wtorek, 9 grudnia 2014

Pięć małych radości

No i bach, znowu jestem. Bardzo staram się szukać w codziennym życiu drobiazgów, które sprawiają mi radość i myśleć pozytywnie. Dlatego też postanowiłam co jakiś czas robić takie mini-zestawienie, żeby mi te malutkie przyjemności nie umknęły w natłoku zajęć (Was też gorąco do tego zachęcam!).

Oto pięć rzeczy, które ostatnio mnie uszczęśliwiają:

1. Na nowo odkryta joga – staram się wygospodarować na nią chociaż kilkanaście minut prawie każdego dnia, ale zauważyłam, że najlepiej się czuję po mniej więcej godzinnej sesji. Ćwiczę w domu, a moimi ulubionymi trenerkami są Erin Motz i AdrieneMnie joga pomaga na wszystko – od bólu kręgosłupa (od długiego siedzenia przy biurku), przez chaos w mojej głowie i skłonności do rozdzielania włosa na czworo, aż po dolegliwości miesiączkowe. 

Do pełni szczęścia brakuje mi jedynie nowej, grubszej maty, bo ta którą mam już od kilkunastu (sic!) lat, ma tylko 3 mm i niestety moje posiniaczone kolana zaczynają coraz mocniej protestować :) 

2. Klimatyczne wieczory domowe – przy nastrojowych lampkach, zapachowych świeczkach, ulubionym kubku z herbatą i książką lub kilkoma odcinkami serialu. Już pewnie wspominałam, że jesienią i zimą zamieniam się w totalnego leniwca i ciężko mnie wyciągnąć na zewnątrz :)

3. Ciasteczka owsiane z suszonymi morelami. To moje niedawne odkrycie ze sklepu ze zdrową żywnością i przyznam się, że przy mojej przymusowej diecie antysłodyczowej (na większość składników i tak jestem uczulona), czasem po prostu MUSZĘ zjeść coś słodkiego i wówczas wspomniane ciasteczka sprawdzają się idealnie!

4. Zbliżające się Święta – bez względu na to, ile mam lat, w grudniu zawsze w głębi duszy czuję się totalnym dzieciakiem, który ekscytuje się zarówno przygotowywaniem prezentów dla innych, wymyślaniem tego, co sama chciałabym dostać oraz całą magiczną otoczką – kilka dni temu o mało nie popłakałam się z radości włączając płytę ze świątecznymi standardami! A w najbliższy weekend planuję ubrać choinkę i wpatrywać się w nią wieczorami podśpiewując "Let it snow, let it snow, let it snow!" 

5. Spotkania ze znajomymi – zawsze sprawiają mi wiele przyjemności, chociaż nie ukrywam, że czasem (patrz pkt 2) ciężko mnie na nie namówić – dlatego też w tym okresie najlepiej sprawdzają się tzw. domówki – i nie mówię tu o wielkich grupowych imprezach, tylko spotkaniach indywidualnych (lub w małych grupkach), przy winie / ginie z tonikiem / herbacie, niekończących się pogaduchach na wszelkie tematy, niezmordowanym plotkowaniu i śmiechu do bólu brzucha. Nawet kiedy wydaje mi się, że mam już dosyć ludzi i potrzebuję wyłącznie samotności, to po takich kilku godzinach w towarzystwie kogoś, przy kim mogę się totalnie wyluzować, czuję, że moje „akumulatorki socjalne” zostały na nowo naładowane.


A co Was ostatnio cieszy? 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kto stoi w miejscu, ten się cofa, czyli parę słów o zmianach.

Długo zastanawiałam się, czy tłumaczyć się z tego długaśnego przestoju (kolejnego!), czy też przemilczeć to i po prostu zamieścić nowy wpis. Uznałam jednak, że winna Wam jestem choćby kilka słów wyjaśnienia.

Sytuacja wygląda tak, że w obecnym momencie sama jeszcze nie wiem, jaka będzie przyszłość tego miejsca. Jednego jestem pewna - na pewno czekają je zmiany – być może nawet tak rewolucyjne, jak całkowite zamknięcie tego bloga i start w zupełnie nowym miejscu, a może skończy się na jakichś mniej lub bardziej drastycznych poprawkach i kontynuacji tutejszej przygody. Moje życie się zmienia (ostatnio wprawdzie może nie do końca w sposób, jaki mnie zadowala, ale cóż…), wraz z nim zmieniam się i ja, więc siłą rzeczy blog także nie może pozostawać ślepy i głuchy na te sygnały. Z pewnością nie jestem już tą samą dziewczyną, która rozpoczynała swoją radosną przygodę tutaj kilka lat temu – ba, właściwie biorąc pod uwagę mój wiek, w ogóle nie jestem już „dziewczyną” :) 

Z drugiej strony, niektóre rzeczy na pewno nie straciły swojej aktualności, nadal interesuje mnie kino (chociaż przyznam się, że od dobrych paru miesięcy mam takie zaległości, że wstyd się przyznać), dużo czytam i bardzo chciałabym się z Wami podzielić niektórymi tytułami.


Jeśli chodzi o zakupy (głównie kosmetyczne), tu chyba widać największą zmianę (która zachodziła etapami i do pewnego stopnia można było ją obserwować na blogu) – zdecydowanie poruszam się w kierunku tak modnego obecnie minimalizmu. Miały na to wpływ różne czynniki, począwszy od związanych z moją nietolerancją pokarmową (o której szerzej pisałam jakiś czas temu) problemów skórnych, aż po finanse. Dlatego pewnie w nowej odsłonie takie wpisy pojawiałyby się jedynie sporadycznie. To dotyczy większości grup produktowych – zarówno kosmetyków, ubrań, jak i innych „gadżetów” – ze wszystkich sił staram się bowiem ograniczyć do tego, co już posiadam, wykorzystywania zapasów i / lub wybijania sobie z głowy kolejnych zachcianek :) Z różnym skutkiem, to oczywiste, ale wydaje mi się, że stopniowo udaje mi się wypracować coś w rodzaju względnej równowagi i przestaję się nerwowo miotać w poszukiwaniu ciągle czegoś nowego, lepszego (co też dobrze robi mi na psychikę, swoją drogą).


Nie ukrywam, że bardzo ważne są dla mnie obecnie kwestie odżywiania – ponieważ w moim przypadku sposób mojego jedzenia bezpośrednio (i prawie natychmiast) uwidacznia się w stanie mojej skóry, nie da się tego oszukać, ani w żaden sposób „obejść” – no nie ma bata… Nie oznacza to, że teraz stanę się jakąś szaloną fit-blogerką, ale nie wykluczam, że takie elementy też się tu znajdą. Co do aktywności fizycznej, to po wielu latach przerwy i szukania mniej lub bardziej na oślep, na nowo odkryłam jogę. Właściwie to zawsze wiedziałam, że to jest najbliższa mi dziedzina, ale z jakiegoś powodu usilnie starałam się znaleźć też coś „żywszego”. No i ostatecznie w ciągu ostatnich kilku miesięcy doszłam do wniosku, że połączenie pilates, rozciągania i hatha jogi daje w moim przypadku najlepsze efekty – zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Moje ciało na pewno jest mi wdzięczne (co widać!).



Żebyście jednak nie czuli się tak całkiem skonfundowani nadchodzącymi zmianami i porzuceni na dobre, następny post (obiecuję, że wrzucę go jeszcze w tym tygodniu, a nie za kolejne 2 miesiące!) będzie na przekór o moich życzeniach okołoświątecznych (bo jednak do takiej całkowitej życiowej minimalistki to mi jeszcze bardzo daleko)...
Nie wiem, ile z nich uda mi się zrealizować, ale w końcu marzenia nic nie kosztują...
Planuję też napisać o "Głaskologii" Miłosza Brzezińskiego, którą przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i od tej pory polecam wszystkim znajomym :)



Do zobaczenia wkrótce, moi mili!

PS Wszystkie zdjęcia z tego posta, są na moim regularnie uaktualnianym IG.
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...