na siłę. Jeśli uczucia (nieważne czy mówimy o miłości, czy zwykłej sympatii) są rozdzielone nierówno, nie ma szans, żeby taka relacja była dla nas dobra. Czasem naprawdę lepiej odpuścić (chociaż to chyba obok pkt.3 najbardziej bolesna życiowa nauczka).

9. Nigdy nie wiemy tak naprawdę, czy to, co się nam przydarza w danym momencie, jest pozytywne czy negatywne - za jakiś czas może okazać się, że jakieś "pechowe" zdarzenie, przez które rozpaczaliśmy, uratowało nas przed czymś znacznie gorszym. Warto próbować szukać pozytywów we WSZYSTKIM.

10. Jeśli coś nie udało się raz, czy drugi, a nawet trzeci, nie znaczy wcale, że nie uda się za czwartym podejściem. Walczymy do końca, a jeśli nadal się nie udaje, to może po prostu znaczy, że tak będzie dla nas lepiej?


Plus - zdanie z wiersza niezastąpionej Wisławy Szymborskiej - TYLE WIEMY O SOBIE, ILE NAS SPRAWDZONO (co w praktyce oznacza ni mniej, ni więcej - bez konkretnego doświadczenia, nasze rozważania zawsze będą czysto akademickie - nigdy nie wiadomo, jak byśmy zachowali się w danej sytuacji, więc ostrożnie z obrzucaniem innych kamieniami).

To mówiłam ja, Joanna Coelho, dziękuję za uwagę :) 

wtorek, 30 grudnia 2014

W 2015 będę...

planować! Ha! Do tej pory na ogół się od tego odżegnywałam, nie chcąc własnoręcznie kręcić na siebie bicza. Jednak w ciągu ostatnich kilku miesięcy (które były dla mnie dość znaczące pod wieloma względami) doszłam do wniosku, że ustanowienie sobie celów (realnych!) sprawdza się o niebo lepiej niż pójście "na żywioł" - i nie chodzi tu o to, że coś będzie nade mną wisiało i mnie denerwowało - bardziej o zdefiniowanie swoich intencji i wysłanie ich w kosmos :)


Ponieważ mocno wierzę w karmę i w to, że prędzej czy później wróci do nas to, co przekazaliśmy innym, takie "żonglowanie" energią też do mnie przemawia - tak więc w 2015 będę: 

1. dalej ćwiczyć jogę, DUŻO JOGI! Moje ciało po powrocie do tej aktywności jest mi nieskończenie wdzięczne, w końcu widzę swoje mięśnie (niektóre po raz pierwszy w życiu!), jestem wyraźnie silniejsza (chociaż oczywiście do wymarzonej formy jeszcze wiele mi brakuje - nadal np nie potrafię zrobić "głupiego" mostka, ale w końcu dam radę!). Nie chcę sobie planować, że będę ćwiczyć codziennie (byłoby idealnie), ale postaram się podtrzymać aktualne tempo - na razie w domu, z niezastąpionym YT, a z czasem - kiedy tylko będę miała taką możliwość, zapiszę się na zajęcia. 

2. myśleć pozytywnie, a raczej - unicestwiać negatywne myśli w zarodku - w ogólnym rozrachunku jestem optymistką i zawsze, bez względu na okoliczności uważam, że wszystko co mnie spotyka, ma w sobie jakiś sens/cel (który można dostrzec niestety często dopiero po jakimś czasie). Mimo wszystko jednak zbyt duże (lub zbyt długie, jak obecnie) nawarstwienie kiepskich okresów sprawia, że nawet moje zapasy optymizmu się kurczą.
Dlatego podpunktem będzie:
2a. regularnie medytować (w sensie - oczyszczać swój umysł i skupiać się na pozytywach) - a najpierw się tego w końcu nauczyć (jeszcze długa droga przede mną) - co nie jest łatwe, kiedy posiada się Mózg, Który Nigdy Nie Śpi... 

3. wykokoszę się w końcu w kwestii bloga - chodzi mi głównie o organizację, która obecnie - jak sami widzicie - leży i kwiczy - bardzo chciałabym opracować jakiś system, który pozwoli mi pisać regularnie, a nie zrywami (z tym, że w moim przypadku musi to być coś, co nie sprawi, że poczuję się do tego zmuszona, bo zbyt dobrze wiem, jak takie rzeczy się u mnie kończą...). Na razie staram się na bieżąco zapisywać pomysły na kolejne posty (chociaż największym problemem jest dla mnie świadomość, że właściwie wszystko zostało już gdzieś przez kogoś napisane - zdecydowanie czytam za dużo innych blogów, które zamiast mnie inspirować, blokują!!!)

4. znajdę pracę (przez duże P). Ten punkt powinien rozpocząć listę postanowień, ale nie chcę wywierać na sobie presji (łatwo powiedzieć) i dlatego spróbowałam trochę go przemycić bokiem :) Niemniej jednak, jest to NAJWAŻNIEJSZA przyszłoroczna kwestia. Wiem, że dam radę, bo zwłaszcza po moim ostatnim półroczu (i aktywnym stażu w biurze prasowym dużej instytucji), czuję się znacznie silniejsza psychicznie niż wcześniej! 

5. chętniej otwierać się na nowe znajomości. I tematy. Bo (zwłaszcza z tym pierwszym) różnie z tym u mnie bywa - czasem mi się zwyczajnie NIE CHCE i stwierdzam, że tak naprawdę nie potrzebuję już w swoim życiu nikogo nowego. A to nieprawda! Wystarczy bowiem kilka przypadkowych spotkań z fajnymi osobami i od razu przypominam sobie, ile świeżości wnoszą oni w moje życie! Muszę o tym pamiętać!

6. pamiętać o "starych" znajomych - dla równowagi z poprzednim punktem :) Jestem dość specyficznym połączeniem ekstrawertyka i introwertyka i choć lubię ludzi i nie mam najmniejszych problemów z nawiązywaniem znajomości, to jednak lubię także spędzać czas sama ze sobą i przez to zdarza mi się zapominać o innych. Co nie znaczy, że przestaję ich lubić :) 

7. czytać więcej (dobrej!) literatury pięknej i reportaży - w sumie wszystkiego, co nie jest kryminałem/thrillerem/ literaturą popularnonaukową. Robiąc roczne podsumowanie (które pojawi się pewnie zaraz na początku roku), zwróciłam uwagę na to, jak niewiele przeczytałam książek spoza tych dwóch kategorii (tzn. kryminałów i lit.pop-nauk.). Chyba zrobię sobie listę lektur i po prostu będę je systematycznie odhaczać, bo inaczej obawiam się, że za 12 miesięcy przeczytam ten punkt ,zgrzytając zębami. 

Jak widać - moje cele są może mało wyrafinowane (i dobrze!), ale za to mocno osadzone w realiach. Tego właśnie mi trzeba - nie wielkich planów i porywania się z motyką na słońce, ale raczej przypomnienia o rzeczach mniejszych, ale nie mniej ważnych.

Tak więc do boju, Joanno! Mam przeczucie, że 2015 będzie DOBRYM ROKIEM :) 

A jak tam Wasze cele? Robicie / nie robicie?



Na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że jutro już tu nie zajrzę, skorzystam z okazji już dziś żeby życzyć Wam (niezależnie od tego, czy cokolwiek planujecie, czy nie), 

aby 2015 był dla Was pełen radości, 
spełnionych marzeń, 
żeby stawiał Wam na drodze wyłącznie ciekawych i dobrych ludzi 
oraz pozytywne doświadczenia! 

I żebyście za rok o tej samej porze mogli westchnąć z uśmiechem "och, oby te następne 12 miesięcy było równie cudowne!". 

Trzymajcie się kochani i bawcie jutro dobrze, bez względu na to, czy będziecie świętować w balowej sukni, czy piżamie :) 

wtorek, 9 grudnia 2014

Pięć małych radości

No i bach, znowu jestem. Bardzo staram się szukać w codziennym życiu drobiazgów, które sprawiają mi radość i myśleć pozytywnie. Dlatego też postanowiłam co jakiś czas robić takie mini-zestawienie, żeby mi te malutkie przyjemności nie umknęły w natłoku zajęć (Was też gorąco do tego zachęcam!).

Oto pięć rzeczy, które ostatnio mnie uszczęśliwiają:

1. Na nowo odkryta joga – staram się wygospodarować na nią chociaż kilkanaście minut prawie każdego dnia, ale zauważyłam, że najlepiej się czuję po mniej więcej godzinnej sesji. Ćwiczę w domu, a moimi ulubionymi trenerkami są Erin Motz i AdrieneMnie joga pomaga na wszystko – od bólu kręgosłupa (od długiego siedzenia przy biurku), przez chaos w mojej głowie i skłonności do rozdzielania włosa na czworo, aż po dolegliwości miesiączkowe. 

Do pełni szczęścia brakuje mi jedynie nowej, grubszej maty, bo ta którą mam już od kilkunastu (sic!) lat, ma tylko 3 mm i niestety moje posiniaczone kolana zaczynają coraz mocniej protestować :) 

2. Klimatyczne wieczory domowe – przy nastrojowych lampkach, zapachowych świeczkach, ulubionym kubku z herbatą i książką lub kilkoma odcinkami serialu. Już pewnie wspominałam, że jesienią i zimą zamieniam się w totalnego leniwca i ciężko mnie wyciągnąć na zewnątrz :)

3. Ciasteczka owsiane z suszonymi morelami. To moje niedawne odkrycie ze sklepu ze zdrową żywnością i przyznam się, że przy mojej przymusowej diecie antysłodyczowej (na większość składników i tak jestem uczulona), czasem po prostu MUSZĘ zjeść coś słodkiego i wówczas wspomniane ciasteczka sprawdzają się idealnie!

4. Zbliżające się Święta – bez względu na to, ile mam lat, w grudniu zawsze w głębi duszy czuję się totalnym dzieciakiem, który ekscytuje się zarówno przygotowywaniem prezentów dla innych, wymyślaniem tego, co sama chciałabym dostać oraz całą magiczną otoczką – kilka dni temu o mało nie popłakałam się z radości włączając płytę ze świątecznymi standardami! A w najbliższy weekend planuję ubrać choinkę i wpatrywać się w nią wieczorami podśpiewując "Let it snow, let it snow, let it snow!" 

5. Spotkania ze znajomymi – zawsze sprawiają mi wiele przyjemności, chociaż nie ukrywam, że czasem (patrz pkt 2) ciężko mnie na nie namówić – dlatego też w tym okresie najlepiej sprawdzają się tzw. domówki – i nie mówię tu o wielkich grupowych imprezach, tylko spotkaniach indywidualnych (lub w małych grupkach), przy winie / ginie z tonikiem / herbacie, niekończących się pogaduchach na wszelkie tematy, niezmordowanym plotkowaniu i śmiechu do bólu brzucha. Nawet kiedy wydaje mi się, że mam już dosyć ludzi i potrzebuję wyłącznie samotności, to po takich kilku godzinach w towarzystwie kogoś, przy kim mogę się totalnie wyluzować, czuję, że moje „akumulatorki socjalne” zostały na nowo naładowane.


A co Was ostatnio cieszy? 

poniedziałek, 8 września 2014

W zgodzie ze sobą cz.2

Tak naprawdę to poprzednio (w pierwszej części wpisu powrotnego) trochę rozminęłam się z prawdą pisząc, że porządki ubraniowe były początkiem mojej mini rewolucji – de facto zaczęła się ona znacznie wcześniej, nie do końca z mojej woli. 

Dziś opowiem Wam o tym, jak to jest być alergikiem...


Cz.2. Dieta


Zawsze miałam wrażliwą skórę, która w zależności od różnych czynników kaprysiła mniej lub bardziej - do tego byłam właściwie przyzwyczajona, dopasowując do tego całą pielęgnację i (na ogół) nie eksperymentując zanadto z kosmetykami.

Sytuacja jednak zmieniła się dość radykalnie jakoś w drugiej połowie 2013 roku, kiedy mój organizm zaczął dawać mi niepokojące sygnały w formie ostrych reakcji alergicznych na różne produkty pokarmowe. Bez wdawania się w ponure szczegóły, napiszę w skrócie, że długo trwało zanim doszłam do tego, KTÓRE konkretnie produkty wywołują u mnie objawy AZS (Atopowego Zapalenia Skóry), bo ostatecznie okazało się, że cierpię na nietolerancję pokarmową (różnica jest zasadnicza – moja reakcja pojawia się po kilkunastu godzinach od zjedzenia alergenu, a przywrócenie skóry do normalności trwa bardzo długo). Brzmiało to jak wyrok i wierzcie mi, że trochę tak było. 

Co do tego, SKĄD się wzięła u mnie nagle nietolerancja pokarmowa, zdania są podzielone. Przeważa jednak teoria, że intensywny i długotrwały stres "obudził" jakiś felerny gen, który do tej pory był nieaktywny - no i tym samym uruchomił taką, a nie inną reakcję łańcuchową. Jaki z tego morał dla Was, drodzy czytelnicy? Czym prędzej znajdźcie swój własny sposób na opanowanie stresu, jeśli nie chcecie ryzykować, że skończycie jak niżej podpisana...Wiem, że znacznie łatwiej to powiedzieć, niż zrobić, ale wierzcie mi, że nie chcielibyście znaleźć się w mojej sytuacji sprzed kilku(nastu) miesięcy. 

Moja lista zakazanych produktów nie jest krótka i znajdują się na niej m.in.:

- wszystkie produkty mleczne – zarówno krowie, jak i kozie (bo to nie tylko nietolerancja laktozy, ale po prostu wszystkiego, co wytwarzane jest z mleka, czyli także jogurtów, czy serów), 
- pszenica, żyto, 
- wszystkie orzechy i migdały, 
- kakao, 
- jajka kurze, 
- cebula, 
- papryka, 
- kalafior, 
- agrest 
- mięso kurze
- łosoś.

Nie wiem, czy o czymś nie zapomniałam, ale generalnie to, co wymieniłam powyżej, daje już pewien pogląd na to, jak może obecnie wyglądać moja dieta.

Przez te 11 miesięcy (lub dłużej, bo szczerze mówiąc nie pamiętam dokładnie kiedy to się zaczęło) przeszłam długą drogę – oczywiście wielokrotnie zdarzały się sytuacje, kiedy wydawało mi się, że jem już wyłącznie „bezpieczne” rzeczy, a moja skóra zaczynała szaleć (w dodatku dało się również zauważyć prawidłowość, że w okresach wzmożonego stresu, reakcje były gwałtowniejsze i dłużej się utrzymywały) – to dopiero było deprymujące! Wierzcie mi, że czasem niewiele brakowało, żebym na widok JAKIEGOKOLWIEK jedzenia zaczynała uciekać w drugą stronę – naprawdę bałam się wziąć do ust cokolwiek. Ciężko było mi planować cokolwiek nie wiedząc, czy za kilkanaście godzin będę w ogóle w stanie wyjść do ludzi - a w najostrzejszym stadium nie pomagał nawet najlepiej kryjący podkład, bo wszystko po prostu pękało mi na twarzy - możecie sobie wyobrazić jak coś takiego działało na psychikę, a z kolei dodatkowe nerwy też nie pomagały - i kółko się zamykało...

No, dobra – skupmy się jednak na pozytywach. 


Teraz, po kilku miesiącach ciężkiej walki mogę zaryzykować stwierdzenie, że da się te dodatkowe komplikacje przeżyć, a tak naprawdę mój nowy sposób odżywiania jest jakieś 500 razy zdrowszy niż wcześniejszy (choć muszę powiedzieć, że poza jakimiś drobnymi grzeszkami, nie odżywiałam się wcale źle albo niezdrowo).

Niestety muszę też podkreślić, że bycie na specjalnej diecie, kiedy w większość produktów trzeba zaopatrywać się w sklepach ze zdrową żywnością, nie jest tanie, poza tym musiałam (zarówno ja, jak i cała moja rodzina) wyrobić w sobie nawyk DOKŁADNEGO CZYTANIA ETYKIET (nieraz zdarzyło się nam, zwłaszcza na początku kupić np. humus, który okazywał się owszem humusem, ale z dodatkiem czegoś, co wywołało u mnie uczulenie), ale teraz mogę powiedzieć, że mam w końcu pewność, że wiem co jem J

Dużo składników, głównie świeżych warzyw i owoców kupuję na zaufanym bazarze, staram się jeść sezonowo – sprawdzam sobie po prostu, co aktualnie owocuje i wokół tego tworzę jadłospis. Obecnie np jem dużo jabłek (polskich!), pomidorów (głównie malinowych), cukinii, czyli produktów, które są na tyle uniwersalne, że można z nich zrobić wiele rzeczy.

Polubiłam wszelkie kasze (w tym przede wszystkim gryczaną, która ma dużo żelaza i magnezu oraz jaglaną), zawsze mam pod ręką brązowy ryż, który jest świetną bazą pod wszelkiego rodzaju warzywne mieszanki, a na nadchodzącą jesień i zimę planuję jedzenie dużych ilości owsianki na ciepło. Ponieważ jednym z nielicznych zbóż tolerowanych przez mój organizm jest orkisz, kupuję makaron orkiszowy (co jest dla mnie wielką ulgą, bo uwielbiam makarony!). Orkiszowa mąka jest także niezbędna przy wypiekach (patrz poniżej uwaga o pizzy oraz cieście clafoutis). 

Jak widać – nie jest ze mną tak źle, bo na ogół pierwsza reakcja kogoś, komu wspominam o moich problemach żywieniowych jest taka: „o matko! To co Ty w ogóle jesz?! Możesz jeść COKOLWIEK?!”. Sami widzicie, że mogę J Jasne, że brakuje mi niektórych składników – najbardziej chyba ubolewam nad orzechami i kakao, bo to eliminuje 99% wszelkich słodyczy – ale zapewniam, że tak też da się żyć.

Jeden z dwóch rodzajów batoników, które mogę jeść (ale dawkuję je sobie bardzo oszczędnie, traktując je raczej jako "rezerwę" niż faktyczną potrzebę)

Na tzw. „czarną godzinę” mam zachomikowane kokosowe batoniki z owocami (które są piekielnie drogie, ale robią swoje, czyli zaspokajają moją potrzebę słodkości), albo przygotowuję na szybko kolejną wersję clafoutis (przepis podawałam Wam TUTAJ) – zmieniając tylko bazowe owoce (aktualnie moją ulubioną wersją jest śliwkowe - z węgierkami - pycha!).

Clafoutis wersja jesienna, z węgierkami i mlekiem kokosowym. Niebo w gębie! 

Przetestowałam na sobie dobre dla alergików jajka perliczki (ciężkie do dostania i też nietanie, ale w smaku bardzo podobne do kurzych i w dodatku mające więcej składników odżywczych!), zawsze w lodówce mam swoje ulubione ryżowe „mleko” waniliowe (lub wzbogacone wapniem) do kawy i owsianki, wszystko smażę (jeśli w ogóle muszę smażyć) na oleju kokosowym i jem chleb bez drożdży i mąki i wiecie co – czuję się świetnie! 

Do tego regularnie piję kisiel z siemienia lnianego (mój patent to wymieszanie go z łyżeczką normalnego kisielu, żeby nadać mu trochę smaku) i tyle. Potrawy doprawiam ziołami (najlepsze są oczywiście te ze sklepów bio, które nie mają dodawanych żadnych "ulepszaczy"), o mojej słabości do ziołowych i zielonych herbat kiedyś pisałam (może niedługo pokuszę się o jakąś aktualizację), zacieśniłam więzi ze szpinakiem i jarmużem J

Mój jadłospis nie jest może bardzo wyrafinowany, bo siłą rzeczy większość potraw jest prosta w przygotowaniu, ale za to wiem, że nie muszę się ograniczać ilościowo ani liczyć kalorii.

Wiosną i latem przygotowywałam sporo koktajli (w tej formie np jestem w stanie przyswoić duże ilości natki pietruszki, której normalnie nie cierpię), teraz kiedy robi się już chłodniej, przerzucam się powoli na rozgrzewające zupy (np z dyni lub soczewicy). 

Tak naprawdę jedynym minusem (poza finansami) takiego sposobu odżywiania jest ograniczenie wyjść „na miasto” – niestety, ale większość restauracji kompletnie nie jest przystosowana do jakichkolwiek nietypowych próśb, nie mówiąc o tym, że często nie można nawet doprosić się precyzyjnej INFORMACJI na temat dokładnego składu danej potrawy. Mój sposób jest więc o tyle skuteczny, co drastyczny – po prostu przestałam jadać na mieście, a jeśli wiem, że wrócę do domu później niż zwykle, zabieram ze sobą uniwersalne wafle ryżowe, które nie raz uratowały mi już skórę J 

Raz na jakiś czas postaram się wrzucić tutaj przepis na coś, co jadam – może komuś się przyda. O przepysznym Clafoutis już wspominałam. A żeby nie było, że jestem jakaś super biedna, to przyznam się, że pizzę na cieście orkiszowym mam opanowaną i ostatnio odkryłam nawet wegański „ser”, który naprawdę smakuje jak ser!

Tadam - wegańska, orkiszowa pizza (z reguły na wierzch idzie jeszcze świeża rukola)! 

Jeśli ktoś z Was jest zainteresowany rozwinięciem wątku jedzeniowego, dajcie znać w komentarzach, czy chcecie np, żebym pokazała Wam konkretne produkty, które kupuję i polecam etc. 

A kolejna część moich "popowrotnych zwierzeń" będzie prawdopodobnie dotyczyła czegoś, co najogólniej zalicza się do „rozwoju osobistego”, zainteresowań oraz moich życiowych przemyśleń. Pojawi się pewnie także jesienna odsłona serialowo-książkowa :)

Mam nadzieję, że jeszcze Was nie zanudziłam! Jak widać - dłuższe przerwy w blogowaniu sprawiają, że potem wracam z nowymi siłami! :) 

piątek, 5 września 2014

W zgodzie ze sobą cz.1

Mili moi, nie wiem, czy ten wpis będzie oznaczał mój powrót na dobre, ale ponieważ myślę o Was i o tym miejscu całkiem intensywnie, doszłam do wniosku, że jestem gotowa na opowiedzenie Wam o zmianach, jakie zaszły (i nadal zachodzą) w moim życiu. I nie, nie mam na myśli tutaj zmiany stanu cywilnego, ciąży etc., choć  sama widzę, że wiele z czytanych / obserwowanych przeze mnie blogerek przechodzi obecnie przez te etapy J

* minimalizm*


Początkowo miałam zamiar napisać o minimalizmie, bo to takie modne hasło – wszyscy dookoła nagle stają się minimalistami i zaczynają pozbywać się niemal wszystkiego w swoim zasięgu, dążąc do pustej przestrzeni i nie bardzo zastanawiając się nawet nad tym, czy to faktycznie ma sens w ich przypadku. Od siebie powiem więc tak – minimalizm jako idea jest mi bliski, nawet bardzo – podoba mi się ten dosłowny i symboliczny ład zarówno w otaczających nas miejscach, jak i naszym wnętrzu. Także wiele z miejsc w sieci, odwiedzanych przeze mnie regularnie, ma z nim coś (lub wiele) wspólnego, inspirując mnie i motywując do zmian. Ale. No właśnie – ale. Ja minimalistką nie będę nigdy, z takiego powodu, że jest to kompletnie sprzeczne z moją naturą chomika J Musiałabym toczyć ze sobą wieczną walkę, którą i tak przegrałabym po jakimś czasie, a to z kolei sprawiłoby że czułabym się winna/podirytowana/niezrealizowana. Dlatego zamiast dążyć do nierealnego celu, postanowiłam dopasować pewne zasady do własnego życia tak, żebym nie czuła, że robię coś wbrew sobie, „bo tak będzie dobrze”. 

Najogólniej, po długim czasie wewnętrznego miotania się, chyba (oby!) osiągnęłam wreszcie stan, w którym jestem w miarę zadowolona z tego, co mam oraz z tego, kim jestem. Nie twierdzę, że nagle stałam się oazą spokoju i nic mnie nie denerwuje, bo nad tym muszę ostro cały czas pracować, ale na pewno jest lepiej niż było jeszcze kilka miesięcy temu. Nadal są w moim życiu elementy wymagające zmian (stała praca, życie prywatne i zdrowie), ale wiele wskazuje na to, że droga, na której jestem, prowadzi mnie we właściwym kierunku (jeszcze parę takich natchnionych stwierdzeń i zmienię nazwę bloga na Jo-lama).  

Najprościej będzie ująć to  punktach. I podzielić na części, bo nie mam sumienia zawalać Was taką ilością tekstu na jeden raz. Here we go. Zaczniemy banalnie.

Część 1. Szafa


Najpierw wyznanie, bo nie wszyscy tutaj znają mnie osobiście, a na blogu do tej pory niespecjalnie często dzieliłam się moimi słabościami – otóż jestem maniakiem ubraniowym (nie tylko ubraniowym, ale do tego będziemy dochodzić stopniowo, żebyście mi stąd nie uciekli wszyscy naraz). Serio. Mam w mieszkaniu DWIE WIELKIE szafy, które przez długi czas były dosłownie zawalone wszystkim – przede wszystkim mnóstwem ciuchów, kupowanych przeze mnie kompulsywnie, takich z odzysku, odziedziczonych po mamie, a nawet takich, które pamiętały jeszcze czasy mojego liceum (SIC!). 

Strasznie ciężko jest mi rozstać się z czymś, co było ze mną od lat, bo zawsze mam z tyłu głowy myśl „na pewno jak tylko się tego pozbędę, wróci na to moda/zmieni się mój styl i będę żałowała”. Pewnie niejedna z Was dobrze zna ten głos J No więc powiem Wam tak – ani razu nie zdarzyła mi się taka sytuacja. Serio. ANI RAZU. 

Dlatego pewnego pięknego dnia postanowiłam rozprawić się na dobre ze swoim wewnętrznym zbieraczem. No, dobra – nie był to jeden dzień, bo akcję odgruzowywania podzieliłam sobie na trzy weekendy (żeby się nie zniechęcić i nie rzucić wszystkiego w cholerę w połowie). 

Jeśli macie chęć, napiszę jak to zrobiłam krok po kroku, ale w necie bez problemu znajdziecie mnóstwo przydatnych wskazówek i porad. Tak czy inaczej – po tych kilku tygodniach potwierdziło się, że mój styl ubierania jest już od dłuższego czasu całkiem spójny i większość moich zakupów ciuchowych doskonale się broni (już od dawna stosuję zasadę „kupuję to, co pasuje mi przynajmniej do kilku rzeczy już obecnych w mojej szafie, a nie rzeczy kompletnie od czapy”), niemniej jednak znalazło się w niej również sporo elementów z różnych bajek. Nie będę Was oszukiwać, że te rozstania przyszły mi z łatwością, bo oczywiście, że tak nie było – natomiast faktycznie okazało się, że dużo punktów (np. taki –jeśli nie jesteś pewna, czy chcesz się czegoś pozbyć, schowaj to na jeden sezon: do piwnicy/specjalnego pojemnika/worka próżniowego/daj na przechowanie rodzicom/sąsiadom/przyjaciółce – i po tym czasie zobacz, czy chociaż raz pomyślałaś o tej rzeczy w kategoriach – „oo, mogłabym to dziś założyć” – jeśli nie – a na 99% tak będzie – masz odpowiedź na pytanie – czy naprawdę chcę to zatrzymać?”) jest naprawdę pomocna! 

Moja odgruzowana szafa nadal jest wielka (tu akurat wszelkie wskazówki typu: „idealna szafa to 10 klasycznych elementów” kompletnie nie mają racji bytu w moim przypadku), ale spójna – składa się głównie z ubrań bazowych, prostych oraz paru elementów bardziej „odjechanych”, które często „robią” mi strój. Dzięki temu pozbyłam się problemów pt. "nie mam pojęcia, w co się ubrać", bo traktuję poszczególne ubrania jako fragmenty większej układanki, dopasowując je do siebie w zależności od nastroju/pogody i okazji.

To zdjęcie dobrze obrazuje mój dość typowy, codzienny, pracowy styl - neutralne kolory bazowe + tzw. statement necklace, czyli jeden przykuwający uwagę detal :)

Można powiedzieć, że to był początek mojej małej rewolucji, za którym poszły kolejne kroki :) 

Tak jak wspomniałam, jeśli chcecie szczegółowy wpis o porządkach ubraniowych, o zasadach, jakimi się kierowałam w ogarnianiu tego chaosu, co wylądowało na najnowszej "wishliście", a bez czego świetnie się obywam, dajcie znać w komentarzach. 

Jeśli nie, w kolejnej części opowiem Wam o moim jedzeniu (i to dopiero będzie jazda bez trzymanki!). 

niedziela, 9 września 2012

Zwalniając i odnajdując czas...

Korzystając z tego, że jest niedziela, która u mnie funkcjonuje na ogół pod hasłem "Dzień Leniwca", dzisiejszy post też będzie leniwy i absolutnie nie kosmetyczny (zresztą po wczorajszym, kosmetycznym aż zanadto, dobrze jest przywrócić lekką równowagę :)


Pod koniec sierpnia wspominałam o jednym z najmilszych prezentów imieninowych, jakie udało mi się zdobyć. Właściwie nie do końca prezentów, bo ten akurat zasponsorowałam sobie sama, ale ważniejszy był fakt, że dostałam go właśnie dokładnie w dzień imienin (i to z uroczą, bardzo sympatyczną dedykacją). 


Część z Was być może kojarzy Mimi z  jej nieprawdopodobnie pięknego bloga. Nie będę się tu za bardzo rozpisywać, powiem tylko, że ma ona niesamowity dar skupiania wokół siebie osób, które choć pewnie różnią się od siebie diametralnie, to łączy je podobne postrzeganie świata. A Mimi stanowi wspólny mianownik tego postrzegania :) 


Dlatego też kiedy tylko rzucane co jakiś czas w przestrzeń hasła pt. "powinnaś wydać swoją książkę ze zdjęciami i tekstami" w pewnym momencie zaczęły przybierać coraz bardziej realną formę, zatarłam ręce z radości. A  potem, śledząc na bieżąco proces powstawania tego albumu, rosłam w dumę prawie jakbym sama była jego autorką. 


A 21 sierpnia książka znalazła się u mnie i od tej pory (choć przeczytana jest już od deski do deski), nadal ją przeglądam z uwielbieniem i mam nadzieję, że to dopiero początek pięknej serii :)




Swoją drogą zawsze kiedy moje życie zaczyna niepokojąco przypominać karuzelę w lunaparku, a ja czuję, że jadę na "rezerwie", idę sobie do Mimi, gdzie wszystko nagle w cudowny sposób zwalnia. 

I wtedy ja też łapię dystans, choćby na moment i przypominam sobie, żeby zatrzymać się i wsłuchać w siebie. I że wszystko dzieje się PO COŚ :)


 Wybaczcie mi to niedzielne filozofowanie, ale chciałam Wam pokazać, że "Czas odnaleziony" to przykład na to, że po pierwsze jeśli bardzo nam na czymś zależy, to da się to zrobić, a po drugie, że blogosfera to wielka siła - trzeba tylko wiedzieć, gdzie i jak zadziałać, aby ją okiełznać :)

Miłej niedzieli Wam życzę i, pamiętajcie - zwolnijcie chociaż na chwilkę :) 

 

wtorek, 31 lipca 2012

Ho - li- day :)

Nadeszła ta szczęśliwa i dłuuuugo wyczekiwana przeze mnie chwila :)

Dziś ok. 16:05 oficjalnie rozpoczęłam urlop, zostawiając za sobą wszelkie służbowe troski i stresy na pełne dwa tygodnie (przynajmniej teoretycznie je zostawiając za sobą, bo podejrzewam, że przez pierwsze kilka dni będę zagryzała paznokcie, czy wszystko jest ok i czy moje wychuchane projekty nie przeniosły się w niebyt, korzystając z mojej nieobecności...)

Wieczorem wyruszam do Krakowa na dwa dni, a potem hejże ho jazda na wioskę (czyli działkę), gdzie znowu najbardziej zadowolona będzie pewnie Koka (jak już przeżyje znienawidzoną podróż) :)


 Być może w międzyczasie coś naskrobię, jeśli uda mi się dopaść komputer i wolną chwilę, a jeśli nie, to do zobaczenia wkrótce :)

Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...