Kurcze, to była ciężka robota :))
Zrobić sobie samej sesję zdjęciową, tzn nawet nie całej sobie, tylko własnym rzęsom i to w taki sposób, żeby pokazać wszystkie stany "przed", "po", "w trakcie" etc., nie jest łatwe (przynajmniej dla mnie)!
Pomijam już moje głupie miny, wytrzeszczanie oczu w stylu "zobaczyłam Matkę Boską!" i wszelkie zmarchy powiększone do rozmiarów słonia! Na to uprzejmie proszę nie zwracać uwagi (przynajmniej w miarę możliwości) :)
A co chciałam osiągnąć tym postem? Otóż moje miłe Panie (i Panowie, eeee???), chciałam zademonstrować nową maskarę, którą kupiłam całkiem niedawno i pokazywałam już w tym oto poście KLIK. Obiecałam wówczas, że zrobię pokaz, jak już będę jej regularnie używać.
Ok, do rzeczy, obawiam się, że może być sporo zdjęć, bo ujęć było mnóstwo - no, ale same rozumiecie - oko lewe, oko prawe, oba razem, patrzymy do góry, w dół, w bok :)
I oczywiście mam pełną świadomość tego, że dla niektórych pewnie efekt będzie zbyt mało spektakularny, dla innych z kolei być może zbyt widoczny - ucinając z góry wszelkie spory powiem tak - dla mnie jest w sam raz :)
Na początek moje rzęsiska saute -jeśli chodzi o długość, to nie są one jakieś powalające, ale też nie narzekam, bo mam naturalnie ciemną oprawę oczu, więc rzęsy widać nawet kiedy nie są pomalowane.
Tak, to właśnie te ujęcia z serii "widzę Matkę Boską"...
Tu zaczynamy zbliżenia - najpierw oko prawe do dołu...
...i do góry :)
A tu już zaczynamy zabawę :) Oko lewe z jedną warstwą Lancome Hypnose Star:
Lewe oko z maskarą, prawe "gołe". Jest różnica, co?
I to samo, tylko w ujęciu do dołu:
Moim zdaniem efekt jest zadowalający - nie sztuczny ani przesadzony (nie sprawdzałam jeszcze co by się działo, przy kolejnych warstwach), ale jednak wyraziście naturalny, czyli coś, o co mi dokładnie chodziło.
Tu widać efekt leciutkich pajęczych nóżek, ale wydaje mi się, że nie wywołuje on gęsiej skórki :)
I do kompletu, na drugim oku:
Ogólnie wydaje mi się, że tusz ten będzie idealny za jakiś tydzień, kiedy odrobinkę przeschnie. Dziś mogę powiedzieć, że raczej nie skleja rzęs, ale ja i tak zawsze rozczesuję je po umalowaniu (powyżej starałam się tego nie robić, żeby nie zepsuć pierwszego wrażenia).
Opakowanie już wprawdzie pokazywałam, ale co tam - jest tak śliczne, że pokażę jeszcze raz :)
A tu już nieco dziwna i inna szczoteczka - oczywiście już nie pamiętam, którą stroną pani w Sephorze radziła zaczynać, ale myślę, że to kwestia wyczucia :)
Z jednej strony jest całkiem płasko:
Z drugiej normalnie, ale fajne jest to, że dzięki spiczastej końcówce, możemy dostać się nawet do tych najkrótszych rzęs w kącikach oczu, bez jednoczesnego wymalowywania sobie wzorów na reszcie powieki :)
Ja jestem całkiem zadowolona, chociaż powiem tak - większość tuszy, nawet tych tańszych, zachowuje się na moich rzęsach bardzo podobnie - tzn daje widoczny efekt, pogrubia je trochę i wydłuża. Nowy Lancome robi dokładnie to samo. Jedyna różnica jest taka, że przy tych droższych maskarach po pierwsze raczej nie zdarzają mi się uczulenia ani żadne problemy z oczami, a po drugie rzadziej się one osypują czy też tworzą efekt pandy. Dlatego może Star nie powalił mnie na kolana, ale tak naprawdę wcale tego nie oczekiwałam. Wiem, że 139 zł (tyle kosztował w regularnej sprzedaży) to sporo, ale przyznam się, że od wielu lat już się przyzwyczaiłam do kupowania tuszy w tej cenie - i nie wynika to z mojego snobizmu, tylko z tego, co napisałam wyżej - jestem alergiczką i nie lubię ryzykować z drogeryjnymi maskarami. Chociaż nie tak dawno kupiłam (i używam na przemian z Lancome'm) maskarę firmy Covergirl, czyli amerykański odpowiednik chyba naszego Max Factora albo Maybelline (nie pamiętam dokładnie której firmy) i - odpukać - na razie nie sprawia mi żadnych kłopotów. Czyli może da się taniej :)
Reasumując, majtki z tyłka nie spadają, ale efekt jest całkiem zadowalający :)
Dajcie znać, co sądzicie - podoba się Wam efekt czy nie bardzo? Skusicie się na ten tusz?
PS Jeśli już jesteśmy w temacie tuszy, to przypominam, że chyba ciągle jeszcze trwa łączona akcja Clinique'a i Douglasa, podczas której możemy wymienić naszą starą maskarę dowolnej firmy (poza Clinique'iem), na jedną z trzech miniaturek.
Ja chciałam Curling, ale niestety wszystkie "wyszły", więc ostatecznie wróciłam do domu z High Impact - już ją kiedyś miałam w pełnowymiarowym opakowaniu (i to nie raz), więc powinnam być zadowolona :)
EDIT:
Na specjalne życzenie Tovy1 :) wrzucam jeszcze sesję z podwójną warstwą, przy czym druga została nałożona już po wyschnięciu pierwszej.
Z daleka jeszcze jakoś to wygląda,
...ale z bliska już nie bardzo mi się podoba, bo rzęsy nie do końca dały się rozczesać i widać "owadzie nóżki", czego ja osobiście bardzo nie lubię...
Wybaczcie moje potargane brwi, ale w końcu, podobnie jak ja, są po całym dniu pracy :)
Efekt przy dwóch warstwach nie za bardzo przypadł mi do gustu, bo rzęsy są wyraźnie obciążone i posklejane.
Co myślicie?