sobota, 15 grudnia 2012

Filmowo - Moonrise Kingdom

Film, który właśnie skończyłam oglądać, zdecydowanie zasługuje na osobną notkę, dlatego zamiast odpływać w objęcia Morfeusza, nadal tu siedzę, próbując przelać na klawiaturę wrażenia na gorąco :)

Mowa o "Moonrise Kingdom" (z polskim tytułem, jak zwykle wartym specjalnej "nagrody" dla tłumacza). 


Jeśli kojarzycie Wesa Andersona, to będziecie wiedzieli, czego się spodziewać (wszystkiego). 

A jeśli nie, to lepiej sobie wcześniej coś tam o nim wygooglajcie, bo może się okazać, że akurat nie jesteście fanami tego pana. Bo on robi bardzo specyficzne filmy. "Hipsterskie" - z takim określeniem spotkałam się ostatnio, ale to akurat uważam za obraźliwe dla niego. 

Nie będę tutaj opisywała fabuły jego najnowszego obrazu, bo w tym konkretnym przypadku zupełnie mija się to z celem, ponieważ jak to zwykle u Andersona bywa, fabuła to tylko pretekst do zabawy formą. 
Oj, a tej jest tu co niemiara. Plus genialni aktorzy dobrani w taki sposób, że przez pierwszą część szczerzymy się do ekranu. Mamy więc andersonowego ulubieńca Billa Murraya, Tildę Swinton, Frances McDormand, dawno nie widzianego Harveya Keitela, ale przede wszystkim dwóch panów, z których nie wiadomo, który jest bardziej uroczy - Edwarda Nortona w roli harcmistrza (drogie panie, przez cały film - powtarzam CAŁY film! - paraduje w krótkich spodenkach i harcerskich podkolanówkach :)) oraz Bruce'a Willisa grającego niezbyt rozgarniętego, ale poczciwego policjanta. No i całą masę perfekcyjnie dobranych dzieciaków - począwszy od dwójki głównych bohaterów, z dziewczynką, która wygląda jak młodsza siostra Lany del Rey na czele. 

No i scenografia. I muzyka. Dzizas, wnętrza w tym filmie (i zewnętrza też! :) wyglądają jak połączenie historyjki obrazkowej, domku dla lalek, filmu animowanego i spektaklu w teatrze, wszystko jest absolutnie cudownie przerysowane, napompowane i przejaskrawione, a jednocześnie ultra proste - zarówno dialogi, jak i historia, w której poszczególne elementy wskakują na swoje miejsce po kolei. 

Naprawdę niesamowite jest, jak reżyserowi udało się stworzyć plejadę pełnowymiarowych postaci, z których na dobrą sprawę ŻADNEJ nie można nazwać normalną. Każda z osób jest jednocześnie bardzo realistyczna, ale i jakby żywcem wyjęta z jakiejś księgi dziwaków - może dlatego właśnie tak idealnie się wszystkie dopełniają :)

To historia miłosna, coś w rodzaju współczesnej (ale i jednocześnie retro) ballady o Romeo i Julii przedstawionej w krzywym zwierciadle, oprócz tego dramat rodzinny, barwne dojrzewanie w latach 60. ubiegłego wieku, nawiązania do "Władcy much", sceny rodem z kreskówek i bardzo specyficzny, abstrakcyjny humor. 

Ja jestem zachwycona. Już dawno nie oglądałam czegoś tak świeżego, plastycznego, wręcz bajkowego :) 

Jednocześnie wiem, że mnóstwo ludzi uważa ten film za szczyt nudy i obciachu, ale na tym właśnie polega urok Andersona - albo się go wielbi, albo nie znosi - wystarczy puścić sobie fragment "The Royal Tenenbaums", żeby się przekonać, do której grupy należymy :)

zdjęcia: Internet

23 komentarze:

  1. huh, z reguły nie lubię filmów tego typu, ale może...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, nie chcę Cię zniechęcać, ale na wszelki wypadek obejrzyj sobie najpierw trailer, bo taką stylistykę trzeba lubić :)

      To trochę tak jak z D.Lynchem - albo ktoś go "czuje", albo siedzi na jego filmach jak za karę :)

      Usuń
    2. Oj ja kocham Lyncha i nikt tej miłości nie rozumie, wszyscy zasypiają jak im włączam jego filmy ;(
      A co do tego filmu wiedziałam, że coś kojarzę i doszłam. Widziałam jego reklamy w angielskiej telewizornii jak wchodził do kin i mnie trailery zachwyciły! Miałam go gdzieś zapisanego i jakoś się zawieruszył plan obejrzenia go, świetnie że mi o nim przypomniałaś! Na pewno obejrzę - od razu go dodam na filmweb do "chcę obejrzeć", bo notatki czy te wirtualne czy papierowe zawsze odchodzą w zapomnienie :/
      A tłumaczenie tytuły - nie wiem czy się śmiać czy płakać. W ogóle akurat temat polskich tłumaczeń tytułów to jest jakiś dramat! Moim zdaniem często automatycznie spłycają film, bądź podsuwają mylne skojarzenia lub chyba uznają, że polscy widzowie są mało inteligentni i trzeba im podpowiedzieć...
      Jedne z moich ulubionych to: Hot Tub Time Machine/Jutro będzie futro (wtf?). A z nowszych: Looper/Looper. Pętla czasu, Source Code/Kod nieśmiertelności, Limitless/Jestem bogiem(???).

      Usuń
    3. Tak, polskie tłumaczenia tytułów to jest jakaś masakra - bardzo często ktoś mi mówi tytuł, ja robię wielkie oczy, że w życiu nie słyszałam o takim filmie (a na ogół jestem raczej na bieżąco), po czym oczywiście okazuje się, że go oglądałam, tylko ciężko było się domyślić, bo wersja polska nie miała NIC wspólnego z oryginalnym tytułem...

      Ja się na Lynchu wychowałam, a "Blue Velvet" to do dziś jeden z tych filmów, do których wracam raz na jakiś czas :)

      Usuń
    4. Ja strasznie mało jego widziałam, ale bardzo mi się podoba to jak jego filmy są zmontowane i te rozsypane wydarzenia, Mulholland Dr dalej jest dla mnie zagadką :)

      Usuń
    5. Ja widziałam chyba wszystkie jego filmy, a niektóre (w tym Mulholland) nadal mnie przerażają. On ma w sobie coś takiego, że jednocześnie mnie przyciąga i bawi się moimi lękami, przez co potem miesiącami nie mogę normalnie spać. Ale i tak go uwielbiam :)

      Usuń
  2. Kiedy zobaczyłam plakat, pomyślałam "eee, nie dla mnie", ale po tej "liście płac" i zdjęciu mam ochotę obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie obsada jest imponująca, ale nie sugerowałabym się jedynie tym, bo widziałam już komentarze typu "co to jest za szajs i co zrobili z Brucem Willisem???!!!!" :))

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem czy Ci się spodoba :)

      O, teraz mi przyszło do głowy, że Wes Anderson jest trochę jak młodszy brat Tima Burtona - myślę, że mogliby się ze sobą dogadać :)

      Usuń
  4. Kochankowie z Księżyca, zdaje się? :)

    Troszkę nam tego Willisa postarzyli, ale obaj (z E.N.) są tacy fajni w tym filmie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w tytule MUSIELI wcisnąć "kochanków", no bo przecież to "historia o miłości" - grrr....

      Willis jest w tym filmie absolutnie cudowny, bardzo mi się podoba jego dystans do siebie, bo przecież tu gra totalne przeciwieństwo większości swoich macho-bohaterów :) No a Norton, to Norton - jak dla mnie mógłby zagrać klamkę w drzwiach, a i tak bym go uwielbiała :)

      Usuń
  5. Obejrzę! Nie znam, ale bardzo mnie zachęciłaś, no i Edek... wiadomo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, co powiesz, bo to jest dziwny film :) I rola Edka też taka troszkę nietypowa :)

      Usuń
  6. masz wspaniałego bloga! będzie mi miło jeśli spodoba Ci się mój i również go zaobserwujesz ;))

    OdpowiedzUsuń
  7. nie słyszałam o tym filmie :) a z tytułami to masz w 100% rację są tak przetłumaczone że nie wiadomo o co chodzi ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już słyszałaś :) A o tłumaczeniu tytułów to można spokojnie napisać doktorat - ja nie wiem, chyba jest gdzieś jakaś tajna szkoła dla tych "tłumaczy", bo inaczej się tego fenomenu nie da wyjaśnić...

      Usuń
  8. Nie widziałam, ale zachęciłaś mnie :3
    Myślę, że podobny będzie film Little Miss Sunshine - mała dziewczynka dostaje się na konkurs piękności dla dzieci i z całą, pokręconą rodzina jedzie na drugi koniec Ameryki na wybory Małej Miss. Przekomiczny i cudowny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Little MS znam i bardzo mi się podobał :) Ja w ogóle lubię takie niemainstreamowe kino z historiami, które nawet jeśli nie są jakieś wybitne, to zostają potem w głowie i chętnie się do nich wraca :)

      Usuń
  9. I get pleasure from, cause I discovered exactly what I used to be taking a look for.
    You've ended my four day lengthy hunt! God Bless you man. Have a great day. Bye


    http://dearpetbook.com/en/groups/nuva-cleanse-review-953768649/

    Feel free to visit my blog - Nuvocleanse

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz - jest mi bardzo miło, że do mnie zajrzałeś :)

Ale uprzedzam, że uwagi typu "super, obserwujemy?" lub "zapraszam do siebie", w moim przypadku odnoszą odwrotny skutek.

Ogólnie zaglądam do wszystkich, którzy pozostawiają po sobie jakiś ślad, a jak mi się spodoba, to nie trzeba mnie zachęcać do obserwowania :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...