niedziela, 26 czerwca 2016

#KSIĄŻKI Na prowincji trup ściele się gęsto, czyli seria o Lipowie - Katarzyna Puzyńska

Jak obiecałam, tak jestem znowu - trochę jak słynna montypythonowska hiszpańska inkwizycja, ha! 

Tym razem chcę Wam polecić coś do czytania - niektórym właśnie zaczęły się wakacje, inni pewnie są właśnie w trakcie planowania urlopów, jeszcze inni może właśnie odkrywają wątpliwe uroki bezrobocia (tak, czarny humor to moja specjalność) - tak więc przynajmniej teoretycznie powinniście mieć odrobinę więcej wolnego czasu, który możecie przeznaczyć na ciekawą lekturę. 

Zazwyczaj co prawda śledzę na bieżąco rynek książkowy i staram się w miarę ogarniać modne nazwiska, ale jednocześnie przyznam się, że na ogół niespecjalnie mnie one kręcą. Mam swoje tempo czytania i swoje własne (niekończące się!) listy tytułów, więc raczej rzadko zdarza mi się, że zabieram się za coś, co akurat pałęta się po listach bestsellerów. 
No i tu niespodzianka, bo polecę Wam dziś Katarzynę Puzyńską, która do owych list już chyba przyrosła na dłużej :) 

W skrócie - jeśli lubicie kryminały (ale takie raczej niespiesznie rozwijające się i nie bardzo krwawe), z dużą domieszką obyczajówki i do tego jeszcze macie słabość do naszych rodzimych okoliczności przyrody, to polecam Wam serię o Lipowie. A, no właśnie - jeszcze jedno - nie bez kozery wspomniałam o wolnym czasie - tego jest sześć pokaźnych tomów, więc sami wiecie, żeby potem nie było na mnie, no!

Powiem tak - Kasię Puzyńską (chyba mogę tak napisać, bo mam wrażenie, że ona jest młodsza ode mnie - #zazdrość tak by the way) porównuje się niemal odruchowo z bardzo popularną u nas Szwedką, Camillą Lackberg, ale ja akurat Lackberg nie trawię - przebrnęłam (chyba wyłącznie przez mój ośli upór) przez jakieś cztery tomy i stwierdziłam, że sorry, ale więcej jej wkurzających i infantylnych bohaterek nie zniosę - dlatego też uważam, że to porównanie jest wyjątkowo dla Puzyńskiej krzywdzące. Owszem, w jej powieściach też mamy mocno (momentami być może nawet nieco ZA mocno) rozbudowany wątek obyczajowy, bohaterowie trochę sobie romansują, trochę rozkminiają swoje uczucia, ale śmiem twierdzić, że jest to jednak znacznie bardziej życiowe niż u Lackberg, gdzie bohaterki najwyraźniej zatrzymały się na poziomie emocjonalnym gimnazjalistek. 

Ale! Nie zapominajmy także, że saga o Lipowie ma nad Lackberg jedną zasadniczą przewagę. Klementynę Kopp. Czytając kolejne tomy (których fabuły nie zamierzam Wam streszczać, bo to kompletnie nie miałoby sensu), mam już wyrobioną swoją wizję pani komisarz i z jednej strony bardzo chciałabym zobaczyć, jak ta postać prezentowałaby się w wersji filmowej, ale z drugiej boję się rozczarowania. Bo książkowa Klementyna jest niezwykłą osobą - jest jednocześnie fascynująca, irytująca i cholernie przyciągająca uwagę - no i w momencie kiedy w jej życiu pojawia się kot Don Jose (vel Józek), ja zostałam już kupiona na dobre :) Dawno już nie "spotkałam" tak barwnej i oryginalnej bohaterki i chociaż przede mną jeszcze półtora tomu, to już się boję syndromu odstawienia. 

Daniel Podgórski też jest raczej w porządku, chociaż z tej dwójki to oczywiście Klementyna ma większe jaja, bo młodszy aspirant jest nieco zbyt ciapowaty i rozlazły jak na mój gust. Chociaż potrafi pokazać pazurki, że tak pozostanę jeszcze przez chwilę w kocim temacie :) 

Bardzo podoba mi się także fakt, że Puzyńska wyraźnie napracowała się, żeby stworzyć pełnowymiarowe postaci drugoplanowe - to nie są tylko takie papierowe wydmuszki, które mają służyć za tło, ale osoby, które nawet kiedy nie odgrywają żadnej ważnej roli w fabule, to jednak gdzieś tam są i trochę nam ich brakuje, niczym dawno nie widzianych znajomych. Chociaż Pawła Kamińskiego sama bym chętnie ukatrupiła, bo potwornie mi działa na nerwy!

Nie powiem, że kryminały Puzyńskiej kojarzą mi się z Agathą Christie, bo to by było jednak nadużycie. Bardziej przypominają mi słynną brytyjską serię Morderstwa w Midsomer, na podstawie książek Caroline Graham - tam też mamy pozornie sielską prowincję, całą gamę ciekawych postaci pierwszo- i dalszoplanowych, no i śledztwa w sprawie morderstw. Jeśli więc lubicie takie klimaty, to serdecznie polecam przetestowanie na sobie, czy Kasia P. przypadnie Wam do gustu - kolejność serii o Lipowie jest następująca:

1. Motylek
2. Więcej czerwieni 
3. Trzydziesta pierwsza 
4. Z jednym wyjątkiem
5. Utopce
6. Łaskun

Na koniec tej polecanki dodam tylko, że oczywiście można się przyczepić do tego, że: bywa trochę za bardzo rozwlekle, że autorka niekiedy zapomina, że czytelnik potrafi zapamiętać podstawowe fakty i nie trzeba mu powtarzać tego samego trzydzieści razy, że lipowska policja to na oko banda jakichś życiowych fajtłap, a tempo rozwiązywania przez nich spraw woła o pomstę do nieba, no i wreszcie - że większość zbrodni i intryg kryminalnych jest kompletnie odrealniona. No jasne, że można - tylko po co? Jak dla mnie żadna z tych uwag (a spotkałam się już ze wszystkimi, nie wymyśliłam sobie ich sama przed chwilą) ani nie dyskwalifikuje autorki, ani nie sprawia, że sagę o wymyślonym małym polskim miasteczku czyta mi się gorzej. Tak więc ja jestem jak najbardziej w #teampuzynska 




PS Do tej pory moją ulubioną częścią są "Utopce" (ale jestem dopiero w połowie, więc mam nadzieję, że nie zmienię zdania do końca książki!) - bardzo lubię takie leciutko niepokojące klimaty (szalenie działający na wyobraźnię opis okolic Utopców sprawił, że wszystkie miejsca stanęły mi przed oczami jak żywe), a przede wszystkim pokazywanie w retrospekcjach tego samego momentu z punktu widzenia różnych osób (btw - to świetne ćwiczenie dla wszystkich tych, którzy nie widzą nic poza końcem własnego nosa :) 

Dajcie znać, czy znacie/lubicie Kasię Puzyńską! 

UPDATE: "Utopce" do samego końca świetne, natomiast po rozpoczęciu "Łaskuna" muszę nieco zweryfikować określenie "kryminały nie bardzo krwawe" w odniesieniu do książek autorki. Jeśli chodzi o plastyczne opisy zwłok, od których osobom nieprzyzwyczajonym do takiej makabreski może się zrobić nieco słabo (lub niedobrze), to w "Łaskunie" mamy 10 punktów na 10 - tak tylko uprzedzam :) Ogólnie cieszę się, że dużo się dzieje i że ciapowaty poczciwina Podgórski w końcu będzie miał szansę pokazać się nieco z innej strony.  

piątek, 24 czerwca 2016

Look who's back :)

No to jestem...

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, od czego zacząć - minęło sporo czasu, odkąd coś tu opublikowałam i, jak zapewne można się spodziewać, kilka rzeczy się u mnie w międzyczasie pozmieniało. Ci, którzy obserwują mnie na Instagramie, są pewnie mniej lub bardziej na bieżąco, ale wiadomo, że nie każdy śledzi wszystkie możliwe media społecznościowe - bo w końcu kto ma na to czas :) Tak więc po kolei. 

Po pierwsze znowu zostałam "kocią matką".  I to podwójną :) Może w związku z tym powinnam przemianować blog na "Dziewczyna z kotami" (albo nawet "Kobieta z kotami", bo nie oszukujmy się - metrykalnie już od jakiegoś czasu zdecydowanie nie zaliczam się już do dziewczyn - notabene, parę dni temu obchodziłam kolejne urodziny, więc może stąd taka refleksja). 

Moje dwie łobuziary to Nikita i Matylda, przygarnięte od fundacji Koty z Grochowa (polecam ich serdecznie, bo wykonują kawał dobrej roboty, ratując kotki i szukając dla nich odpowiedzialnych domów).  

Dziewczyny (siostry, zżyte ze sobą strasznie) za parę tygodni skończą rok (w co zupełnie nie chce mi się wierzyć), ze mną są od września i kocham je do szaleństwa. Mimo, że psocą na potęgę :) No, ale czego chcieć od dzieciaków. Ten, kto jest ze mną dłużej (albo zna mnie osobiście) wie, że bardzo mocno przeżyłam odejście Koki - 18 lat razem to w końcu nie byle co. Dlatego też długo nie czułam się gotowa na kolejnego zwierzaka. No, ale potem zobaczyłam na stronie fundacji zdjęcie dwóch słodkich burasków i przepadłam :) 

Teraz przygotujcie się na sporą porcję zdjęć - tych, którzy nie przepadają za kotami, z góry przepraszam :)

  


 






Kolejną życiową zmianą była nowa praca - w marcu 2015 wydawało mi się, że "to jest w końcu TO" - miejsce fajne, ludzie bardziej niż fajni, wszystko zaczęło się w końcu układać. Małym minusem było jedynie to, że życie w realu zaangażowało mnie na tyle intensywnie, że zaczęło mi brakować czasu na blogowanie - poza tym jakoś też miałam poczucie, że wypadłam z rytmu, nie oglądałam już tyle ciekawych filmów, co wcześniej, a nie chciałam pisać wyłącznie o tym, co kupiłam (zresztą kupować też zaczęłam znacznie mniej) - z jakiegoś powodu zaczęłam odnosić wrażenie, że po prostu nie bardzo mam o czym pisać. 

I tak mijał miesiąc za miesiącem, a powrót do blogowania stawał się coraz trudniejszy. Wiedziałam jednak, że nie zamknę tak całkiem tego miejsca - za dużo tu przeżyłam i jestem za mocno związana z nim emocjonalnie. 

Anyway :)) Jakoś tak w moim życiu zazwyczaj bywa, że jak za długo jest dobrze, to wiadomo, że w końcu coś pierdolnie (wybaczcie dosadny język, ale inaczej się nie da). No i pierdolnęło. A konkretniej pierdolnęła mnie "dobra zmiana" - no i tu ktoś może powiedzieć, że przecież zatrudniając się w spółce Skarbu Państwa można się spodziewać powyborczych politycznych czystek, ale napiszę tylko, bez wdawania się w szczegóły, że sposób, w jaki ja i koleżanka z tej samej rekrutacji zostałyśmy potraktowane po ponad roku uczciwej pracy, sprawił, że poczułam się jakby ktoś znienacka wrzucił mnie pod nadjeżdżający pociąg. Z perfidnie złośliwym uśmiechem na twarzy. 

Tak więc chcąc nie chcąc, oto wylądowałam poniekąd w punkcie wyjścia. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że "wszystko się jeszcze ułoży", "to nie było to", "w perspektywie okaże się, że ta zmiana wyjdzie mi na dobre" blablabla - tak, ja to wszystko wiem, sama sobie zresztą to tak tłumaczę (inaczej bym oszalała), ale cóż - nie powiem, żebym się dobrze z tym czuła. To minie, wiem. Chwilowo w ogarnięciu sytuacji pomagają mi wspomniane na początku rozrabiaki i joga. 

  

No i myślę sobie, że teraz mam dużo wolnego czasu, więc postaram się odkopać to miejsce dla tych, którzy nie postawili na mnie jeszcze krzyżyka - jeśli tu nadal zaglądacie, to dziękuję i do zobaczenia niedługo - mam już w głowie parę pomysłów, w tym polecankę książkową, więc sprawdzajcie! 

Co do tematyki bloga, to przyznam się, że mam w tym momencie w głowie 150 różnych pomysłów, ale jeszcze nie podjęłam decyzji, czy coś się bardzo mocno zmieni - nie chcę się zbyt mocno ograniczać, bo to jest jednak "moje" miejsce, w którym mogę się z Wami dzielić tym, co mnie fascynuje, cieszy, denerwuje, mierzi i ogólnie wpływa na mnie w jakikolwiek sposób. I niech tak póki co zostanie. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...