czwartek, 18 października 2012

Frytka z Okienka :)

Ostatnio z różnych powodów mniej włóczę się po moim mieście, chociaż na ogół bardzo to lubię. 

Lubię także odkrywać na własny użytek miejsca "kultowe", lub te trochę mniej, często sprawdzam na blogach ciekawe knajpki, zapisuję sobie nazwy i potem przy okazji jakiegoś spaceru, testuję je na sobie :)



Okienko "chodziło" za mną od dłuższego czasu, zwłaszcza, że wiele razy mijałam je w przelocie, za każdym razem przyglądając się z lekką zazdrością małemu tłumkowi, który zalegając przed tą słynną już dziurą w ścianie, zajadał się w najlepsze frytkami. 



Bo Okienko to nic innego jak belgijskie frytki, które dostajemy zawinięte w tutkę z papieru w duecie z wybranym sosem i zajadamy, siedząc na kolorowej skrzynce po napojach i parząc sobie palce :) Takie to wyrafinowane miejsce, a co :)


Oczywiście możemy również kontynuować spacer, biorąc fryty w garść...




Podobną frytkarnię (czy jakkolwiek się takie miejsce nazywa) znalazłam w centrum, przy Chmielnej (oczywiście teraz w życiu sobie nie przypomnę nazwy ulicy), ale Okienko było chyba pierwsze i to tutaj zbierają się wszyscy okoliczni hipstersi przed i po wszelakich imprezach, w drodze do i z Placu Zbawiciela, aby pożreć kolejną i kultową porcję frytek.


A same frytki są naprawdę smaczne. Jeśli więc jesteście z Warszawy, lub będziecie akurat odwiedzać stolicę, polecam małą wycieczkę na Polną (na rogu Oleandrów, za Riwierą Remont) i utytłanie się troszkę w ręcznie przygotowywanych frytkach :) Przy okazji jest to idealny rozgrzewacz na chłodne popołudnia - wystarczy wziąć taką tutkę w garść i żadne zimno nam nie straszne!



piątek, 12 października 2012

Wieczór w Rzymie...

Niestety tylko za pośrednictwem filmu, ale i tak jest całkiem miło...

Na początek wyznanie - jestem fanką (a właściwie psychofanką) tego pana i sama nie mogę uwierzyć w to, że aż do dziś nie obejrzałam jeszcze jego najnowszego filmu (czyli "To Rome with Love") - zupełnie nie wiem, jak to się stało! 


No, ale właśnie to nadrabiam :) I niestety z bólem przyznaję, że nie trafi on do grona ulubieńców (mam taką swoją małą listę tytułów, do których wracam regularnie i które po wielu latach i wielu seansach uwielbiam nadal tak samo) - chyba tak naprawdę spodoba się on wyłącznie italomaniakom, pozostali po prostu obejrzą i zapomną...


A jako miły dodatek do filmu - nowa świeczka - jeszcze nigdy nie miałam świec Brise (ta firma kojarzyła mi się wyłącznie z zapachami do toalet, no sorry), ale przy okazji wizyty w Rossmanie skusiłam się na jakąś limitowankę i oto co mi świeci i pachnie: 


Sam zapach jest bardzo ładny, tylko niestety albo z moim nosem jest coś nie tak, albo on jest naprawdę delikatny - czuję go właściwie tylko kiedy wyjdę z pokoju i do niego wrócę. Ale cóż - jestem przyzwyczajona do raczej intensywnych aromatów Yankee Candle, więc może to to...


Niestety nie udało mi się ustalić składu tej świeczki i nie mam pojęcia, czy wdycham sobie właśnie coś w miarę naturalnego, czy też samą chemię, która w chwili, kiedy piszę te słowa, bezlitośnie morduje moje szare komórki...


Mam nadzieję, że spędzacie równie przyjemny wieczór!
Follow on Bloglovin
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...