Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hydrolaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hydrolaty. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 maja 2013

Ulubieńcy vol.2

W ciągu ubiegłego miesiąca (a właściwie nawet dłuższego czasu, bo mamy już przecież prawie połowę maja) uzbierało mi się kilka rzeczy, które spokojnie mogę opatrzyć etykietką "ulubieńców" - używałam ich bardzo często, więc bez zbędnego gadania, zapraszam do wpisu. 

Jak zwykle starałam się, aby w tej grupce znalazły się nie tylko kosmetyki, ale ogólnie rzeczy, które z jakiegoś powodu chcę i mogę Wam polecić. 


1. Kosmetyki

W tej kategorii znalazły się dwa kremy z firmy Soap&Glory - w tym Hand Food, który spokojnie można określić mianem "kultowego" oraz jego odpowiednik do stóp Heel Genius.

Powiem tak - kiedyś byłam dość sceptycznie nastawiona do tej firmy - wydawało mi się, że te słodkie opakowania retro i piękne zapachy to wszystko, czym mogą się pochwalić. Tymczasem coraz bardziej przekonuję się do ich kosmetyków pielęgnacyjnych i już wiem, że te konkretne kremy zostaną ze mną na dłużej, bo są po prostu rewelacyjne - jedyny minus to ich dostępność w Polsce (ale od czego mamy allegro i znajomych w UK :))

Następnie dwa produkty do pielęgnacji twarzy, które prawdopodobnie również nie będą wyłącznie jednorazową przygodą - ta granatowa butelka to hydrolat rumiankowy, który bardzo pomógł mi przy naprawdę problematycznym wysuszeniu skóry po zimie. Jest bardzo łagodny i jeśli tylko komuś nie przeszkadza charakterystyczny zapach, to naprawdę polecam go z całego serca - używam go codziennie rano do przemywania twarzy po nocy i moja cera jest mi za to naprawdę wdzięczna.

Obok mamy krem neutralizujący zaczerwienienia skóry Anti Rose Eucerin, który jest moim prywatnym odkryciem miesiąca - wiem, że powtarzam się do znudzenia, ale jestem posiadaczką tak wrażliwej i kapryśnej cery, że nigdy nie wiem, co ją podrażni i sprawi, że na widok lustra będę miała ochotę uciec z dzikim wrzaskiem...

Ten krem jest właściwie bezzapachowy, dobrze nawilża, NIE PODRAŻNIA (a wręcz łagodzi istniejące już podrażnienia) i ogólnie nie widzę w nim minusów, więc na pewno kiedy się skończy, kupię kolejne opakowanie.

W grupce kosmetycznej znalazł się również produkt, nad którym się wahałam, ponieważ mam z nim mały problem. Mowa o kredce podkreślającej łuk brwiowy (a właściwie rozświetlającej obszar POD) High Brow firmy Benefit. 

Z jednej strony efekt tego delikatnego rozświetlenia (jest ona w bardzo delikatnym różowym kolorze, więc wygląda naprawdę subtelnie i faktycznie robi różnicę) totalnie mnie zachwyca, jednak po kilku tygodniach regularnego stosowania chyba zaczęła mnie podrażniać :( 
I właśnie dlatego miałam wątpliwości, czy aby na pewno powinna wylądować w ulubieńcach. Jednak po namyśle stwierdziłam, że ponieważ większość z Was ma pewnie mniej szaloną cerę, to efekt jaki daje, pozwala mi ją polecić z czystym sumieniem :)

Na koniec mini-grupki kosmetycznej mamy kilka produktów do paznokci (jakżeby inaczej). Dwa miętusy od Essie to Mint Candy Apple oraz o kilka tonów jaśniejszy i rozbielony Absolutely Shore (wkrótce postaram się go pokazać na paznokciach), które dopasowały się kolorystycznie do pozostałych gadżetów (co widać na zdjęciu zbiorowym :)) 

Kiedy odpoczywam od korali i cielistych lakierów, z reguły wybieram te miętuski. Na stopach natomiast króluje Watermelon, który jest (ex aequo z Rose Bowl) moich zdecydowanym faworytem EVER - w ubiegłym roku praktycznie nosiłam go przez całe lato i jeszcze mi się nie znudził :) A gdyby ktoś koniecznie chciał zobaczyć, jak wygląda na stopach, to zapraszam na mój instagram  (instagram.com/jeanie_n) - tam powinno być jakieś zdjęcie poglądowe :)
 

Przy okazji lakierów nie mogę nie wspomnieć o najlepszym zmywaczu, jaki miałam kiedykolwiek - odkryłam go dzięki moim ulubionym angielskim blogerkom, które zachwycały się nim od dłuższego już czasu - do tej pory jakoś mi się wydawało, że nie ma go w Polsce, tymczasem znalazłam go w Superpharm. Mowa o zmywaczu Bourjois Magic Nail Polish Remover 1 second, który dostajemy w plastikowym słoiczku z czarną gąbką w środku - gąbka nasączona jest zmywaczem z dodatkiem olejków (które naprawdę działają, bo to pierwszy zmywacz, który nie wysusza mi paznokci!) i właściwie mogę o nim powiedzieć tylko WOW, bo zmywa wszystko :)

2. Ubrania
Pozostając w kolorystyce miętowo- seledynowej, najchętniej w tym miesiącu nosiłam moją ulubioną jedwabną chustkę w kropki (widać ją na zdjęciu zbiorowym) oraz tenisówki Lacoste, na które skusiłam się w zeszłym roku i które są jednym z moich najbardziej udanych zakupów - są bardzo wygodne, świetnie wyprofilowane i po prostu ładne :)
3. Relaks


Tu znalazły się dwa produkty, a mianowicie jedna z ulubionych herbat ziołowych z Marksa&Spencera CALMING infusion - bez której właściwie już nie wyobrażam sobie wieczornego rozluźnienia oraz płyta Jessie Ware - pewnie większość z Was doskonale kojarzy jej kojący, kobiecy głos. 
Dla tych, którzy nie kojarzą, mała próbka:

 
A jako bonus, kawałek, który mnie dosłownie prześladuje od momentu, kiedy usłyszałam go po raz pierwszy - zespół The xx uwielbiam (i chyba już o nim tu pisałam), ale ten fragment soundtracku do nowej adaptacji "Wielkiego Gatsby'ego" jest po prostu tak uzależniający, że wrzucam go, gdzie tylko mogę :)


Uff :) Ciekawa jestem, czy znacie / lubicie któreś z ww rzeczy? A może macie coś z podobnej kategorii, co polecacie ze swojej strony?

poniedziałek, 8 października 2012

Moje pielęgnacyjne KWC cz.1

Już od jakiegoś czasu zbierałam się, żeby zrobić coś w rodzaju zestawienia moich ulubionych kosmetyków wszechczasów - taki prywatny ranking produktów, których używam od dłuższego czasu (w większości od lat) i których nie zamierzam zmieniać, bo sprawdzają się rewelacyjnie (a jak wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego). Są to po prostu rzeczy, które sprawdziły się u mnie w różnych okolicznościach, nigdy mnie nie zawiodły i sprawiły, że w danej kategorii nie szukam już nawet ich odpowiedników ani nowości. To taka moja osobista Creme de la Creme :)

Oczywiście znając mnie i moją sklerozę (chociaż ja wolę jak moi znajomi mówią, że mam po prostu pamięć złotej rybki - kto ciekaw, niech sobie wygoogla co to znaczy :)), to pewnie zapomniałam o całym mnóstwie rzeczy, stąd cz.1 w tytule. Nie wykluczam bowiem, że pojawią się kolejne, gdy:
a) przybędzie mi ulubieńców
b) coś mi się przypomni
c) postanowię zrobić kontynuację dotyczącą np. pielęgnacji ciała lub kolorówki

Jak widać, poza sklerozą, cierpię również na lekki słowotok :D

Podejrzewam, że większość prezentowanych przeze mnie produktów lepiej lub gorzej znacie, dlatego postaram się ograniczyć do krótkiego (haha!) komentarza, a jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się jakichś szczegółów, to zapraszam na dół do pytań :) 

1. Kultowy płyn micelarny Bioderma Sensibio. 

Nie wiem, czy jest jeszcze coś nowego i odkrywczego, co można o nim napisać - dla mnie to ideał, oczywiście można ponarzekać na cenę, ale przyznam się, że tak jak używam go od dobrych paru lat, to naprawdę chyba ani razu nie zdarzyło mi się go kupić w standardowej cenie - ZAWSZE gdzieś jest na niego promocja, trzeba tylko poszukać. Co tu dużo mówić - uwielbiam go i absolutnie się nie zgadzam z osobami, które twierdzą, że jest przereklamowany i że na rynku są fantastyczne, o połowę tańsze odpowiedniki. NIE MA :P



2. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu Yves Rocher z wyciągiem z bławatka. 

Jak już gdzieś pisałam, to kolejny produkt, którego używam od wielu, wielu lat i tak jak Biodermę, także zawsze kupuję go na promocji i mam w szafce zapas kilku buteleczek (inaczej bym chyba nie zasnęła).


3. Żel do mycia twarzy Nuxe Perfection. 

W moim zestawieniu zdarzają się także produkty, które dosyć szybko awansowały do grona ulubieńców i to jest jeden z tych przykładów. To moje pierwsze opakowanie, używam go od kilku miesięcy, natomiast muszę powiedzieć, że skubaniec jest tak wydajny, że mam wrażenie, że chociaż go w ogóle nie oszczędzam, ubywa go niezmiernie wolno. Bardzo delikatny i skuteczny specyfik, idealnie współpracuje z moją ulubioną szczoteczką do mycia twarzy Shiseido - tak więc czegóż chcieć więcej? Nie mówię, że już nigdy nie wypróbuję nic nowego z tej kategorii (bo np na liście jest jeszcze Sanoflore), ale na 100% do tego żelu jeszcze wrócę.




4.  Woda termalna Avene. 

Miałam wprawdzie uogólnić to hasło do samej "wody termalnej", ponieważ cały czas poluję na wodę Uriage, która podobno jest lepsza od Avene, no ale ponieważ ranking robię dziś, to muszę przyznać, że do tej pory nie znalazłam lepszego odpowiednika. Wiem, że niektórzy uważają, że kupowanie takiej wody to fanaberia i ogólnie przewaga techniki nad zdrowym rozsądkiem, ale ten kto jest "szczęśliwym" posiadaczem mega wrażliwej cery z całą pewnością potwierdzi, że taka woda naprawdę potrafi ukoić podrażnioną skórę i nie ma w ogóle porównania ze zwykłą kranówką, nawet przegotowaną, przefiltrowaną czy nie wiem jeszcze jaką.




5. Hydrolat oczarowy. 

Mój kosmetyczny "must have". Używam go jako toniku, a także każdorazowo, kiedy chcę odświeżyć swoją skórę, lub też załagodzić jakieś podrażnienia. To kolejny produkt, który po prostu muszę mieć w szafce, a jak się kończy, to natychmiast zamawiam kolejną butelkę. Od czasu do czasu zdarza mi się przetestować inne hydrolaty (chwilowo mam jeszcze lipowy), ale oczarowy bije wszystkie na głowę.



6. Olejek z drzewa herbacianego. 

Koniecznie ze sprawdzonego źródła (z upewnieniem się, że można go nakładać bezpośrednio na twarz) - produkt maksymalnie wydajny i po prostu cudotwórca - na wszelkie niespodzianki, nieprzyjaciół, czy jakkolwiek nazwiemy te paskudztwa, które postanawiają od czasu do czasu uprzykrzyć nam życie (i twarz) - pięknie dezynfekuje, wysusza (ale tylko punktowo) i sprawia, że to co dopiero się wykluwało, prawdopodobnie nigdy już nie wyjdzie poza tę fazę :)




7. Peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych. 

To kolejna rzecz, którą mam od niedawna, ale która momentalnie (właściwie po pierwszym użyciu) wskoczyła na listę ulubieńców i pewnie długo z niej nie zejdzie :) Właściwie ciężko powiedzieć, czy to jest bardziej peeling, czy maseczka, ale na pewno coś, co tacy wrażliwcy jak ja uwielbiają - nawet nie potrafię dokładnie określić, co ten produkt robi z moją twarzą, ale na pewno zostawia ją przepięknie rozjaśnioną, oczyszczoną i szczęśliwą :) Więcej uwag nie mam, mam tylko nadzieję, że moja radość nie okaże się przedwczesna i za miesiąc nie wrócę tu odszczekiwać wszystkie te peany :)




8. Krem Lipobase (a także Elo baza, którego nie ma na zdjęciu, ale uwielbiam oba!)

Kosmetyk, który nie raz uratował mi twarz - tu mała dygresja, ponieważ jak się niedawno okazało, zdiagnozowano u mnie ŁZS (czyli Łojotokowe Zapalenie Skóry), które nasila się w okresach intensywnego stresu i niestety objawia się potwornym wręcz wysuszeniem skóry w niektórych partiach (okolice nosa, brody, uszy, czasem szyja, powieki oraz linia przy włosach) - kto czegoś podobnego nie przeżył, ten pewnie nawet nie jest w stanie sobie tego wyobrazić, bo to jest po prostu koszmar - obłażenie żywcem ze skóry :( 
Dlatego kosmetyki takie jak Lipobase, które jednocześnie nawilżają, natłuszczają i łagodzą te objawy, są prawdziwym skarbem. Minus jest taki, że Lipobase wchłania się tylko do pewnego stopnia, więc generalnie po aplikacji świecę się jak psu jajca, ale cóż - wolę to, niż wyobrażać sobie, że jestem jaszczurką :P




9. Masło shea. 

Właściwie chyba też nie mam co się zbytnio rozwodzić - uniwersalny klasyk - używam go niemal do wszystkiego - począwszy od twarzy, ust, przesuszonych części ciała, jako maskę na stopy, nawilżacz do skórek, a czasem nawet jako okład na włosy. Uwielbiam i koniec. Zwłaszcza w chłodniejszych porach roku staram się wyszukiwać kosmetyki z dodatkiem masła shea - głównie w produktach do rąk i stóp.



10. Olej arganowy.

Kolejny produkt z milionem zastosowań. Ja używam głównie do twarzy i włosów, ale zdarza mi się rozprowadzić kilka kropel na wybrane miejsca na ciele (tam, gdzie pojawiają się jakieś podrażnienia, wysuszenie etc., na wysuszone dłonie, skórki i paznokcie, pod oczy) - często mieszam go z olejkiem ze słodkich migdałów i wówczas to już jest mieszanka prawie wybuchowa, w sensie kosmetyk idealny :)



11. Krem do skórek Burt's Bees. 

Skoro już jesteśmy przy skórkach, to nie mogę nie wspomnieć o tym kosmetyku, który choć niepozorny, naprawdę potrafi wiele :) Moje skórki go uwielbiają, chociaż przyznaję, że czasem są tak wysuszone, że muszę się wspomagać innymi preparatami. Ale używany regularnie (a ze względu na cudowny cytrynowy zapach, to sama przyjemność!), daje widoczne rezultaty. 
Ostatnio jednak (z uwagi na słabą dostępność na polskim rynku) zaczęłam szukać potencjalnego zamiennika i powiem szczerze, że nie wykluczam, że go znalazłam w postaci bardzo podobnego produktu z Lawendowej Farmy - testy trwają, ale póki co muszę powiedzieć, że Balsam do skórek z LF ma szansę zdetronizować BB, głównie ze względu na cenę oraz dostępność.



12. Balsam do ust Reve de Miel firmy Nuxe. 

Chyba nic nie robi tak dobrze moim ustom jak ten balsam - nie wyobrażam sobie nie mieć go przy łóżku, aby móc po niego sięgnąć przed snem. Co wieczór nakładam grubą warstwę i zapominam o problemie pękających i wysuszonych ust :) Można się przyczepić do opakowania (bo to niehigieniczny słoiczek, w którym maziamy paluchami!), ale mnie osobiście to nie przeszkadza, zwłaszcza że używam tego produktu wyłącznie wieczorem przed snem - w torebce noszę inne rzeczy :) 
Aktualnie również testuję kolejny potencjalny zamiennik, czyli Pomarańczowy Cukierek do ust, również z Lawendowej Farmy (jak widać, mamy spory potencjał, który może z powodzeniem konkurować z zagranicznymi firmami) - ten balsamik ma świetny, naturalny skład i póki co sprawdza się wyśmienicie. Na razie nie zdetronizował Nuxe'a, ale kto wie co przyniesie przyszłość :)




13. Balsam ułatwiający zasypianie z lawendą i bergamotką firmy Badger. 

Niestety to najtrudniej dostępny produkt ze wszystkich opisywanych powyżej - znalezienie go i sprowadzenie do Polski wymagało ode mnie trochę trudu, ale muszę powiedzieć, że opłacało się. Nie wiem jak wytłumaczyć fenomen tego produktu - jest to organiczny balsam o dość intensywnym zapachu, który wcieramy w skronie (i ewentualnie w przeguby dłoni) przed snem. Uwalniające się olejki eteryczne sprawiają, że po pierwsze łatwiej przychodzi nam zasypianie (a to liczy się zwłaszcza kiedy mamy jakiś bardziej stresujący okres, jak ja obecnie), a po drugie autentycznie budzimy się w lepszej kondycji i bardziej wyspani - wiem, że brzmi to co najmniej jak bajka o żelaznym wilku, ale u mnie sprawdza się to w 100%. Chwała Bogu, że to taki wydajny produkt, bo przynajmniej mogę mieć nadzieję, że zanim mi się skończy, to uda mi się go znaleźć w jakimś polskim sklepie :)



14. I ostatni produkt na dziś, który oczywiście kompletnie wyleciał mi z pamięci.

A mowa o kultowej oliwce blogerskiego światka, czyli Oliwce HIPP. 

Bardzo ją lubię i stosuję zamiennie ze wszelkimi masłami i balsamami do ciała. Ładnie pachnie, dobrze się wchłania, cudownie nawilża. Większej reklamy chyba nie potrzebuje, bo chyba wszyscy ją znają :)




Ufff, trochę mi się tego nazbierało...Oczywiście miałam rację, że o czymś zapomnę, dlatego sądzę, że za jakiś czas zrobię kontynuację tego mini cyklu.

Podoba Wam się idea przedstawiania takich osobistych Kosmetyków Wszechczasów?

A jak jest z Wami - macie takie produkty, których używacie od lat, czy raczej należycie do grupy poszukiwaczy i wolicie testować ciągle coś nowego? Chętnie poczytam jakie kosmetyki znalazłyby się na Waszej liście.

poniedziałek, 30 lipca 2012

Moje pierwsze denko :)

Stało się :) Żeby nie było, że blogi to wyłącznie zło (chociaż z reguły niemiłosiernie wiodą na pokuszenie), potwierdzam, że czasem też mają dobry wpływ na takie chomiki jak ja, którym naprawdę rzadko zdarza się dokończyć jakiś kosmetyk. Bo zawsze, ale to zawsze  mam coś w zanadrzu, co czeka i przebiera wyimaginowanymi nóżkami, aż zacznę go używać. I wówczas produkt, który był jego poprzednikiem, właściwie mógłby sam spakować swoje manatki i się wynieść po cichutku na śmietnik, bo i tak jest już skazany na marną egzystencję w niebycie... 

Ale oto w blogosferze pojawiła się akcja o nazwie "denko" (która notabene - nazwa, nie akcja - średnio mi przypadła do gustu) i nawet ja poczułam się zmobilizowana do zużycia do samego końca przynajmniej kilku używanych przeze mnie kosmetyków. 

Tak więc dziś bez zbędnych ceregieli przedstawiam Wam z niemałą dumą moje pierwsze pustaczki (miejmy nadzieję, że zarazem nie ostatnie) :)



Ok, nie jest to jakaś powalająca ilość i z całą pewnością nie są to zużycia z jednego miesiąca, ale nie zmniejsza to mojej radości z faktu, że UDAŁO mi się skończyć cokolwiek :) 

Mamy więc pielęgnację ciała, a wśród niej trzy balsamy do ciała (męczyłam je nie pamiętam od kiedy). 

1. Dove Summer Glow Balsam brązujący do jasnej karnacji. Ogólnie bardzo go lubię, a jeszcze bardziej odkąd odkryłam rękawicę do nakładania samoopalacza na ciało :) To było już moje któreś z kolei opakowanie, ale chwilowo używam Lirene (wolę Dove!). 
Dove nadaje skórze naturalny, bardzo delikatny (może nawet nieco zbyt delikatny) kolor, dobrze się rozprowadza, można się przyczepić do zapachu, ale właściwie każdy kosmetyk tego typu ma ten problem. Poza tym jest wydajny. Następnym razem spróbuję wersji dla ciemniejszej karnacji, bo czytałam, że krzywdy sobie tym raczej nie można zrobić, a kolor będzie trochę intensywniejszy, czyli na lato jak znalazł :) Na razie nie znalazłam żadnego odpowiednika, z którego byłabym w pełni zadowolona, więc choć mam zastrzeżenia natury że tak powiem - osobistej do firmy Dove, pewnie jeszcze trochę potrwa zanim zdecyduję się na pełną rezygnację z ich produktów.  



2. Masło do ciała Bielenda Granat, czyli kosmetyk, na temat którego czytałam na blogach tyle peanów, że aż się momentami zastanawiałam, czy to aby to ten sam, którego ja używam :) 

 No, dobra przyznaję, że na początku też mi się podobało - i konsystencja i zapach. Po jakimś czasie konsystencja była nadal ok, chociaż powiem szczerze, że moim zdaniem nawilżenie skóry po tym specyfiku jest prawie żadne, tzn zostawia on na skórze tłustawą warstewkę, ale mimo to nie czuję żeby stała się ona mniej sucha. 
Tym, co mnie jednak totalnie zniechęciło po nie wiem jakim czasie używania (pewnie długim, bo akurat wydajne jest to diabelstwo straszliwie), to zapach, który dla mnie z fajnego naturalnego stał się jakiś koszmarnie chemiczny i w dodatku bardzo intensywny (i długo utrzymujący się na skórze!). Nie wiem czemu, ale strasznie mnie on pod koniec drażnił, zwłaszcza w porównaniu z moim ukochanym masłem grejpfrutowym z TBS. W kolejce czeka kolejne masło Bielendy Bawełna, ale chyba muszę chwilowo zrobić sobie od nich przerwę...


3. Garnier Krem do b. suchej skóry. Tu mogę powiedzieć, że to produkt, na którym się nie zawiodłam, ale też taki, który nie rozkochał mnie w sobie - ot, bardzo przyzwoity krem do ciała. Nawilża jak trzeba, pachnie w miarę neutralnie, dobrze się wchłania. Nie wiem, czy kupię go ponownie, bo na rynku jest taki wybór, że pewnie raczej będę testowała coś nowego. 


 Trzy kolejne produkty należą do kategorii kosmetyków pielęgnacyjnych do twarzy.

4. Hydrolat oczarowy z Biochemii Urody. Mój Must Have. Używałam go jako toniku do twarzy, po demakijażu (wieczorem) i rano do usunięcia pozostałości po nocy :) Moja skóra bardzo go lubi, kiedy zdarzały się jej gorsze dni (tzn była podrażniona), łagodził ją trochę. Na pewno kupię ponownie, tym razem w komplecie z jakimś innym hydrolatem (może rumiankowym). 


5. Hydrolat różany. Do połowy butelki też bym napisała, że to kolejny must have, ale jednak zauważyłam, że przy dłuższym stosowaniu, wysusza skórę. Teraz mam kolejną butelkę (z BU, ten na zdjęciu był nie pamiętam skąd) i niestety działa dokładnie tak samo, więc używam go tylko na tłuste partie mojej twarzy i to też raz na jakiś czas. A szkoda, bo pachnie obłędnie :) 


6. I na koniec jeden z moich ulubieńców.  Pisałam już o nim TUTAJ.
Nuxe Creme Prodigieuse Nuit, czyli Krem nawilżająco-relaksujący na noc. Pachnie jak olejki Nuxe, nie uczulił mnie, a moja skóra bardzo się z nim polubiła i przy regularnym stosowaniu naprawdę widziałam, że stała się bardziej napięta i jakby wypoczęta (albo to to, albo efekt placebo w połączeniu z moją bujną wyobraźnią :)) Jako, że jestem wielką fanką firmy Nuxe, pewnie kupię go ponownie, chociaż chwilowo zastanawiam się nad czymś innym na noc. Nie wykluczam, że będzie to po prostu inna seria :)


Ufff, nie wiem kiedy uda mi się zrobić kolejny taki post, bo chwilowo nie widzę, żeby cokolwiek zbliżało się do końca, ale sama akcja mobilizująca bardzo mi się podoba, więc drżyjcie moje kosmetyki, bo od dziś zamierzam wykańczać was regularnie! :) 


niedziela, 6 maja 2012

Żel hialuronowy BU - nie dla mnie

Zauważyłam, że od kiedy po pierwsze używam znacznie mniej kosmetyków (zwłaszcza do twarzy), a po drugie - zdecydowana większość z nich to kosmetyki z naturalnymi (lub bardzo mało chemicznymi) składami, moja skóra wyraźnie jest mi za to wdzięczna - jedynie sporadycznie pojawiają się na niej "niespodzianki" i ogólnie poza paroma atakującymi z zaskoczenia zmarszczkami (głównie mimicznymi, ale jednak), raczej nie mam powodów do narzekania. 

A jednak czasem zdarza mi się trafić na specyfik, który zamiast pomagać, robi krzywdę. I tu - zaskoczenie - moim osobistym bublem okazał się być Żel hialuronowy z Biochemii Urody, po którym obiecywałam sobie całkiem sporo. Otóż niestety o jego łagodzących i kojących właściwościach mogę sobie jedynie poczytać na stronie BU - mnie zdradziecko uczulił :( Do tego przez kilka dni nie bardzo mogłam dojść do tego, po czym konkretnie swędzi mnie cała twarz i wyglądam jakby mi ktoś robił częściowy peeling papierem ściernym, no bo przecież ten żel wygląda tak niewinnie i jest całkiem naturalny...Ha - nic bardziej mylnego! 
Dlatego osobom o skórze mieszanej wrażliwej radziłabym się zastanowić przed zakupem i przestrzegam je przed kupowaniem wszystkiego w ciemno, "bo naturalne, to nie może zaszkodzić" - owszem, może. 
Przy okazji przypomniał mi się jeszcze jeden jego minus - wygląda on dość obrzydliwie - przezroczysta, pół lejąca maź- bardziej wrażliwych czytelników przepraszam za dosadność, ale ja mam jednoznaczne skojarzenia ze smarkami :( zwłaszcza, że jest w buteleczce bez dozownika, z której wyciąga się go patyczkiem - ogólnie efekty wizualne są dla mnie średnio zachęcające... 


Ale Biochemię Urody lubię nadal. Głównie za hydrolaty - obecnie używam oczarowego, wkrótce dołączy do niego lawendowy i z czarnej porzeczki. Różany czeka w lodówce, aż skończę poprzednią buteleczkę (tym razem nie z BU, tylko z jakiegoś innego sklepu) - wprawdzie czytałam już o nim niezbyt pochlebne opinie, ale i tak wiadomo, że to co komuś nie pasuje, nas akurat może zachwycić, więc jeśli coś nas naprawdę kusi, to najlepiej przetestować jego działanie na sobie. 
Świetnie sprawdza się też u mnie olejek pomarańczowy do mycia twarzy - jako jeden z nielicznych specyfików, radzi sobie z tuszem wodoodpornym. Wprawdzie jakoś nadal w temacie demakijażu niepodzielnie króluje u mnie słynny płyn micelarny Biodermy, ale co kilka dni używam dla odmiany tego olejku i jestem zadowolona. Moja skóra również :)



A co do żelu hial., to ponieważ przeczytałam, że można go stosować nie tylko na twarz, dam mu jeszcze jedną szansę i sprawdzę czy faktycznie działa łagodząco na skórę podrażnioną np po goleniu. 

A wkrótce napiszę coś o kremie na dzień Madara, który właśnie do mnie dotarł. Sama jestem go ciekawa. Miał być wprawdzie Pat&Rub, ale w Sephorze właśnie "wyszedł", a ja jako nie należąca do najcierpliwszych na świecie, nie miałam specjalnej ochoty na dłuższe oczekiwanie lub bieganie po mieście. I skończyło się na szybkich zakupach online :)


Przepraszam za fatalne zdjęcia, ale robiłam je standardowo już telefonem, w łazience na szybko. Poza tym niestety, chociaż sama uwielbiam podziwiać artystyczne ujęcia, nie mam do tego ani odpowiedniego sprzętu, ani pewnie oka (chociaż czasem zdarza mi się pstryknąć "fajną fotkę" :)). Tak więc umawiamy się, że piękne zdjęcia oglądamy na innych blogach :)
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...