czwartek, 29 września 2016

#LIFESTYLE To nie jest wpis dla miłośników lata :P

Tęskniliście za jesienią? Ja bardzo. Uprzedzam więc lojalnie, że jeśli ktoś do szaleństwa kocha upały, a coraz bardziej już rześkie poranki i wieczory wpędzają go w czarną rozpacz, to nie jest wpis dla niego. 

Należę do #teamjesien chyba właściwie odkąd pamiętam (a na pewno na długo zanim stało się to modne i takie pinterestowe, hehe). Być może bierze się to stąd, że nie znoszę skrajności, więc siłą rzeczy najłatwiej mi się funkcjonuje w tzw. przejściowych porach roku, czyli wiosną oraz właśnie jesienią. Upały (zwłaszcza w mieście) doprowadzają mnie do białej gorączki (nomen omen), strasznie mnie osłabiają i dosłownie nie nadaję się wtedy do niczego. Kiedy tylko mam taką możliwość, staram się wtedy w ogóle nie wychodzić z domu (co z kolei odbija się negatywnie na moim życiu towarzyskim, ja ze stanu wkurzenia przechodzę właściwie tylko do coraz większego zdołowania i tak w koło Macieju). Dlatego już na przełomie sierpnia i września wypatruję niecierpliwie pierwszych oznak zbliżającej się jesieni.


Bo jesień dla mnie to: 

*Herbaty pite litrami. Latem pijam głównie wodę (oraz sok pomarańczowy) i jakoś nie ciągnie mnie do ciepłych napojów (chociaż znam teorię, że gorąca herbata jest świetna na upały - nie, dziękuję). Natomiast z pierwszym powiewem chłodniejszego powietrza zaczynam zaparzać kilka herbat dziennie. Smakowo też dzielę je na pory roku - wszelkie owocowe i zielone idą w odstawkę, natomiast na scenę wkraczają rozgrzewające napary z imbirem, albo herbaty czai (pite przeze mnie ZAWSZE z odrobiną mleka roślinnego). 
No i jakoś tak mam, że lubię rozpoczynać tę porę roku zakupem nowego kubka - tym razem jak widać przygotowałam się na Halloween :) 

* Ubieranie się "na cebulkę". Moda jesienna to moja ukochana kategoria - wystarczy mnie posadzić przed dowolną tablicą na pintereście pt. "autumn outfits" i ma się mnie z głowy na długie godziny. Botki, długie kardigany, szale, luźne płaszcze i duże torby to jest po prostu kwintesencja mojego stylu, mogę w nieskończoność tworzyć w głowie własne zestawy, które nawet jeśli wyglądają dość podobnie, to różnią się detalami. Jesienią także zdecydowanie częściej chodzę w spódnicach i sukienkach - pewnie dlatego, że nie za bardzo lubię mieć całkiem "gołe" nogi, a czarne kryjące rajstopy to moim zdaniem jedne z najbardziej uniwersalnych dodatków!

Co do mojej garderoby, to już od dłuższego czasu nie mam tak, że koniecznie muszę mieć "wszystko nowe" - wręcz przeciwnie - moje ubrania są z reguły na tyle klasyczne (w fasonie lub kolorze), że z przyjemnością wyciągam rzeczy, które są ze mną od paru (a zdarza się, że i parunastu) lat. Żeby jednak nie było nudno i monotonnie, zazwyczaj odświeżam też trochę szafę, w zależności od tego, czy coś w danym sezonie wpadło mi wyjątkowo w oko. W tym roku np są to sportowe bluzy (mam podejrzenia, że ma to pewien związek ze stale eksploatowanym przeze mnie rowerem) - bardzo je lubię i właściwie noszę je prawie non stop. Pewnie gdybym musiała codziennie chodzić do biura, użytkowałabym je nieco rzadziej, ale cóż - można powiedzieć, że to kolejny plus bezrobocia :) 

*Oglądanie filmów.  W jednym z ostatnich wpisów (KLIK) wspominałam, że mam z filmami specyficzną relację - zdarzają mi się długie miesiące (głównie letnie), kiedy właściwie nie oglądam nic poza serialami, natomiast potem nagle ni stąd ni zowąd, zaczynam spędzać wieczory na nadrabianiu. O doborze repertuaru nie będę nawet wspominać, bo przyznam się, że sposób, w jaki funkcjonuje mój mózg, często zadziwia mnie samą. Powiem tylko, że ostatnio miałam sentymentalne kilkudniowe spotkanie z Kevinem Costnerem i nadrobiłam kilka pozycji z jego filmografii (oraz wróciłam do kilku dobrze mi już znanych, w tym do "Revenge", do którego mam ogromną słabość oraz do "Pana Brooksa", który po latach okazał się zaskakująco niezły!) - m.in. jego najnowszy projekt, czyli "The Criminal" (film całkiem przyjemny, a Kevin w roli czarnego charakteru - chociaż oczywiście nie do końca - cukiereczek). Z innych tytułów polecam "Money Monster" z George'm Clooneyem i Julią Roberts, w reżyserii Jodie Foster. To z kolei jest film, który mnie totalnie zaskoczył, bo nie mam pojęcia dlaczego, ale spodziewałam się spokojnego dramatu o pieniądzach, a dostałam przejażdżkę na emocjonalnym rollercoasterze.  

*Książki czytam cały rok, więc tu akurat pora kalendarzowa nie ma nic do rzeczy, ale już dobór tematów trochę tak. Wiem, że są osoby, które na przekór zimą lubią czytać o gorących klimatach i odwrotnie, ale ja akurat mam tak, że im na dworze jest zimniej, tym szukam cięższych i mroczniejszych historii. Skandynawskie kryminały nadają się do tego idealnie :) Aktualnie wciągnęłam się w serię Arno Dahla o Drużynie A (zaczęłam od drugiego tomu, ale teraz już lecę po kolei i jest naprawdę dobrze). Żeby jednak nie ograniczać się wyłącznie do kryminałów, stworzyłam sobie listę kilku tytułów, które chciałabym przeczytać tej jesieni - być może pokażę Wam ją w oddzielnym wpisie. Na razie idzie mi całkiem nieźle, jedna pozycja już odhaczona :) 

*Robienie nastroju. Bez zbędnego rozpisywania się - u mnie polega to głównie na zabawie dodatkami (z reguły zmieniam poszewki na poduszki na takie, które pasują mi do pory roku) oraz szaleństwie ze świeczkami - przez kilka ostatnich miesięcy właściwie w ogóle nie wyciągałam ani świec ani kominka z woskami, natomiast zdecydowanie jestem już gotowa na nadchodzące wieczory. Uwielbiam wszelkie zapachy dyniowe, herbaciane, słodko-kuchenne i przyprawowe i już się nie mogę doczekać pierwszego odpalenia. Jesień, przychodź! 

*Gotowanie. Od "kuchennych" świeczek gładko przechodzimy do kolejnego punktu, czyli gotowania - i znowu mam tak, że kiedy jest gorąco, omijam moją kuchnię szerokim łukiem, żeby z dziką radością i pieśnią na ustach powrócić do niej właśnie teraz. Znowu mogę się cieszyć ciepłą owsianką/jaglanką na śniadanie, rozgrzewającymi zupami, dynią w każdej postaci i jednogarnkowymi daniami - jesienna kuchnia zdecydowanie pachnie dla mnie mnóstwem przypraw, curry, papryką, czasem także ciastem z cynamonem. Mmmm...(kto się zrobił głodny?)

W ogóle jak tak myślę, to jestem straszną nudziarą - uwielbiam spędzać czas w domu, z czego najbardziej chyba cieszą się moje kocurki (swoją drogą - ciepły mruczący futrzak do miziania to kolejny jesienny bonus!). A na pewno znam niewiele przyjemniejszych momentów niż ten, kiedy po zimnym (a nawet mokrym) dniu, można do tego przytulnego i ciepłego domu wrócić, wziąć kąpiel, przebrać się w coś wygodnego, zagrzebać pod kocykiem i spędzić czas w sposób, który sprawia nam największą przyjemność! Jestem totalną ciotką, wiem :) 

Kto oprócz mnie cieszy się na jesień? 

niedziela, 25 września 2016

#LIFESTYLE Jestem ambiwertykiem, a ty?

Jakiś czas temu natknęłam się gdzieś w sieci na post dziewczyny, która opisywała swoje blogerskie doświadczenia z punktu widzenia introwertyka. Wspominała tam m.in., że dużo czasu zajęło jej nauczenie się, że nie ma nic złego w tym, że czasem czuje się przytłoczona, że lubi blogować, ale nie lubi takiego odgórnego przymusu "przynależenia" do jakiejś grupy oraz że często woli nie myśleć za dużo o tym, ile osób ją czyta. Przyznaję, że w niektórych punktach mocno się z autorką identyfikowałam (np nie znoszę się "integrować" na siłę i od samego początku mojego blogowania omijam szerokim łukiem wszelkie sieciowe spędy), w innych nasze podejścia nieco się rozjeżdżały, ale ogólnie sam temat utkwił mi w głowie. 

Nieco później podczas rozmowy z kimś nowo poznanym nt naszych cech charakteru, zeszliśmy na słynny podział intro - ektrawertycy. Kiedy powiedziałam, że szalenie cieszę się, że w końcu oficjalnie zdecydowano się do tego dorzucić trzecią kategorię - ambiwertyków, mój rozmówca zrobił wielkie oczy. Okazało się, że nie ma on pojęcia o dość modnym ostatnio pojęciu (tak mi się przynajmniej wydaje, oceniając według poświęconych temu zagadnieniu artykułów i testów, na które natykam się dosłownie WSZĘDZIE). 

Ambiwertyk - któż to taki? 

Najprościej mówiąc ambiwertyk to ktoś, kogo do tej pory można było opisać jako "ekstrawertycznego introwertyka" lub "introwertycznego ekstrawertyka" :) Innymi słowy - ktoś "pomiędzy". Przyznam się, że całe swoje życie borykałam się z tym, że nie pasuję za bardzo do żadnej z typowych kategorii, bo niby lubię ludzi, nie mam najmniejszych problemów z poznawaniem nowych osób i na ogół jestem uznawana za raczej towarzyską, ale jednocześnie mam ogromną wewnętrzną potrzebę samotności (bez tego czuję, że moja psychiczna równowaga jest zaburzona) i z reguły zamiast głośnej imprezy, wybieram spokojny wieczór w domu. Miewam też okresy prawie całkowitej izolacji, kiedy właściwie każde towarzystwo poza moim własnym doprowadza mnie do szału - wówczas nie ma szansy, żebym dała się gdziekolwiek wyciągnąć. Jednak po takiej dobrowolnej alienacji, sama chętnie wracam "do ludzi", już z naładowanymi bateriami. 

Kiedyś, kiedy byłam dużo młodsza i o wiele bardziej zależało mi na tym, żeby w miarę możliwości, lubili mnie wszyscy (jeszcze nie wiedziałam, że to jest po prostu nierealne), walczyłam ze sobą i wolałam zrobić coś na siłę i wbrew sobie niż narazić się na zarzucenie mi, że jestem odludkiem. Dopiero kiedy nauczyłam się akceptować siebie, zauważyłam, że jestem po pierwsze o wiele bardziej zadowolona z życia (bo nie mam poczucia, że ktoś/ja sama mnie do czegokolwiek zmusza), nie spinam się przy nowo poznawanych osobach (bo nie czuję, że muszę udawać kogoś, kim nie jestem), a co za tym idzie - jestem odbierana jako ktoś otwarty i wyluzowany. Czyli same plusy :)

Wiem, że blogosfera to idealne miejsce dla intro- oraz ambiwertyków, bo ekstrawertycy wszędzie z reguły radzą sobie nieźle (chociaż tak naprawdę dość łatwo można po stylu bloga określić charakter blogera - ponieważ pisanie, pełniące dla wielu osób funkcję terapeutyczną, często jest jedną z ulubionych aktywności osób nieco bardziej "wycofanych" towarzysko, które dobrze czują się w zaciszu swoich czterech ścian i same lubią decydować o tym, czym chcą się podzielić z innymi (oraz kiedy i w jakiej formie), wpisy introwertyków są siłą rzeczy bardziej "opisowe", z większą liczbą przemyśleń, natomiast u ekstrawertyków będą królować zdjęcia i krótkie teksty). I tu jedna dodatkowa uwaga - wiem, że często automatycznie introwertyk uznawany jest za nieśmiałego, ale to absolutnie nie jest reguła - introwertyk po prostu jest kimś, kto ładuje baterie w samotności, przygotowując się do starcia ze światem zewnętrznym, podczas gdy ekstrawertyk "pobiera" energię od innych. A ambiwertyk jest po prostu gdzieś po środku :)

Dla osób, które chcą sobie poczytać nieco więcej na temat typów osobowości, wrzucam link do artykułu: 

A TU macie test na ambiwersję, autorstwa Daniela H. Pinka:

A Wy kim jesteście?

EDIT: Już po opublikowaniu tego posta, przyszła mi do głowy jeszcze jedna rzecz - wiele się mówi o korzyściach, jakie przynosi wychodzenie poza swoją tzw. strefę komfortu, przełamywanie swoich granic etc. I owszem, czasem tak jest, że możemy znaleźć coś (lub kogoś) fascynującego w totalnie nieoczekiwanym i nieoczywistym dla nas miejscu, ale moim zdaniem najważniejsze jest, żeby nie popaść w przesadę. Bo jeśli ktoś dosłownie "odchorowuje" każdą taką wycieczkę poza swoją strefę komfortu i jest to dla niego mordęga, to trzeba sobie zadać pytanie, czy faktycznie gra jest warta świeczki. Co o tym myślicie - uważacie, że lepiej jest się do czegoś zmusić, bo "a nuż" wyjdzie z tego coś fajnego, czy też wolicie to, co znane i sprawdzone? 

wtorek, 20 września 2016

#LIFESTYLE Wirtualny sponsoring, czyli kupowanie kota w worku

Dziś znowu będzie post z kategorii "co mnie męczy". Temat, który chcę poruszyć, chodził mi już po głowie bardzo dawno temu, potem jakoś przestałam się nad nim zastanawiać, ale ostatnio znowu wrócił i to ze zdwojoną siłą. Pewnie dlatego, że mam sporo czasu na myślenie, a w moim przypadku rzadko się to dobrze kończy :) 

Chodzi mi mianowicie o wiarygodność blogerów i vlogerów, a konkretniej jej brak. I zanim ktoś mi zarzuci, że jestem zawistną małpą, którą pewnie boli, że komuś się świetnie powodzi, a mnie nie, uprzejmie proszę o przeczytanie CAŁEGO posta :) 

Po pierwsze - doskonale wiem, że współprace w blogosferze (i na YT) istnieją praktycznie od samego początku takich form działalności (a już na pewno od momentu, kiedy firmy zorientowały się, że to jest żyła złota i tania możliwość dotarcia do naprawdę szerokiej rzeszy potencjalnych klientów) i można powiedzieć, że obecnie są to rzeczy dość mocno (żeby nie powiedzieć - nierozerwalnie) ze sobą powiązane. Naprawdę na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, które czytam/oglądam i które nie są związane w taki, czy inny sposób z jakąś firmą. I ok, rozumiem to, bo przecież jeśli blog/kanał się rozrasta i zdobywa coraz to nowych czytelników/widzów, to naturalne jest, że jego autor chcąc utrzymać określony poziom, musi automatycznie poświęcić na tworzenie treści coraz więcej czasu i wysiłku. I często pieniędzy. Własnych. Więc jeśli w pewnym momencie dostaje szansę na odrobienie tego, a potem - na zarabianie na swojej działalności, to mogę temu tylko przyklasnąć. 

ALE. 

No właśnie - ale... Widzę bowiem zasadniczą różnicę pomiędzy angażowaniem się we współprace spójne z wizerunkiem bloga/kanału, a ślepym rzucaniem się na WSZYSTKO, co się nawinie i przynosi dochód. I tu właśnie zaczyna się problem, który mnie uwiera, żeby nie powiedzieć - potwornie WKURZA. Obserwuję blogosferę, zarówno polską, jak i zagraniczną (no dobra, głównie anglosaską, żeby nie było, że jestem taka cholernie kosmopolityczna) od dawna i powiem tak - chyba Anglicy (albo Amerykanie, przyznaję, że nie jestem pewna) jako pierwsi poszli po rozum do głowy i wymusili na blogerach/vlogerach umieszczanie JASNEJ informacji o treściach sponsorowanych - to nie ma być jakaś enigmatyczna uwaga, rzucona mimochodem, tylko prosta piłka - oznaczenie w tytule, razem z tzw. disclaimerem o tym, że pokazywane produkty osoba otrzymała w ramach współpracy z firmą X. Polska blogo- i vlogosfera najwyraźniej jeszcze do tego nie dojrzała i niestety ubolewam nad tym bardzo, bo zaczynam mieć dość filmików/wpisów, teoretycznie "od serca" i "szczerych", które okazują się jedną wielką reklamą. Na domiar złego perfidnie zawoalowaną. 

Powiem tak - jestem dorosłą kobietą, nie nastolatką, do tego uważam się za świadomego konsumenta, w związku z czym większość mechanizmów marketingowych nie jest mi obca, ale dostaję szału, kiedy ktoś, kogo subskrybuję traktuje mnie jak pierwszą naiwną i bezczelnie wmawia mi (czyli najzwyczajniej w świecie KŁAMIE), że kupił produkty X czy Y za własne pieniądze lub że miejsce W czy Z jest najcudowniejsze na świecie (szkoda tylko, że gdyby miał tam pojechać za własne pieniądze, to wybrałby coś 10 razy tańszego). 

Powtarzam raz jeszcze (żeby była jasność) - NIE MAM NIC DO WSPÓŁPRAC (chociaż sama za nimi nie przepadam, ale co ja tam wiem, ja traktuję bloga jako odskocznię od rzeczywistości, a nie pracę), pod warunkiem, że po pierwsze - "grają" tematycznie z charakterem bloga/kanału (co sprowadza się do odpowiedzi na jedno proste pytanie - czy dana osoba reklamuje coś, co równie chętnie poleciłaby, gdyby nikt jej za to nie zapłacił?) i po drugie - że wchodząc na wpis/film, otrzymuję od razu szczerą informację, że jest to treść sponsorowana. Wtedy mam bowiem wybór - albo oglądam/czytam go z pełną świadomością, że gdzieś tam w tle majaczy cień firmy, która wyłożyła na to pieniądze (a mnie to nie przeszkadza, bo o tym WIEM), albo nie klikam. I tyle. 

Coraz częściej jednak zdarza się, że zamiast relaksować się przy lekturze blogów/oglądaniu filmików, podnoszę sobie niechcący ciśnienie, bo w połowie takiego wpisu/filmu dociera do mnie, że dałam się totalnie zmanipulować. I bardzo mi się to nie podoba. 

Jestem szalenie ciekawa Waszego zdania na ten temat - czy zwracacie na to uwagę, czy też jest Wam wszystko jedno? Myślicie, że taka prawna regulacja, jaka obowiązuje w Wielkiej Brytanii, czy Stanach Zjednoczonych przydałaby się u nas? A może nacięłyście się kiedyś na coś, co było zawoalowaną reklamą? 

Celowo nie podaję żadnych konkretnych przykładów, bo po pierwsze byłoby ich pewnie za dużo, a po drugie - bardziej chodzi mi o samo zjawisko w ogóle, a nie "piętnowanie" kogokolwiek.  

sobota, 10 września 2016

#FILMY Obejrzałam, polecam

Filmy i mnie łączy specyficzna relacja. Z pewnością jest to dziedzina (czy filmy mogą być "dziedziną"?) bardzo mi bliska i w swoim życiu obejrzałam naprawdę mnóstwo tytułów. Ale przyznam się, że ten związek (jak to zwykle ze związkami bywa) ma swoje wzloty i upadki - ostatnio z przewagą tego drugiego elementu. Czasem potrafię nie oglądać nic całymi miesiącami, żeby potem nadrabiać po kilka filmów dziennie. You just never know...

Tym razem chcę Wam krótko wspomnieć o trzech obrazach, które obejrzałam w ramach relaksu i które okazały się całkiem trafionymi wyborami. W sumie to w sam raz na końcówkę lata - nie są to bowiem żadne ciężkie i dołujące dramaty (bo do takich zwykle mam słabość), ale raczej lżejsze pozycje. 

(zdjęcia ze strony IMDB)

1. NICE GUYS (2016) - to najnowsza rzecz, bo w sumie całkiem niedawno była w kinach (a może nawet nadal jest). Jeśli ktoś przegapił, to w sumie warto przy okazji poszukać, bo to jest rozrywka na całkiem przyzwoitym poziomie. Rozpoczynając seans byłam przekonana, że będzie to taka głupawa komedia i właściwie skusiłam się na nią wyłącznie ze względu na duo Russel Crowe - Ryan Gosling. No i przyjemnie się zaskoczyłam, bo okazało się, że elementy komediowe owszem, są (i to sporo, więc naprawdę można zdrowo popracować przeponą), ale nie tylko, bo tak naprawdę to jest takie lżejsze nawiązanie do retro kryminałów i kina noir. Mamy więc i intrygę kryminalną (która jest niestety najsłabszym elementem fabuły), morderstwo (nawet niejedno), ale przede wszystkim mamy absolutnie cudownie niedopasowaną parę głównych bohaterów, z których jeden jest życiowym nieudacznikiem i totalną łamagą (ale zaskakująco logicznie myślącą), a drugi miota się pomiędzy postępowaniem godnym bohatera, a działaniami eliminującymi "tych złych" raz na zawsze. Ekranowa chemia pomiędzy Goslingiem i Crowe jest nie do przecenienia, ich dialogi (i ogólnie klimat lat 70. ubiegłego wieku) i fajna postać wyjątkowo rozgarniętej córki jednego z nich to najmocniejsze elementy tego filmu. Jeśli więc szukacie czegoś niespecjalnie ambitnego, ale przyjemnego, to polecam. Bonusem jest gościnny występ Kim Basinger (która wprawdzie bardziej zwraca na siebie uwagę liczbą operacji plastycznych niż rolą, ale cóż poradzić - no mam do niej słabość), więc jeśli komuś (tak jak mnie) sprawia przyjemność wynajdywanie smaczków typu "ojej, Russel i Kim razem w filmie po tylu latach!", be my guest :) Jeszcze jedno - kojarzycie najnowszą reklamę perfum Kenzo, która ostatnio zrobiła totalną furrorę w necie? Tę z tańczącą dziewczyną w zielonej sukience? Jeśli tak, to napiszę tylko - to jest córka Andie MacDowell, nazywa się Margaret Qualley i też tu występuje :) 

(zdjęcia ze strony IMDB)


2. Drugi tytuł jest z 2013 roku i jest dokładnie tym typem filmu, które po prostu uwielbiam. THE GRAND SEDUCTION ("Wielkie uwodzenie") to taka niszowa, ciepła komedia, łapiąca za serce od pierwszych minut, przy której można się odrobinkę wzruszyć, ale przede wszystkim porządnie wyśmiać. Jeśli ktoś kojarzy "Angel's Share" ("Whisky dla aniołów), to to jest ta sama rodzina filmów. 
Mamy tu maleńką nowofunlandzką rybacką wioskę (a właściwie "port", jak uparcie powtarza jedna z postaci) Tickle Head, której mieszkańcy  po latach względnie dobrego życia, ledwo wiążą koniec z końcem (do tej pory całe pokolenia utrzymywały się z łowienia ryb, które zostało zabronione i dziś praktycznie wszyscy są na zasiłku). Gdzieś tam na horyzoncie pojawia się światełko w tunelu, w postaci fabryki, która mogłaby dać pracę właściwie wszystkim mieszkańcom. Jest tylko jedno ale. Żeby inwestycja doszła do skutku, wioska (port) musi mieć lekarza na stałe. Szczęśliwym trafem do Tickle Head zostaje oddelegowany na karny miesiąc młody doktor. I tu zaczyna się właściwa fabuła - cała zabawa bowiem polega na tym, żeby przez ten miesiąc zdołać przekonać miastowego gryzipiórka, że ta zapomniana przez wszystkich dziura na końcu świata jest jego wymarzonym miejscem do życia. Nie będę Wam zdradzać więcej, ale wierzcie mi, że jeśli bliskie jest Wam brytyjskie poczucie humoru (chociaż sam film jest kanadyjski), to nie będziecie żałować ani minuty - nie pamiętam już, kiedy śmiałam się na filmie tak głośno (sceny z krykietem, czy słuchaniem jazzu są absolutnym mistrzostwem). Dodatkowo, tak jak wspomniałam na początku, "Wielkie uwodzenie" ma w sobie naprawdę dużo uroku i lekkości, więc jeśli szukacie czegoś fajnego na zbliżające się jesienne wieczory, to zainteresujcie się tym klejnocikiem. Warto!

(zdjęcia ze strony IMDB)

3. Przyznam się, że zastanawiałam się, czy dorzucać tu ostatni tytuł. "UN PEU, BEAUCOUP, AVEUGLEMENT"(2015) ("Randka w ciemno") obejrzałam wprawdzie bez bólu, a nawet z jakąś tam przyjemnością, ale jednocześnie ma on w sobie coś, co może trochę drażnić. Jeśli chodzi o mnie i tzw. romkomy, łączy nas prawdziwie dziwna relacja - raz na jakiś czas łapię się na chęci obejrzenia czegoś z tego gatunku, po czym z reguły niemalże odchorowuję taki seans, bo liczba pojawiających się w nim banałów przyprawia mnie o zgagę. I w sumie tu było podobnie. Żeby nie było - UWIELBIAM niemal wszystkie kultowe komedie romantyczne z lat 90. i z dalszych dwóch dekad (zwłaszcza te z Meg Ryan, kiedy jeszcze wyglądała jak Meg Ryan, a nie własna karykatura), ale właściwie niewiele jest późniejszych pozycji z tego gatunku, do których mam słabość. 
Francuzi jednak mają czasem talent do pokazywania dość oczywistych rzeczy w sposób nieco odmienny, co - tak jak w wypadku tego filmu, nadaje im trochę świeżości. Tu więc standardowo mamy kobietę i mężczyznę i właściwie od początku doskonale wiemy, jakie będzie zakończenie (ale ustalmy, takich filmów nie ogląda się dla suspensu), ale to, co dzieje się pomiędzy, jest trochę inne - aż do ostatniej sceny bowiem, żadne z nich nie widzi tego drugiego - a dlaczego, tego Wam nie powiem :) To jest zdecydowanie film dla osób, które lubią filmy o prostej fabule (wiecie - X spotyka Y, nie lubią się, fukają na siebie, potem jest dobrze, potem jest źle, w międzyczasie pojawiają się skrótowe wątki poboczne z bliskimi z ich otoczenia - zazwyczaj jest to jedna osoba z jej strony i jedna z jego, bum, happy end), więc nie spodziewajcie się tu nie wiadomo czego, ale powiem tak - jeśli macie chęć na coś lekkiego i odmóżdżającego (ale jednocześnie nie totalnie kretyńskiego, tylko z takim francuskim charmem), to poszukajcie sobie tego tytułu. 

Podejrzewam, że następna odsłona tego cyklu będzie zdecydowanie cięższa, bo jednak trochę się zasłodziłam tymi filmami (a ja zdecydowanie jestem tym masochistycznym typem, który lubi, kiedy film daje mocno po głowie i po którym muszę psychicznie dochodzić do siebie przez długie tygodnie :)) 

A jak u Was - obejrzeliście ostatnio coś fajnego? 

czwartek, 1 września 2016

#SERIALE Co oglądam?

Ci z Was, którzy są ze mną dłużej wiedzą, że jestem totalną serialomaniaczką. Od zawsze. Z reguły kuszę się na coś, co ma ciekawie zapowiadający się wątek kryminalny, ale nie tylko. Czasem zdarzają mi się również tzw. "guilty pleasure", czyli tytuły, które dalibóg nie wiem, jak i skąd się wzięły na mojej liście, ale potrafią tkwić tam uparcie całymi latami. 

Dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, bo chcę Wam polecić dwa bardzo dobre tytuły, jeden średni i wspomnieć o jednym gp. 

1. "Mr Robot" to moje odkrycie przełomu roku - pierwszy sezon wciągnął mnie błyskawicznie, bo nawet dla takiej serialowej wyjadaczki jak ja, był to powiew świeżości. Nie będę Wam opisywać fabuły, wystarczy, że wejdziecie sobie na IMDB albo jakiś polski portal. Dość powiedzieć, że najwięcej chyba jest tam psycho- i socjologii, ale podanej w bardzo oryginalny sposób. Ten serial jest mroczny, duszny, ale nie w żaden krwawy czy makabryczny sposób, raczej przez to, jak pokazuje nasz współczesny świat, z wszechobecnym konsumpcjonizmem i korporacjami, które robią z nas automaty. Bohaterem jest Elliot - genialny haker, grany koncertowo przez Ramiego Malka. To młody chłopak, totalnie nieprzystosowany do życia w społeczeństwie, raczej funkcjonujący sobie gdzieś na uboczu, który nagle staje się katalizatorem antytechnologicznej rewolucji. I tyle Wam powiem. No dobra, jeszcze dodam, że serial ma drugie i pewnie trzecie dno, więc niech po obejrzeniu kilku pierwszych odcinków nie przyjdzie Wam do głowy, że już wszystko wiecie - parafrazując powiedzonko z Gry o Tron, you know nothing! Aa, jeszcze mała wisienka na torcie - gra w nim dawno nie widziany (przynajmniej przeze mnie) Christian Slater!

(zdjęcia ze strony IMDB)

2. Drugim tytułem, o którym chcę napisać kilka zdań, jest wielki powrót Winony Ryder (najpierw Slater, teraz Winona - ten wpis jest niczym minipodróż sentymentalna w przeszłość), czyli "Stranger Things". Serial póki co - jednosezonowy (ale oczywiście z potencjałem na kontynuację), wykręcony jak świński ogonek i idealnie wręcz wpisujący się w nurt nostalgii za minionymi czasami. A konkretnie za latami 80. Bo ten serial jest właśnie taki. To połączenie "Z Archiwum X" z "Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia", z domieszką Stephena Kinga oraz... Scooby Doo. Jeśli lubicie klimaty trochę sci-fi, z odrobiną horroru (ale naprawdę odrobiną) i jeszcze do tego macie sentyment (albo wręcz urodziliście się w tych czasach) do lat 80., to powinno się Wam spodobać. Bonusem jest naprawdę prześwietna gra dzieciaków występujących w rolach głównych, z dwunastoletnią Millie Bobby Brown na czele (warto zapamiętać to nazwisko! Swoją drogą, bardzo mi ona momentami przypomina młodziutką Natalie Portman z czasów "Leona zawodowca" i trzymam kciuki, żeby jej kariera okazała się równie udana, co starszej koleżanki po fachu). I soundtrack :)

(zdjęcia ze strony IMDB)

To były dwa polecane seriale. 

Tym trzecim - średnim, o którym chciałam szybko wspomnieć, jest "The Path", czyli coś w sumie trochę dla mnie nietypowego - jest to bowiem historia małżeństwa funkcjonującego w sekcie. Dzieją się tam różne rzeczy, czasem mniej, czasem bardziej ciekawe, ogólnie chyba najbardziej podoba mi się pokazanie takich z pozoru normalnych ludzi, którzy kiedy trochę poskrobać, okazuje się, że mają nieźle zrypaną psychikę. Momentami ciężko mi się to oglądało (bo niektóre decyzje bohaterów były dla mnie totalnie kosmiczne i w ogóle nie miały przełożenia na mój własny punkt widzenia), ale jeśli interesuje Was chociaż trochę taka psychologiczna "egzotyka", to polecam. Nie ukrywam, że na początku złapałam się na nazwiska (występuje tam Hugh Dancy, Aaron Paul i Michelle Monaghan).

(zdjęcia ze strony IMDB)

I na koniec przyznam się do wspomnianej na początku "guilty pleasure", którą jest "The Last Ship". Zaczęłam to oglądać z sympatii do Erica Dane i akcentu Rhony Mitry, no i przyznam się, że wsiąkłam, chociaż zwłaszcza przy drugim [EDIT: TRZECIM, bo jak sobie uświadomiłam dzięki komentarzowi jednej z Was, scaliłam sobie w głowie dwa pierwsze sezony razem] sezonie przeżywam kryzys niemal przy każdym odcinku. Najkrócej mówiąc, jest to propagandowa pocztówka dla Amerykanów, więc jeśli ktoś ma jakiś problem z tym krajem, to lepiej niech sobie daruje, bo się wykończy psychicznie :) Natomiast jeśli przymkniemy oko na ten mocno kiczowaty i pokazowy patriotyzm, a lubimy klimaty epidemiologiczno-nautyczne, to mamy szansę się nieźle bawić. Zwłaszcza przy pierwszym sezonie, bo trzeci jest jakimś szalonym tworem dryfującym w tak różnych, mocno absurdalnych kierunkach, że oglądam go z rosnącym niedowierzaniem. To jest pozycja z cyklu tych na maksa odmóżdżających, bo nie liczcie, że dowiecie się z niej czegoś nowego (może z wyjątkiem specjalistycznego słownictwa związanego z opracowywaniem lekarstwa na śmiertelny wirus lub prowadzenia działań wojennych na morzu).
(zdjęcia ze strony IMDB)

Znacie opisywane przeze mnie tytuły? Jeśli tak, to napiszcie, co o nich myślicie. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

#LIFESTYLE Lubię swój chaos, czyli dlaczego nigdy nie będę minimalistką

Dziś będzie wpis pogadankowy, który chodził za mną już od dłuższego czasu. Tzn bardziej jego ogólna idea, zastanawiałam się także, czy w ogóle o tym pisać, ale ponieważ wychodzę z założenia, że jeśli coś mnie męczy i tego z siebie nie wyrzucę, to nie jest to dla mnie zdrowe. Poza tym to jest przecież moje miejsce i mogę sobie tu pisać o tym, o czym mam ochotę, prawda? Prawda :) To lecimy. 


Gdybym miała wybrać najmodniejsze słowo ostatnich dwóch, trzech lat, to byłby to pewnie minimalizm. A już na 100% znalazłby się w pierwszej dziesiątce. Właściwie to mam wrażenie, że ten nieszczęsny trend czai się na mnie wszędzie, mamy minimalizm ubraniowy, kosmetyczny, mieszkaniowy i diabli wiedzą jaki jeszcze. I powiem tak - o ile na samym początku ta idea całkiem do mnie przemawiała, podobało mi się takie oczyszczające podejście, tak od jakiegoś czasu dostaję już prawie nerwowych drgawek na widok tego słowa, wyskakującego z co drugiego blogowego wpisu/jutubowego filmu. Wydaje mi się bowiem, że paradoksalnie to, co miało służyć przywracaniu równowagi w naszym chaotycznym życiu, jakoś niepostrzeżenie stało się narzędziem do popadania w kolejną skrajność. Bo naprawdę nie wierzę w to, że osoba, która do tej pory uwielbiała otaczać się przedmiotami (nie ważne, czy od strony psychologicznej miało to jej rekompensować braki w innych dziedzinach) i która za czyjąś namową (w sensie, że nie z własnej wewnętrznej potrzeby) z dnia na dzień pozbędzie się 99% rzeczy, nagle dzięki temu odzyska radość z życia, od tej pory przechadzając się z łagodnym uśmiechem po opustoszałych pomieszczeniach. Serio? Tu podkreślam, że nie neguję tego, że uporządkowywanie naszej przestrzeni życiowej wpływa pozytywnie na to, co mamy w głowie, ale najważniejsze jest dla mnie zachowanie zdrowego rozsądku, a nie ślepe podążanie za tłumem, bo taka akurat jest moda. 

Przyznam się, że sama też zostałam przez chwilę wciągnięta w tę internetową machinę i męczyłam się z obezwładniającymi wyrzutami sumienia dosłownie za każdym razem, kiedy coś kupiłam. No bo jakże to tak, przecież mam ograniczać liczbę rzeczy, a nie dodawać kolejne do kolekcji?! W końcu jednak po prostu się wkurzyłam. Na siebie za głupotę i na te wszystkie blogerki, które uparcie próbują mi wmówić, że z pewnością będę szczęśliwsza w pustym mieszkaniu. Otóż nie, nie będę. Doszłam bowiem do niezwykle odkrywczego wniosku, że ja po prostu nie jestem typem minimalistki i chociaż oczywiście podobają mi się sterylne, ascetyczne wnętrza, to nie mogłabym w takich mieszkać. Ja po prostu lubię mieć wokół siebie dużo książek, płyt, nie chcę mieć jednego kubka do wszystkiego*, jednej pary butów na sezon, a moje herbaty są jeszcze bardziej towarzyskie ode mnie**. A już na pewno nie chcę żeby ktoś oceniał mnie przez pryzmat tego, czy i ile rzeczy posiadam. Poza tym najzwyczajniej w świecie uważam, że skrajny minimalizm CZASEM stanowi wygodną zasłonę dymną dla braku wyobraźni - nie wymusza on bowiem na nas zrobienia jakiegokolwiek wysiłku, żeby dobrać coś, co będzie fajnie się ze sobą komponowało (zawsze można przecież powiedzieć "ubieram się wyłącznie w biel i czerń, bo jestem minimalistką!").

*bonus nr 1 


Oczywiście wiem doskonale, że takie mody są i będą zawsze i szczerze mówiąc, moda na minimalizm jest moim zdaniem o niebo lepsza niż znajdujący się na drugim krańcu konsumpcjonizm, ale wydaje mi się też, że gdzieś po drodze zgubiliśmy najzwyklejszą w świecie RÓWNOWAGĘ, która leży gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Gdyby każdy z nas zamiast lecieć do księgarni (to też jest ciekawy paradoks) po kolejną "niezbędną" książkę o minimalizmie, zastanowił się najpierw, czy aby na pewno jest to trend, który odpowiada naszemu charakterowi i stylowi życia, a potem ewentualnie zdecydował się wprowadzić kilka zmian STOPNIOWO, pewnie niektórym byłoby trochę łatwiej. Bez presji i niewypowiedzianego wyrzutu, że jeśli nie jesteśmy minimalistami, to na pewno nasze życie jest automatycznie mniej wartościowe i z pewnością zabałaganione. 

Podsumowując, nie nawołuję tu nikogo do jakiegoś maniakalnego zbieractwa i chomikowania wszystkiego, jak leci (bo to na pewno nie jest zdrowe dla naszej psychiki), ale po prostu do samodzielnego wyznaczenia sobie granicy, gdzie czujemy się dobrze, a gdzie każda kolejna rzecz staje się już obciążeniem. Niech nikt nie wmówi Wam, że "powinniście" zadowolić się takim i takim zestawieniem, wykorzystajcie raczej modę na minimalizm do określenia, czym dla Was są otaczające Was przedmioty i czy faktycznie tak bardzo zależy Wam na tym, aby być na czasie, nawet wbrew sobie?

Ja tam lubię swój malutki chaos (w wersji bardziej eleganckiej nazywa się to "artystyczny nieład"), świetnie się w nim odnajduję i nie planuję zmieniać w najbliższym czasie swojego podejścia. Czego i Wam życzę, bez względu na to, czy lubicie otaczać się rzeczami, czy też wręcz przeciwnie. 

**bonus nr 2

Ciekawa jestem, jakie Wy macie podejście zarówno do tego konkretnego tematu, jak i w ogóle do różnego rodzaju trendów, które dzięki wszechobecności mediów społecznościowych rozprzestrzeniają się z prędkością światła - wolicie iść własną ścieżką, czy czasem ulegacie takim życiowym modom? 

niedziela, 21 sierpnia 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy wakacji

Jako że zauważyłam, że nie przepadam za poświęcaniem całego wpisu jednej rzeczy (naprawdę rzadko zdarza się, że coś mnie zachwyci do tego stopnia, żebym miała chęć o tym pisać cały elaborat), zdecydowanie wolę wpisy zbiorcze, w których mogę podzielić się z Wami większą liczbą moich odkryć. Niektóre z rzeczy, które Wam dziś pokażę, mam i używam już znacznie dłużej niż dwa miesiące, niektóre są ze mną stosunkowo od niedawna, ale przez ten czas wszystkie zdążyły mnie oczarować i zapewniam, że wszystkie polecam w 100% szczerze i gorąco! No i wiadomo (tzn wydaje mi się, że wiadomo, a jeśli nie, to już tak :)), że to nie jest żaden wpis sponsorowany (w sumie to szkoda), bo wszystko kupiłam za własne miliony monet**. 

*AKCESORIA/UBRANIA

1. Zdecydowanie na pierwszym miejscu plasuje się mój świeżutki, bo sierpniowy zakup, czyli rower. Do tej pory męczyłam się (dosłownie) na dość starym (choć nadal w niezłej formie) "góralu", którego - przyznam się - po prostu nie znosiłam. Wiem, że kiedyś to był szczyt marzeń, ale niestety wymuszona przez jego kształt półleżąca pozycja jest zabójcza dla moich pleców i głównie z tego powodu jeździłam na nim coraz rzadziej, a w ostatnim roku praktycznie wcale. Od dobrych kilku lat zbierałam się do zakupu przyzwoitego roweru miejskiego, który służyłby mi i moim plecom znacznie lepiej, ale jakoś zawsze było coś ważniejszego w planach. Jednak w końcu po rozmowie z Tatą jakoś tak wyszło, że oboje stwierdziliśmy, że zamiast inwestować w odnowienie naszej wiekowej (starszej ode mnie!), leżakującej na balkonie rodziców Gazelki, bardziej opłaca się dołożyć paręset złotych i kupić nowy rower.
Mój wprawdzie nie jest salonowo nowy, bo odkupiłam go od kogoś, ale praktycznie był nieużywany, więc można powiedzieć, że dopiero u mnie ma szansę pokazać na co go stać :)  Rower to Kross Grand Vienna, model z 2014 roku. Nie jest to jakiś super wypasiony sprzęt, ale pokochałam go od pierwszej jazdy - w dodatku połączenie ciemnej zieleni, beżu i czerni naprawdę do mnie przemawia (oczywiście najpierw obejrzałam wszystkie kremowe i pastelowe modele, ale potem zobaczyłam wersję czarną, którą polecała Julia Caban i się zakochałam, a ten na zdjęciach był numerem dwa - a zapewniam Was, że na żywo wygląda po prostu bosko). No i do takiej rekreacyjnej jazdy po miejskich ścieżkach rowerowych, którą ja uskuteczniam, jest idealny. Brakuje mu jeszcze tylko koszyka na bagażnik (niestety większe zakupy jeszcze przez chwilę muszę wozić na raty) i uchwytu na butelkę z wodą i będę super zadowolona :)

Jeśli ktoś z Was waha się, czy warto zainwestować (nie takie znowu duże) pieniądze w takiego rumaka, to nie ma co się nad tym zastanawiać - każda, nawet kilkukilometrowa przejażdżka to ogromna przyjemność i samo zdrowie! Nawet jeśli jesteście takim tchórzem, jak ja (w życiu nie jeżdżę ulicą, bo nie mam za grosz zaufania do warszawskich kierowców) - infrastruktura rowerowa (przynajmniej w Warszawie) jest naprawdę dobrze rozwinięta!



Kolejne punkty postaram się omówić już nieco krócej :)

2.  Następne w kolejności są buty New Balance, model 373, czyli coś, co pewnie większość z Was doskonale zna. NB albo się uwielbia, albo ich nie znosi - ja przez dłuższy czas miałam do nich totalnie obojętny stosunek, niektóre modele zwracały na siebie moją uwagę, inne mnie odrzucały na kilometr. Ale kiedyś w końcu, z okazji jakichś megaprzecen (chyba 50%), zdecydowałam, że sprawdzę, o co tyle hałasu. I przepadłam. To są naprawdę jedne z najwygodniejszych (albo nawet NAJWYGODNIEJSZE) buty, jakie kiedykolwiek miałam! Od pierwszego założenia mogę w nich chodzić cały dzień i NIC mi się nie dzieje, a wierzcie mi - mam najgorsze stopy świata (po pierwsze: obciera mnie 99,9% butów, które kupuję i to nie tylko kiedy są nowe, ale też po założeniu ich po przerwie, po drugie: b. często mam problem z bolącym podbiciem i  wreszcie po trzecie: mam wiecznie opuchnięte kostki, więc część wyższych butów mi je po prostu dodatkowo podrażnia). Serio - dla kogoś takiego jak ja, to był strzał w 10! Poza tym uważam, że są naprawdę ładne, a zestawienie czerni, różu i turkusu bardzo do mnie przemawia kolorystycznie :)




3. Niejako w komplecie z butami idzie kolejny ulubieniec, czyli...skarpetki... Wiem, że może nie jest to najbardziej podniecająca część garderoby, ale znowu - ten konkretny model to było naprawdę moje odkrycie ostatnich miesięcy! Moje są firmy Nike (z serii Dri Fit, najbardziej opłaca się kupować je w trójpaku), ale bardziej niż o firmę, chodzi mi o ich wykończenie z tyłu - tym, co zmienia całą bajkę, jest ich przedłużony "zapiętek" (nie mam pojęcia, czy to się tak fachowo nazywa), który po pierwsze ułatwia ich zakładanie, ale co najważniejsze - zapobiega ich zsuwaniu podczas ruchu! Niestety ale (znowu ukłon w stronę moich problematycznych stóp) zawsze, ale to zawsze męczyłam się ze stopkami, które "uciekały" mi z pięty i do szału doprowadzało mnie ich wieczne podciąganie (o obcieraniu stopy nie wspomnę) - więc - dla mnie takie rozwiązanie to prawdziwa bomba. Szkoda tylko, że nie tak łatwo znaleźć ten typ skarpetek.



Biorąc pod uwagę liczbę rzeczy powiązanych z uprawianiem aktywności fizycznej pokazanych w tym poście, sprawię pewnie wrażenie osoby szalenie fit, ale bez zbędnych dywagacji uznajmy po prostu, że tym razem tak się jakoś złożyło :)

4. Ostatnią rzeczą, którą również wykorzystuję głównie podczas jazdy na rowerze, jest mój cudny plecak z firmy Cayler and Sons. Plecak - worek, bo to jest ten typ ze sznurkami zamiast rączek. Ogólnie jest lekki, ładny, pojemny i kupiłam go w megapromocji, a sprawdza się naprawdę świetnie. No i poza tym, że jest z grubego materiału (więc zakładam, że nie przemaka), to ma jeszcze stylowe wykończenie a'la struś na dole - a ja jestem szalenie łasa na takie smaczki :) Jedyna uwaga - nie należy do niego pakować całego swojego dobytku (do czego ja oczywiście, jako wielbicielka ogromnych torbiszczy mam tendencje), bo wówczas sznurki będą nam się bezlitośnie wpijać w ramiona. Na Zalando jest spory wybór wzorów (cudny jest zwłaszcza taki typowo wakacyjny w kwiatki z napisem "Hi haters").



5. I ostatni ulubieniec z tej kategorii, to moja letnia torba z firmy Franklin Marshall. I tu właściwie mogę tylko napisać, że ją po prostu UWIELBIAM - jak widać poniżej, jest szalenie pojemna, lekka, prześliczna i tak charakterystyczna, że "robi" cały strój - bez względu na to, czego bym na siebie nie założyła, ona jest taką "wisienką na torcie". A ponieważ kiedy jest gorąco, nie przepadam za noszeniem skórzanych ciężkich toreb (które nawet kiedy nie są fizycznie ciężkie, to i tak jakoś niespecjalnie kojarzą mi się "letnio"), to to był zdecydowanie jeden z moich najlepszych zakupów tego lata (oprócz roweru).



























6. Po krótkim namyśle postanowiłam dorzucić tu jeszcze jeden punkt, a mianowicie ubrania sportowe z Lidla. Ostatnio Agnieszka z kanału Lifemanagerka też o nich wspominała, a ja mogę się tylko z nią zgodzić - mam cztery koszulki z serii Crivit i zakładam je zarówno do ćwiczeń jogi, jak i na rower i sprawdzają się świetnie! Naprawdę warto się nimi zainteresować.

*JEDZENIE

Z kategorii żywieniowej w tej odsłonie mam tylko jeden produkt, a mianowicie kawę Inkę bio z figami. Kupuję ją w Leclercu i od niej właściwie zawsze zaczynam dzień. Ma delikatny smak i dobry skład (rozpuszczalna kawa zbożowa - zboża 59%, w tym jęczmień i słód jęczmienny, korzeń cykorii i figi 13% - wszystko z certyfikowanych upraw ekologicznych) - ja wprawdzie tych fig kompletnie w niej nie wyczuwam, ale z jakiegoś powodu i tak smakuje mi bardziej niż taka tradycyjna. Może to moja wyobraźnia :)



*KOSMETYKI 

Jako że z kosmetykami też ostatnio nie szalałam (zresztą już od dłuższego czasu nie szaleję), w tym punkcie mam Wam do pokazania dwie rzeczy:



1. Numero uno to woda pielęgnacyjna do ciała Eau des Jardins z firmy Clarins. I tu uwaga - to nie jest ani woda toaletowa, ani woda perfumowana, tylko właśnie kosmetyk, który poza przepięknym zapachem, ma także właściwości pielęgnacyjne! Według opisu, dzięki zawartości odpowiednio dobranych olejków eterycznych, poprawia także nasz nastrój :) Jeśli lubicie świeże, cytrusowo-kwiatowe zapachy, powąchajcie sobie go przy okazji - a nuż przypadnie Wam do gustu. 

2. W poprzednim poście z tej serii (do poczytania TUTAJ) wspominałam o balsamach do ust z firmy Hurraw! No i w międzyczasie okazało się, że w ofercie pojawił się kolejny "smak", czyli Papaya&Pineapple, czyli zestaw, który ewidentnie kojarzy mi się z latem. Bardzo przypadł mi do gustu - jak wszystkie pozostałe, oczywiście świetnie nawilża usta, a dodatkowo pachnie tropikalnymi owocami - sama przyjemność.

I tak oto szczęśliwie dobrnęliśmy do końca wpisu. W ogóle to nie wiem jak to się dzieje, że po pierwsze czas ucieka mi jak szalony i zanim się zorientuję i zbiorę w sobie, to właściwie już mija kolejny miesiąc, a po drugie zawsze wydaje mi się, że "tym razem na pewno nie będę miała Wam co pokazać", a potem się okazuje, że wpis z ulubieńcami ciągnie się niczym turecki serial (żeby nie było, że nie jestem na czasie - chociaż sama nie oglądam). Lubicie w ogóle takie posty? (ciekawe swoją drogą, co zrobię, jeśli napiszecie, że nie)...

**sama nie wierzę, że do tego nawiązałam, ale well - chcąc nie chcąc, hasło jakoś weszło do mowy potocznej :) 

piątek, 12 sierpnia 2016

#KSIĄŻKI "Bestia" jest bliżej niż myślisz - o książce "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz

Są takie historie, które po przeczytaniu zostają z nami na zawsze, czy tego chcemy, czy nie. "Bestia. Studium zła" Magdy Omilianowicz zdecydowanie należy do tej kategorii. 

Dla tych, którzy nie słyszeli o tym tytule - jest to książka z gatunku non-fiction, zapoznająca nas z postacią Leszka Pękalskiego, nazywanego "Wampirem z Bytowa". Coś Wam dzwoni? I słusznie, bo nawet jeśli nie kojarzycie jego nazwiska, to pewnie gdzieś tam obiła się Wam o uszy ta historia. Tym bardziej przerażająca, że zgodnie z wyrokiem sądu, Pękalski ma szansę wyjść z więzienia za trzy lata - mimo, że praktycznie każdy, kto się z nim zetknął twierdzi, że raczej nie ma szans, żeby nie zabił znowu. 


Magda Omilianowicz włożyła w swoją książkę ogrom wysiłku i chwała jej za to. Tym bardziej, że temat jest cholernie ciężki. Jestem naprawdę "zaprawiona" w lekturach, które obfitują w okrutne i często wręcz makabryczne opisy zbrodni, ale przyznam się, że "Bestię" musiałam czytać na raty, bo coś mi się "robiło" w środku podczas czytania - dlatego uprzedzam, że to nie jest ani przyjemna, ani łatwa pozycja. Czytając ją mamy trochę uczucie jakby ktoś obok nas przeciągał metalowym gwoździem po tablicy (wzdrygnęliście się na to wyobrażenie? no właśnie). 

A co można powiedzieć o samej fabule? Wydaje mi się, że najbardziej przerażające w tej lekturze (poza realną perspektywą bliskiego wyjścia na wolność jej "bohatera") jest to, jak bardzo nie wygląda on ani nie kojarzy się z potworem. Oczywiście mając za sobą liczne lektury z zakresu kryminologii (zwłaszcza zajmujące się charakterystyką seryjnych zabójców) zdaję sobie sprawę z tego, jak doskonale psychopaci potrafią się maskować i jak bardzo normalnie wrażenie często sprawiają (stąd teksty "och, w życiu bym się nie spodziewał/a, że on jest zdolny do czegoś takiego!"), ale z Pękalskim jest inaczej. Sprawdźcie sobie przy okazji jego zdjęcia, a zobaczycie, co mam na myśli. Tu mamy bowiem niesamowity paradoks - jest to bowiem człowiek, który praktycznie od dziecka był uważany za opóźnionego, był taką chodzącą sierotą, chuchrem i ciamajdą, wzbudzającą litość przemieszaną z obrzydzeniem (nie znosił się myć). Jednak w momencie kiedy wybierał się na swoje "polowanie", nikt nie miał z nim szansy - okazywał się szybki, sprytny i zaskakująco silny. Tak samo w więzieniu - sposób, w jaki stara się manipulować wszystkimi, z którymi ma do czynienia (z autorką książki włącznie), jest w pewnym stopniu nawet imponujący - Pękalski opowiada o zbrodniach bez cienia zażenowania (przyznał się do 67, przy czym potem zmienił wszystkie zeznania, a ponieważ zabójstwa, o które się go podejrzewa, zostały dokonane na przełomie kilkunastu lat i do czasu jego aresztowania spora część materiału dowodowego została uszkodzona albo zagubiona, zdołano mu przypisać ostatecznie "tylko" jedno, ostatnie zabójstwo oraz gwałt, za które dostał razem 25 lat), jednocześnie bez przerwy podkreślając, jaki jest biedny i chory i próbując wzbudzić litość i zrzucić winę na społeczeństwo. To jest właśnie najciekawszy aspekt - z książki wynika, że jest to człowiek, który nie odczuwa najmniejszych wyrzutów sumienia i jedyną rzeczą, której żałuje, to to, że wpadł. Chociaż z drugiej strony pobyt w więzieniu chyba mu służy, bo on jest trochę jak dzikie zwierzę, które odczuwa wyłącznie potrzebę zaspokojenia swoich prymitywnych instynktów - głodu, zmęczenia i seksu (to ostatnie oczywiście obecnie we własnym zakresie). Nie interesuje się niczym, w żaden sposób nie sprawia też wrażenia, że chciałby normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Nie widzi także chyba nic złego w tym, że (prawdopodobnie) pozbawił życia kilkadziesiąt niewinnych osób - wielokrotnie podkreślał, że być może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby udało mu się znaleźć żonę, z którą mógłby regularnie uprawiać seks (ma obsesję na tym punkcie), albo chociaż zrealizować zakup dmuchanej lalki z seks shopu (tu akurat część lekarzy, którzy wypowiedzieli się na ten temat, jest skłonna się z tym zgodzić - być może faktycznie na pewnym etapie wyciszyłoby to zabójcze instynkty Pękalskiego i tym samym uratowało życie chociaż części ofiar). 

Powiem tak - jeśli ktoś interesuje się chorą psychiką, tym jak myśli i działa ktoś taki, jak Pękalski, to gorąco zachęcam do lektury, bo jest naprawdę świetna. Należy jednak pamiętać, że mimo że autorka opierała się na autentycznej dokumentacji ze śledztw, rozmawiała z rodzinami ofiar, ludźmi zaangażowanymi zarówno w same śledztwa, lekarzami, jak i osobami, które osobiście znały/zetknęły się z Pękalskim, a także samą "Bestią", to spora część tej książki jest fabularyzowaną wersją tego, jak poszczególne zbrodnie mogły wyglądać. Swoją drogą to właśnie te fragmenty są chyba najmocniejsze i najbardziej zapadają w pamięć. Jeśli więc czujecie się na siłach, żeby zmierzyć się z tym, do czego zdolny jest człowiek, poszukajcie tej książki, bo warto wiedzieć, że zjawisko sadystycznych seryjnych zabójców to nie jest wymysł amerykańskich scenarzystów, a prawdziwe życie niejednokrotnie zostawia fikcję daleko w tyle. No i jak wspomniałam w tytule tego posta - bestia często jest bliżej niż myślisz...

sobota, 2 lipca 2016

#LIFESTYLE Ulubieńcy czerwca

Dziś będzie post z kategorii "na rozluźnienie", ale takich, które sama przeglądam zawsze z przyjemnością - oczywiście wiem, że najfajniej ogląda się tego typu filmiki, ale cóż - zdecydowanie nie jestem gotowa na taki krok poza moją strefę komfortu, więc wybaczcie, ale pojedziemy tradycyjnie :) 


Jak widać, uzbierało mi się kilka rzeczy, które chciałabym Wam polecić - zaznaczam tylko, że określenie "ulubieńcy czerwca" jest w stosunku do niektórych z nich dość umowne - bardziej pasowałoby "ulubieńcy kilku ostatnich miesięcy", ale wierzę w to, że raczej nikt z Was nie bierze takich haseł dosłownie. No i oczywiście nie wszystko znalazło się na zbiorowym zdjęciu, bo wiadomo nie od dziś, że mam świetną pamięć, tylko odrobinkę przykrótką i o dwóch rzeczach przypomniałam sobie już po fakcie :) 

Do rzeczy - żeby było bardziej przejrzyście, podzieliłam sobie wszystko na kategorie:

* KOSMETYKI

1. Maseczka Origins Drink-Up Intensive - na kosmetyki tej firmy czaiłam się od nie pamiętam już kiedy i jakoś zawsze przy okazji zakupów o nich ostatecznie zapominałam. Wreszcie parę miesięcy temu podczas rozmowy z koleżanką jakoś zeszłyśmy na polecane kosmetyki i kiedy zaczęła się rozwodzić nad tym, jaki to jest świetny produkt, to wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę. I słusznie, bo od pierwszego użycia jestem totalnie zachwycona - zużyłam już prawie całe opakowanie (a jest spore!), kolejne czeka grzecznie w szafce. W Polsce chyba wyłączność na Origins ma Sephora i warto wstrzelić się w promocję -20% - wtedy wydatek nie boli aż tak bardzo :) 




Co do samej maseczki, to dla mojej wrażliwej (i suchej) skóry, jest ona prawdziwym objawieniem - stosuję ją po prostu jako krem na noc - z tym, że oczywiście nie codziennie. I widzę różnicę - skóra jest dobrze nawilżona i elastyczna, w dodatku maseczka przepięknie pachnie. Wiem, że niektórzy narzekają, że po jej nałożeniu klei się twarz, ale powiem szczerze, że ja nawet nie zwróciłam na to uwagi. Dla mnie to zdecydowanie jedno z tegorocznych odkryć. 

2. Krem Embryolysse Lait-Creme Concentre - tu nie pamiętam, jak na niego trafiłam, pewnie gdzieś przeczytałam opis, potem kupiłam na próbę małe opakowanie i...przepadłam :) Cóż mogę powiedzieć - moja skóra go uwielbia - stosuję go rano pod makijaż i czasem też na noc, zwłaszcza kiedy mam jakieś podrażnienia - jest bardzo delikatny i po prostu świetny! 



3. Hydrolat różany - mój jest z Biochemii Urody, ale pewnie większość działa podobnie - ja przelewam sobie trochę do małej buteleczki ze spryskiwaczem, trzymam go w lodówce i używam kilka razy dziennie jako toniku, ale także w momencie, kiedy potrzebuję natychmiastowego odświeżenia (cudowne uczucie, zwłaszcza w upalny dzień!). 



4. Balsam do ust Hurraw! 

Te balsamy to moje małe uzależnienie - nie wiem, ile już ich miałam, ale przyznam się, że odkąd je odkryłam, nie wyobrażam sobie nie posiadania przynajmniej jednego w zapasie - ten na zdjęciu jest limonkowy (świetny!), mam też wersję kakaową, rumiankową, o smaku earl greya i gdzieś zgubiłam wiśniową. Zamawiam je na IHerb, ale z tego co wiem, w Polsce też można je dostać online (oczywiście z przebitką cenową). Produkt jest organiczny, wegański i (co najważniejsze) - fantastycznie nawilża usta! Ja uwielbiam. 





* JEDZENIE

Tu tylko jeden produkt, ale za to jaki pyszny :) 
Chipsy kokosowe DANG o smaku słonego karmelu - o mamo, chyba dobrze, że nie są one tak łatwo dostępne (również zamawiam je na IHerb), bo podejrzewam, że źle by się to dla mnie skończyło - a tak, delektuję się nimi raz na jakiś czas, a potem tęsknię :) Jeśli będziecie mieli okazję spróbować, serdecznie polecam, tylko uprzedzam - wciągają dokładnie tak samo, jak zwykłe chipsy - ciężko się od nich oderwać! 





* KSIĄŻKA

Mój czytelniczy czerwiec zdecydowanie upłynął pod znakiem serii o Lipowie, autorstwa Katarzyny Puzyńskiej. Poświęciłam jej cały poprzedni post, więc nie będę się powtarzać - powiem tylko, że wciągnęłam się po same uszy, kończę właśnie "Łaskuna" i czekam niecierpliwie na kolejne części. 




* MUZYKA

O tym, że od jakiegoś czasu (a konkretniej odkąd zdecydowałam się oddać do naprawy gramofon mojego Taty), słucham już właściwie wyłącznie muzyki na winylach, być może już wspominałam (a jeśli nie, to właśnie to robię) - w związku z tym często wśród moich prezentowych życzeń znajdują się płyty. Z okazji ostatnich urodzin moja kolekcja powiększyła się m.in. o nowy album Lany Del Rey "Honeymoon" i właściwie od tej pory nie przestaję jej słuchać - to jest po prostu idealna płyta na wakacje, no a jak widać na zdjęciu - dodatkowym smaczkiem jest jej czerwony kolor (a właściwie ich, bo to jest podwójny album!). Moim numerem jeden jest "High by the Beach" i "Freak" - do tego zimny drink, okulary słoneczne na nos i czuję się jak w Kalifornii :) 




* MIEJSCE

Miejscem, które odkryłam w czerwcu (i to właściwie pod jego koniec, więc troszkę umieszczam je tu na wyrost, ale myślę, że warto) jest sklep TerraVege na Kabatach w Warszawie (adres to Kabacki Dukt 4, na samym końcu Al. KEN). Jeśli ktoś jest z tych okolic, albo będzie w pobliżu, a szuka czegoś przyjaznego weganom, alergikom, osobom na diecie bezglutenowej lub po prostu lubi wiedzieć, co kupuje i je, to serdecznie polecam - jak na malutki sklepik, jest zaskakująco dobrze zaopatrzony, ma przesympatycznych właścicieli i bardzo dobre ceny!!! Stronę internetową  i FB też ma :) 

* AKCESORIA/INNE

W tej kategorii mam aż cztery rzeczy, ale dwie z nich omówię szybko razem: 

1 i 2. Butelka Bobble bottle i butelka szklana 

O Bobble bottle chyba już kiedyś pisałam, bo mam ją już od kilku lat (właściwie chyba odkąd pojawiła się w Polsce - wtedy można było ją kupić wyłącznie online, teraz jest dostępna np. w Duce). Jeśli kogoś interesują szczegóły, to odsyłam na tę stronę. Ja tylko dodam, że odkąd ją mam, właściwie przestałam kupować wodę w jednorazowych butelkach. Poza aspektem eko, ważna jest też wygoda, to że można do niej nalać wodę z kranu w dowolnym miejscu, jest poręczna i ładna (filtry mają różne kolory - ostatnio trzymałam się różu, ale teraz mam taki wakacyjny morski turkus i też jest super). 




Jakiś czas temu kupiłam sobie również butelkę szklaną, która sprawdzała się dobrze przede wszystkim w pracy (nalewałam sobie do niej wodę z pojemnika z filtrem i pilnowałam, żeby popijać przez cały dzień), teraz używam jej też w domu. Bardzo ją lubię (dopasowanie kolorystyczne obu butelek jest całkiem przypadkowe :)) ale przyznaję, że na wyjścia "w miasto" wybieram Bobble, bo jednak wiadomo, że szkło swoje waży. Moja butelka jest z TkMaxx - wiem, że co jakiś czas pojawiają się w ich ofercie w różnych kolorach. 



3. Przedostatnią rzeczą, o której chciałabym Wam napisać, jest opaska do spania na oczy z firmy Lunaby (pewnie każdy o tym wie, ale jeśli nie, to jest to firma Joasi Glogazy, czyli Styledigger - myślę, że za jakiś czas skuszę się na którąś z ich pięknych piżam). 

Jakoś do tej pory wydawało mi się, że to jest dodatek z kategorii całkiem zbędnych, na zasadzie "a, nie mam na co wydać pieniędzy, to sobie kupię opaskę na oczy". No i co? No i pudło :) Moja sypialnia utrzymana jest w jasnych barwach, na oknach mam białe drewniane żaluzje i wprawdzie wyglądają one świetnie, ale niestety w okresie wiosenno-letnim, kiedy na zewnątrz jasno zaczyna się robić już w okolicach 4 nad ranem, brakuje mi jakiegoś zaciemnienia. Do tego dochodzą problemy ze snem, na tle nerwowym (polega to na tym, że zasypiam w miarę łatwo, ale budzę się około 3 i męczę przez kolejne dwie godziny, walcząc ze sobą o jeszcze odrobinę odpoczynku). Dlatego jakiś czas temu stwierdziłam, że sprawdzę na sobie, czy przypadkiem taka maseczka nie będzie dobrym rozwiązaniem - i okazało się, że owszem - nie zakładam jej od razu wieczorem, tylko kładę na stoliku przy łóżku i korzystam z z niej po wybudzeniu nad ranem. I działa - mój organizm sam się jakoś wycisza w ciemności, więc siłą rzeczy budzę się rano znacznie bardziej wypoczęta. Dla mnie bomba! No i ten uroczy wzór z ptaszkami (na IG dowiedziałam się, że to Rudziki) :) Do kompletu mam jeszcze kosmetyczkę, która może służyć jako pokrowiec do Kindle. PS właśnie zauważyłam, że w dwóch miejscach zrobiły mi się zacieki od czerwonej wstążeczki - nie wiem od czego to, ale w sumie nie wpływa to na komfort użytkowania (poza względami estetycznymi). 




4. No i last but not least to gadżet, który wzbudza spore zainteresowanie niemal wszędzie - jest to Ring (mój nazywa się Ring Thing, a najbardziej popularny to iRing), czyli uchwyt do telefonu. 

Ja mam dwa - ten na zdjęciu oraz aktualnie używaną wersję złotą (nie miałam jak jej pokazać, bo robiłam zdjęcie telefonem) - przykleja się go do obudowy z tyłu i tyle. A zastosowanie? Jeśli kiedykolwiek szliście ulicą z telefonem w ręku, który niespodziewanie wyślizgnął się Wam z ręki, jeśli lubicie używać smartfona w wannie i boicie się, że w końcu go utopicie, albo przeglądacie sobie coś na leżąco przed snem i chociaż raz telefon wylądował Wam na twarzy, to owszem, to jest gadżet dla Was :) Może też służyć jako podstawka do telefonu, kiedy np oglądamy sobie coś na YT. Ja uwielbiam! 




No i dobrnęliśmy do końca :) Trochę tego było, ale tak to jest, jak się ma długą przerwę i potem chce się pokazać wszystko naraz. 

Dajcie znać, czy coś Was zainteresowało/zainspirowało, a może znacie/używacie z czegoś, o czym wspomniałam wyżej? Sama też jestem bardzo ciekawa Waszych ulubieńców. 

niedziela, 26 czerwca 2016

#KSIĄŻKI Na prowincji trup ściele się gęsto, czyli seria o Lipowie - Katarzyna Puzyńska

Jak obiecałam, tak jestem znowu - trochę jak słynna montypythonowska hiszpańska inkwizycja, ha! 

Tym razem chcę Wam polecić coś do czytania - niektórym właśnie zaczęły się wakacje, inni pewnie są właśnie w trakcie planowania urlopów, jeszcze inni może właśnie odkrywają wątpliwe uroki bezrobocia (tak, czarny humor to moja specjalność) - tak więc przynajmniej teoretycznie powinniście mieć odrobinę więcej wolnego czasu, który możecie przeznaczyć na ciekawą lekturę. 

Zazwyczaj co prawda śledzę na bieżąco rynek książkowy i staram się w miarę ogarniać modne nazwiska, ale jednocześnie przyznam się, że na ogół niespecjalnie mnie one kręcą. Mam swoje tempo czytania i swoje własne (niekończące się!) listy tytułów, więc raczej rzadko zdarza mi się, że zabieram się za coś, co akurat pałęta się po listach bestsellerów. 
No i tu niespodzianka, bo polecę Wam dziś Katarzynę Puzyńską, która do owych list już chyba przyrosła na dłużej :) 

W skrócie - jeśli lubicie kryminały (ale takie raczej niespiesznie rozwijające się i nie bardzo krwawe), z dużą domieszką obyczajówki i do tego jeszcze macie słabość do naszych rodzimych okoliczności przyrody, to polecam Wam serię o Lipowie. A, no właśnie - jeszcze jedno - nie bez kozery wspomniałam o wolnym czasie - tego jest sześć pokaźnych tomów, więc sami wiecie, żeby potem nie było na mnie, no!

Powiem tak - Kasię Puzyńską (chyba mogę tak napisać, bo mam wrażenie, że ona jest młodsza ode mnie - #zazdrość tak by the way) porównuje się niemal odruchowo z bardzo popularną u nas Szwedką, Camillą Lackberg, ale ja akurat Lackberg nie trawię - przebrnęłam (chyba wyłącznie przez mój ośli upór) przez jakieś cztery tomy i stwierdziłam, że sorry, ale więcej jej wkurzających i infantylnych bohaterek nie zniosę - dlatego też uważam, że to porównanie jest wyjątkowo dla Puzyńskiej krzywdzące. Owszem, w jej powieściach też mamy mocno (momentami być może nawet nieco ZA mocno) rozbudowany wątek obyczajowy, bohaterowie trochę sobie romansują, trochę rozkminiają swoje uczucia, ale śmiem twierdzić, że jest to jednak znacznie bardziej życiowe niż u Lackberg, gdzie bohaterki najwyraźniej zatrzymały się na poziomie emocjonalnym gimnazjalistek. 

Ale! Nie zapominajmy także, że saga o Lipowie ma nad Lackberg jedną zasadniczą przewagę. Klementynę Kopp. Czytając kolejne tomy (których fabuły nie zamierzam Wam streszczać, bo to kompletnie nie miałoby sensu), mam już wyrobioną swoją wizję pani komisarz i z jednej strony bardzo chciałabym zobaczyć, jak ta postać prezentowałaby się w wersji filmowej, ale z drugiej boję się rozczarowania. Bo książkowa Klementyna jest niezwykłą osobą - jest jednocześnie fascynująca, irytująca i cholernie przyciągająca uwagę - no i w momencie kiedy w jej życiu pojawia się kot Don Jose (vel Józek), ja zostałam już kupiona na dobre :) Dawno już nie "spotkałam" tak barwnej i oryginalnej bohaterki i chociaż przede mną jeszcze półtora tomu, to już się boję syndromu odstawienia. 

Daniel Podgórski też jest raczej w porządku, chociaż z tej dwójki to oczywiście Klementyna ma większe jaja, bo młodszy aspirant jest nieco zbyt ciapowaty i rozlazły jak na mój gust. Chociaż potrafi pokazać pazurki, że tak pozostanę jeszcze przez chwilę w kocim temacie :) 

Bardzo podoba mi się także fakt, że Puzyńska wyraźnie napracowała się, żeby stworzyć pełnowymiarowe postaci drugoplanowe - to nie są tylko takie papierowe wydmuszki, które mają służyć za tło, ale osoby, które nawet kiedy nie odgrywają żadnej ważnej roli w fabule, to jednak gdzieś tam są i trochę nam ich brakuje, niczym dawno nie widzianych znajomych. Chociaż Pawła Kamińskiego sama bym chętnie ukatrupiła, bo potwornie mi działa na nerwy!

Nie powiem, że kryminały Puzyńskiej kojarzą mi się z Agathą Christie, bo to by było jednak nadużycie. Bardziej przypominają mi słynną brytyjską serię Morderstwa w Midsomer, na podstawie książek Caroline Graham - tam też mamy pozornie sielską prowincję, całą gamę ciekawych postaci pierwszo- i dalszoplanowych, no i śledztwa w sprawie morderstw. Jeśli więc lubicie takie klimaty, to serdecznie polecam przetestowanie na sobie, czy Kasia P. przypadnie Wam do gustu - kolejność serii o Lipowie jest następująca:

1. Motylek
2. Więcej czerwieni 
3. Trzydziesta pierwsza 
4. Z jednym wyjątkiem
5. Utopce
6. Łaskun

Na koniec tej polecanki dodam tylko, że oczywiście można się przyczepić do tego, że: bywa trochę za bardzo rozwlekle, że autorka niekiedy zapomina, że czytelnik potrafi zapamiętać podstawowe fakty i nie trzeba mu powtarzać tego samego trzydzieści razy, że lipowska policja to na oko banda jakichś życiowych fajtłap, a tempo rozwiązywania przez nich spraw woła o pomstę do nieba, no i wreszcie - że większość zbrodni i intryg kryminalnych jest kompletnie odrealniona. No jasne, że można - tylko po co? Jak dla mnie żadna z tych uwag (a spotkałam się już ze wszystkimi, nie wymyśliłam sobie ich sama przed chwilą) ani nie dyskwalifikuje autorki, ani nie sprawia, że sagę o wymyślonym małym polskim miasteczku czyta mi się gorzej. Tak więc ja jestem jak najbardziej w #teampuzynska 




PS Do tej pory moją ulubioną częścią są "Utopce" (ale jestem dopiero w połowie, więc mam nadzieję, że nie zmienię zdania do końca książki!) - bardzo lubię takie leciutko niepokojące klimaty (szalenie działający na wyobraźnię opis okolic Utopców sprawił, że wszystkie miejsca stanęły mi przed oczami jak żywe), a przede wszystkim pokazywanie w retrospekcjach tego samego momentu z punktu widzenia różnych osób (btw - to świetne ćwiczenie dla wszystkich tych, którzy nie widzą nic poza końcem własnego nosa :) 

Dajcie znać, czy znacie/lubicie Kasię Puzyńską! 

UPDATE: "Utopce" do samego końca świetne, natomiast po rozpoczęciu "Łaskuna" muszę nieco zweryfikować określenie "kryminały nie bardzo krwawe" w odniesieniu do książek autorki. Jeśli chodzi o plastyczne opisy zwłok, od których osobom nieprzyzwyczajonym do takiej makabreski może się zrobić nieco słabo (lub niedobrze), to w "Łaskunie" mamy 10 punktów na 10 - tak tylko uprzedzam :) Ogólnie cieszę się, że dużo się dzieje i że ciapowaty poczciwina Podgórski w końcu będzie miał szansę pokazać się nieco z innej strony.  

piątek, 24 czerwca 2016

Look who's back :)

No to jestem...

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, od czego zacząć - minęło sporo czasu, odkąd coś tu opublikowałam i, jak zapewne można się spodziewać, kilka rzeczy się u mnie w międzyczasie pozmieniało. Ci, którzy obserwują mnie na Instagramie, są pewnie mniej lub bardziej na bieżąco, ale wiadomo, że nie każdy śledzi wszystkie możliwe media społecznościowe - bo w końcu kto ma na to czas :) Tak więc po kolei. 

Po pierwsze znowu zostałam "kocią matką".  I to podwójną :) Może w związku z tym powinnam przemianować blog na "Dziewczyna z kotami" (albo nawet "Kobieta z kotami", bo nie oszukujmy się - metrykalnie już od jakiegoś czasu zdecydowanie nie zaliczam się już do dziewczyn - notabene, parę dni temu obchodziłam kolejne urodziny, więc może stąd taka refleksja). 

Moje dwie łobuziary to Nikita i Matylda, przygarnięte od fundacji Koty z Grochowa (polecam ich serdecznie, bo wykonują kawał dobrej roboty, ratując kotki i szukając dla nich odpowiedzialnych domów).  

Dziewczyny (siostry, zżyte ze sobą strasznie) za parę tygodni skończą rok (w co zupełnie nie chce mi się wierzyć), ze mną są od września i kocham je do szaleństwa. Mimo, że psocą na potęgę :) No, ale czego chcieć od dzieciaków. Ten, kto jest ze mną dłużej (albo zna mnie osobiście) wie, że bardzo mocno przeżyłam odejście Koki - 18 lat razem to w końcu nie byle co. Dlatego też długo nie czułam się gotowa na kolejnego zwierzaka. No, ale potem zobaczyłam na stronie fundacji zdjęcie dwóch słodkich burasków i przepadłam :) 

Teraz przygotujcie się na sporą porcję zdjęć - tych, którzy nie przepadają za kotami, z góry przepraszam :)

  


 






Kolejną życiową zmianą była nowa praca - w marcu 2015 wydawało mi się, że "to jest w końcu TO" - miejsce fajne, ludzie bardziej niż fajni, wszystko zaczęło się w końcu układać. Małym minusem było jedynie to, że życie w realu zaangażowało mnie na tyle intensywnie, że zaczęło mi brakować czasu na blogowanie - poza tym jakoś też miałam poczucie, że wypadłam z rytmu, nie oglądałam już tyle ciekawych filmów, co wcześniej, a nie chciałam pisać wyłącznie o tym, co kupiłam (zresztą kupować też zaczęłam znacznie mniej) - z jakiegoś powodu zaczęłam odnosić wrażenie, że po prostu nie bardzo mam o czym pisać. 

I tak mijał miesiąc za miesiącem, a powrót do blogowania stawał się coraz trudniejszy. Wiedziałam jednak, że nie zamknę tak całkiem tego miejsca - za dużo tu przeżyłam i jestem za mocno związana z nim emocjonalnie. 

Anyway :)) Jakoś tak w moim życiu zazwyczaj bywa, że jak za długo jest dobrze, to wiadomo, że w końcu coś pierdolnie (wybaczcie dosadny język, ale inaczej się nie da). No i pierdolnęło. A konkretniej pierdolnęła mnie "dobra zmiana" - no i tu ktoś może powiedzieć, że przecież zatrudniając się w spółce Skarbu Państwa można się spodziewać powyborczych politycznych czystek, ale napiszę tylko, bez wdawania się w szczegóły, że sposób, w jaki ja i koleżanka z tej samej rekrutacji zostałyśmy potraktowane po ponad roku uczciwej pracy, sprawił, że poczułam się jakby ktoś znienacka wrzucił mnie pod nadjeżdżający pociąg. Z perfidnie złośliwym uśmiechem na twarzy. 

Tak więc chcąc nie chcąc, oto wylądowałam poniekąd w punkcie wyjścia. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że "wszystko się jeszcze ułoży", "to nie było to", "w perspektywie okaże się, że ta zmiana wyjdzie mi na dobre" blablabla - tak, ja to wszystko wiem, sama sobie zresztą to tak tłumaczę (inaczej bym oszalała), ale cóż - nie powiem, żebym się dobrze z tym czuła. To minie, wiem. Chwilowo w ogarnięciu sytuacji pomagają mi wspomniane na początku rozrabiaki i joga. 

  

No i myślę sobie, że teraz mam dużo wolnego czasu, więc postaram się odkopać to miejsce dla tych, którzy nie postawili na mnie jeszcze krzyżyka - jeśli tu nadal zaglądacie, to dziękuję i do zobaczenia niedługo - mam już w głowie parę pomysłów, w tym polecankę książkową, więc sprawdzajcie! 

Co do tematyki bloga, to przyznam się, że mam w tym momencie w głowie 150 różnych pomysłów, ale jeszcze nie podjęłam decyzji, czy coś się bardzo mocno zmieni - nie chcę się zbyt mocno ograniczać, bo to jest jednak "moje" miejsce, w którym mogę się z Wami dzielić tym, co mnie fascynuje, cieszy, denerwuje, mierzi i ogólnie wpływa na mnie w jakikolwiek sposób. I niech tak póki co zostanie. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...