sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

piątek, 20 lutego 2015

Moje lektury - "Cyfrowa demencja", czyli o tym jak głupiejemy na własne życzenie

Dziś, moi mili, będzie o książce, która dała mi ostatnio do myślenia. A'propos moich upodobań literackich, wspominałam już nie raz, że poza tym, że jestem fanką kryminałów i thrillerów, bardzo często sięgam po pozycje popularnonaukowe, zwłaszcza związane z szeroko pojętą psychologią i właściwie jeśli książka dotyczy funkcjonowania ludzkiego mózgu czy naszych zachowań, to jest spora szansa, że prędzej czy później trafi w moje ręce. 

"Cyfrowa demencja. W jaki sposób pozbawiamy rozumu siebie i swoje dzieci" autorstwa niemieckiego psychiatry i neurobiologa Manfreda Spitzera to pozycja o tyle ciekawa, co wytrącająca z równowagi - jej autor bowiem potwierdza z całym swoim naukowym przekonaniem wiele faktów, które niby są nam znane, ale pewnie wolimy o nich za często nie myśleć, albo które podejrzewamy, że są prawdziwe, ale jakoś nigdy nie dążyliśmy do udowodnienia, że faktycznie tak jest. A konkretnie - że postęp technologiczny, którym zachłysnęliśmy się kilkanaście (lub może nawet już - dziesiąt) lat temu, wyrządza naszym mózgom więcej szkody niż pożytku. 


Wiem, że najbardziej znanym tytułem poruszającym tę samą tematykę jest "Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg" Nicholasa Carra, ale ponieważ jeszcze nie miałam okazji do głębszego zapoznania się z nią (właśnie zaczęłam ją czytać), ciężko mi zrobić sensowne porównanie. Niemniej jednak spora popularność obu pozycji świadczy to o tym, że problem jest niemały, czy nam się to podoba, czy nie.

Żeby nie było - to nie jest książka nawołująca do bojkotu komputerów, smartfonów i powrotu do czasów z ery kamienia łupanego - ja odebrałam ją raczej jako zachętę do przystanięcia na chwilę i zastanowienia się, co dla nas (i - a zwłaszcza - dla naszych dzieci) jest najważniejsze oraz jako pewnego rodzaju pobudkę świadomości i bodziec do znalezienia czegoś w rodzaju złotego środka. 

Sama jestem najlepszym przykładem tego, ile racji jest w tym, o czym pisze Spitzer. Już od dawna zauważam bowiem u siebie (a uważam się za naprawdę inteligentną osobę) sygnały świadczące o postępującym rozleniwieniu mojego mózgu - choćby fakt, że często nawet nie staram się już zapamiętać nowych informacji (bo po co, skoro w dowolnej chwili mogę je sobie wygooglać?), moje myśli chodzą na skróty, posiadam jakieś ogromne ilości totalnie powierzchownych danych przy jednoczesnym braku konkretnej wiedzy na jakiś temat, a także mam coraz większy problem ze skupieniem się nad dłuższym i bardziej wymagającym tekstem (kurczę, w liceum przeczytałam całego Prousta! Dzisiaj nie jestem pewna, czy dotrwałabym do końca pierwszego tomu...). Dlatego "Cyfrową demencję" czytałam z coraz bardziej rosnącym zainteresowaniem, ale i przerażeniem, bo tak naprawdę autor potwierdził jedynie to, o czym już dawno wiedziałam, udowadniając to przykładami wielu testów, eksperymentów i badań. 

Poniżej wrzucam moje notatki z lektury, które wydały mi się warte przytoczenia - może dadzą do myślenia jeszcze komuś :)

- świadomość stałego dostępu do wszelkiego rodzaju informacji w internecie zapobiega ich utrwaleniu w mózgu, podobnie jak fakt, że z większym prawdopodobieństwem zapamiętamy MIEJSCE, w którym można je znaleźć niż samą ich treść; 

- sprawy niezałatwione zapamiętujemy przeciętnie 2x lepiej niż dokończone zadania (jest to tzw. efekt Cliffhanger, czyli dokładnie ten sam mechanizm, który wykorzystywany jest przez twórców seriali - kończąc odcinek w momencie "zawieszenia" mają oni pewność, że widz wróci, bo niedokończony wątek nie da mu spokoju). Dlatego też najlepiej uczymy się tych kwestii, które wymagają od nas wysiłku umysłowego (wszystko, co związane jest z aluzją, niedopowiedzeniem, pytania bez odpowiedzi etc.);

- przetwarzanie nabywanych informacji na żywo z innymi skutkuje lepszym zapamiętaniem niż wymiana myśli online - czyli dyskutując ze znajomymi na jakikolwiek temat, uruchamiamy więcej elementów (gestykulacja, modulacja głosu, konkretny moment, miejsce, zapach etc.), które potem będą nam się kojarzyły z danym tematem. Aktywny kontakt dotykowy z przedmiotem przyspiesza naukę (w porównaniu do przyglądania się mu bez żadnych dodatkowych czynności). Mózg nieustannie tworzy tzw. ślady pamięciowe (czyli engramy) - a procesy takie jak percepcja, myślenie, przeżywanie, odczuwanie i działanie sprzyjają zapamiętywaniu nowych informacji. 

- cyfrowe media naprawdę mają niekorzystny wpływ na zdolności empatyczne i umiejętności pielęgnowania kontaktów z otoczeniem. Ponadto istnieje mocne powiązanie pomiędzy wzmożonym kontaktem z elektronicznymi mediami (np brutalnymi grami komputerowymi) a psychopatologicznymi zachowaniami o podłożu depresyjnym - pod ich wpływem zmieniają się zarówno nasze zachowania, jak i np szybkość reakcji na różne bodźce. Kto uważa, że to wymyślony argument, niech przeczyta opisy przytaczanych przez autora eksperymentów, a gwarantuję, że jeśli jest rodzicem, to przed zakupem kolejnej gry dla swojej pociechy przynajmniej zadrży mu ręka...

- najbardziej zagrożone negatywnym wpływem elektroniki na rozwój mózgu jest pokolenie urodzone po 1980 r. (nazywane "Digital natives", czyli "cyfrowymi tubylcami", inaczej Generacja Y  - ich "ojczyzną" jest świat nowoczesnych technologii cyfrowych. Dla odróżnienia, urodzeni wcześniej (nawet jeśli również są dobrze obeznani z technologiami) nazywani są "cyfrowymi imigrantami", ponieważ znają również świat "sprzed epoki komputerów"). W zdecydowanie najgorszej sytuacji jest "pokolenie Google" / pokolenie "wytnij / wklej", czyli urodzeni po 1993 r., którzy po prostu nie pamiętają czasów bez komputerów i internetu. Co ciekawe, mają oni m.in. znacznie mniejszą wiedzę nt struktur informacyjnych (głównie wiązania ich w całość), logicznych zasad łączenia danych z różnych źródeł i odróżniania rzeczy ważnych od nieistotnych (innymi słowy - dużo osób ma po prostu problemy z samodzielnym myśleniem). Brakuje im "filtra" w postaci dotychczasowej elementarnej wiedzy na jakiś temat, który pozwala na wyciąganie logicznych wniosków. Tak naprawdę bowiem internet jest niewyczerpanym i bardzo cennym źródłem wiedzy, ale pod warunkiem, że przynajmniej mniej więcej wiemy, czego szukamy.

- chwalony przez niektórych (zwłaszcza w środowisku zawodowym) multitasking (czyli po naszemu "wielozadaniowość") paradoksalnie prowadzi do wytrenowania znacznie większej powierzchowności i mniej efektywnego przetwarzania informacji (z tego wynikają problemy z koncentracją na jednej czynności i mniejsza zdolność do ignorowania bodźców rozpraszających). 

- cyfrowe media wpływają także negatywnie na zdolność samokontroli i stanowią czynnik stresogenny (przyczyną stresu nie jest bowiem samo doświadczanie przykrych stanów, ale uczucie bezsilności wobec nich, a poziom stresu zależy w dużym stopniu od tego jak silne jest przekonanie, że panujemy nad sytuacją). 

- ludzki mózg wykorzystuje do nauki tzw. metodę koła hermeneutycznego, co oznacza ni mniej ni więcej jak to, że całość poznajemy przez zrozumienie szczegółów, a szczegóły poprzez odwołanie się do całości - musimy mieć możliwość (oraz zdolność) powracania do wiarygodnego źródła, bo inaczej wszystkie nowe informacje będą tylko chaotycznym zbiorem bez żadnego wspólnego mianownika. To dlatego samodzielne myślenie i wyciąganie wniosków jest takie ważne. 

- intensywność utrwalania treści w pamięci zależy od głębokości przetwarzania informacji - z tego powodu to, co dzieje się z nami obecnie (ręka do góry kto łapie się na tym, że na ogół ślizga się tylko po powierzchni, surfuje i przegląda informacje, kompletnie nie przyswajając ich treści? No właśnie...) jest takie niepokojące - jesteśmy na każdym kroku bombardowani takimi ilościami danych, że w pewnym momencie zamiast zapamiętywać wybrane (ważne) rzeczy, a resztę ignorować, często ograniczamy się jedynie do przerzucania nagłówków, bez jakiejkolwiek głębszej refleksji nad ich treścią. 

Na koniec ciekawostka, która dla mnie osobiście jest zdecydowanie warta zapamiętania (jestem najgorszą osobą na świecie, jeśli chodzi o przyswajanie imion poznawanych ludzi!) - otóż podobno zdolność zapamiętywania nazwisk wzrasta do 80% po ich siedmiokrotnym powtórzeniu - od tej pory kiedy będzie mi zależało na zapamiętaniu czyjegoś imienia, będę je sobie mamrotała pod nosem 7 razy :) 

Podsumowując ten mój elaborat powiem tak - oczywiście nie ma co demonizować cyfrowych technologii, bo przecież nikt nie planuje ani nie chce nagłego cofnięcia się o 100 lat. Warto jednak mieć świadomość związanych z nimi zagrożeń oraz zachować zdrowy rozsądek, zwłaszcza w odniesieniu do młodszego pokolenia. A także równoważyć jedne źródła informacji innymi - co oznacza np. nieopieranie się wyłącznie o "wujka Google", ale sięganie do książek, encyklopedii i rozmawianie z ludźmi, którzy są specjalistami w jakiejś dziedzinie. Wiem, że dla niektórych brzmi to może absurdalnie (albo jako coś oczywistego), ale po przeczytaniu tej książki (oraz kilku innych skupiających się na współczesnych problemach związanych z nowoczesnymi technologiami) wiem, że to nie są wymyślone problemy i że to, co mnie wydaje się naturalne i oczywiste, dla wielu osób wcale takie nie jest. 


niedziela, 15 lutego 2015

Filmowo - kryminalnie - o "Ziarnie prawdy"

Dawno nie było tradycyjnej recenzji filmowej, więc voilà. Dziś będzie o polskim kryminale - dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, a może by chcieli (albo nie wiedzą, czy by chcieli). 


Powołany do życia przez pisarza Zygmunta Miłoszewskiego prokurator Teodor Szacki jest ciekawą i niebanalną postacią. W książkach. Niestety nie ma zbyt wiele szczęścia do swoich ekranowych wcieleń, o czym mogliśmy przekonać się zarówno w nieszczęsnym "Uwikłaniu" (w którym został...kobietą), jak i nadal wyświetlanym w kinach "Ziarnie prawdy". Oczywiście wiadomo, że język filmowy, skrajnie upraszczając i skracając autorskie wodolejstwo, zasadniczo różni się od tego literackiego, trzeba jednak uważać, żeby przycinając to i owo, nie posunąć się o krok za daleko i nie zostać z bezkształtną wydmuszką - niby nadal ładną i kolorową, ale w środku pustą.

Film "Ziarno prawdy" miał być mrocznym, bezkompromisowym kryminałem, mocno osadzonym w polskiej rzeczywistości, z zapadającym w pamięć głównym bohaterem oraz wielowątkową fabułą. Mogłoby się wydawać, że jeśli ramię w ramię stanie reżyser fantastycznego "Rewersu" Borys Lankosz oraz autor bestsellera Zygmunt Miłoszewski, to efekt będzie powalający. A jest bardzo średni.

Jako wielbicielka trylogii o białowłosym prokuratorze (za którą - warto dodać - Zygmunt Miłoszewski otrzymał niedawno Paszport Polityki w kategorii Literatura), pierwsze zastrzeżenie mam do filmowej wersji głównego bohatera (i wbrew pozorom nie chodzi tu o brak najbardziej charakterystycznej dla niego cechy fizycznej, czyli wspomnianych białych włosów). Otóż jak zauważyłam na początku, Szacki jest złożoną postacią, która często zachowuje się jak skończony mizogin, egotyk i cham działający i ubrany "pod linijkę", ma jednak swoje zasady i staroświecką nieustępliwość, dzięki którym pozwala się lubić i przypomina trochę westernowego szeryfa. Niestety przeniesiony na duży ekran, traci niemal cały swój urok i w miejsce nieszablonowej postaci otrzymujemy aroganckiego buca o (notabene przyjemnym dla oka) ciele i twarzy Roberta Więckiewicza.

W ekranizacji powieści zabrakło prawie wszystkich niuansów, które sprawiały, że opowiadana historia trzymała w napięciu i zyskiwała dodatkową głębię - w filmie nie mamy pojęcia o tym, jak i dlaczego warszawski prokurator znalazł się na prowincji, poza tym naprawdę niełatwo jest wykrzesać z siebie jakąkolwiek większą sympatię dla kogoś, kto przez cały film pokazuje nam się wyłącznie z jednej, niezbyt przyjemnej strony. Owszem, sceny w których widzimy zderzenie małomiasteczkowych obyczajów (wszyscy są ze sobą po imieniu, szefowa "Misia" częstuje domowym ciastem i strofuje swoich podwładnych jak niesforne dzieci) ze sztywną "warszawskością" Szackiego są zabawne, ale mimo to nie mogłam przez cały film pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, że zarówno bohater, jak i twórcy traktują mieszkańców z pogardliwą wyższością. Szacki snuje się po Sandomierzu niczym udzielny książę, a jedyną naprawdę ciekawą interakcją personalną staje się jego rozmowa z żydowskim rabinem (który de facto zostaje pokazany jako jedyna dorównująca mu pod względem intelektualnym osoba).

Z drugiej strony trzeba przyznać, że na tle przewijających się przez ekran postaci drugoplanowych, Szacki ma głębię Rowu Mariańskiego. Cała reszta jest bowiem płaska niczym powieszone na ścianie zdjęcia - błyszcząca powierzchnia i nic pod spodem. Mamy więc prowincjonalną laleczkę, która teoretycznie jest najlepszą partią w mieście, ale patrząc na jej godną piętnastolatki egzaltację strach pomyśleć, jak w takim razie wygląda reszta miasteczka; śmiało konkuruje z nią rudowłosa partnerka Szackiego, która właściwie poza tym, że się obraża i biegnie do przełożonej na skargę niczym dziecko w przedszkolu, niewiele wnosi do fabuły (w książce widać było dokładnie zarówno przemianę, jaka zaszła w tej irytującej „piczce-zasadniczce” (używając oryginalnego określenia autora książki), jak i ewolucję wzajemnych relacji jej i Szackiego, w filmie została wyłącznie irytująca nieprofesjonalistka). Przez chwilę mogło się wydawać, że te niedociągnięcia uda się wyrównać którejś z męskich postaci - do wyboru był zarówno mąż pierwszej ofiary, lokalny biznesmen-patriota, czy współpracujący z prokuratorem stary policjant. Czegoś jednak ponownie zabrakło i zarówno Krzysztofowi Pieczyńskiemu, Andrzejowi Zielińskiemu, czy Jerzemu Treli nie udało się zbudować pełnowymiarowych charakterów.
 
Niestety niewiele lepiej jest z warstwą fabularną. Szkoda jej tym bardziej, że początek jest całkiem niezły - akcja osadzona jest w Sandomierzu, przepięknym mieście z nieco mniej piękną i problematyczną (bo bardzo niepoprawną politycznie) historią. Tajemnicze morderstwo jednej z najbardziej kochanych mieszkanek wstrząsa wszystkimi, a kiedy okazuje się, że to dopiero początek, a towarzyszące temu poszlaki, z każdym krokiem coraz mocniej sugerujące krwawy żydowski rytuał sprawiają, że opowiadana treść miała spory potencjał. Który pomimo nastrojowych, tajemniczo-mrocznych zdjęć, nie został właściwie wykorzystany. Odważny, niestety ciągle i niezmiennie aktualny temat polsko-żydowskich stosunków oraz historia, która zatacza koło i nieoczekiwanie wraca po 60 latach, wyciągając na światło dzienne wszystkie wydawałoby się dawno zapomniane krzywdy i głęboko skrywane pretensje, to największa siła tej opowieści. I właśnie te fragmenty, będące bezkompromisowym komentarzem do drażliwego tematu antysemityzmu, są najciekawszym elementem filmu - zderzenie absurdalności "prawdziwego" patriotyzmu z bezstronną nieustępliwością Szackiego, który nieoczekiwanie dla siebie zostaje "głosem narodu", sprawiają, że zaczyna się robić i śmieszno i straszno, ale zaskakująco prawdziwie. W dodatku zarówno Miłoszewskiemu, jak i Lankoszowi udało się zachować równowagę i bezstronność w przedstawianiu niewygodnych dla wielu osób wydarzeń z przeszłości, co biorąc pod uwagę drażliwość tematyczną, jest sporym osiągnięciem - z jednej strony mamy bowiem antysemickie zabobony i mroczne wspomnienie powojennych pogromów, z drugiej otwartą dyskusję na temat Żydów współpracujących z UB (tu chapeau bas za sprytny zabieg przedstawienia tej niewygodnej karty historycznej przez rabina, z miejsca bowiem wytrącił on potencjalnym adwersarzom argument o antysemityzmie i żydowskiej nagonce).

Powiem tak - gdybym miała oceniać ten film wyłącznie w kategorii "polskich kryminałów", pewnie byłabym łagodniejsza. Jeśli jednak nie chcemy na zawsze zagrzebać się w polskim filmowym grajdołku i mamy równać do poziomu światowego, to "Ziarnu prawdy" sporo brakuje do określenia "wybitny kryminał". Myślę jednak, że zarówno temat, jak i rola Roberta Więckiewicza są na tyle ciekawe, że mimo wszystko warto wesprzeć polską kinematografię, wybierając się na seans. A potem (lub jeszcze lepiej - przedtem) przeczytać książkę. Swoją drogą - gorąco polecam całą trylogię o prokuratorze Szackim - aktualnie pochłaniam trzecią (moim zdaniem najlepszą) część, czyli "Gniew" i nie ukrywam, że autentycznie zazdroszczę autorowi pisarskiego talentu. 

PS Standardowo - informacyjnie - moje recenzje najpierw ukazują się na portalu filmosfera, a po jakimś czasie (jeśli w międzyczasie o nich nie zapomnę), trafiają także tutaj. 

czwartek, 29 stycznia 2015

Moje seriale cz.3: odpuszczone / do obejrzenia


No i nadszedł dzień, w którym mój najdłuższy wpis dobiega końca [fanfary]. Jeśli nie poddaliście się gdzieś w połowie i nadal ciekawi Was, co mam do powiedzenia, to zapraszam na odsłonę pt. seriale, które odpuściłam oraz te, które mam na swojej liście do obejrzenia. Myślę, że to będzie część najbardziej "dyskusyjna", bo na pierwszej liście jest kilka powszechnie uwielbianych tytułów.
No, ale do rzeczy, na pierwszy ogień lecą te odpuszczone (tylko błagam, nie zlinczujcie mnie za niektóre z nich):
  • Homeland - pierwszy sezon pochłonęłam bardzo szybko i... niepotrzebnie zrobiłam przerwę, bo od tej pory nie mogę do niego wrócić. I to jest historia, która w tym wątku będzie moim refrenem - nie wiem jak wy, ale ja mam tak, że bardzo często oglądam serial "ciągiem" - tzn dopóki nie padnę ze zmęczenia lub dopóki nie poczuję przesytu. I właśnie w sytuacji, kiedy po zakończeniu sezonu robię przerwę na coś innego, często okazuje się, że gdzieś po drodze umknęła mi wcześniejsza fascynacja. Na pewno planuję powrót, tylko nie mam pojęcia kiedy. 
  • Breaking Bad - kolejna "kultowa" produkcja i identyczna sytuacja jak poprzednio - tyle, że obejrzałam pełne 2 sezony. Także przewiduję powrót, chociaż nie ukrywam, że jestem antyfanką zarówno Waltera, jak i Skyler (albo raczej - a zwłaszcza Skyler). 
  • House of Cards - tu było gorzej, bo utknęłam po 1 odcinku. Nie przepadam za wątkami politycznymi i chociaż Kevin Spacey i Robin Wright mnie potwornie wręcz kuszą, to nie wiem, czy nie skończy się na planowaniu. 
  • Game of Thrones - kurczę, mam wrażenie, że za chwilę naprawdę mnie przestaniecie lubić :) Tu dojechałam do końca 4 sezonu (czyli nie jest źle) i ... się zawiesiłam. Strasznie dużo nerwów mnie kosztował ten serial (pomijam już wkurzającą tendencję do wykańczania niemal każdej postaci, którą polubię!), więc trochę się stresuję, ale powrót na pewno nastąpi. 
  • The Killing - tu sytuacja jest nieco inna. Bardzo podoba mi się fabuła, ale nie znoszę głównej bohaterki i nie bardzo w związku z tym mam pomysł, co zrobić z tym fantem :) Na razie przebrnęłam przez pierwszy sezon. 
  • Elementary - ciężko mi powiedzieć, co jest nie tak w tej relacji - niby współczesny Sherlock ok, pomysły fabularne też ok, duet Jonny Lee Miller - Lucy Liu bardzo fajny, ale czegoś mi brakuje (pewnie Cumberbatcha, hue hue). Myślę, że jak się wstrzelę w dobry moment (może przy jakiejś chorobie, czy coś), to powrót będzie (chyba, że w międzyczasie odkryję coś nowego, co mnie wciągnie bez reszty). 
  • Downton Abbey - pierwszymi dwoma sezonami zachłysnęłam się tak, że prawie się udusiłam z radości - angielski serial kostiumowy, będący zestawieniem życia wyższych sfer i świata pracującego dla nich wydawał się spełnieniem moich marzeń. I tak było. Dopóki nie zaczęło się robić gorzej niż w brazylijskiej telenoweli. Nie wiem, czy wrócę, bo może lepiej zachować dobre wspomnienia? 
  • Suits - wiem, że wielbicieli tej pozycji jest mnóstwo i przyznaję, że oglądało się ją całkiem sympatycznie, ale jednocześnie po przerwaniu nie zatęskniłam za żadnym z przystojnych panów nawet raz, więc nie sądzę, żebym miała jeszcze kiedyś do tego wrócić. Taki lajf. 
  • Mad Men - tu miałam bardzo podobną sytuację jak z Downton Abbey - absolutny zachwyt przez pierwsze trzy sezony, a potem emocje zaczęły opadać i nasze drogi powoli zaczęły się rozchodzić. Nie potrafię powiedzieć, czy jestem gotowa na powrót. 
  • Girls - w tym punkcie pewnie podpadnę wielu osobom, ale nic na to nie poradzę. Przed premierą wszystko wskazywało na to, że to będzie idealny serial dla mnie - no bo NY i perypetie czterech młodych dziewczyn o niewyparzonych językach i wielkim apetycie na życie? Wytrzymałam cały pierwszy sezon (i z tego powodu jestem z siebie szalenie dumna), zanim przyznałam się, że nie dam rady dłużej, bo po prostu NIE ZNOSZĘ Leny Dunham (i pisząc "nie znoszę" jestem naprawdę delikatna). Tak więc NIE i jeszcze raz NIE. 
  • Bates Motel - sama idea zrobienia prequelu Psychozy bardzo mi się podobała, podobnie jak większość pierwszego sezonu. A potem ... przestało mnie to interesować. Chociaż, znając moją słabość do (filmowych!) psychopatów, nie wykluczam, że jeszcze się spotkam z państwem Bates :) 
  • Halt and Catch Fire - zapowiadało się świetnie, zdążyłam się wciągnąć, a potem - jak zwykle - niepotrzebnie zrobiłam przerwę i szlag trafił całą magię. A historia komputerowych przepychanek w latach 80. XX wieku wydaje się naprawdę interesująca. Plus Lee Pace jako fantastyczny socjopata, zmierzający do celu po trupach (nie dosłownie - chyba). C.d.n.
  • CSI - oryginalne (czyli Las Vegas) - to jest idealny przykład (razem z kolejnym punktem na liście), że dobry serial powinno się skończyć wtedy, kiedy teoretycznie ma coś jeszcze do powiedzenia, a nie ciągnąć w nieskończoność, bo w rezultacie otrzymuje się takiego żywego trupa. To był naprawdę świetny serial przez wiele sezonów (właściwie dopóki William Petersen wcielał się w Gila Grissoma), a za to, co działo się później, mam chęć kogoś własnoręcznie udusić. Z pewnością nie będzie powrotu. 
  • How I Met Your Mother - o tej pozycji (a zwłaszcza jej finale) napisano już pewnie wszystko, więc nie będę się zbyt długo rozwodzić. To jest właśnie ten drugi przykład (po CSI) na to, czego nie powinno się robić z popularnym serialem - ciągnąć go w nieskończoność, osiągając po drodze kolejne poziomy fabularnej głupoty. Przykre. 
  • The Vampire Diaries - właściwie to (poza tym, że naprawdę mam słabość do opowieści o wampirach) nie mam pojęcia, co mnie przyciągnęło do tego tytułu - może brwi Iana Somerhaldera, nie wiem. W każdym razie - przerwałam oglądanie dawno temu i raczej nie przewiduję powtórki z rozrywki (chyba, że kiedyś będę długo i obłożnie chora i będę musiała pilnie się odmóżdżyć i skończy mi się Elementary). 
  • True Blood - pozostając w tematach wampirycznych (oraz seriali, które powinny skończyć się znacznie wcześniej), nie mogę nie napisać o pozycji, z którą miałam długą love-hate relationship. Właściwie oglądałam to wyłącznie ze względu na postaci Erica i Pam, ale nagromadzenie idiotyzmów w pewnym momencie zmogło nawet moją z reguły wysoką tolerancję i poddałam się. Wróciłam na sam finał i muszę powiedzieć, że to bolało (niestety w sensie, że było kompletnie kretyńskie, a nie że zrobiło mi się przykro)...Ale nie ukrywam, że wspomnienie Alexandra Skarsgarda w niektórych odcinkach rekompensuje wiele :) 
  • The Big Bang Theory - początki były cudowne, bo jak mogło być inaczej w historii czterech totalnie nieprzystosowanych do normalnego życia geeków? A potem zaczęło się robić coraz bardziej słodko (w momencie, kiedy nagle każdy wylądował z dziewczyną) i nudno i mniej śmiesznie. Nope. 
  • Modern Family - to zdecydowanie JEST dobry serial. I żałuję, że przestałam go oglądać, ale czasem jakiś tytuł za mocno kojarzy mi się z konkretną osobą i po prostu nie jestem w stanie kontynuować swojej przygody nie wracając myślami do przeszłości, o której wolę zapomnieć. Dlatego - żegnaj Modern Family. I żegnaj Californication
  • Spooks - generalnie nie jestem fanką historii szpiegowskich, ani w filmach ani w książkach. Dlatego sam fakt, że wciągnęłam się w jakiś mega długi serial o szpiegach z MI5 był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Wytrzymałam naprawdę długo, bo pewnie jakieś 8 sezonów, ale znowu (witaj droga Gro o Tron!) konsekwentne wykańczanie (i to w przeokrutny i grający na emocjach sposób) kolejnych postaci, z którymi zdążyłam się już zżyć sprawił, że zaczęłam bardzo źle życzyć twórcom tego serialu. Ostatecznie poddałam się w momencie, kiedy jedna z fajniejszych postaci, nagle przeszła jakąś kompletnie niewiarygodną zmianę osobowościową i niestety to przelało moją czarę goryczy. Powrotu nie będzie.  
  • American Horror Story - co do tej pozycji, to mam spore wątpliwości - pierwszy sezon mnie zachwycił, drugi też, przy trzecim zaczęłam odczuwać zmęczenie materiału, a przy opisie aktualnego jakoś zupełnie nie czuję, żebym miała się znowu wciągnąć. Dlatego choć nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, nie jestem przekonana. Na pewno jednak polecam dwa pierwsze sezony oraz moje dwa aktorskie odkrycia - Evana Petersa i Taissę Farmigę - myślę, że warto zapamiętać oba nazwiska...
No i zostały mi jeszcze seriale, które planuję obejrzeć w niedługim czasie
I to już wszystko w tym temacie - nie sądzę, żeby ktoś miał szansę poczuć choćby lekki niedosyt, ale gdyby jednak, to dajcie znać w komentarzach. Ciekawa jestem, czy i co oglądacie i jak się mają Wasze upodobania do moich :) A może macie w zanadrzu tytuły, z którymi warto się zapoznać, bo inspiracji nigdy dosyć? 

środa, 21 stycznia 2015

Moje seriale cz.2: oglądane: polecane / guilty pleasure


Dzisiejsza część posta, który może okazać się najdłuższym w mojej blogowej karierze, będzie poświęcona temu, co pewnie zainteresuje innych serialomaniaków najbardziej, czyli serialom, które oglądam w miarę na bieżąco (i które polecam)
Bez przydługich wstępów (bo poprzednio już chyba wyczerpałam temat), przechodzimy do listy - kolejność jak poprzednio, raczej przypadkowa:
  • Dr Who - zaczynamy z "grubej rury", czyli od angielskiego serialowego "szefa wszystkich szefów" i pozycji absolutnie uniwersalnej i KULTOWEJ :)) Nie będę nawet próbować silić się na jakieś głębokie opisy, tylko napiszę, że ten serial zawiera w sobie WSZYSTKO i najzwyczajniej w świecie albo się go kocha, albo nam wisi i powiewa, ale zapewniam, że kiedy się go zacznie oglądać, to jest mała szansa, że uda się w nim NIE przepaść bez reszty (i potem ma się z głowy całe lata, bo w zależności od stopnia uzależnienia, można oglądać wyłącznie nowe sezony, albo cofnąć się do lat 60. albo wracać do wybranych odcinków ze "swoim" Doktorem. Bo tak właśnie jest - każdy ma "swojego" Doktora (moim jest zdecydowanie 10, czyli David Tennant i mimo naprawdę ogromnej sympatii, jaką darzyłam Matta Smitha, czyli Jedenastkę oraz Petera Capaldiego, czyli obecnego Doktora, nic nie jest w stanie przebić mojej dzikiej wręcz namiętności do Davida). Właściwie mogłabym spokojnie poświęcić cały ten wpis tylko tej pozycji, ale obawiam się, że nikt (ze mną włącznie) nie wytrzymałby takiej dawki egzaltacji. Bo ja po prostu Doktora U W I E L B I A M i kropka. 
Dalej będą szły tytuły, które właściwie wszystkie należą do jednej kategorii, czyli bardzo szeroko pojętych kryminałów. Mamy więc:
  • Fargo - to serial, który ma szansę się spodobać zarówno tym, którzy znają film braci Coen o tym samym tytule, jak i pozostałym, bo najkrócej mówiąc - to jest po prostu kawałek świetnej telewizji! I właściwie można się tylko zastanawiać, czy lepszy jest w nim Martin Freeman, czy Billy Bob Thornton. Bardzo gorąco polecam. 
  • True Detective, czyli jeden z największych hitów ubiegłego roku. Kolejny przykład tego, że machina serialowa rozpędza się coraz bardziej i wciąga w siebie kolejnych aktorów kojarzonych do tej pory wyłącznie z dużym ekranem - w pierwszym sezonie mieliśmy fantastyczny duet Matthew McConaughey - Woody Harrelson  i mroczny i duszny klimat bagnistej Luizjany, w zapowiadanym kolejnym ma być Colin Farrell i ciekawe co z tego wyjdzie. 
  • The Fall - to jest moje odkrycie ostatnich lat, serial jakby stworzony dla mnie - o policjantce (Gillian Anderson, która z wiekiem coraz bardziej pięknieje) i seryjnym zabójcy (Jamie Dornan, udowadniający, że naprawdę ma do zaoferowania znacznie więcej niż śliczną buzię i ciało), a całość dzieje się w Belfaście. Historia trzyma w napięciu, a cała otoczka (znany nam od początku zabójca, który okazuje się szanowanym członkiem społeczności, ojcem i mężem) sprawia, że każdy kolejny odcinek oglądamy z rosnącym poczuciem dyskomfortu. 
  • Sherlock - z tym serialem mam podobną sytuację, jak z Doktorem Who, a mianowicie jestem kompletnie nieobiektywna, ponieważ duet Benedict Cumberbatch - Martin Freeman, z dodatkiem Ruperta Gravesa jako Lestrada, Marka Gatissa jako Mycrofta oraz Andrew Scotta w roli Moriarty'ego jest tak doskonały, że jeśli ktoś uważa inaczej, to sorry, ale lepiej żeby się przy mnie do tego nie przyznawał :) 
  • Ripper Street - to jest dopiero niesamowita historia. Po fantastycznych dwóch sezonach (momentami bardzo okrutnych i bardzo mrocznych), BBC zdecydowało się (mimo ogromnych protestów) skasować ten serial, co odniosło taki skutek, że chyba pierwszy raz w historii, na kontynuację serii zdecydowała się inna stacja (Amazon) i tak oto powstał trzeci sezon - yay! Polecam wszystkim, którzy lubią depresyjne XIX-wieczne klimaty i wyraziste postaci (moja sympatia jest rozdzielona równo pomiędzy całą główną trojkę, chociaż nie ukrywam, że mam niemałą słabość do Kapitana Homera Jacksona, chyba przez jego temperament i niewyparzony język :)).
  • Broadchurch -  cóż mogę powiedzieć - jeśli w czymś występuje David Tennant (zwany przez moją ukochaną mamę jastrzębiem), to wiadomo, że prędzej czy później, ja się w to wciągnę. Akurat przy Broadchurch nie było to trudne, bo to świetny serial - mamy tajemniczą zbrodnię i małe angielskie miasteczko, w których każdy ma swoje sekrety (brzmi trochę jak Twin Peaks, co?). Ogólnie to taki niepozorny klejnocik. 
  • Hannibal - tu właściwie wystarczą tylko dwa słowa: MADS MIKKELSEN. Mads jest po prostu wybitny i do dziś nie mam pojęcia, jak udało mu się sprawić, że rola filmowego psychopaty nr 1, czyli Hannibala Lectera, która wydawało się, należy dożywotnio do Anthony'ego Hopkinsa, dziś jest w miarę równo dzielona pomiędzy tych dwóch panów. Ten serial zdecydowanie wywołuje dużo skrajnych emocji, począwszy od niesmaku, przerażenia (są odcinki, których nie byłam w stanie oglądać wieczorem, a nawet w ciągu dnia musiałam robić przerwy), aż po obrzydzenie, ale jednocześnie chyba nie widziałam jeszcze produkcji, która dorównywałaby mu od strony wizualnej - to jest po prostu majstersztyk. Ok, Hugh Dancy i jego pieski też są cudowne :) 
  • Luther - niby kolejny mroczny kryminał z dręczonym własnymi demonami policjantem (Idris Elba, auć), ale ma w sobie także coś, czego brakuje innym tego rodzaju tytułom. Plus przedziwna relacja pomiędzy wspomnianym policjantem, a psychopatyczną zabójczynią (cudowna Ruth Wilson). Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu!
  • Criminal Minds - właściwie to po tylu latach (10 sezonów!), nie wiem, czy nie należałoby go zaliczyć do grupy "guilty pleasure", ale powiedzmy, że póki co znajduje się jeszcze na granicy :) No, cóż poradzę - nie mogę przecież odpuścić serialu o grupie profilerów z FBI! Miał on już swoje lepsze i gorsze sezony, niektóre wybory obsadowe też są dyskusyjne, ale nie zmienia to faktu, że uwielbiam go oglądać (chociaż czasem boję się tak, że muszę sprawdzać kilka razy drzwi oraz wszystkie pomieszczenia - za dużo już było odcinków, w których ofiarami były mieszkające samotnie kobiety w moim wieku :)) No i mam słabość do agenta Hotchnera oraz Dr Reida...I Joe Mantegny w roli agenta Rossiego... 
  • Forever - to chyba najświeższy tytuł na liście, również na granicy szczerej polecanki i "guilty pleasure" - trochę kryminalny dramat, trochę sci-fi - opowiada bowiem o patologu, który poza tym, że współpracuje z nowojorską policjantką, to jeszcze...jest nieśmiertelny. Na razie (skończył się 1 sezon) mogę powiedzieć tyle - jest miło, podobają mi się główne postaci i ich interakcje, a przede wszystkim podoba mi czarujący doktor Henry Morgan (przede wszystkim jako bohater, bo jako mężczyzna pozaserialowy, jakoś mniej). W poprzedniej części wspominałam króciutki serial New Amsterdam i nic nie poradzę na to, że te dwie pozycje bardzo mi siebie przypominają. Co nie znaczy, że uważam to za wadę. 
  • Gotham - tu muszę powiedzieć, że do końca nie wiem, co napisać o tym tytule. Wejście miał mocne (bo to historia komisarza Gordona, który pracuje w Gotham City w czasach kiedy Batman był jeszcze chłopcem - tak, poważnie :)) a potem trochę wszystko...okrzepło. Oglądam nadal, bo fascynuje mnie Ben McKenzie i jestem ciekawa, co będzie dalej, ale trochę się boję, że może się skończyć przerostem formy nad treścią. No nic, zobaczymy...Ale Ben jest faaajny (to taka młodsza wersja Buda z L.A. Confidential)...
  • Banshee - kolejna pozycja, z którą mam problem - otóż bowiem główny pomysł fabularny, spajający całość to totalnie nietrzymająca się kupy historia złodzieja, który po 15 latach spędzonych w więzieniu, w wyniku niezwykłego (i raczej idiotycznego) zbiegu okoliczności zostaje...szeryfem małego miasteczka. A to dopiero początek, bo mamy tu i ukraińską mafię i szarą eminencję, czyli pozornie przeciętnego biznesmena, który tak naprawdę trzyma całe miasto za gardło lub w kieszeni, a do tego grupę amiszów oraz indiański rezerwat! O obowiązkowym w każdym odcinku (ostrym) mordobiciu nie wspomnę. Banshee da się oglądać wyłącznie z dużym przymrużeniem oka, zignorowawszy wszystkie idiotyzmy, których niestety z odcinka na odcinek pojawia się coraz więcej. Pierwszy sezon podobał mi się bardzo, drugi obejrzałam chyba tylko siłą rozpędu, a trzeci dopiero się rozkręca, więc ciężko powiedzieć, co będzie dalej. Niemniej jednak uwielbiam duet Job-Sugar i uważam, że choćby tylko dla ich dialogów warto się skusić na parę odcinków :)
  • Justified - z tym serialem mam problem, bo gdyby skończył się jakieś 2 sezony temu, to pewnie rozpaczałabym po jego stracie i zgrzytała zębami ze złości, ale gdzieś w międzyczasie straciłam do niego serce. Czekam wprawdzie na kolejny sezon, ale jednocześnie czuję, że historia Raylana, który jest takim współczesnym kowbojem (bo w ogóle Justified to taki podrasowany western), już nie do końca do mnie przemawia. Czyli jak w punkcie wyżej - no nic, zobaczymy...
  • Masters of Sex - przez chwilę zastanawiałam się wprawdzie, czy ten tytuł nie powinien znaleźć się w części poświęconej serialom przerwanym, ale ostatecznie stwierdziłam, że jednak nie, bo mimo że znowu niepotrzebnie zrobiłam przerwę pomiędzy sezonami, to czuję wewnętrzną gotowość na kontynuację :) Powiem tak - zaczęłam to oglądać po przeczytaniu wielu pochwał (no i kto nie byłby ciekaw serialu o pionierskich badaniach nt. seksualności :P), a zostałam dla Michaela Sheena - to jest świetny przykład aktora o bardzo przeciętnej aparycji, który nadrabia to ekranową charyzmą - jeśli nie wierzycie, obejrzyjcie kilka odcinków! 
  • Penny Dreadful - żeby nie było, że wszystkie seriale oglądam wyłącznie dla panów, to Penny jest przykładem na to, że niekoniecznie :) To jest bowiem serial Evy Green i nawet dawno nie widziany Timothy Dalton (oraz Josh Hartnett) tego nie zmienią - Eva rządzi i to jak! Co do samej fabuły, to trochę niestety mam wrażenie, że się gdzieś po drodze zaczyna rozjeżdżać (może za dużo jest wątków pobocznych), ale mimo wszystko dla takiej kreacji warto!
  • The Bridge / Bron/Broen - tu mamy właściwie dwa seriale w jednym punkcie, bo szwedzko-duński oryginał (o którym pisałam TUTAJ ) również ma być kontynuowany. The Bridge to jego amerykańsko-meksykańska wersja, też interesująca (chociaż ja zdecydowanie wolę tę pierwszą) - pierwszy sezon jest bardzo podobny, potem się rozjeżdża, ale oryginał nadal rządzi, zwłaszcza jeśli chodzi o dynamikę między postaciami.  
  • Episodes - chyba jedyna komedia na liście - zaczęłam z ciekawości, jak sobie radzi dziś Matt LeBlanc (czyli Joe z Friendsów) i wpadłam po uszy - jest momentami totalnie politycznie niepoprawnie, absurdalnie, ale cholernie zabawnie. Pierwsze dwa sezony powalają na łopatki, trzeci już trochę stracił rozbieg, ale i tak czekam na nowe odcinki "Odcinków" :) 
I w końcu przechodzimy do części, którą nazwałam na własny użytek seriale oglądane - guilty pleasure, czyli wszystkie tytuły, które nadal trzymają mnie przy sobie, chociaż czasem sama poważnie zastanawiam się, dlaczego...
  • The Blacklist - tu akurat nie mam problemu z określeniem, co mnie trzyma przy czymś, co na początku podobało mi się bardzo, potem nieco mniej, a obecnie coraz mocniej działa mi na nerwy. Pamiętacie, jak wspominałam o tym, że często oglądam serial dla aktora? No więc damn you, James Spader! Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam, chociaż przyznaję, że niektóre twisty fabuły są całkiem interesujące. 
  • Constantine to ekranizacja ponoć kultowego komiksu Hellblazer (nie piszę tego z doświadczenia, bo komiksy to kompletnie nie moja bajka) o egzorcyście walczącym z nadnaturalnymi mocami. 8 odcinków za mną i nadal nie jestem w 100% kupiona, ale powiedzmy, że daję mu jeszcze szansę. 
  • Supernatural - to jest chyba moja największa guilty pleasure :) Niektóre odcinki (albo wręcz niemal całe sezony) są wręcz drastycznie durne, ale niestety obawiam się, że moja przygoda z braćmi Winchester i uroczo pierdołowatym aniołem Castielem dobiegnie końca wyłącznie w przypadku, kiedy producenci zdecydują się na ostateczne rozstrzygnięcie (czyli pewnie za jakieś 30 lat). No co mam powiedzieć, lubię tę ekipę :) 
Ok, to chyba tyle na dziś. W kolejnej (ostatniej już!) odsłonie, znajdą się wszystkie seriale, które z jakichś powodów przestałam oglądać (do niektórych na pewno wrócę, do innych na pewno nie), a także te, które na obejrzenie czekają. 

Mam nadzieję, że jeszcze jesteście ze mną :) 

sobota, 17 stycznia 2015

Moje seriale cz.1: obejrzane/zakończone

Uch, nad tym wpisem siedziałam naprawdę długo i pewnie po publikacji okaże się, że zapomniałam o wielu istotnych tytułach, więc nie zdziwcie się, jeśli za jakiś czas ukaże się jego aktualizacja (a raczej aneks :)). 

Początkowo nie bardzo miałam pomysł, jak podzielić seriale, o których chcę wspomnieć, bo czasem ten sam tytuł powinien pojawić się w różnych grupach, ale ostatecznie zdecydowałam się na prostą rozpiskę: seriale obejrzane (czyli te, które już się skończyły), oglądane-polecane (czyli te, którym poświęcam czas na bieżąco i które gorąco polecam), oglądane - guilty pleasure (mniej lub bardziej neutralne, ale ogólnie takie, do których nie będę specjalnie namawiać, chociaż z jakiegoś powodu sama je lubię), seriale przerwane (przeze mnie i wierzcie mi, to najczęściej nie ma nic wspólnego z ich poziomem) oraz lista do obejrzenia (czyli "wiszące" np z braku czasu albo chwilowego braku nastroju do ich rozpoczęcia). Co z tego wyjdzie, zobaczymy. 

Tytułem wstępu przypomnę tylko (jeśli jeszcze się nie zorientowaliście), że jestem naprawdę niereformowalną serialomaniaczką, oglądam ich MNÓSTWO (o tych pozycjach, które zaczęłam i przerwałam po kilku odcinkach nie będę wspominać, bo siedziałabym nad tym wpisem do rana) i potrafię się wciągnąć w tematy, o które ani ja ani Wy w życiu byście mnie nie podejrzewali :) Najlepsze jest to, że gdybyście kiedyś zapytali mnie, czy lubię tematykę sci-fi, odpowiedziałabym bez wahania "OJ, NIE!", natomiast zestawienie tytułów sugeruje całkiem coś innego :) Często oglądam także serial wyłącznie dla aktora (tak mam np z coraz bardziej irytującym mnie The Blacklist) i potem z rozpędu zaczynam zagłębiać się w całą jego filmografię (i bach - co najmniej miesiąc mam z głowy), a czasem jest dokładnie odwrotnie - widzę kogoś w filmie, zaczynam sprawdzać inne role i odkrywam, że gdzieś tam po drodze "popełnił" coś w odcinkach, co wydaje się interesujące. 

No dobra, do rzeczy Joanno, bo inaczej nikt nie wyjdzie poza wstęp do wpisu :) 
EDIT (w połowie wpisu) - już widzę, że skończy się na podziale tego posta na co najmniej dwie części, bo obawiam się, że nikt nie dźwignie takiej ilości tekstu na raz :))



Najłatwiej będzie pewnie zacząć od seriali, które już się skończyły (przy niektórych aż mi się ciśnie na usta: damn you, television!), kolejność na liście jest zawsze raczej przypadkowa, więc nie sugerujcie się nią za bardzo. Oczywiście to nie są wszystkie seriale, jakie kiedykolwiek obejrzałam (hehe, pewnie nawet nie połowa), ale powiedzmy, że te, które w jakiś sposób wyjątkowo zapadły mi w pamięć. 
  • Black mirror - jeden z najlepszych seriali, jakie oglądałam EVER (obawiam się, że to określenie pojawi się tu nie raz, więc nie rwijcie sobie jeszcze włosów z głowy) - poświęciłam mu kiedyś oddzielny wpis.  Były dwie serie (plus ostatnio odcinek świąteczny, nadal przede mną), każda po 3 odcinki, będące autonomicznymi historiami. Uprzedzam, że to pozycja, która wali po głowie i daje do myślenia. MOCNO. 
  • Utopia - będzie mi brakowało tego pokręconego świata, w którym nie można było w żaden sposób przewidzieć, co wydarzy się dalej. Też dwie serie, ale jedna historia. Też mocna rzecz. I przepiękna wizualnie (trochę w stylu Hannibala - makabryczna, ale piękna).  
  • Life on Mars oraz swego rodzaju kontynuacja, czyli Ashes to Ashes - to dwie absolutne perełki (mówimy oczywiście o oryginalnych wersjach angielskich, bo nawet nie będę zaczynała tematu amerykańskich remaków. które z reguły różnią się jedynie występującymi w nich aktorami oraz wykasowaniem jakiegokolwiek drugiego dna serialu, w związku z czym powstaje wydmuszka z amerykańskim akcentem) - i podobnie, jak parę tytułów niżej, opis z pewnością nie odda tego klimatu - w jednym (LoM) mamy bowiem policjanta, który w tajemniczych okolicznościach nagle ląduje w latach 70. i chcąc nie chcąc, musi dopasować się do bardzo nowych dla siebie okoliczności, a w AtA policjantka budzi się dekadę później i brnie w lata 80. w towarzystwie najzabawniejszego DCI ever, czyli Gene'a Hunta :) Ech, na samo wspomnienie tych seriali, uśmiecham się do siebie - bonus - w jednym mamy Johna Simmsa, a w obu cudownego Philipa Glenistera (czyli aktora o jednym z najbardziej erotycznych głosów EVER!). Uwielbiam! 
  • Bedlam - ale wyłącznie 1 sezon (bardzo nie lubię, kiedy producenci postanawiają dość niespodziewanie zmienić obsadę oraz przewrócić do góry nogami całą fabułę - mam wówczas chęć rzucić się do gardła ludziom odpowiedzialnym za takie decyzje) - to moje niedawne odkrycie, w którym poznałam Theo Jamesa (c.d. w kolejnym punkcie). To taki brytyjski thriller z elementami horroru, o nawiedzonym domu - niby nic odkrywczego, ale oglądało się całkiem przyjemnie (być może ze względu na wspomnianego Theo :)) Chociaż mnóstwo niekonsekwencji (włącznie z nieustannie zmieniającymi się charakterami postaci) i ciągłe dorzucanie kolejnych pytań, pozostawionych ostatecznie bez odpowiedzi (lub też bez satysfakcjonujących odpowiedzi), było bardzo denerwujące. 
  • Golden Boy - idąc za ciosem (a raczej za Theo), znalazłam kolejny tytuł w jego niezbyt pokaźnej filmografii, który mnie zainteresował. I, jak się okazało słusznie, bo to całkiem fajna historia (niestety serial nie doczeka się raczej kontynuacji, a szkoda) - o śliczniutkim policjancie, który przez splot różnych okoliczności najpierw ląduje w nowojorskim wydziale zabójstw, a potem staje się najmłodszym w historii komisarzem policji. Po drodze mamy mnóstwo dramatów, ciekawe personalne interakcje, parę wkurzających elementów (jak cały idiotycznie poprowadzony wątek "przyszłościowy", w którym zaledwie 7 lat wygląda jakby upłynęło co najmniej dwadzieścia), ale ogólnie polecam. 
  • Southland - pięć sezonów realistycznego do bólu i zgrzytającego jak piasek w zębach policyjnego uderzenia - mocno niehollywoodzkie podejście do serialu o glinach z L.A., ze śliczniutkim Benem Mckenzie i towarzyszącą mu całą plejadą świetnych aktorów (plus podobno autentycznych członków gangów w epizodach). Jestem świeżo po seansie i mocno żałuję, że skończyło się tak szybko. Ostrzegam, że niektóre odcinki naprawdę są jak uderzenie pięścią w żołądek.   
  • Being Human (wersja brytyjska!) - to z kolei tytuł, który w KAŻDYM opisie będzie brzmiał równie głupio - opowiada bowiem o mieszkających wspólnie wampirze, wilkołaku oraz duchu (mówiłam?) :) I przyznam szczerze, że gdybym akurat nie nadrabiała filmografii Aidana Turnera, to nigdy w życiu nie sięgnęłabym po to z własnej woli. I to byłby błąd, bo serial wbrew pozorom jest naprawdę dobry. I życiowy (jakkolwiek by to nie brzmiało :)) Co prawda w jakiejś połowie tu także następuje zmiana obsady (grrr!), ale mimo to, historia nadal jest ciekawa (i pojawia się w niej moje kolejne aktorskie odkrycie, czyli Damien Molony), więc wybaczam.
  • Skins - jeśli ktoś szuka DOBREGO serialu o współczesnych nastolatkach, to chyba nie ma lepszej pozycji. To zarówno zaleta, jak i wada, bo niektóre odcinki dosłownie jeżą włosy na głowie - ilość alkoholu, narkotyków i głupich decyzji jest bowiem autentycznie przerażająca, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie, że bohaterami są jednak nadal dzieciaki. Co do obsady, to tu od początku był podział - jedna grupa, dwa sezony. Najlepsze są pierwsze cztery, reszta już przestała mnie interesować. Ciekawostką może być fakt, że w 2 pierwszych sezonach możemy oglądać Nicolasa Houlta, czyli wyrośniętego już chłopca z "About a boy".
  • Black Books - jedna z nielicznych komedii na mojej liście. Chyba tam poznałam (i polubiłam) Dylana Morana i  przekonałam się po raz n-ty, że brytyjskie poczucie humoru najbardziej do mnie przemawia :)  W największym skrócie - bohaterem jest totalnie aspołeczny właściciel księgarni, który generalnie nienawidzi ludzi i chciałby żeby wszyscy zostawili go w spokoju i pozwolili spędzać czas na piciu :) Pozycja obowiązkowa. 
  • The IT Crowd - właściwie opis mógłby wyglądać jak ten powyższy (z zamianą Dylana Morana na Chrisa O'Dowd). Jeśli chcecie się dowiedzieć, kto "zepsuł Internet", to czym prędzej zabierajcie się za oglądanie. To z tego serialu jest cudowny tekst przewodni "Hello IT, have you tried turning it off and on again?". Perełka :) 
  • Coupling - jak już jesteśmy przy komediach, to to chyba była taka angielska odpowiedź na Friendsów, z tym że oczywiście jak na Anglików przystało - znacznie bardziej absurdalna i ostrzejsza :) Bardzo polecam! 
  • Friends - skoro już o tym wspomniałam, to jasne, że ich uwielbiam - to jest serial, do którego mogę wrócić w dowolnym momencie i nadal będzie mnie śmieszył. Kocham wszystkie postaci, ale najbardziej Chandlera. 
  • Sex and the City - no i tu jest mały zonk!, bo moim zdaniem to jest serial, który się niestety zestarzał (albo może ja w międzyczasie dojrzałam) - kiedy zaczynałam go oglądać około roku 2000, wydawał mi się niemalże genialny, uwielbiałam zarówno wszystkie postaci, jak i ich teksty, marzyłam o życiu Carrie i spotkaniu mojego Mr Biga. Kiedy jednak po kilkunastu latach zobaczyłam ponownie któryś z odcinków, doszłam do wniosku, że "oj, nie". Tak więc sentyment pozostał, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek do niego wróciła. 
  • Twin Peaks - gdyby kolejność miała znaczenie, zdecydowanie byłby na początku tej listy (a potem długo, długo nic) :) No, uwielbiam i właściwie to wszystko w tym temacie. Plus TU oddzielny wpis. No i informacja, że za rok David Lynch po 25 latach znowu zabierze nas do najdziwniejszego miejsca na ziemi - YAY! 
  • Robin of Sherwood - i uwaga - jest TYLKO JEDEN WŁAŚCIWY serial o Robin Hoodzie i to jest właśnie ta wersja z Michaelem Praedem (a potem z Jasonem Connery'm) i nie przyjmuję do wiadomości żadnych argumentów, że miałoby być inaczej :) Ten serial miał wszystko - cudownych bohaterów, tajemnicę, historię i muzykę Clannad! 
  • Whitechapel - bardzo żałuję, że nie będzie kontynuacji, chociaż niestety czwarty sezon trochę za bardzo poleciał w stronę zjawisk paranormalnych, jak na mój gust. Niemniej jednak to zdecydowanie były moje klimaty - ponure, depresyjne, ze zbrodnią w tle. Oraz Rupertem Penry-Jonesem w roli głównej :) 
  • New Amsterdam - przyznam się bez bicia, że kompletnie zapomniałam o tym tytule, ale opisywana przeze mnie w kolejnej części inna produkcja mi o nim przypomniała. Niby nic wybitnego, ale miał swój klimat - to historia nieśmiertelnego nowojorskiego policjanta, w której najfajniejszą częścią były chyba retrospekcje plus lekcja historii NY. Jeśli ktoś lubi Nicolaja Coster-Waldau i jest ciekaw, jak ten przystojny Duńczyk radzi sobie w jednej ze swoich pierwszych amerykańskich ról, to zachęcam. 
  • Six Feet Under - cudowny, cudowny serial o totalnie dysfunkcyjnej rodzinie prowadzącej dom pogrzebowy. To był serial, w którym można było zakochać się po pierwszych 5 minutach i który pozostawił po sobie mnóstwo złamanych serc. Plus Petera Krause. 
  • Dirty Sexy Money - skoro Peter Krause, to kolejny tytuł o innej dysfunkcyjnej rodzinie, tym razem milionerów - ekscentryków. Momentami bardzo śmieszne, momentami dające do myślenia. Nie wybitne, ale dobre. 
  • Pushing Daisies - to produkcja, która zdecydowanie wygrywa w kategorii "urocze". Jeśli ktoś nigdy tego nie oglądał, to naprawdę namawiam, bo Lee Pace w roli cukiernika, który ma zdolność przywracania życia zmarłym (ale z małym "twistem") i do tego Anna Friel jako jego ukochana (a wierzcie mi, że trudno wymyślić bardziej skomplikowany romans), w otoczeniu jak z bajki, to po prostu serialowy odpowiednik babeczki z bitą śmietaną i czekoladową posypką! 
  • w tym punkcie wrzucę kilka tytułów, o których muszę wspomnieć, bo poświęciłam im sporo mojego czasu, ale nie ukrywam, że sama się z siebie śmieję na samą myśl o niektórych z nich: MacGyver - no nie mogę o nim nie napisać, bo to była moja namiętna nastoletnia miłość, a potem już nie taka nastoletnia, kiedy z powodu Richarda Deana Andersona w wersji bardzo dojrzałej wciągnęłam się w 10 (sic!) sezonów Stargate-1 (swoją drogą to był naprawdę DOBRY serial sci-fi), a następnie idąc za ciosem w Stargate: Atlantis. Zaliczam się także do klubu wielbicieli jednosezonowego (Why? WHY??) Firefly z cudownym młodziutkim Nathanem Fillionem (to tak a'propos mojego braku zamiłowania do tematyki sci-fi). Z kolei kultowy dla mojego pokolenia Buffy, the vampire slayer zapoczątkował moją niezbyt zdrową namiętność do wampirów (która skutkuje do dziś dziwnym pociągiem do wszystkiego, co jest związane z tą tematyką - no i za każdym razem okazuje się, że poza książkową trylogią Anne Rice oraz wspomnianym Buffy, raczej nic nowego ani specjalnie odkrywczego nie można już stworzyć). Howgh. Btw - w Buffy najlepszy był Spike, który zawsze kradł wszystkie odcinki, w których się pojawiał i miał najlepsze teksty - Angel podobał mi się tylko w wersji "złej" :)) No i last but not least, czyli mój absolutnie ukochany gatunek pt. crime series i jedno z rodzeństwa, czyli CSI NY, które chyba jako jedyne doczekało się finału (dzięki Bogu!). Nie ukrywam, że głównym powodem, dla którego byłam wierna tej historii był Gary Sinise, połączony z moją fascynacją technikami śledczymi (oczywiście wszyscy wiedzą, że to, co było tam pokazane, to czysta fantazja, ale whatever). A skoro już jesteśmy przy kryminałach i pochodnych, to muszę napisać także o czymś, co zapoczątkowało moją fantazję nt profilowania przestępców, czyli serialu (nomen omen) pt. Profiler. Nie mam pojęcia, czy to jeden z tych tytułów, które się zestarzały przez kilkanaście lat, bo boję się to sprawdzić, ale na pewno wtedy, kiedy się z nim zapoznawałam, trzymał wysoki poziom. Z tego wszystkiego prawie zapomniałam o serialu, który w jakiś sposób mnie ukształtował (żeby nie powiedzieć - spaczył) i sprawił, że przez długie lata fantazjowałam o pracy dla jakiejś tajnej organizacji (oł, yeah) :) A ten serial to La Femme Nikita, który oczywiście powstał jako odpowiedź na Nikitę Luca Bessona. Powiem tak - poza genialnym soundtrackiem (serio!) i kilkoma fajnymi wątkami, nie mam zielonego pojęcia, co mnie przy nim trzymało tyle czasu, ale faktem jest, że zarówno postać Nikity (czyli posągowa Peta Wilson), jak i Michaela (charyzmatyczny Roy Dupuis z dziwną szczęką), prześladowały mnie przez długie lata i chyba nieźle wypaczyły moje wyobrażenie o związku kobiety z mężczyzną :)) Niemniej jednak - sentyment nadal we mnie siedzi. 
Uff, to moi drodzy - jest część pierwsza (i to mocno niepełna, bo jak wspomniałam wyżej, gdybym chciała wymienić WSZYSTKIE tytuły, które oglądałam, to byłby nigdy nie kończący się wpis). Oczywiście nie zapominajcie, że ja te pozycje oglądałam całymi latami, a nie jedną po drugiej, bo naprawdę wbrew pozorom mam jeszcze życie pozaserialowe (i pozablogowe) :)) 

Ciekawa jestem, czy znacie któryś z opisanych przeze mnie tytułów? Może też je lubiliście (albo wręcz przeciwnie - zawsze fajnie jest poznać inny punkt widzenia)? A może seriale to w ogóle nie Wasza bajka (tia, też tak kiedyś myślałam)?  Dajcie znać :) 

A w kolejnej części podzielę się tytułami, które nadal dość regularnie kradną mi czas. 

wtorek, 13 stycznia 2015

10 i pól lekcji, jakie dostałam od życia (wersja mini)


1. Karma wraca. Prędzej czy później. 

2. Warto wierzyć w dobre intencje innych. Oczywiście nie mam na myśli bycia totalnym życiowym naiwniakiem ani potencjalną ofiarą, ale przyjemniej się żyje myśląc, że większość ludzi jest w gruncie rzeczy raczej dobra niż zła. Co prowadzi do podpunktu pt. zawsze warto być miłym dla innych - czasem "głupi" uśmiech wystarczy, żeby zmienić czyjeś nastawienie/decyzję. Nigdy nie wiadomo :)  

3. Nie można w nieskończoność dawać "drugiej" szansy komuś, kto ma to głęboko gdzieś. Jeśli mimo rozmów, tłumaczenia etc. ktoś nadal nas nie szanuje, to niestety każda kolejna próba jest wyłącznie naszym myśleniem życzeniowym. W końcu trzeba się odciąć. Nawet jeśli to boli jak diabli.

4. Mówienie ludziom miłych rzeczy jest przyjemne. Dla nich i dla mówiącego :)

5. Warto słuchać swojej intuicji, zwłaszcza kiedy jej głos dobija się do nas długo i namiętnie - po jakimś czasie bowiem możemy stwierdzić coś w stylu "o cholera, jednak miała rację!", z tym że wtedy z reguły jest już po ptakach :P

6. Myślenie o sobie dobrze pomaga. Serio. Tak samo jak bycie dla siebie dobrym. Zawsze trzeba pamiętać o sobie, bo tak naprawdę nikt tego za nas nie zrobi.

7. Każdy ma tylko jedno życie (własne!) i naprawdę poza super wyjątkowymi sytuacjami, poświęcanie go dla innej osoby nie ma zbyt wielkiego sensu. Znacznie lepiej żyć Z kimś, niż DLA kogoś.

8. Nie da się kogoś zatrzymać w naszym życiu na siłę. Jeśli uczucia (nieważne czy mówimy o miłości, czy zwykłej sympatii) są rozdzielone nierówno, nie ma szans, żeby taka relacja była dla nas dobra. Czasem naprawdę lepiej odpuścić (chociaż to chyba obok pkt.3 najbardziej bolesna życiowa nauczka).

9. Nigdy nie wiemy tak naprawdę, czy to, co się nam przydarza w danym momencie, jest pozytywne czy negatywne - za jakiś czas może okazać się, że jakieś "pechowe" zdarzenie, przez które rozpaczaliśmy, uratowało nas przed czymś znacznie gorszym. Warto próbować szukać pozytywów we WSZYSTKIM.

10. Jeśli coś nie udało się raz, czy drugi, a nawet trzeci, nie znaczy wcale, że nie uda się za czwartym podejściem. Walczymy do końca, a jeśli nadal się nie udaje, to może po prostu znaczy, że tak będzie dla nas lepiej?


Plus - zdanie z wiersza niezastąpionej Wisławy Szymborskiej - TYLE WIEMY O SOBIE, ILE NAS SPRAWDZONO (co w praktyce oznacza ni mniej, ni więcej - bez konkretnego doświadczenia, nasze rozważania zawsze będą czysto akademickie - nigdy nie wiadomo, jak byśmy zachowali się w danej sytuacji, więc ostrożnie z obrzucaniem innych kamieniami).

To mówiłam ja, Joanna Coelho, dziękuję za uwagę :) 

piątek, 9 stycznia 2015

15 książek, które planuję przeczytać w 2015

Powiem tak - od dwóch dni zbieram się do wrzucenia nowego posta, ale w świetle ostatnich wydarzeń (tego, co się stało w Paryżu oraz odejścia Tadeusza Konwickiego, skoro już jesteśmy w tematach okołoliterackich), wszystko, co napisałam wydaje się totalną bzdurą. Wiem, że to jest moje miejsce i mogę tu pisać o czymkolwiek chcę, ale mimo wszystko jakoś w takich momentach średnio mam na to ochotę, wybaczcie. 

Niemniej jednak, zostawiam Was dziś z moimi małymi planami czytelniczymi na 2015. 

Jak wspominałam w moim poście o celach i planach na 2015 rok, chcę stworzyć sobie listę tytułów do przeczytania w ciągu nadchodzących 12 miesięcy (sami widzicie, co blogowanie robi z człowieka - oto ktoś, kto przez większość swojego życia żył na tzw. spontanie, podejmując całą masę impulsywnych decyzji, nagle staje się mistrzem robienia list i zestawień :)). Oczywiście znam siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że nie może być tego zbyt dużo, bo wówczas okaże się, że nie przeczytałam nawet połowy, ale myślę że z 15 pozycjami dam radę :) Reszta (bo ja naprawdę czytam DUŻO) będzie wybierana jak dotychczas, czyli totalnie spontanicznie :) 

Książki do przeczytania w 2015 (kolejność dowolna);




(po kliknięciu w tytuł, przeskoczycie na opis danej książki w serwisie lubimy czytać).

Za każdym razem, kiedy robię podobne zestawienie (albo nawet przeglądam wybrane blogi), przeraża mnie ilość naprawdę ciekawych tytułów, wydawanych właściwie bez przerwy - chciałabym przeczytać tyle rzeczy, że na dobrą sprawę pewnie życia mi na to nie starczy, zwłaszcza że jednak moje ulubione kryminały też nie pójdą w odstawkę... Czasem myślę, że ci, którzy w ogóle nie czytają, wiedzą co robią - chronią się przed nieskończonymi pytaniami z cyklu "o matko, skończyłam. I CO TERAZ????!!!!"

A może macie do polecenia (tak, bo jeszcze mi mało, najwyraźniej :)) książki, które na Was zrobiły największe wrażenie w 2014? Albo takie, które chcecie przeczytać w najbliższym czasie? Albo może chcecie się podzielić wrażeniami z lektury któregoś z zamieszczonego wyżej tytułów?

I polecam fragment niezwykłej rozmowy ze ś.p. Tadeuszem Konwickim - przy takich dialogach i przemyśleniach, na ogół mam chęć wczołgać się pod jakiś kamień i tam pozostać, dopóki nie nabędę choćby maleńkiego okruchu takiej życiowej mądrości...

[...]

niedziela, 4 stycznia 2015

12 najciekawszych książek przeczytanych w 2014

Mam nadzieję, że wytrzymacie ze mną jeszcze trochę, bo najwyraźniej wpadłam w jakiś ciąg robienia zestawień :) Dziś będzie o książkach - z ok. 80 przeczytanych w 2014 roku tytułów wybrałam 12 - tych, które zapadły mi w pamięć głębiej niż pozostałe i o których myślę, że warto wspomnieć. Poza tym mi samej, jako osobie o pamięci złotej rybki, przyda się taki post przypomnieniowy :)

No i last but not least - nie oszukujmy się - namiętnie wielbię wszelkie listy, podsumowania, plany etc. i zawsze u innych stanowią one dla mnie mega inspirację, więc może akurat któryś z pokazanych przeze mnie tytułów przypadnie do gustu komuś z Was? Jeśli tak, to na zdrowie :)

Myślę, że o niektórych z tych książek napiszę coś więcej (na pewno na dłuższą recenzję czeka Głaskologia Miłosza Brzezińskiego, jak tylko uda mi się w końcu do niej zasiąść), o dwóch autorach już na blogu wspominałam - o Cody'm McFadyenie TUTAJ, a o Craigu Russellu TUTAJ, niedawno także wrzucałam recenzję "Angoli" Ewy Winnickiej. 

Jak wynika z zestawienia, mimo że czytam ogromne ilości kryminałów i thrillerów i mam do nich naprawdę dużą słabość, to w takim jakościowym podsumowaniu zdecydowanie wygrywają książki popularnonaukowe. Wśród tytułów, które zrobiły na mnie największe wrażenie, równo połowę stanowią te z pogranicza psychologii czy socjologii (jeśli już uprzemy się przy ich kategoryzacji) - mamy tu więc świetne opracowanie pt. "Psychopaci są wśród nas" "Geografię myślenia", "W sieci. Jak sieci społeczne kształtują nasze życie" (o tym, jak wszyscy jesteśmy i byliśmy od zawsze połączeni różnego rodzaju sieciami społecznymi, nie tylko wirtualnymi!), "Rusz głową!" i "Pułapki myślenia" - o tym, jak działa (i czasem oszukuje) nasz mózg oraz wspomnianą "Głaskologię".  

Z innych kategorii poza reportażowymi "Angolami", znalazły się jeszcze dwie książki - wywiady - jedna to rozmowy z moim ulubionym pisarzem i niedoścignionym wzorem pisarskim, czyli Trumanem Capote, a druga to przecudowne dywagacje naszych najlepszych językoznawców o ... języku właśnie, czyli "Wszystko zależy od przyimka" panów Bralczyka, Miodka oraz Markowskiego :) 


A Wy robicie takie roczne podsumowania? Bo ja właśnie zastanawiam się nad odsłoną filmową (z którą byłoby trochę gorzej, bo przez pierwsze pół roku obejrzałam mnóstwo filmów, za to od lipca kompletnie wyleciałam z obiegu i mam ogromne zaległości tematyczne). No nic, zobaczymy czy i jak mi pójdzie :) 

A jako bonus wrzucam parę fragmentów z Cody'ego McFadyena, które zapisałam sobie w notesie w trakcie lektury (czasem tak robię, chociaż zbyt rzadko!) - to tak, gdyby ktoś się zastanawiał, czy w kryminałach można znaleźć coś interesującego, poza opisami zbrodni :)):
  • "Prawdziwymi duchami tego świata są tylko te, o których myślałam wiele razy: to konsekwencje naszych czynów. Odciski stóp zmian, jakie pozostawiamy na naszej drodze przez czas. Konsekwencje. Mogą nas dręczyć, mogą niszczyć. Mogą przynieść nam sławę i być źródłem pociechy nocą. Nie wszystkie duchy wyją lub płaczą. Niektóre tylko się uśmiechają."
  • "Otrząsam się z tej zadumy. Czy nie staję się jedną z tych cierpiących na nerwicę osób, które nagle milkną w pół słowa, by zapatrzeć się gdzieś w przestrzeń?"
(oba cytaty z powieści "Cień")
Ten drugi fragment to pytanie, jakie bardzo często sama sobie zadaję w myślach i za każdym razem, kiedy je czytam, uśmiecham się pod nosem :) 
  • "Czas ma to do siebie [...], że wciąż biegnie. Świat idzie naprzód. I człowiek się przez to zmienia, czy tego chce, czy nie. Nieważne, ile wycierpiał, jak bardzo siebie nienawidzi. Prędzej czy później, małymi kroczkami, dusza też posuwa się naprzód."
To wyżej jest równie odkrywcze jak "złote myśli" pana Coelho, ale cóż - są chwile, kiedy takie banały też do nas przemawiają :)) 
  • "Umieramy samotnie. Ale przecież żyjemy też samotnie. W głębi serca wiedziemy życie zupełnie sami. Niezależnie od tego, ile łączy nas z tymi, których kochamy, zawsze coś przed nimi ukrywamy. [...] Późno w nocy, kiedy jesteśmy już sami, te sekrety pukają do naszych drzwi. Niektóre walą głośno, inne stukają delikatnie, ale zawsze pojawiają się, szepcąc lub zgrzytając."
(cytaty z powieści "Dewiant")

czwartek, 1 stycznia 2015

Patrząc wstecz, czyli mój 2014 rok wg IG

Mili moi, przede wszystkim mam nadzieję, że przywitaliście 2015 w dobrych nastrojach! 

Jeszcze przez chwilę na blogu będzie gościć rok ubiegły, bo w kolejce czeka podsumowanie książkowe i być może filmowe, ale obiecuję, że następne wpisy będą już zupełnie nowiutkie :)

Przy okazji zorientowałam się, że naprawdę dawno nie robiłam Instagramowych miksów (postaram się poprawić pod tym względem w nowym roku!). Tymczasem jednak przygotujcie się na dawkę uderzeniową, bo pokażę Wam (w skrócie oczywiście) jak wyglądał miniony rok według mojego konta na tym portalu.  

Gotowi? To zaczynamy (szykujcie się na sporo zdjęć, w tym zaskakująco wiele selfies - chyba nadrabiam jakiś mój całoroczny niedosyt :)

STYCZEŃ: powoli i nieśmiało zaczęłam wracać do jogi (porzuconej w dość dramatycznych okolicznościach wiele lat temu). Ciało powiedziało gromkie: TAK! (choć nie było i nadal wcale nie jest łatwo). Najpierw moja stara (ale ciągle sprawna, choć trochę cienka) mata przywędrowała z piwnicy, potem sprawdziłam w jakiej jestem formie (byłam w średniej, eufemistycznie mówiąc). Przez kolejne kilka miesięcy bardziej zbierałam się w sobie, niż faktycznie ćwiczyłam, ale w drugiej połowie roku (a konkretniej koło sierpnia) poszło już nieźle :)



Rozpoczęłam też przygodę z recenzowaniem filmów dla serwisu filmosfera. Niektóre z moich tekstów zamieszczałam na blogu, zresztą wiele wskazuje na to, że po kilkumiesięcznej przerwie, przynajmniej na chwilę wrócę do pisania o filmach, więc spodziewajcie się nowych recenzji :)   



LUTY: Ze względu na  rozwijającą się nietolerancję, bardzo już uważałam na to, co jem i piję - tu przykładowy zielony koktajl. Ogólnie moje odżywianie zdecydowanie było tegorocznym tematem przewodnim - wiadomo, początki były ciężkie (żeby nie powiedzieć - straszne), ale człowiek jest w stanie się przyzwyczaić do wszystkiego, więc ze mną było podobnie. Dzisiaj nadal zdarzają mi się wpadki (nieświadome, jak ostatnio, kiedy zapomniałam że nie mogę stosować zwykłego proszku do pieczenia, co od razu uświadomiła mi boleśnie moja skóra), ale na ogół nie jest źle. 


Przez kilka dni opiekowałam się Greyem, kociakiem koleżanki. To oczywiście przypomniało mi, jak bardzo brakuje mi mojej Koki i w ogóle futrzaka - nie mogę już doczekać się chwili, kiedy moje życie zawodowe ustabilizuje się w końcu na tyle, że będę mogła przygarnąć nowego kotka (albo nawet dwa!). Na razie mogę powspominać malucha (który już nie jest wcale taki mały, co Go? ;) 


KWIECIEŃ: Tak, wiem, że umknął mi miesiąc, ale wg IG w moim życiu nie wydarzyło się wówczas nic godnego wzmianki :D
Wielkanoc, a jakże. Więcej ważnych wydarzeń nie pamiętam :)


 MAJ:  najwyraźniej ten miesiąc upłynął mi pod znakiem smacznego jedzenia oraz picia. O moich problemach z nietolerancją (oraz tym, jak sobie z nią radzę), mogliście przeczytać w TYM WPISIE. Jak widać na poniższych zdjęciach, nie musiałam zrezygnować z pizzy (trzeba było ją tylko zmodyfikować, ale powiem szczerze - teraz jest chyba lepsza niż wcześniej!), zdarza mi się także jeść ciasto :) 

CZERWIEC:  to mój miesiąc urodzinowy, a więc pora na pierwsze selfie :) Wyglądam na nim,  jakbym była lekko spłoszona, ale pewnie starałam się po prostu przybrać przyjemny wyraz twarzy :D


Oraz legsie/footsie :)) Swoją drogą (uwaga - będzie dygresja!), nie wiem czy interesujecie się publikowanym co roku przez The Oxford Dictionaries zestawieniem najpopularniejszych nowych słów (bo ja owszem!). Selfie to słowo roku 2013 (wraz z jego wszystkimi odmianami, jak wyżej). Słowem 2014 został natomiast...emotikon w kształcie serduszka, czyli ♥ Natomiast na drugim miejscu jest słowo vape, które oznacza "palenie" e-papierosów. To tak w ramach ciekawostki :) 

Dla tych, którzy chcieliby poczytać więcej, dwa linki:




LIPIEC: żeby nie było, że ja tylko tak piszę w kółko o moim czytaniu (chociaż z jakichś powodów robię zdjęcia wyłącznie tym gorszym pozycjom - chyba wynika to z tego, że nie lubię monotonii i staram się, żeby na moim IG znajdowały się zdjęcia z różnych kategorii. Poza tym jednak na Kindlu każda książka wygląda podobnie - to kolejny z punktów ZA papierowymi wydaniami :)


SIERPIEŃ: to był chyba mój najaktywniejszy miesiąc w całym roku (przynajmniej wg Insta). Były więc i letnie outfity (bo upały dawały w kość zwłaszcza komuś, kto ich nie znosi).  


Były także mikrowakacje (dwudniowe) w doborowym towarzystwie :) Niby to nadal Warszawa, a jednak jechałam pociągiem i czułam się naprawdę jak na koloniach :)


Końcówka miesiąca to wesele Ani na Mazurach (nie obyło się bez przygody po drodze, która choć potencjalnie groźna, zakończyła się szczęśliwie). A samo wesele świetne :) Zdjęcia w całej kreacji nadal nie mam, ale poniżej widać dodatki (oczywiście w szpilach wytrzymałam parę godzin, imprezę kończąc...boso :)) 


WRZESIEŃ:  Mój (rozpoczęty w lipcu) staż nabrał rozpędu :) Tak, jak wspominałam, drugie półrocze było dość intensywne, głównie z tego powodu - dostałam się na staż w biurze prasowym dużej instytucji, gdzie współpracowałam z rzecznikiem prasowym. Było naprawdę interesująco, czasem stresująco, aktywnie i sympatycznie. Niestety mimo długiej i intensywnej walki o mnie, nie udało się (przynajmniej na razie), stworzyć stałego etatu. Tak czy inaczej - cieszę się, że mogłam wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenie (głównie w zakresie pisania tekstów), ale też nauczyć się nowych rzeczy (zamówienia publiczne - auć!). No i poznałam sporo bardzo fajnych osób - to były naprawdę miłe miesiące :) 


W tym samym czasie, korzystając z karty Multisport (niestety z nią też już się pożegnałam, ech :(( regularnie zaczęłam chodzić na ćwiczenia - głównie połączenie stretchingu z pilatesem i elementami jogi (to tylko brzmi tak niewinnie, ale wierzcie mi, że daje czadu!). Na zdjęciu poniżej radosna Jo - w drodze na fitness (z powrotem z reguły wyglądałam nieco mniej radośnie :)


PAŹDZIERNIK: to jesień w pełnym rozkwicie, czyli warzywno-owocowe szaleństwo bazarowe :)


Październik to także spotkanie z Kasią i Anią, które na pewno było jednym z fajniejszych wydarzeń tego miesiąca! Teraz kolejna mała dygresja - kiedy ktoś pyta się mnie (lub ma jakiekolwiek wątpliwości) o to, czy warto nawiązywać znajomości przez internet, zazwyczaj odpowiadam, że jak dla mnie bez wątpienia - obie dziewczyny są tego najlepszym przykładem. Z Anią znamy się nie wiem ile już lat (kurczę, z dziesięć chyba czy coś?!), a poznałyśmy się jeszcze na gazetowym forum - z całej grupy my trzymamy się razem do dziś, a w międzyczasie dołączyła do nas Kasia (którą "odziedziczyłyśmy" po koledze z tejże grupy) - najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że nie musimy się widywać bardzo często (co realnie byłoby zresztą trudne, jako że Kasię los pchnął do Grecji i tam sobie żyje spokojnie i szczęśliwie), ale kiedy się spotykamy, to zupełnie jakby zatrzymał się czas (lub raczej - jakbyśmy rozstały się wczoraj) - taka to właśnie znajomość :)


Na koniec miesiąca znalazło się także blogowe zestawienie jesiennych filmów, które poprawiają mi humor. Jeśli ktoś przegapił wpis, a chciałby rzucić okiem, zapraszam TUTAJ.


LISTOPAD: to przede wszystkim pierwszolistopadowy spacer i chwile spędzone z rodziną (ciesząc się, że większość nadal jest na miejscu ciałem i duchem). 


I nieco lżej, czyli kolejna lektura (naprawdę muszę zacząć robić zdjęcia niefrancuskim tytułom, bo wyjdzie na to, że czytam same dziwne rzeczy :) Swoją drogą - książka jest w porządku, wiadomo że nie jest to żadne wybitne dzieło, ale miło się z nią spędza czas, chociaż patrząc na niektóre opinie na jej temat, wielu osobom przydałby się intensywny  kurs poczucia humoru oraz dystansu do siebie i innych :) 

GRUDZIEŃ:  Na początek nowe herbaty (w ciągu roku uzbierało się ich znacznie więcej, ale gdybym wrzucała tu lub na IG wszystkie zdjęcia, to pewnie w życiu nikt by już do mnie nie zajrzał :) Pukka to jedna z moich ulubionych firm (pijam przede wszystkim herbaty ziołowe), żałuję tylko, że jest ciężko dostępna i niezbyt tania... Właściwie to powinnam zatrudnić się jako tester, bo w sumie i tak to robię, tyle że za darmo :P BTW - Detox z miejsca wskoczyła na moje prywatne podium - niestety właśnie ją wykończyłam i teraz przerzucam się na tańszego M&S, ale do Pukki na pewno wrócę!

W grudniu chwaliłam się również prezentami spod choinki - TUTAJ.


Szukałam także nowej maty do jogi (to zdjęcie jest małym oszustwem, bo nie wrzuciłam go na IG, ale znalazłam w telefonie, więc trochę się liczy) - gdzieś już wspominałam, że moja nieco wysłużona (choć nadal w dobrym stanie) mata jest dla mnie trochę za cienka - co odczuwam boleśnie zwłaszcza przy całej serii w pozycji klęczącej. Dlatego namiętnie poszukuję jej zastępczyni, która po pierwsze będzie grubsza (czyli co najmniej 5 mm, a najlepiej 6 lub może więcej) i do tego będzie naprawdę antypoślizgowa. No i nie będzie kosztowała jakiegoś dzikiego majątku, jak np mata od lululemon, która jest boska, ale ponad 300 pln - seriously??!
(mówię o tej:
http://www.eu.lululemon.com/products/clothes-accessories/yoga/The-Mat?cc=13218&skuId=uk_3584403&catId=yoga) 

Natomiast tę ze zdjęcia poniżej znalazłam w tkmaxx i nadal nie bardzo wiem, czy jest coś warta. Na razie czekam i pewnie skończy się ostatecznie na zakupie tej:

http://www.sklep.joga-joga.pl/mata-do-jogi-lotus-pro-komfort-183-cm-najlepszy-wybor-dla-pan-p1557.html

lub tej:
http://www.jogasklep.pl/31,mata-kino-karma-tpe-malinowo-grafitowa-nowosc-w-polsce-!.html



I to tyle w skrócie (no, powiedzmy) :) Ogólnie to był średni rok, choć nie mogę do końca na niego narzekać, bo wydarzyło się w nim co najmniej kilka fajnych rzeczy. A jednak cieszę się, że się kończy, bo tym samym robi miejsce na nowe i jak napisałam we wcześniejszym wpisie - mam przeczucie, że 2015 będzie świetny!!! 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...