sobota, 12 kwietnia 2014

Nie taki hardkor straszny, jak go malują - filmowo o Hardkor Disko

Rzadko piszę (i pewnie prędko się to nie zmieni) o polskim kinie. Nie dlatego, że jestem jakąś wielką filmową snobką, czy też uważam, że polskie kino skończyło się na "Człowieku z żelaza" (względnie na "Psach" i to oczywiście pierwszej części). Powód jest znacznie prostszy - żebym nie wiem, jak się starała, nie potrafię być do końca obiektywna i oceniać starania rodzimych twórców na podstawie tych samych kryteriów, co zwykle. Zazwyczaj więc kończy się to tak, że albo jestem nadmiernie pobłażliwa i wybaczam niedociągnięcia jednym strasznym zdaniem "no, jak na polski film, to było całkiem nieźle", albo jadę w drugą stronę, czepiając się wszystkiego jak rzep wiadomo czego. I tak źle, i tak niedobrze.

Nie twierdzę, że w naszej nowej kinematografii nie zdarzają się perełki (jestem np. zagorzałą wielbicielką Wojciecha Smarzowskiego, kameralnych dramatów w stylu "W imię" czy "Lęk wysokości", a także oryginalniejszych obrazów, takich jak "Dziewczyna z szafy"), ale marzyłoby mi się, żeby takie tytuły nie były jedynie chlubnymi wyjątkami w zalewie jakichś straszno-śmiesznych masakr, które mogą się przyśnić w nocy co wrażliwszym widzom.

Poza tym nie od dziś wiadomo, że my Polacy jesteśmy jak jeden mąż profesjonalnymi krytykami filmowymi, jeśli chodzi o nasze własne podwórko i Boże broń, żeby ktoś nam zarzucił, że się nie znamy - ZAWSZE się znamy! Na wszystkim! Dlatego nauczyłam się dwa razy zastanowić, zanim zacznę wygłaszać publicznie własne opinie, nie za bardzo chcąc dawać do ręki dodatkowy oręż tym, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, że "hańba!" i że "skandal" i że w ogóle polskie kino to dno, albo nawet i gorzej.

A jednak chciałabym wspomnieć o filmie, który zapadł mi w pamięć i który uważam jeden z ciekawszych debiutów, jakie obejrzałam w przeciągu ostatnich miesięcy. Owszem, ma on swoje niedociągnięcia i poniższe słowa, które napisałam* już jakiś czas temu, nadal są dla mnie aktualne, ale przyznam się, że obejrzawszy w międzyczasie całkiem sporo polskich filmów (z których większość stanowiły niestety ciekawe pomysły z kiepską lub bardzo kiepską realizacją), dziś na własny użytek oceniam go znacznie lepiej.

*moja recenzja ukazała się wcześniej standardowo na portalu filmosfera.pl

Zapraszam zatem do lektury, a także osobistej weryfikacji poniższej opinii w kinie :)


Krzysztof Skonieczny zaczął swoją przygodę z reżyserią od teledysków i oglądając "Hardkor Disko" nie sposób o tym zapomnieć. Od strony wizualnej, estetycznej i muzycznej, ten obraz to perełka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to pełnometrażowy debiut. Wszystkie sceny są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a połączenie bardzo malowniczych ujęć, przeplatanych autentycznymi nagraniami z kaset VHS i świetnej ścieżki dźwiękowej sprawia, że łatwo wsiąknąć w tę historię.
Ale...(bo wiadomo, że jakieś "ale" się pojawi). Efektowne sceny i długie ujęcia to jedno, a opowiadana historia to zupełnie co innego. Od strony fabularnej bowiem film niestety dość mocno kuleje, postaci są za bardzo papierowe, ich zachowanie mało prawdopodobne i raczej irracjonalne (kto przy zdrowych zmysłach wpuściłby do domu kompletnie obcego chłopaka, nie zadając sobie właściwie żadnego trudu sprawdzenia czegokolwiek na jego temat?!), a część scen, choć realizatorsko imponująca, wydaje się kompletnie wyrwana z kontekstu. Scena nie staje się bowiem symboliczna tylko z tego powodu, że jest ładnie nakręcona i kiedy umieści się ją w przypadkowym miejscu w filmie (tak jak bohater nie staje się anarchistą poprzez pokazanie jak rzuca w policję koktajlem Mołotowa) - tu można zadać sobie pytanie, czy ta tendencja to swoista maniera reżysera i pozostałość po kręceniu teledysków, czy też jedna z najtrafniej uchwyconych cech portretowanego pokolenia, czyli nieustająca potrzeba bombardowania nowymi bodźcami - wszystko musi być intensywne, głośne, przerysowane, bo nasz mózg oduczył się już odbierania bardziej subtelnych sygnałów. 

Niewątpliwie "Hardkor Disko" to debiut interesujący (choć przypominając sobie całkiem trafny filmowy dialog o "interesujących gniotach", określenie to nabiera nieco sarkastycznej wymowy) i myślę, że ma spore szanse na zdobycie popularności u młodych widzów. To taka współczesna, polska wersja "Buntownika bez powodu", która pokazuje drzemiący w młodym reżyserze potencjał - na razie wprawdzie jest to raczej poszukiwanie swojego miejsca i tożsamości, ale zarazem to, co wyraźnie przebija przez wszystkie niedociągnięcia sugeruje, że Krzysztof Skonieczny faktycznie ma coś do powiedzenia i pokazania. 


Jednocześnie dla mnie osobiście "Hardkor Disko" jest nieco za mało realistyczne jak na wiarygodny dramat i za mało "odjechane" jak na obraz symboliczny - wolałabym, żeby Skonieczny bardziej zdecydowanie poszedł w jedną lub drugą stronę, bo takie stanie okrakiem rzadko komu wychodzi na dobre. Film ogląda się wprawdzie z zaciekawieniem i estetyczną przyjemnością (a także lekkim dyskomfortem psychicznym podczas świetnie nakręconych, ale i brutalnych scen), ale brakuje w nim emocjonalnego dialogu z widzem. Owszem, przez większość seansu historia trzyma nas we względnym napięciu, ale jednocześnie nie wywołuje u oglądającego poczucia jakiejkolwiek więzi z bohaterami. Zarówno matka, jak i ojciec są w całym swoim luzie i "młodzieżowości" zwyczajnie irytujący (choć każde z nich w inny sposób), a Ola ma mentalność nastolatki z osobowością borderline i jej histeryczne miotanie się we wszystkie strony po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Główny bohater zaś sprawia wrażenie, jakby nie do końca sam wiedział, dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób - w pewnym momencie cała otoczka jego groźnej, cichej tajemniczości zapętla się na kształt węża połykającego własny ogon.

Aż do końca nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę nim kieruje  - pragnienie zemsty, nienawiść, samotność, czy chęć zniszczenia rodziny, której sam został pozbawiony? Dla mnie ten wątek nie został wystarczająco rozwinięty, a postać głównego (anty)bohatera wysyła takie mnóstwo sprzecznych sygnałów, że w rezultacie niezmiernie łatwo jest stworzyć sobie z tych fragmentów zupełnie alternatywny scenariusz (wcale nie gorszy od oryginalnego pomysłu!).

Marcin przez większość filmu obserwuje wszystko z obojętną ciekawością drapieżnika, przejawiając wręcz cechy psychopatyczne (jest skupiony wyłącznie na swoim celu, bez przywiązywania wagi do moralnej strony swojego planu), a jednak po fakcie wykazuje coś w rodzaju śladowych wyrzutów sumienia. Jednocześnie scena uwolnienia pod koniec uśpionej furii nie do końca pasuje mi do obrazu tej postaci. Bardziej przemówiłoby do mnie utrzymanie tej psychopatyczno-obojętnej pozy z początku filmu - zwłaszcza, że spojrzenie Kowalczyka jest zarazem hipnotyzujące, jak i podszyte szaleństwem (co widać także w świetnej scenie wzrokowego pojedynku z agresywnym dresiarzem - w którego wcielił się - nomen omen - sam reżyser) i zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi uwierzyć w to, że to postać trochę w stylu Paula i Petera z filmu "Funny Games" M. Hanekego, którzy na pytanie "dlaczego to robicie?" odpowiadają "a dlaczego nie?", niż w ten nieco przestylizowany amok i swoistą "misję". 


Ponieważ jednak jak wspomniałam na samym początku- nie ma nic łatwiejszego niż krytyka cudzego dzieła, a także szczerze doceniam zarówno sam pomysł, jak i sposób realizacji filmu, jestem zdania, że obraz Skoniecznego jest wart obejrzenia - choćby po to, aby przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie jest to głos pokolenia, do którego należymy. A jeśli nie, to warto chociaż sprawdzić, jak bawią  się ludzie z "hajsem", brakiem kompleksów, jakichkolwiek wartości i wrodzoną arogancją. Dla znacznej większości widzów pewnie będzie to konfrontacja ze swoistą egzotyką (w końcu ilu z nas bierze udział w nielegalnych wyścigach samochodowych, czy bawi się do upadłego, wciągając kokę przy pomocy zrolowanej setki?), w dodatku egzotyką raczej pretensjonalną, ale przyznam się, że te "imprezowe epizody" zaciekawiły mnie na tyle, że chętnie obejrzałabym pogłębioną odsłonę życia młodego pokolenia pokazaną oczami reżysera.   

Na koniec zaapeluję jeszcze - bezwzględnie zapamiętajcie sobie nazwiska reżysera Krzysztofa Skoniecznego oraz odtwórcy głównej roli Marcina Kowalczyka (któremu można jedynie pozazdrościć niesamowitej ekranowej charyzmy i swobody, z jaką wciela się w odgrywaną postać). Jeśli któremuś z panów gdzieś po drodze nie powinie się noga, to każdy z nich ma szansę porządnie namieszać w polskim kinie. Oby.

No i trzymajmy kciuki za sukces filmu na wszelakich festiwalach! :)

A w pozostałych rolach występują bardzo interesująca młodziutka aktorka Jaśmina Polak (debiutująca na dużym ekranie) oraz Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior.

Na koniec standardowo spytam: byliście/ widzieliście/ wybieracie się/ podobało się/ co myślicie??

A następnym razem napiszę Wam o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki widziałam od dłuższego czasu! 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bombonierka, czyli filmowo o Grand Budapest Hotel

Żyję. To dla tych, którzy się zastanawiali. A dla wszystkich (bez względu na to, czy się zastanawiali czy nie), recenzja absolutnie wyjątkowego filmu, na który czekałam z zapartym tchem od momentu, kiedy tylko usłyszałam, że powstaje. A potem wyszłam z kina zauroczona dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. A nawet bardziej. 


 Wes Anderson jest bez wątpienia jednym z reżyserów, którzy już od swojego debiutu rezydują w świecie filmowym w stałym miejscu, gdzieś na granicy geniuszu i szaleństwa. Właściwie dowolny tytuł, który wyszedł spod jego ręki można by umieścić w słowniku jako ruchomą ilustrację hasła "fantasmagoria" - dlatego też do zachwytu nad jego dziełami bardzo przydatna (żeby nie powiedzieć niezbędna) jest odpowiednia wrażliwość. Ci, którzy widzieli choćby jeden z wcześniejszych filmów reżysera, wiedzą mniej więcej, czego można się spodziewać po jego kolejnym tytule. Ci, którzy w kinie łakną oczarowania i baśniowych fantazji (ale raczej rodem z mrocznych opowieści braci Grimm aniżeli przesłodzonych disneyowskich obrazków), także powinni być zachwyceni. Jeśli natomiast należycie do widzów, nadających na nieco bardziej logicznych falach, to śmiem twierdzić, że magia i wdzięk najnowszego obrazu Andersona może okazać się dla Was ciężka do przełknięcia. 

"Grand Budapest Hotel" to obraz kunsztowny, przypominający ekskluzywną bombonierkę, pełną przepięknie zapakowanych czekoladek, z których każda stanowi smakową niespodziankę. Jego misterna i wyszukana konstrukcja sprawia, że jest to film, który można (i należy) obejrzeć więcej niż jeden raz, albowiem nawet przy bardzo uważnym śledzeniu tego, co odkrywa przed nami reżyser, nie jesteśmy w stanie docenić wszystkich maleńkich klejnocików, z których składa się ten obraz. 

To szkatułkowa opowieść, w której dostajemy historię zamkniętą w innej historii, pełną kolejnych warstw i zupełnie niespodziewanych zwrotów; równie szaloną, co fantazja Andersona. W dodatku wszystko rozgrywa się w przepięknie skonstruowanym świecie wymyślonym przez reżysera, w którym nawet najdrobniejszy szczegół nie został pozostawiony przypadkowi - już od pierwszych sekund naprawdę przenosimy się do innej rzeczywistości, trochę baśniowej, trochę artystycznej i zapewniam, że ten stan dziecięcego olśnienia nie opuści nas aż do napisów końcowych. Opowiadana historia stanowi raczej pretekst do pokazania rozpędzonego pociągu andersonowskiej wyobraźni oraz całego szeregu błyskotliwych i dowcipnych dialogów, aniżeli cel sam w sobie. Trzeba jednak powiedzieć, że choć w pierwszej chwili możemy mieć wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią, to w ostatecznym rozrachunku fabuła filmu także się broni. 


W centrum wydarzeń mamy Gustawa H., zarządcę ekskluzywnego tytułowego hotelu, który zostaje uwikłany w szeroko zakrojoną intrygę przy okazji kradzieży cennego obrazu. Sensacyjna akcja rodem z surrealistycznej farsy rozgrywa się na tle wydarzeń, które ciężko zaliczyć do zabawnych, a mianowicie para-nazistowskiej agresji na fikcyjne państwo Żubrówki w Centralnej Europie, co nadaje całej historii nieco mroczniejszy wydźwięk. Zresztą Anderson z równą swobodą bawi się komediowym absurdem, by chwilę później przeskoczyć do poważniejszych tematów. Widz zostaje więc bezlitośnie wciągnięty w abstrakcyjny miks miłości, śmierci, wojny i przemocy, pokazanych jednak w sposób przywołujący na myśl estetykę komiksową, a nawet dziecięce kreskówki. Osią, na której opiera się film, jest cudownie pokazana pogłębiająca się relacja Gustawa z hotelowym boyem, a kreacja Ralpha Fiennes'a, wcielającego się w postać dziwacznego mentora to prawdziwa perełka. Dla tych, którzy mają w pamięci jego najmocniejszą rolę w "Liście Schindlera", ta komediowa odsłona może być sporym zaskoczeniem. A jednak sposób, w jaki Fiennes balansuje pomiędzy wyrafinowaniem i (niekiedy naprawdę mocno) zaskakującym optymizmem, ani razu nie popadając w przesadną śmieszność, jest najlepszym świadectwem klasy tego aktora - jego Gustaw H. jest zabawny, ale nigdy nie pretensjonalny i od pierwszej chwili kradnie serca widzom. W tym miejscu nie można nie wspomnieć o całej plejadzie ulubionych aktorów Andersona, z których część pojawia się w większych (i raczej nietypowych dla siebie) rolach, a część zaledwie w epizodach, wzbudzając jednak u widowni taki sam entuzjazm - właściwie przez większą część filmu możemy swobodnie bawić się w grę pt. "kto ze znanych aktorów pojawi się w następnej scenie". W obsadzie mamy więc świetnego debiutanta Tony'ego Revolori oraz ekipę marzeń niejednego reżysera, w której znajduje się m.in. Adrian Brody, Willem Defoe, Tilda Swinton, Edward Norton, Jude Law, Harvey Keitel, Jeff Goldblum, Owen Wilson, Bill Murray, czy nawet George Clooney (przez dosłownie 2 sekundy). 


Im mniej wiemy o samej fabule przed obejrzeniem filmu, tym lepiej dla nas - w ten sposób mamy możliwość podziwiania niezwykłego świata stworzonego przez Wesa Andersona bez uprzedzeń i bez oczekiwań, skupiając się jedynie na samej przyjemności płynącej z oglądania czegoś oryginalnego. Myślę, że najlepszym podsumowaniem zarówno osoby reżysera, jak i postaci jego filmowego bohatera, Gustawa H. może być jedno ze zdań, które pojawia się pod koniec filmu - "podtrzymywał iluzję z nadzwyczajnym wdziękiem". Bo "Grand Budapest Hotel" to iluzja, której nie da się (ani nie chce) wyrzucić z pamięci jeszcze długo po zakończonym seansie. 

W skrócie - kto jeszcze nie widział, ten niech maszeruje do kina. A ci, co widzieli, niech dadzą znać, czy i jak im się podobało. 
I w ogóle to Happy Birthday drogi blogu, bo w międzyczasie stuknęły Ci dwa lata. Kupa czasu. I takie tam. 
Do następnego!
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...