wtorek, 22 kwietnia 2014

Nierzeczywistość - filmowo o Shirley, wizje rzeczywistości

Niedawno obiecywałam, że napiszę o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki zdarzyło mi się obejrzeć jakiś czas temu i dziś spełniam tę obietnicę. Film, o którym chcę wspomnieć, to dowód na to, że nawet jeśli wydaje nam się, że wszystko zostało już powiedziane/ napisane / pokazane, to zawsze jest jeszcze miejsce na znalezienie oryginalnego sposobu przekazania swoich przemyśleń i pokazania własnej wizji świata. 

Przełożenie rzeczywistości przedstawionej przez malarza na język filmowy wydaje się szalenie karkołomnym przedsięwzięciem. Jeśli w dodatku malarzem tym jest Edward Hopper, hiperrealistyczny portrecista "amerykańskości", ów projekt zaczyna kojarzyć się ze stąpaniem po bardzo kruchym lodzie. W filmie Shirley: wizje rzeczywistości zmierzył się z tym austriacki eksperymentator Gustav Deutsch, który stworzył niezwykły cykl z 13 reprodukcji, powołując je (dosłownie!) do życia i obudowując subtelną historią. Deutsch wybrał z twórczości malarza obrazy, które przedstawiane jeden po drugim, faktycznie zdają się tworzyć pewną ciągłość. Na ekranie widzimy m.in. takie dzieła jak "Hol hotelowy", "Kobietę w słońcu", "Hotelowy pokój", "Nowojorskie kino", czy "Biuro nocą", umieszczone na tle wybranych epizodów z amerykańskiej (i światowej) historii podczas trzech dekad XX wieku. 


Bohaterką filmu jest tytułowa Shirley, rudowłosa aktorka, która swoją opowieścią prowadzi widza przez wyselekcjonowane wydarzenia historyczne mające miejsce w latach 1931-1963. Shirley poznajemy w pociągu, podczas czytania poezji Emily Dickinson - ta scena to ożywiony obraz "Chair car" z 1965 r. (ten sam obraz stanowi klamrę spinającą film) i trzeba przyznać, że już od pierwszej chwili pokazywany nam świat dosłownie zapiera dech w piersiach. Zarówno perfekcyjne odwzorowanie hopperowskich wnętrz, idealnie dobrana fizyczność aktorów oraz gra światłem i kolorem sprawiają, że w ciemnej sali kinowej na nowo odkrywamy świat ukryty w znanych obrazach malarza. 


Shirley: wizje rzeczywistości to triumf wyobraźni, w którym każdy obraz stanowi kolejny przystanek na życiowej drodze bohaterki - w swoich pozaekranowych monologach komentuje ona zarówno wydarzenia z własnego życia prywatnego i zawodowego, jak i to, czego dowiaduje się z wiadomości. Każdą scenę poprzedza fragment radiowych informacji, który nadaje temu, co dzieje się w życiu kobiety szerszy wymiar polityczno-społeczno-kulturalny i umieszcza ją w relacji do tego, co rozgrywa się niejako "w tle" - w tym m.in. czasów Wielkiego Kryzysu, wybuchu Drugiej Wojny Światowej, antykomunistycznej nagonki, przemian społecznych i ruchu na rzecz zniesienia dyskryminacji rasowej w latach 60. ubiegłego wieku etc. 


Sama Shirley wydaje się być niejako "zawieszona" w czasie (w podobny zresztą sposób sama określa podróż pociągiem - jako "stan pomiędzy przeszłością a przyszłością"), zmienia się tylko jej otoczenie, wykreowane przez Hoppera oraz twórców filmu. Bohaterka jest kobietą nowoczesną, która woli tworzyć swoją własną rzeczywistość, aniżeli zaakceptować to, z czym się nie zgadza. Jej niezależne poglądy są często punktem wyjścia do bardziej ogólnej dyskusji, a jej komentarze odnoszą się zarówno do wydarzeń z pierwszych stron gazet (jak np pogłębiające się w wyniku międzywojennej depresji bezrobocie, personalne tragedie związane z antykomunistycznymi wystąpieniami znanych osób, np Eliego Kazana), jak i do prywatnych spraw (choroba partnera). Jak powiedział sam reżyser - ogólna historia składa się z osobistych opowieści i to właśnie stanowi najważniejsze przesłanie tego niezwykłego filmu. 


Jednocześnie przez cały pokaz nie jesteśmy w stanie zapomnieć, że głównym tematem twórczości Hoppera była samotność i to doskonale widać praktycznie na każdym z jego obrazów. Zawieszone między czasem a przestrzenią wnętrza ukazują zagubione postaci, które nawet będąc obok siebie, nie przestają być ani na moment odizolowane od innych. Jego dzieła przepełnione są melancholią i stanowią z reguły opowieść o tym, jak wyglądamy, kiedy za zamkniętymi drzwiami pozwalamy opaść maskom i stajemy twarzą w twarz z naszym wewnętrznym smutkiem. Właśnie ten smutek, ale i swego rodzaju nostalgię udało się genialnie uchwycić austriackiemu reżyserowi w tym dziwnym, przepięknym i pełnym trudnego do opisania napięcia filmie.

Dla mnie było to naprawdę niezwykłe doświadczenie, zwłaszcza że Hopper to jeden z moich ulubionych malarzy (jego najsłynniejszą reprodukcję Nighthawks mam zarówno jako tapetę w telefonie, jak i w centralnym miejscu na ścianie przy wejściu do mieszkania). 

sobota, 19 kwietnia 2014

Wesołego Alleluja!

Mili moi!

Życzę Wam, abyście spędzili te świąteczne piękne i słoneczne (oby!) dni w taki sposób, jaki przyniesie Wam najwięcej radości - bez presji, stresu, nerwów i kłótni, za to z uśmiechem na twarzy i bliskimi obok :)

I wielu smakołyków na stole, nawet jeśli należycie do takich pechowców, jak niżej podpisana, którzy mają znacznie dłuższą listę potraw zakazanych, niż dozwolonych! 
(na szczęście mam jednak także najcudowniejszą Mamę na świecie, która dba o to, żebym nie musiała łypać smętnym okiem na innych zajadających się, ha!). 

Wesołego Alleluja (czy czegokolwiek innego), kochani! 



I pamiętajcie - nieważne, że upiekliście "tylko" pięć mazurków i trzy serniki, zamiast piętnastu - Święta to nie tylko jedzenie :)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Moje lektury - Cody McFadyen

Żeby na blogu nie zrobiło się znowu monotematycznie-filmowo, dziś będzie książkowy przerywnik. 

Kryminalny, a jakże. Nie-kryminały też czytam i pewnie kiedyś się podzielę z Wami przemyśleniami na temat wybranych tytułów, ale to jeszcze nie ten dzień, moi drodzy. 

Najpierw krótki wstęp (coby tradycji stało się zadość). Otóż posiadam ci ja cholernie bujną wyobraźnię (o czym mogą świadczyć choćby moje sny, czasem rozrastające się do fabularnych superprodukcji) i właściwie niewiele mi trzeba, żeby zaczęła ona pracować na pełnych obrotach. Ponieważ jednak czytam naprawdę sporo, z upływem czasu (i kolejnymi pozycjami), moja wrażliwość na drastyczne opisy nieco się stępiła. Oczywiście nadal często w trakcie lektury boję się tak, że nie jestem w stanie niczego przełknąć, nadal sprawdzam po trzy razy, czy na pewno dokładnie zamknęłam mieszkanie, a także czy pod moją nieobecność nikt nie schował się w szafie lub pod łóżkiem (serio, serio!), ale faktem jest, że zdecydowanie łatwiej przyswajam wszelkie okropności opisywane przez kolejnych autorów. 

Jak każdy, mam jednak nadal takie tematy, które działają na mnie mocniej niż pozostałe. Dla mnie jest to m.in. wszelkiego rodzaju manipulacja psychologiczna, która prowadzi do krwawych dramatów. W ogóle temat wchodzenia w czyjąś głowę i ukierunkowywania go w jakikolwiek sposób dość mocno mnie fascynuje, dlatego jeśli książka choćby ogólnie krąży wokół takiej tematyki, to na starcie zyskuje u mnie spore szanse. 

Dziś chciałam polecić Wam dwa tytuły amerykańskiego autora Cody'ego McFadyena i z miejsca uprzedzam, żebyście zignorowali zawarte na okładce jednego z nich hasło o "najbardziej przerażającym psychopacie od czasów Hannibala Lectera" (czyli coś, co dla mnie osobiście jest zazwyczaj najlepszą antyreklamą książki, jaką można sobie wyobrazić - uznaję to bowiem za protekcjonalne traktowanie mnie-czytelnika jak idioty bez umiejętności wyrabiania sobie własnej opinii), a także żebyście upewnili się, że należycie do czytaczy o raczej mocnych nerwach. Bo opisy są naprawdę drastyczne. I szczegółowe. 



Zarówno "Cień", jak i "Maska śmierci", które są początkiem serii, mają tych samych bohaterów. Na pierwszym planie jest agentka specjalna FBI Smoky Barrett, która ewidentnie ma coś z Clarice Starling z "Milczenia owiec" - to trochę jej duchowa siostra, aczkolwiek zdecydowanie mocniej poharatana (dosłownie i w przenośni) przez los -  McFadyen poszedł o krok dalej niż Harris i postanowił wprowadzić nas w życie swojej bohaterki w momencie, kiedy zmaga się ona z życiową traumą. Ten wątek bardzo przypadł mi do gustu - fakt, że od samego początku obserwujemy, jak Smoky miota się i wręcz szaleje pod wpływem niewyobrażalnej straty, ale jednocześnie za wszelką cenę próbuje wziąć się w garść i znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, od razu sprawił, że polubiłam zarówno ją, jak i autora. W "Cieniu" bardzo podoba mi się także sama fabuła - począwszy od nawiązania do Kuby Rozpruwacza, przez zagęszczającą się atmosferę i naprawdę ciekawe opisy prowadzenia śledztwa. To, do czego mogę się przyczepić, to trochę za mały wybór podejrzanych (i w rezultacie brak zaskoczenia pod koniec, ponieważ już od dłuższego czasu podejrzewałam, kto stoi za całą intrygą) oraz maksymalnie schematyczne postaci zespołu Smoky. O ile jeszcze w pierwszej części można się skupić bardziej na wciągającej fabule i zignorować nieustanne zachwyty idealnymi przyjaciółmi i współpracownikami, tak już przy drugim tomie ta euforia zaczynała mi porządnie działać na nerwy. Paradoksalnie, w pewnym momencie złapałam się wręcz na tym, że z tej całej gromady moją największą sympatię budzi wredny James (który jako jedyny jest wprost przedstawiany jako niesympatyczny), no bo ile można znieść lukrowanej empatii i wzajemnej wyrozumiałości? 
Ok, tyle czepiania. Poza tymi drobiazgami (bo w ogólnym rozrachunku są to drobiazgi), "Cień" czyta się naprawdę świetnie i muszę powiedzieć, że już dawno nie wciągnęłam się aż tak w żadną serię (no dobra, może nie aż tak dawno, bo jednak Craig Russel, o którym pisałam TUTAJ, nadal mnie trzyma w swoich szponach). 

"Maska śmierci" kontynuuje wątki rozpoczęte w "Cieniu" - tzn wątki osobiste (z czego część jest oczywiście równie drażniąca, co wcześniej), bowiem od strony kryminalnej tworzy odrębną całość. I wali po głowie. Mocno. Przyznam się, że o wiele łatwiej przyszło mi przebrnąć przez wszystkie naprawdę okrutne opisy w "Cieniu", ale przy tej części musiałam robić sobie przerwy i przy czytaniu relacji Sarah najzwyczajniej w świecie popłakałam się parę razy. Tak jak wspomniałam wcześniej - wszyscy mamy swoje osobiste lęki i pewne rzeczy oddziałują na nas mocniej niż inne - dla mnie np. czymś takim jest zmuszenie kogoś do skrzywdzenia osoby, którą kocha - ogólnie jakoś zawsze mimo wszystko łatwiej jest mi sobie wyobrazić znoszenie własnych cierpień aniżeli przyglądanie się cierpieniom kogoś bliskiego, bez możliwości jakiegokolwiek działania. Dlatego naprawdę chwilami w trakcie lektury aż się we mnie gotowało, wściekałam się zarówno na postaci (chociaż doskonale wiedziałam, że przecież nie mają wyjścia) oraz na tego cholernego psychola, który strasznie działał mi na nerwy! Co, rzecz jasna, jak najlepiej świadczy o autorze :) Pod koniec zrobiło się trochę bardziej kulawo, a poziom prawdopodobieństwa (jeśli w ogóle przy tego typu lekturach możemy mówić o czymś takim) zaczął spadać na łeb, na szyję (i znowu o wiele za wcześnie wpadłam na to, kto jest sprawcą!), ale mimo wszystko nie pozbawiło mnie to przyjemności z czytania. 

Podsumowując (i unikając spoilerów) -  jeśli macie chęć na wciągającą (i trzymającą w napięciu) lekturę, to polecam Cody'ego McFadyena. Przede mną jeszcze trzecia wydana u nas powieść pt. "Dewiant", a także ta najnowsza, "Abandoned". Aha, i trzymajcie się kolejności, bo pisarz najwyraźniej lubi swoich bohaterów i wątki poboczne zajmują całkiem sporą część obu książek - warto więc wiedzieć dokładnie, czemu np adoptowana Bonnie nie mówi, a Elaine straciła włosy. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Nie taki hardkor straszny, jak go malują - filmowo o Hardkor Disko

Rzadko piszę (i pewnie prędko się to nie zmieni) o polskim kinie. Nie dlatego, że jestem jakąś wielką filmową snobką, czy też uważam, że polskie kino skończyło się na "Człowieku z żelaza" (względnie na "Psach" i to oczywiście pierwszej części). Powód jest znacznie prostszy - żebym nie wiem, jak się starała, nie potrafię być do końca obiektywna i oceniać starania rodzimych twórców na podstawie tych samych kryteriów, co zwykle. Zazwyczaj więc kończy się to tak, że albo jestem nadmiernie pobłażliwa i wybaczam niedociągnięcia jednym strasznym zdaniem "no, jak na polski film, to było całkiem nieźle", albo jadę w drugą stronę, czepiając się wszystkiego jak rzep wiadomo czego. I tak źle, i tak niedobrze.

Nie twierdzę, że w naszej nowej kinematografii nie zdarzają się perełki (jestem np. zagorzałą wielbicielką Wojciecha Smarzowskiego, kameralnych dramatów w stylu "W imię" czy "Lęk wysokości", a także oryginalniejszych obrazów, takich jak "Dziewczyna z szafy"), ale marzyłoby mi się, żeby takie tytuły nie były jedynie chlubnymi wyjątkami w zalewie jakichś straszno-śmiesznych masakr, które mogą się przyśnić w nocy co wrażliwszym widzom.

Poza tym nie od dziś wiadomo, że my Polacy jesteśmy jak jeden mąż profesjonalnymi krytykami filmowymi, jeśli chodzi o nasze własne podwórko i Boże broń, żeby ktoś nam zarzucił, że się nie znamy - ZAWSZE się znamy! Na wszystkim! Dlatego nauczyłam się dwa razy zastanowić, zanim zacznę wygłaszać publicznie własne opinie, nie za bardzo chcąc dawać do ręki dodatkowy oręż tym, którzy zawsze krzyczą najgłośniej, że "hańba!" i że "skandal" i że w ogóle polskie kino to dno, albo nawet i gorzej.

A jednak chciałabym wspomnieć o filmie, który zapadł mi w pamięć i który uważam jeden z ciekawszych debiutów, jakie obejrzałam w przeciągu ostatnich miesięcy. Owszem, ma on swoje niedociągnięcia i poniższe słowa, które napisałam* już jakiś czas temu, nadal są dla mnie aktualne, ale przyznam się, że obejrzawszy w międzyczasie całkiem sporo polskich filmów (z których większość stanowiły niestety ciekawe pomysły z kiepską lub bardzo kiepską realizacją), dziś na własny użytek oceniam go znacznie lepiej.

*moja recenzja ukazała się wcześniej standardowo na portalu filmosfera.pl

Zapraszam zatem do lektury, a także osobistej weryfikacji poniższej opinii w kinie :)


Krzysztof Skonieczny zaczął swoją przygodę z reżyserią od teledysków i oglądając "Hardkor Disko" nie sposób o tym zapomnieć. Od strony wizualnej, estetycznej i muzycznej, ten obraz to perełka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że to pełnometrażowy debiut. Wszystkie sceny są dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a połączenie bardzo malowniczych ujęć, przeplatanych autentycznymi nagraniami z kaset VHS i świetnej ścieżki dźwiękowej sprawia, że łatwo wsiąknąć w tę historię.
Ale...(bo wiadomo, że jakieś "ale" się pojawi). Efektowne sceny i długie ujęcia to jedno, a opowiadana historia to zupełnie co innego. Od strony fabularnej bowiem film niestety dość mocno kuleje, postaci są za bardzo papierowe, ich zachowanie mało prawdopodobne i raczej irracjonalne (kto przy zdrowych zmysłach wpuściłby do domu kompletnie obcego chłopaka, nie zadając sobie właściwie żadnego trudu sprawdzenia czegokolwiek na jego temat?!), a część scen, choć realizatorsko imponująca, wydaje się kompletnie wyrwana z kontekstu. Scena nie staje się bowiem symboliczna tylko z tego powodu, że jest ładnie nakręcona i kiedy umieści się ją w przypadkowym miejscu w filmie (tak jak bohater nie staje się anarchistą poprzez pokazanie jak rzuca w policję koktajlem Mołotowa) - tu można zadać sobie pytanie, czy ta tendencja to swoista maniera reżysera i pozostałość po kręceniu teledysków, czy też jedna z najtrafniej uchwyconych cech portretowanego pokolenia, czyli nieustająca potrzeba bombardowania nowymi bodźcami - wszystko musi być intensywne, głośne, przerysowane, bo nasz mózg oduczył się już odbierania bardziej subtelnych sygnałów. 

Niewątpliwie "Hardkor Disko" to debiut interesujący (choć przypominając sobie całkiem trafny filmowy dialog o "interesujących gniotach", określenie to nabiera nieco sarkastycznej wymowy) i myślę, że ma spore szanse na zdobycie popularności u młodych widzów. To taka współczesna, polska wersja "Buntownika bez powodu", która pokazuje drzemiący w młodym reżyserze potencjał - na razie wprawdzie jest to raczej poszukiwanie swojego miejsca i tożsamości, ale zarazem to, co wyraźnie przebija przez wszystkie niedociągnięcia sugeruje, że Krzysztof Skonieczny faktycznie ma coś do powiedzenia i pokazania. 


Jednocześnie dla mnie osobiście "Hardkor Disko" jest nieco za mało realistyczne jak na wiarygodny dramat i za mało "odjechane" jak na obraz symboliczny - wolałabym, żeby Skonieczny bardziej zdecydowanie poszedł w jedną lub drugą stronę, bo takie stanie okrakiem rzadko komu wychodzi na dobre. Film ogląda się wprawdzie z zaciekawieniem i estetyczną przyjemnością (a także lekkim dyskomfortem psychicznym podczas świetnie nakręconych, ale i brutalnych scen), ale brakuje w nim emocjonalnego dialogu z widzem. Owszem, przez większość seansu historia trzyma nas we względnym napięciu, ale jednocześnie nie wywołuje u oglądającego poczucia jakiejkolwiek więzi z bohaterami. Zarówno matka, jak i ojciec są w całym swoim luzie i "młodzieżowości" zwyczajnie irytujący (choć każde z nich w inny sposób), a Ola ma mentalność nastolatki z osobowością borderline i jej histeryczne miotanie się we wszystkie strony po jakimś czasie zaczyna po prostu męczyć. Główny bohater zaś sprawia wrażenie, jakby nie do końca sam wiedział, dlaczego zachowuje się w taki, a nie inny sposób - w pewnym momencie cała otoczka jego groźnej, cichej tajemniczości zapętla się na kształt węża połykającego własny ogon.

Aż do końca nie otrzymujemy odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę nim kieruje  - pragnienie zemsty, nienawiść, samotność, czy chęć zniszczenia rodziny, której sam został pozbawiony? Dla mnie ten wątek nie został wystarczająco rozwinięty, a postać głównego (anty)bohatera wysyła takie mnóstwo sprzecznych sygnałów, że w rezultacie niezmiernie łatwo jest stworzyć sobie z tych fragmentów zupełnie alternatywny scenariusz (wcale nie gorszy od oryginalnego pomysłu!).

Marcin przez większość filmu obserwuje wszystko z obojętną ciekawością drapieżnika, przejawiając wręcz cechy psychopatyczne (jest skupiony wyłącznie na swoim celu, bez przywiązywania wagi do moralnej strony swojego planu), a jednak po fakcie wykazuje coś w rodzaju śladowych wyrzutów sumienia. Jednocześnie scena uwolnienia pod koniec uśpionej furii nie do końca pasuje mi do obrazu tej postaci. Bardziej przemówiłoby do mnie utrzymanie tej psychopatyczno-obojętnej pozy z początku filmu - zwłaszcza, że spojrzenie Kowalczyka jest zarazem hipnotyzujące, jak i podszyte szaleństwem (co widać także w świetnej scenie wzrokowego pojedynku z agresywnym dresiarzem - w którego wcielił się - nomen omen - sam reżyser) i zdecydowanie łatwiej przyszłoby mi uwierzyć w to, że to postać trochę w stylu Paula i Petera z filmu "Funny Games" M. Hanekego, którzy na pytanie "dlaczego to robicie?" odpowiadają "a dlaczego nie?", niż w ten nieco przestylizowany amok i swoistą "misję". 


Ponieważ jednak jak wspomniałam na samym początku- nie ma nic łatwiejszego niż krytyka cudzego dzieła, a także szczerze doceniam zarówno sam pomysł, jak i sposób realizacji filmu, jestem zdania, że obraz Skoniecznego jest wart obejrzenia - choćby po to, aby przekonać się na własnej skórze, czy faktycznie jest to głos pokolenia, do którego należymy. A jeśli nie, to warto chociaż sprawdzić, jak bawią  się ludzie z "hajsem", brakiem kompleksów, jakichkolwiek wartości i wrodzoną arogancją. Dla znacznej większości widzów pewnie będzie to konfrontacja ze swoistą egzotyką (w końcu ilu z nas bierze udział w nielegalnych wyścigach samochodowych, czy bawi się do upadłego, wciągając kokę przy pomocy zrolowanej setki?), w dodatku egzotyką raczej pretensjonalną, ale przyznam się, że te "imprezowe epizody" zaciekawiły mnie na tyle, że chętnie obejrzałabym pogłębioną odsłonę życia młodego pokolenia pokazaną oczami reżysera.   

Na koniec zaapeluję jeszcze - bezwzględnie zapamiętajcie sobie nazwiska reżysera Krzysztofa Skoniecznego oraz odtwórcy głównej roli Marcina Kowalczyka (któremu można jedynie pozazdrościć niesamowitej ekranowej charyzmy i swobody, z jaką wciela się w odgrywaną postać). Jeśli któremuś z panów gdzieś po drodze nie powinie się noga, to każdy z nich ma szansę porządnie namieszać w polskim kinie. Oby.

No i trzymajmy kciuki za sukces filmu na wszelakich festiwalach! :)

A w pozostałych rolach występują bardzo interesująca młodziutka aktorka Jaśmina Polak (debiutująca na dużym ekranie) oraz Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior.

Na koniec standardowo spytam: byliście/ widzieliście/ wybieracie się/ podobało się/ co myślicie??

A następnym razem napiszę Wam o najbardziej niezwykłym projekcie filmowym, jaki widziałam od dłuższego czasu! 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Bombonierka, czyli filmowo o Grand Budapest Hotel

Żyję. To dla tych, którzy się zastanawiali. A dla wszystkich (bez względu na to, czy się zastanawiali czy nie), recenzja absolutnie wyjątkowego filmu, na który czekałam z zapartym tchem od momentu, kiedy tylko usłyszałam, że powstaje. A potem wyszłam z kina zauroczona dokładnie tak, jak sobie to wyobraziłam. A nawet bardziej. 


 Wes Anderson jest bez wątpienia jednym z reżyserów, którzy już od swojego debiutu rezydują w świecie filmowym w stałym miejscu, gdzieś na granicy geniuszu i szaleństwa. Właściwie dowolny tytuł, który wyszedł spod jego ręki można by umieścić w słowniku jako ruchomą ilustrację hasła "fantasmagoria" - dlatego też do zachwytu nad jego dziełami bardzo przydatna (żeby nie powiedzieć niezbędna) jest odpowiednia wrażliwość. Ci, którzy widzieli choćby jeden z wcześniejszych filmów reżysera, wiedzą mniej więcej, czego można się spodziewać po jego kolejnym tytule. Ci, którzy w kinie łakną oczarowania i baśniowych fantazji (ale raczej rodem z mrocznych opowieści braci Grimm aniżeli przesłodzonych disneyowskich obrazków), także powinni być zachwyceni. Jeśli natomiast należycie do widzów, nadających na nieco bardziej logicznych falach, to śmiem twierdzić, że magia i wdzięk najnowszego obrazu Andersona może okazać się dla Was ciężka do przełknięcia. 

"Grand Budapest Hotel" to obraz kunsztowny, przypominający ekskluzywną bombonierkę, pełną przepięknie zapakowanych czekoladek, z których każda stanowi smakową niespodziankę. Jego misterna i wyszukana konstrukcja sprawia, że jest to film, który można (i należy) obejrzeć więcej niż jeden raz, albowiem nawet przy bardzo uważnym śledzeniu tego, co odkrywa przed nami reżyser, nie jesteśmy w stanie docenić wszystkich maleńkich klejnocików, z których składa się ten obraz. 

To szkatułkowa opowieść, w której dostajemy historię zamkniętą w innej historii, pełną kolejnych warstw i zupełnie niespodziewanych zwrotów; równie szaloną, co fantazja Andersona. W dodatku wszystko rozgrywa się w przepięknie skonstruowanym świecie wymyślonym przez reżysera, w którym nawet najdrobniejszy szczegół nie został pozostawiony przypadkowi - już od pierwszych sekund naprawdę przenosimy się do innej rzeczywistości, trochę baśniowej, trochę artystycznej i zapewniam, że ten stan dziecięcego olśnienia nie opuści nas aż do napisów końcowych. Opowiadana historia stanowi raczej pretekst do pokazania rozpędzonego pociągu andersonowskiej wyobraźni oraz całego szeregu błyskotliwych i dowcipnych dialogów, aniżeli cel sam w sobie. Trzeba jednak powiedzieć, że choć w pierwszej chwili możemy mieć wrażenie lekkiego przerostu formy nad treścią, to w ostatecznym rozrachunku fabuła filmu także się broni. 


W centrum wydarzeń mamy Gustawa H., zarządcę ekskluzywnego tytułowego hotelu, który zostaje uwikłany w szeroko zakrojoną intrygę przy okazji kradzieży cennego obrazu. Sensacyjna akcja rodem z surrealistycznej farsy rozgrywa się na tle wydarzeń, które ciężko zaliczyć do zabawnych, a mianowicie para-nazistowskiej agresji na fikcyjne państwo Żubrówki w Centralnej Europie, co nadaje całej historii nieco mroczniejszy wydźwięk. Zresztą Anderson z równą swobodą bawi się komediowym absurdem, by chwilę później przeskoczyć do poważniejszych tematów. Widz zostaje więc bezlitośnie wciągnięty w abstrakcyjny miks miłości, śmierci, wojny i przemocy, pokazanych jednak w sposób przywołujący na myśl estetykę komiksową, a nawet dziecięce kreskówki. Osią, na której opiera się film, jest cudownie pokazana pogłębiająca się relacja Gustawa z hotelowym boyem, a kreacja Ralpha Fiennes'a, wcielającego się w postać dziwacznego mentora to prawdziwa perełka. Dla tych, którzy mają w pamięci jego najmocniejszą rolę w "Liście Schindlera", ta komediowa odsłona może być sporym zaskoczeniem. A jednak sposób, w jaki Fiennes balansuje pomiędzy wyrafinowaniem i (niekiedy naprawdę mocno) zaskakującym optymizmem, ani razu nie popadając w przesadną śmieszność, jest najlepszym świadectwem klasy tego aktora - jego Gustaw H. jest zabawny, ale nigdy nie pretensjonalny i od pierwszej chwili kradnie serca widzom. W tym miejscu nie można nie wspomnieć o całej plejadzie ulubionych aktorów Andersona, z których część pojawia się w większych (i raczej nietypowych dla siebie) rolach, a część zaledwie w epizodach, wzbudzając jednak u widowni taki sam entuzjazm - właściwie przez większą część filmu możemy swobodnie bawić się w grę pt. "kto ze znanych aktorów pojawi się w następnej scenie". W obsadzie mamy więc świetnego debiutanta Tony'ego Revolori oraz ekipę marzeń niejednego reżysera, w której znajduje się m.in. Adrian Brody, Willem Defoe, Tilda Swinton, Edward Norton, Jude Law, Harvey Keitel, Jeff Goldblum, Owen Wilson, Bill Murray, czy nawet George Clooney (przez dosłownie 2 sekundy). 


Im mniej wiemy o samej fabule przed obejrzeniem filmu, tym lepiej dla nas - w ten sposób mamy możliwość podziwiania niezwykłego świata stworzonego przez Wesa Andersona bez uprzedzeń i bez oczekiwań, skupiając się jedynie na samej przyjemności płynącej z oglądania czegoś oryginalnego. Myślę, że najlepszym podsumowaniem zarówno osoby reżysera, jak i postaci jego filmowego bohatera, Gustawa H. może być jedno ze zdań, które pojawia się pod koniec filmu - "podtrzymywał iluzję z nadzwyczajnym wdziękiem". Bo "Grand Budapest Hotel" to iluzja, której nie da się (ani nie chce) wyrzucić z pamięci jeszcze długo po zakończonym seansie. 

W skrócie - kto jeszcze nie widział, ten niech maszeruje do kina. A ci, co widzieli, niech dadzą znać, czy i jak im się podobało. 
I w ogóle to Happy Birthday drogi blogu, bo w międzyczasie stuknęły Ci dwa lata. Kupa czasu. I takie tam. 
Do następnego!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...