niedziela, 25 listopada 2012

Bling Bling :)

W pewnym sensie to będzie historyczny wpis :) 

Do tej pory nigdy (powtarzam, NIGDY) nie miałam na paznokciach brokatu ani czegoś bardzo świecącego. No, po prostu to kompletnie nie moja bajka, czasem jakiś brokatowy lakier nawet wpadał mi w oko u kogoś, ale do mnie to kompletnie nie pasowało. 

Oto przykład tego, co blogi robią z człowiekiem :) Kiedy bowiem zobaczyłam tego pana:


który w dodatku nazywa się "Snow flakes", to już wiedziałam, że przepadłam :) 


A tak wygląda po pięciu dniach (stąd ubytki na końcówkach) na Goshu - Lambadzie, czyli najpiękniejszej czerwieni w mojej kolekcji. 


Snow Flakes to gęsty top, który mieni się naprawdę jak śnieg w słońcu - na złoto, srebrno, różowo i nie wiem na jaki jeszcze kolor :) Na czerwonej bazie pokazał się od złotej strony, ale myślę, że wiele zależy właśnie od koloru lakieru bazowego. 




W życiu nie podejrzewałam, że spodoba mi się taki efekt i pewnie wiosną czy latem w ogóle bym na niego nie spojrzała, ale przyznam się, że przy zbliżających się coraz większymi krokami świętach, takie połączenie wydaje mi się bardzo na miejscu :) 


I nawet nie wydaje mi się jakieś przesadnie "imprezowe", bo chodzę tak już któryś dzień i muszę powiedzieć, że taki efekt Bling Bling zaczął do mnie przemawiać :)



I co powiecie? Ja czuję się coraz bardziej gotowa na eksperymenty (powiem więcej, kupiłam sobie nawet słynny lakier Ruby Pumps, czyli najsłynniejszą brokatową czerwień od China Glaze - ha!), chociaż popularne ostatnio błyskotki od Golden Rose podobają mi się nadal u kogoś, a u mnie ich nie widzę :) Oczywiście nie twierdzę, że nagle porzucę moją ukochaną klasykę na rzecz sezonowych świecidełek, ale muszę przyznać, że ten zakup to dla mnie duży krok (choć nie mam pojęcia, jak nazwać stronę, w którą zmierzam :))

PS. Przy okazji pragnę poinformować, że dziś złamałam się i dokupiłam kolejną pomadkę L'oreal i jeszcze jeden cień do oczu...Polowałam też na kredkę do brwi, ale bez powodzenia. Teraz omijam Rossmana szerokim łukiem aż do zakończenia tej piekielnej promocji :)

piątek, 23 listopada 2012

Bardzo umiarkowane szaleństwo zakupowe

Polska blogosfera kosmetyczna szaleje w Rossmanach, ponieważ jak już wszyscy zapewne wiedzą, trwa właśnie promocja -40% na całą kolorówkę, która umożliwia nabycie wszystkich tych barwnych pierdółek, o których marzyłyśmy, a które jakoś swoją ceną dotychczas nie bardzo zachęcały do kupna. 

Jeśli chodzi o mnie i drogeryjną kolorówkę, to na ogół jestem po bezpiecznej stronie. 
A to dlatego, że z różnych względów kupuję raczej rzadko, za to produkty nieco droższe, co zresztą można było sobie obejrzeć przy okazji Tagu pt. "Ile warta jest Twoja twarz?". Dlatego przyznam się, że nie czułam jakiegoś specjalnego podniecenia przy informacji o tych 40%. 
Właściwie kusiły mnie tylko dwie rzeczy, które i tak chciałam prędzej czy później kupić. 

Dzięki promocji zrobiłam to prędzej :)  No i taniej :) 

No dobra, w sumie wyszły trzy rzeczy :P 


Szminki L'oreal Caresse chodziły za mną od dłuższego czasu, ale jakoś ciągle o nich zapominałam aż do kolejnego wpisu na czyimś blogu, potem sobie zapisywałam w notesiku i ... znowu zapominałam :) 


Już na miejscu nie wiedziałam, który kolor wybrać, więc niewiele myśląc wzięłam dwa, które spodobały mi się najbardziej i wydają się pasować do mojej karnacji i koloru ust. 

Numer 501 to Nude Ingenue, czyli lekki beż, natomiast 103 czyli Sweet Berry ładnie się stapia z moim naturalnym odcieniem ust, jednocześnie ładnie go podkreślając. Oba są delikatne, chociaż przyznam się, że kusiła mnie jeszcze mocna czerwień :)


 Na dłoni poniżej widać jak delikatne są oba kolory. Z lewej (w sensie wyżej) 103, niżej z prawej 501.


Tu Sweet Berry na ustach. W rzeczywistości jest odrobinę ciemniejszy, ale naprawdę minimalnie, a ponieważ moje usta są naturalnie dość mocno napigmentowane, to efekt jest bardzo naturalny. I MNIEJ różowy :)


 
Poza szminkami skusiłam się na jeden z zachwalanych cieni L'oreal Infallible w kolorze 004 Forever Pink.  



Jeszcze nie miałam okazji testować go na oku, ale po pierwszym kontakcie bardzo mi się podoba - jest delikatny, z połyskiem, ale na szczęście nie takim "dyskotekowym" i myślę, że będzie dobrze współpracował z innymi kolegami :)
 

A czemu moje Rossmanowe zakupy wyglądają tak skromnie?

Poniżej winowajcy, czyli moje ostatnie nabytki...

1. Zdecydowałam się wreszcie na magnetyczną paletę z Inglota, a przy okazji dorzuciłam do niej trzy cienie, które bardzo mi się spodobały na swatchach. 


Nowe nabytki to nr 112,423 i 452. I tak, macowy Shroom ucierpiał poważnie podczas przekładania go do paletki...


2. A ta paletka śniła mi się już prawie po nocach i jakiś czas temu wreszcie uległam :)


Wybrałam dwójkę, ponieważ odcienie, choć podobne, są w niej chłodniejsze niż w Naked.

Maluję się nią codziennie (co zresztą chyba widać na zdjęciu :)) i póki co jestem zachwycona! Moi ulubieńcy do tej pory to:  Bootycall, Snakebite, Suspect i Ydk.


czwartek, 22 listopada 2012

Tea time cz.2

O tym, że jestem herbacianym maniakiem, można się było przekonać choćby TUTAJ i TUTAJ

Kawę pijam niezbyt często, nie licząc śniadaniowej zbożowej (którą zresztą ciężko nazwać typową kawą :). 
W sklepie na półce kawa mnie raczej nie rusza. 

Co innego herbata. 

Przy półce z herbatami dostaję oczopląsu, ślinotoku i generalnie zaczynam wykazywać objawy zaawansowanego uzależnienia i często trzeba mnie odciągać od niej na siłę, tłumacząc mi, że;
a) nie mam już miejsca w szafce na nowe herbaty i dobrze byłoby najpierw wykończyć to, co już jest na stanie, 
b) jest bardzo prawdopodobne, że to, do czego się tak namiętnie ślinię, znajduje się już w wyżej wspomnianej szafce. 

Cóż, czasem ta argumentacja działa, a czasem nie. 

Najbardziej ze wszystkich lubię herbaty zielone i ziołowe. O Clipperze i M&S już wspominałam, teraz czas na moje ostatnie odkrycie. 

Herbat raczej rzadko szukam w aptece :) Ziołową serię Herbapolu znalazłam właściwie przez przypadek, ponieważ akurat buszowałam sobie po stronie Dbam o Zdrowie 

No i tak mi jakoś wskoczyła do koszyka jedna sztuka o wdzięcznej nazwie "Problemy skórne" (jak znalazł dla mnie) :))
A po przetestowaniu tejże, zgarnęłam jej trochę towarzystwa, żeby nie czuła się taka samotna...


Tak więc mam obecnie na składzie:
- Herbatkę na odporność z acerolą (bardzo smaczna, można ją pić raz dziennie, co zgodnie z zaleceniami czynię - z reguły po powrocie z pracy) - jej skład to: owoc dzikiej róży, owoc porzeczki, owoc aceroli, znamiona kukurydzy (cokolwiek to jest), wyciąg z pestek grejpfruta. Jak pisze producent - regularne picie herbatki zwiększa możliwości obronne, wzmacnia i regeneruje organizm.

- Dobry nastrój - dobór ziół (podejrzewam pokrzywę) sprawia, że smakowo jest dosyć paskudna, więc śmieję się, że dobry nastrój ma się po skończeniu jej picia :) 
Pełny skład to: owoc głogu, liśc melisy, liść pokrzywy, owoc guarany, korzeń żeń-szenia, liść rozmarynu, korzeń lubczyka oraz imbir - mieszanka ta ma dodawać wigoru, zapału do pracy i chęci życia. OBY.

- Stres - idealna dla mnie w obecnym momencie, ze składem: liść melisy, cynamon mielony, szyszki chmielu, owoc głogu, goździki mielone, gałka muszkatołowa mielona, który odpręża, relaksuje i wycisza organizm, a przede wszystkim ułatwia zasypianie i zapewnia długi i spokojny sen. Problemów ze snem raczej nie miewam, ale odstresowanie i relaks bardzo mi się przydadzą.

- H. fix Dla Gardła - jako jedynej jeszcze jej nie piłam. W składzie ma: kwiatostan lipy, koszyczek rumianku, ziele miodunki, owoc pigwy, ziele tymianku, skórkę jabłka, trawę cytrynową, kwiat dziewanny, premiks witaminowy zawierający witaminy: C, B1, B2, B6, B12, E, PP, biotynę, kwas pantotenowy, kwas foliowy. Ten zestaw ziół wpływa kojąco na gardło, przynosi ulgę w suchości oraz łagodzi podrażnienia gardła, a herbatka wzmacnia organizm, szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Zostawiam ją na wszelki wypadek, gdyby moje gardło postanowiło się jednak zbuntować. 

- H. Alergofix - po ostatnich przejściach "skórnych", chwytam się wszystkiego, byle tylko moje problemy nie wróciły... Tu mamy: ziele fiołka trójbarwnego, ziele pokrzywy, skórkę jabłka, owoc dzikiej róży, ziele świetlika, kwiat lawendy, kwiat hibiskusa, kwiat malwy czarnej i wyciąg z pachnotki, a sama herbatka wspomaga łagodzenie objawów m.in. alergii pokarmowej, kontaktowej oraz alergii na pyłki roślin. 

Na zdjęcie zbiorowe nie załapały się wspomniane "Problemy skórne", więc poniżej dokładka - tę herbatkę można pić do 3 razy dziennie, co czynię z przyjemnością, bo jest całkiem smaczna. W jej składzie mamy ziele fiołka trójbarwnego, ziele pokrzywy, ziele mniszka, herbatę zielona i drożdże suszone. Działa ona wspomagająco w walce ze zmianami oraz problemami skórnymi. Korzystnie wpływa na trawienie oraz procesy oksydacyjne.


Wszystkie herbaty to typowe ziołowe napary, co oznacza, że należy parzyć je dłużej niż zwykłe torebki (ok. 10 minut). Mają także znacznie delikatniejszy smak, więc jeśli ktoś nie jest fanem ziół, to mogą nie przypaść mu do gustu. Ja lubię i pijam je ostatnio w naprawdę hurtowych ilościach :)
A do herbaty uwielbiam dodawać plasterek pomarańczy lub limonki (ja kupuję je w Leclercu, bo nigdzie indziej nie mogę na to trafić). I odrobinę miodu :)


Chyba w poprzednim wcieleniu byłam angielską lady, bo wychodzę z założenia, że "cup of tea" jest lekarstwem na wszelkie problemy. A jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi, don't you think? :)

wtorek, 20 listopada 2012

From me to ...me :)

Będzie szybkie chwalipięctwo, ale jestem tak zadowolona, że chyba mi wybaczycie :) 

Poza tym muszę się przyznać, że zawsze chciałam mieć kubek w sweterku (ładny kubek w ładnym sweterku!, bo takich przeciętnych widziałam całe mnóstwo, ale żaden nie urzekł mnie na tyle, żeby go zabrać ze sobą do domu), więc wierzcie mi, że kiedy dzisiaj otwierałam tę pakę, domyślając się już, co znajdę w środku,


 piszczałam jak małe dziecko :)

Dwa słowa wprowadzenia. Zaczęło się od projektu Ubierz kubek, autorstwa Ewy (którą z kolei kojarzę z jej pięknego bloga A Point of View).  Kiedy zobaczyłam te cuda ubrane w sweterki, wiedziałam, że jeśli tylko będzie taka szansa, to jeden z nich będzie mój :) Problem był jedynie z wyborem koloru, ale ostatecznie stanęło na klasycznej szarości ze srebrno-złotym guzikiem. 


Powiem tak - kubek dziś przyszedł, można powiedzieć, że jest "jeszcze ciepły", a ja piję z niego pierwszą herbatę i macam go ze wszystkich stron jak wariatka :) Jest absolutnie uroczy, ma idealną pojemność, a herbata smakuje z niego wprost wybornie (a'propos herbat, to post aktualizacyjny jest już praktycznie gotowy, więc bądźcie czujne :)).



Naprawdę niewiele mi czasem trzeba do stanu zbliżonego do szczęścia...

Shangri la od LUSHa

Było już o kremie bezzapachowym (TUTAJ) , to teraz dla równowagi będzie o jego przeciwieństwie, czyli kremie od LUSHa, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że nie pachnie :)

Lush Skin's Shangri La - Krem nawilżający do cery suchej i dojrzałej



Jest to krem przeznaczony dla skóry dojrzałej, tzn po 30-ce i suchej. 

To mój pierwszy krem od Lusha i wiele wskazuje na to, że nie ostatni :) Zacznę od minusa, bo nie był tani (zapłaciłam za niego 100 zł ze sporym hakiem), ale z tego, co widzę, jest dosyć wydajny i jeśli nadal będzie się sprawdzał tak dobrze, jak do tej pory, to jest szansa, że się zaprzyjaźnimy na dłużej :)

Z ciekawostek - w swoim składzie zawiera Wodę Królowej Węgier (czyli wodę, wódkę i rozmaryn w jakichś super proporcjach), która (według legendy ofkors) ma działanie zapobiegające starzeniu, a nawet odmładzające - hehe, zobaczymy za parę lat :)
 
To, co po otwarciu charakterystycznego czarnego plastikowego opakowania (45g) rzuca się w oczy (a raczej w nos), to zapach - jest on tak intensywny, że myślę, że albo się go od razu pokocha, albo trzeba się przemóc i do niego po prostu przyzwyczaić. U mnie było (i jest) pół na pół - czasem stoję i wącham sobie opakowanie, próbując przede wszystkim dociec, co to jest za zapach, a czasem po sekundzie odrzuca mnie na kilometr :)


Skład: Queen of Hungary Water, Cold Pressed Almond Oil (Prunus Dulcis), Cold Pressed Jojoba Oil (Simmondsia Chinensis), Fresh Wheatgrass Decoction (Triticum Vulgare), Toothed Wrack Seaweed (Fucus Serratus), Aloe Vera Gel (Aloe Barbadensis), Glycerine, Stearic Acid, Fair Trade Cocoa Butter (Theobroma Cacao), Cetearyl Alcohol, Cold Pressed Evening Primrose Oil (Oenothera Biennis), Coconut Oil (Cocos Nucifera), Cold Pressed Wheatgerm Oil (Triticum Vulgare), Beeswax (Cera Alba), Vanilla Absolute (Vanilla Planifolia), Violet Leaf Absolute (Viola Odorata), Lanolin, Triethanolamine, Benzyl Salicylate, Geraniol, Benzyl Benzoate, Farnesol, Linalool, Perfume, Propylparaben.

Jak widać powyżej, w składzie mamy tłoczone na zimno olejki migdałowy, jojoba, kokosowy, z pszenicy, masła i dużo fajnych składników, które podobno potrafią zdziałać cuda z naszą twarzą. 

Krem ten najlepiej nadaje się właśnie na późniejszą jesień i zimę i/lub na noc, bo fantastycznie odżywia skórę - trzeba tylko pamiętać, żeby nie "przedobrzyć" - wystarczy naprawdę niewielka ilość, ponieważ przy większej możemy mieć problem z jego wchłonięciem, a mała porcja cudownie się rozprowadza na buzi.

Przyznam się, że na początku, jako mega wrażliwiec, trochę się bałam tak mocno pachnącego kosmetyku. A jednak muszę powiedzieć, że używam go od jakichś trzech tygodni (nie codziennie, ale raz na kilka dni, głównie na noc, lub wówczas kiedy czuję, że potrzebuję dodatkowego "podpompowania") i jak dotąd, nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów. Pomijam moje zwykłe niepokojące objawy, ale są one niezwiązane z tym kremem :) 

Moja skóra go polubiła - już po kilku użyciach widać zdecydowane "odżywienie" i wzmocnienie ujędrnienia - wiem, że to może efekt placebo, ale ja jestem zadowolona :) 

Pod makijaż go nie stosowałam, więc nie wiem, czy i jak z nim współdziała. Myślę, że przy nałożeniu niewielkiej ilości (która naprawdę w zupełności wystarcza), nie powinno być z tym problemów. 

Ogólnie widzę same plusy (poza wspomnianym zapachem, który może być zarówno zaletą, jak i wadą) oraz - a zwłaszcza - dostępnością - nadal bowiem czekamy na otwarcie polskiego sklepu LUSH, a tymczasem pozostają nam zakupy w krajach, do których firma ta już dotarła, znajomi, lub ebay/allegro :) 

To nie koniec mojej przygody z LUSHem, ale podchodzę do tych kosmetyków dość sceptycznie - tzn wiem już, że w jej ofercie są zarówno hity, jak i totalne buble, w związku z czym staram się najpierw zrobić porządny research, a dopiero potem decyduję się na zakup. Póki co system ten sprawdza się u mnie, tzn udało mi się jeszcze nie trafić na lushową minę, zobaczymy, co będzie dalej :)

Wiem, że wśród blogerek LUSH cieszy się dość sporym powodzeniem. 
A jak jest z Wami  - znacie / lubicie? Polecicie / odradzicie mi coś? 

niedziela, 18 listopada 2012

Obrazki :)

Dość dawno nie było takiego szybkiego podsumowania ostatnich tygodni na telefonicznych fotkach, a wiem, że część z Was lubi takie posty podobnie jak ja :) 

Zatem voilà!

Ulubione ostatnio miejsce Koki do spania, czyli... stół...


Weekendowe śniadanko - omlet z konfiturą pigwową dzieła mojej mamy i kawa zbożowa - mniam :)


 Nowe ocieplane legginsy w reniferki :)


 Uwielbiam granaty, chociaż przy wydłubywaniu pestek moja kuchnia (i ja też) wyglądamy jakbym kogoś w niej zaszlachtowała :)


Kapcio-skarpety z Tkmaxxa z polarem w środku - idealne na chłodne wieczory! Plus ulubione spodnie od piżamy z VS (wyjątkowo w pieski, bo kotków nie było). 


Pierogi z fetą i szpinakiem + rukola = niebo w gębie! 


Nowy na rynku Magazyn Smak, czyli fantastyczne wydanie, boskie zdjęcia, ogólnie piękna szata graficzna, ciekawe wnętrze i...cena z kosmosu (ponad 20 zł!) - nie wiem, czy będzie kontynuacja znajomości...


Gdyby miały przyjść mrozy, to jestem zabezpieczona :) 


Nowa lektura - powrót do klasyki, czyli Opowiadania nowojorskie by Henry James.  


Sweterkowy Essie :)

Po serii nudziaków, przyszedł czas na żywszy kolor na moich paznokciach. Chociaż pewnie część z Was na widok zdjęć w połączeniu z określeniem "żywszy kolor", parsknie głośnym śmiechem, bo lakieru tego raczej nie możemy zaliczyć do szalonych neonów :)


Wszystko zaczęło się od tego, że Angora Cardi kupiłam mojej przyjaciółce na urodziny. 

A potem gapiłam się jak sroka w gnat na pomalowane nim paznokcie i żałowałam, że nie kupiłam od razu dwóch egzemplarzy. Przez jakiś czas miałam spokój, dopóki ostatnio nie przypomniało mi się o nim podczas wizyty w SP. No, a że załapałam się jeszcze na promocję (chyba -15%), no to same rozumiecie :) 



Uwielbiam ten kolor. U W I E L B I A M. W zależności od oświetlenia, jest albo ciemnym przybrudzonym bordo, albo lekko wpada w czekoladowy brąz - w każdym razie rzuca się w oczy i zwraca na siebie uwagę (już trzy osoby w pracy pytały się o niego ostatnio). 


Co tu dużo gadać, piękny jest po prostu :)


Na zdjęciach widzicie delikwenta po pięciu (!) dniach, więc jeśli chodzi o trwałość, to chyba macie odpowiedź :) Jak zwykle u Essie, starły się końcówki, natomiast cała reszta trzyma się całkiem dobrze. 

 


Standardowo mam na paznokciach warstwę Bondera od Orly, dwie warstwy Essie (chociaż już jedna ładnie kryje, ale dwie podobały mi się bardziej) i Good to Go.


 

Poniżej zdjęcia z lampą, na których widać trochę inny kolor. Ciekawe jest też, jak lakier "odbija" kolory ubrań - kiedy byłam ubrana na brązowo, koleżanka określiła go mianem "czekoladki", natomiast następnego dnia miałam na sobie żakiet ecru i wówczas było wyraźnie widać taki odcień, jak powyżej, czyli brudne bordo :)
 


I co - podoba się Wam?

sobota, 17 listopada 2012

Kremowo od Uriage

Dziś będzie o kremie, który pojawił się w moich zakupach już jakiś czas temu (a konkretnie na początku lipca), a teraz zbliżam się do końca opakowania, więc to dobry moment żeby opisać go trochę dokładniej. 

Uriage Toléderm Riche Creme Nutri-Apaisante - Krem kojąco-odżywczy do twarzy


Te z Was, które czasem tu bywają, mogą kojarzyć, że mam bardzo wrażliwą i kapryśną cerę - ostatnio zresztą znowu sporo czasu zajęło mi dojście do jakiegokolwiek ładu z nią, stąd między innymi moja nieobecność na blogu. Ale nie o tym miało być :) 

Krem ten jest przeznaczony właśnie do cery super wrażliwej, nietolerancyjnej i suchej. Świetnie też nadaje się na coraz zimniejsze dni, dobrze współgra z makijażem, więc nawet te z Was, które mają skórę normalną, ale czują, że potrzebują czegoś trochę bardziej treściwego, mają szansę się z nim polubić.

Pod warunkiem jednak, że nie macie nic przeciwko produktom bezzapachowym, a raczej z bardzo delikatnym "aptecznym" zapachem - jako że jest on przeznaczony dla wrażliwców, został pozbawiony tych składników, które mogą potencjalnie uczulać (w tym substancji zapachowych, parabenów i środków koloryzujących). 
Mamy za to wodę termalną Uriage :) 

Skład: Water, Hydrogenated Polydecene, Uriage Thermal Spring Water, Cetearyl Isononanoate, Squalane, Glycerin, Cetyl Alcohol, Pentylene Glycol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Dimethicone, Tromethamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Chlorphenesin, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Benzoic Acid, Isohexadecane, Disodium EDTA, Polysorbate 80, Sorbitan Oleate, Hydrolyzed Algin.

 

Produkt otrzymujemy w standardowej tubce o pojemności 50 ml, z nakrętką.

Konsystencja jest mimo wszystko dość delikatna, nie ciężka, przynajmniej w moim odczuciu. 

I od razu uprzedzam, że to jest krem, który może złagodzić delikatny dyskomfort czy podrażnienie, ale przy większych problemach (takich jak moje), nie zdawałabym się wyłącznie na niego. U mnie osobiście sprawdza się on świetnie po okresie najgorszych problemów, kiedy już uda mi się doprowadzić skórę do odrobinę lepszego stanu (tzn wówczas zazwyczaj nadal jest ona ściągnięta i wysuszona i w tych sytuacjach Uriage radzi sobie naprawdę świetnie - tzn stopniowo, przy regularnym stosowaniu, skóra wraca do normalności).

Nie zauważyłam również tendencji do zapychania, a używałam go przez ostatni okres dość regularnie, głównie rano, pod makijaż, czasem także na noc, kiedy potrzebowałam czegoś łagodnego, ale uczciwie nawilżającego. 

Reasumując, polecam jeśli:
- macie skórę wrażliwą, potrzebującą delikatnego ukojenia, lub suchą,
- nie macie ogromnych problemów ze skórą (tzn przy naprawdę mocnych podrażnieniach, niestety nie działa on aż tak spektakularnie, powiem więcej - np moją skórę w okolicach nosa, która była naprawdę w opłakanym stanie, dodatkowo potrafił podrażnić, ale to była wyjątkowa sytuacja),
- potrzebujecie treściwej, ale mimo wszystko dość lekkiej warstwy ochronnej przed czynnikami zewnętrznymi i zmianami pogodowymi,
- chcecie trochę odżywić Waszą buzię przed zimą. 

Ceny nie pamiętam, ale kojarzy mi się coś ok. 50 zł w SP. 

A poniżej możecie zobaczyć, jak wygląda moje dzisiejsze przedpołudnie :)  Na koncert Lany się nie wybieram, ale kiedy zobaczyłam, że ukazało się podwójne wydanie jej płyty (z dwiema moimi ulubionymi piosenkami, czyli Ride i jej wersją Blue Velvet), szybko wrzuciłam ją do koszyka w merlinie i słucham jej właściwie bez przerwy od kilku dni. 
Do tego trochę klasyki, czyli Henry James i jestem w siódmym niebie...

Mam nadzieję, że spędzacie tę sobotę równie przyjemnie :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...