wtorek, 3 czerwca 2014

Chciałabym, chciała, czyli Wishlist vol.4

Ostatnia chciejlista pojawiła się na blogu dość dawno temu, bo jeszcze w październiku (TUTAJ możecie sobie ją zobaczyć) i nawet udało mi się z niej zrealizować większość rzeczy, dlatego czas na odsłonę wiosenno-letnią :) Poza tym wielkimi krokami zbliżają się moje urodziny, a to jest świetny sposób na uporządkowanie tego, co mi chodzi po głowie i z czego bym się ucieszyła. 

Jak zwykle, lista jest przemyślana i nie ma na niej rzeczy przypadkowych, ani takich, które wpadły mi do głowy w ostatniej chwili. 

1. Zielona herbata NUTE z maliną i tymiankiem - dla takiej herbaciary jak ja, pozycja obowiązkowa, a tej jeszcze nie piłam. No i oczywiście nie zapominajmy o pięknym opakowaniu :) zdjęcie STĄD

2. Dawno już nie kupowałam nowej torby (co wcześniej mi się nie zdarzało), więc może pora na zmianę i przepakowanie się? Ta na zdjęciu STĄD - jest idealnie w moim stylu - duża, pakowna, niezobowiązująca i szara!

3.  Wiadomo, że kubek (a nawet dwa) MUSIAŁ się tu pojawić :) Ten w błękitne dmuchawce "chodzi" za mną już od dłuższego czasu - jest STĄD 

4. Świece zapachowe to kolejna rzecz, którą lubię i namiętnie kupuję - te z serii Les Lumieres du Temps są wykonane z naturalnych składników i nie podrażniają (a to ważne, jeśli pali się ich sporo) i mają fantastyczne zapachy! Ja jestem leciutko uzależniona od aromatu FIGI. STĄD 

5. Skoro jesteśmy przy świecach, to jedną od Pat&Rub (zimową) już miałam i była całkiem ok, ale to ta z melisą, goździkiem i cytryną teraz bardziej do mnie przemawia. Można ją znaleźć m.in. TUTAJ 

6. Ponieważ preferuję biżuterię minimalistyczną, ten srebrno-złoty naszyjnik bardzo do mnie przemówił! Jest od polskiego projektanta Bello Design i można go znaleźć TUTAJ 

7. Pora na coś dla ducha :) Wprawdzie od jakiegoś czasu czytam głównie na Kindlu, ale niektóre pozycje chciałabym mieć w wersji klasycznej, papierowej. A rozmowy o języku w wykonaniu panów Bralczyka, Miodka i Markowskiego zdecydowanie należą do tej kategorii. Do dostania m.in. TUTAJ 

8. Szukam właśnie wygodnych, czarnych i skórzanych sandałów, ponieważ moje stopy zdecydowanie odmawiają współpracy z butami, które są wykonane z innych materiałów. Te konkretne są od VAGABOND i bardzo mi się podobają (ale cena nieco mniej), może się okazać, że skończę z jakąś bardziej ekonomiczną wersją :) Fotka STĄD 

9. Wspominałam o kubkach, więc bez specjalnego zaskoczenia pokazuję kolejny - te z kolekcji Keitha Brymera Jonesa ze słowami prześladują mnie już długo, a najtrudniej chyba było wybrać najbliższe mi hasło - padło na "Drama Queen" - kto mnie zna, ten wie, czemu :D Inne też są świetne! Zwł. seria herbaciano-grunge'owa! Można je dopaść TUTAJ 

10. No i "last, but not least", kolejna pozycja książkowa (chociaż raczej do oglądania, niż czytania) - bo jako wielbicielka Woody'ego Allena, mam na półce chyba wszystkie tytuły zarówno jego autorstwa, jak i o nim, wydane w Polsce. Oprócz tego oczywiście :) STĄD

No i tyle moich zachcianek, póki co. Zobaczymy jak się to będzie miało do urodzinowych prezentów oraz najbliższych zakupów. 

A Wam wpadło w oko coś fajnego ostatnio? A może kogoś zainspirowałam :)  

piątek, 30 maja 2014

Kulinarnie - orkiszowe clafoutis z rabarbarem

Nie zapomniałam o Was :) A w ramach odpoczynku od filmów (krótkiego, bo lada moment kolejna recenzja), dziś będzie coś pysznego. Standardowo przepis dla leniwców, jako że nie przepadam za długim przesiadywaniem w kuchni i lubię jak coś przygotowuje się szybko i łatwo. 

Oczywiście składniki można sobie dowolnie dostosować do: potrzeb / upodobań / pory roku. Ja muszę pamiętać o mojej nietolerancji - stąd mąka orkiszowa (którą można zastąpić zwykłą pszenną lub choćby razową) oraz jajka perliczki, no i "mleko" zamiast mleka. Zresztą w ten sposób jest nawet zdrowiej :)


Z francuskim Clafoutis spotkałam się pierwszy raz chyba przy okazji lektury książki Rachel Khoo My Little Paris Kitchen - oryginalny przepis był nieco inny od tego poniżej, ale ostateczny efekt równie smaczny. Ogólnie Clafoutis to takie połączenie ciasta z omletem, jest lekkie i naprawdę pyszne i przyznaję, że największy problem mam zawsze z odczekaniem, aż ostygnie :) Plusem jest też to, że możemy dowolnie kombinować z owocami - robiłam je już z czereśniami, morelami i truskawkami (no i rabarbarem) - za każdym razem wychodzi super! 

Przepis, z którego korzystałam tym razem (opierając się na tym znalezionym TUTAJ, oczywiście z odpowiednimi modyfikacjami) zawiera (piszę z pamięci, więc mam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam): 

- 3/4 szklanki mąki orkiszowej, 
- szczyptę soli (używam różowej himalajskiej),
- 1/3 szklanki brązowego cukru, 
- 3/4 szklanki "mleka" sojowego waniliowego, 
- 3 spore łodygi rabarbaru,
- odrobinę oleju kokosowego (do wysmarowania formy),
- 2 jajka perliczki,

Zaczynamy od umycia i obrania rabarbaru, a następnie pokrojenia go w małą kostkę. Następnie zasypujemy go połową cukru, mieszamy i odstawiamy na pół godziny, czekając aż puści sok. 
W międzyczasie smarujemy formę na tartę olejem kokosowym (pewnie można użyć innego tłuszczu, ja akurat lubię kokosowy, poza tym nie mogę jeść masła) i nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. 

W misce mieszamy mąkę, sól i drugą połowę cukru. 
W oddzielnej miseczce rozbełtujemy jajka i delikatnie dodajemy je do mieszanki powyżej. Tu w ruch idzie mikser, bowiem następnie powoli zaczynamy dolewać mleko, cały czas mieszając, dopóki masa nie zrobi się gładka (jest bardzo lejąca się, ale jeśli macie wrażenie, że leje się jednak trochę ZA BARDZO, to można dosypać garstkę mąki). 

Tak całość wygląda przed pieczeniem - oczywiście perfekcjoniści 
mogą zadbać o równiejsze ułożenie owoców :) 

Rabarbar (razem z cukrem i sokiem) wykładamy na dno formy, a potem zalewamy ciastem. Pieczemy przez jakieś 30 - 35 minut (w zależności od mocy piekarnika - warto zaglądać, czy się nie zaczyna za bardzo przypiekać na brzegach). Studzimy (to ten najtrudniejszy krok!). Jemy, pomrukując z rozkoszy :) 


SMACZNEGO
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...