sobota, 28 lutego 2015

Filmowo - "Samba", czyli trochę o imigrantach, trochę o miłości, trochę o przyjaźni.

Na zakończenie lutego mam dla Was kolejną recenzję filmową - bo wiadomo - skoro weekend, to pewnie część z Was planuje wypad do kina - może ktoś się skusi :) 


Najnowsza produkcja francuskiego scenariuszowo-reżyserskiego duetu Erica Toledano i Oliviera Nakache (odpowiedzialnych za sensacyjne wręcz powodzenie jednego z największych filmowych francuskich hitów, czyli cudownych "Nietykalnych"), była poniekąd od początku skazana na sukces, zwłaszcza biorąc pod uwagę udział w projekcie Omara Sy oraz dodatkowe wsparcie w postaci Charlotte Gainsbourg. Tym razem twórcy (luźno opierając się na powieści Delphine Coulin) zdecydowali się bardziej przemieszać gatunki i poeksperymentować z miksem międzykulturowego romansu i opowieścią o niełatwym życiu nielegalnych imigrantów we Francji. Czy eksperyment ten okazał się udany? Moim zdaniem połowicznie. 

Zdecydowanie największym atutem filmu jest tytułowa postać Samby, który jak się dowiadujemy, od niemal 10 lat żyje i pracuje nielegalnie w Paryżu, na najniższym szczeblu drabiny społecznej, nie tracąc jednak nadziei na szczęśliwe (i legalne zakończenie swojej historii). Omar Sy bardzo wiarygodnie wcielił się w młodego Senegalczyka, który pracując na zmywaku, nie przestaje marzyć i planować swojej przyszłości jako szef kuchni - poznajemy go w niefortunnym momencie, kiedy zostaje aresztowany, a jego życiowe plany wydają się lec w gruzach w obliczu groźby deportacji. I tu zaczyna się najciekawsza część historii, jakby żywcem przeniesiona ze świata Kafki - Samba zostaje wciągnięty przez biurokratyczną machinę, obok tysięcy innych nielegalnych imigrantów, dzięki czemu my jako widzowie mamy okazję podejrzenia tego surrealistycznego systemu niejako od środka.  

Duet Toledano-Nakache bardzo sprawnie lawiruje pomiędzy ksenofobicznymi żartami i stereotypami dotyczącymi imigrantów, dobierając proporcje sentymentu i subtelnego humoru w taki sposób, aby uniknąć posądzenia o rasizm czy wyśmiewanie mniejszości. Sceny w ośrodku dla imigrantów oraz spotkań z doradcami są tutaj zarówno zabawne (chociaż nie złośliwie okrutne, co też wymagało od autorów sporego wyczucia), jak i dające do myślenia - co chwilę bowiem jakąś niewielką, ale znaczącą scenką przypomina się nam, że po obu stronach barykady znajdują się żywi ludzie z własnymi dramatami, a nie przypadkowe numerki. W pamięć zapada zwłaszcza gorzka refleksja Samby, który odnosząc się do ciągle zmienianych fałszywych dokumentów wyznaje w pewnym momencie, że boi się, że w końcu zapomni, jak naprawdę ma na imię (a co za tym idzie, utraci własną tożsamość).  

Pokazanie tego egzotycznego dla większości z nas świata oraz zderzenie go z urzędniczkami (które także w końcu przestają być anonimowe i nabierają realnych kształtów) jest naprawdę udane - niestety mniej więcej w połowie filmu para, która go napędza, idzie w gwizdek, a twórcy zaczynają szukać drogi na skróty, tracąc tym samym energię i spłycając kolejne potencjalnie ciekawe motywy. Wydaje się, że gdyby autorzy zdecydowali się pójść w kierunku bardzo fajnie zapowiadającego się wątku przyjaźni Samby z charyzmatycznym Algierczykiem, udającym Brazylijczyka, pozostawiając wątek romansu z neurotyczną wolontariuszką jako dodatek, mogłoby to wyjść tej historii na dobre. Niestety akcenty zostały rozłożone dokładnie odwrotnie, przez co "Samba" staje się dziwnie bezkształtną opowieścią niby o rodzącej się miłości, ale jednocześnie pozbawioną chemii pomiędzy dwójką głównych postaci (co ciekawe - znacznie intensywniejsza więź pojawia się pomiędzy Sambą a Wilsonem). Gainsbourg wciela się w rolę wypalonej zawodowo bizneswoman, która odnajduje uczucie w najbardziej niespodziewanym dla siebie miejscu i momencie, ale (być może przez to, w jaki sposób jej postać została sportretowana), mimo widocznego wysiłku, nie udaje jej się przekonać widza, że to uczucie jest prawdziwe. Przez cały film miałam raczej wrażenie, że Samba jest dla niej rodzajem lekarstwa na jej neurozę i ucieczką od realnego życia, podobnie jak wolontariat, którego się podejmuje. Grana przez nią Alice właściwie ciągle balansuje na granicy histerii (co zresztą Gainsbourg potrafi oddać znakomicie), mając kilka naprawdę zabawnych tekstów (jak choćby ten nawiązujący do całkiem odmiennej postaci granej przez nią  w "Nimfomance", kiedy z poważną miną wyznaje, że "kiedy w seksie idzie na całość, to jest masakra"), ale szczerze mówiąc, w pewnym momencie znacznie bardziej obchodził mnie los wujka Samby (fantastyczna i niewykorzystana drugoplanowa postać), czy "Wilsona" (jak wyżej) niż to, czy i w jaki sposób ta niedobrana para pokona stojące na jej drodze przeszkody. Można więc powiedzieć, że moje główne zastrzeżenie do "Samby" jest takie, że jak na film o miłości, jest w nim zdecydowanie za mało tejże. Ciągłe przeskakiwanie od akcentów typowo komediowych do tych poważnych także nie wychodzi filmowi na dobre i sprawia, że "Sambę" ogląda się trochę jakby jego twórcy mieli w trakcie kręcenia nieustającą czkawkę - niby jest śmiesznie, niby uroczo, ale jednak po jakimś czasie mamy chęć mocno klepnąć ich w plecy i podać szklankę wody. 

"Samba" już świętuje triumfy w kolejnych krajach i mimo wspomnianych obiekcji osobiście życzę temu obrazowi jak najlepiej - jeśli bowiem odłożymy na bok oczekiwania złożonej i ambitnej historii i skupimy się na jej rozrywkowych aspektach, mamy zagwarantowaną dobrą zabawę - ciepło i humor, jaki odnajdziemy w większości scen sprawia bowiem, że jest to naprawdę sympatyczna opowieść z pozytywnym przesłaniem. Co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste.  

PS Jeśli ktoś faktycznie robi właśnie zakusy na obejrzenie czegoś ciekawego w kinie w weekend, to niech lepiej uważa na film "Druga szansa" - żeby nie było wątpliwości - to jest świetny film, ale ostrzegam lojalnie, że wypruwa z człowieka flaki (i to bardzo powoli i perfidnie!) i naprawdę po jego obejrzeniu ma się chęć na wypicie duszkiem pół litra wódki. Bez popity. 

5 komentarzy:

  1. Masz na myśli "A Second Chance"? Bardzo mnie zaciekawiłaś, a oglądałam tylko zwiastun bo na razie czekam na ten film :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to ten film (oryginalny tytuł to En chance til) - czyli ostatnie dokonanie Susanne Bier (która w ten sposób zrehabilitowała się w moich oczach za mega gniot Serenę). To jest jeden z najcięższych filmów, jakie miałam okazję oglądać - a ja kocham skandynawskie kino i widziałam już naprawdę wiele mocnych historii! Naprawdę wali po głowie i zmusza człowieka do refleksji i to takich średnio optymistycznych...

      Usuń
  2. Jedyna sprawdzona wersja filmu Samba już dostępna z polskim lektorem:)
    Link bez ściemy ->> http://sambapl.edj.pl

    OdpowiedzUsuń
  3. Chętnie obejrzę :) A dlaczego dziewczyna z kotem jest bez kota? ;)

    B.-bez pamięci zakochana w Swoim Kocie

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo mnie zachęciłaś do obejrzenia tego filmu. Idealnie wpasowuje się w moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz - jest mi bardzo miło, że do mnie zajrzałeś :)

Ale uprzedzam, że uwagi typu "super, obserwujemy?" lub "zapraszam do siebie", w moim przypadku odnoszą odwrotny skutek.

Ogólnie zaglądam do wszystkich, którzy pozostawiają po sobie jakiś ślad, a jak mi się spodoba, to nie trzeba mnie zachęcać do obserwowania :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...