wtorek, 30 grudnia 2014

W 2015 będę...

planować! Ha! Do tej pory na ogół się od tego odżegnywałam, nie chcąc własnoręcznie kręcić na siebie bicza. Jednak w ciągu ostatnich kilku miesięcy (które były dla mnie dość znaczące pod wieloma względami) doszłam do wniosku, że ustanowienie sobie celów (realnych!) sprawdza się o niebo lepiej niż pójście "na żywioł" - i nie chodzi tu o to, że coś będzie nade mną wisiało i mnie denerwowało - bardziej o zdefiniowanie swoich intencji i wysłanie ich w kosmos :)


Ponieważ mocno wierzę w karmę i w to, że prędzej czy później wróci do nas to, co przekazaliśmy innym, takie "żonglowanie" energią też do mnie przemawia - tak więc w 2015 będę: 

1. dalej ćwiczyć jogę, DUŻO JOGI! Moje ciało po powrocie do tej aktywności jest mi nieskończenie wdzięczne, w końcu widzę swoje mięśnie (niektóre po raz pierwszy w życiu!), jestem wyraźnie silniejsza (chociaż oczywiście do wymarzonej formy jeszcze wiele mi brakuje - nadal np nie potrafię zrobić "głupiego" mostka, ale w końcu dam radę!). Nie chcę sobie planować, że będę ćwiczyć codziennie (byłoby idealnie), ale postaram się podtrzymać aktualne tempo - na razie w domu, z niezastąpionym YT, a z czasem - kiedy tylko będę miała taką możliwość, zapiszę się na zajęcia. 

2. myśleć pozytywnie, a raczej - unicestwiać negatywne myśli w zarodku - w ogólnym rozrachunku jestem optymistką i zawsze, bez względu na okoliczności uważam, że wszystko co mnie spotyka, ma w sobie jakiś sens/cel (który można dostrzec niestety często dopiero po jakimś czasie). Mimo wszystko jednak zbyt duże (lub zbyt długie, jak obecnie) nawarstwienie kiepskich okresów sprawia, że nawet moje zapasy optymizmu się kurczą.
Dlatego podpunktem będzie:
2a. regularnie medytować (w sensie - oczyszczać swój umysł i skupiać się na pozytywach) - a najpierw się tego w końcu nauczyć (jeszcze długa droga przede mną) - co nie jest łatwe, kiedy posiada się Mózg, Który Nigdy Nie Śpi... 

3. wykokoszę się w końcu w kwestii bloga - chodzi mi głównie o organizację, która obecnie - jak sami widzicie - leży i kwiczy - bardzo chciałabym opracować jakiś system, który pozwoli mi pisać regularnie, a nie zrywami (z tym, że w moim przypadku musi to być coś, co nie sprawi, że poczuję się do tego zmuszona, bo zbyt dobrze wiem, jak takie rzeczy się u mnie kończą...). Na razie staram się na bieżąco zapisywać pomysły na kolejne posty (chociaż największym problemem jest dla mnie świadomość, że właściwie wszystko zostało już gdzieś przez kogoś napisane - zdecydowanie czytam za dużo innych blogów, które zamiast mnie inspirować, blokują!!!)

4. znajdę pracę (przez duże P). Ten punkt powinien rozpocząć listę postanowień, ale nie chcę wywierać na sobie presji (łatwo powiedzieć) i dlatego spróbowałam trochę go przemycić bokiem :) Niemniej jednak, jest to NAJWAŻNIEJSZA przyszłoroczna kwestia. Wiem, że dam radę, bo zwłaszcza po moim ostatnim półroczu (i aktywnym stażu w biurze prasowym dużej instytucji), czuję się znacznie silniejsza psychicznie niż wcześniej! 

5. chętniej otwierać się na nowe znajomości. I tematy. Bo (zwłaszcza z tym pierwszym) różnie z tym u mnie bywa - czasem mi się zwyczajnie NIE CHCE i stwierdzam, że tak naprawdę nie potrzebuję już w swoim życiu nikogo nowego. A to nieprawda! Wystarczy bowiem kilka przypadkowych spotkań z fajnymi osobami i od razu przypominam sobie, ile świeżości wnoszą oni w moje życie! Muszę o tym pamiętać!

6. pamiętać o "starych" znajomych - dla równowagi z poprzednim punktem :) Jestem dość specyficznym połączeniem ekstrawertyka i introwertyka i choć lubię ludzi i nie mam najmniejszych problemów z nawiązywaniem znajomości, to jednak lubię także spędzać czas sama ze sobą i przez to zdarza mi się zapominać o innych. Co nie znaczy, że przestaję ich lubić :) 

7. czytać więcej (dobrej!) literatury pięknej i reportaży - w sumie wszystkiego, co nie jest kryminałem/thrillerem/ literaturą popularnonaukową. Robiąc roczne podsumowanie (które pojawi się pewnie zaraz na początku roku), zwróciłam uwagę na to, jak niewiele przeczytałam książek spoza tych dwóch kategorii (tzn. kryminałów i lit.pop-nauk.). Chyba zrobię sobie listę lektur i po prostu będę je systematycznie odhaczać, bo inaczej obawiam się, że za 12 miesięcy przeczytam ten punkt ,zgrzytając zębami. 

Jak widać - moje cele są może mało wyrafinowane (i dobrze!), ale za to mocno osadzone w realiach. Tego właśnie mi trzeba - nie wielkich planów i porywania się z motyką na słońce, ale raczej przypomnienia o rzeczach mniejszych, ale nie mniej ważnych.

Tak więc do boju, Joanno! Mam przeczucie, że 2015 będzie DOBRYM ROKIEM :) 

A jak tam Wasze cele? Robicie / nie robicie?



Na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że jutro już tu nie zajrzę, skorzystam z okazji już dziś żeby życzyć Wam (niezależnie od tego, czy cokolwiek planujecie, czy nie), 

aby 2015 był dla Was pełen radości, 
spełnionych marzeń, 
żeby stawiał Wam na drodze wyłącznie ciekawych i dobrych ludzi 
oraz pozytywne doświadczenia! 

I żebyście za rok o tej samej porze mogli westchnąć z uśmiechem "och, oby te następne 12 miesięcy było równie cudowne!". 

Trzymajcie się kochani i bawcie jutro dobrze, bez względu na to, czy będziecie świętować w balowej sukni, czy piżamie :) 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Chciała, chciała i dostała :)

Co pewien czas tworzę i zamieszczam tu kolejne edycje moich wishlist, ale właśnie zdałam sobie sprawę, że bardzo rzadko (jeśli w ogóle kiedykolwiek!) pokazuję, które punkty z nich udało mi się "odhaczyć"... Faktem jest, że od dłuższego już czasu mocno ograniczyłam swoje konsumpcjonistyczne zapędy i kupuję naprawdę niewiele, ale jednak od czasu do czasu pojawia się i u mnie coś nowego :)

Korzystając z okazji, że tegoroczny Św. Mikołaj (czy jak go tam u siebie zwiecie) sprawił mi wiele radości (jak zwykle zresztą), kładąc pod choinką upragnione przeze mnie drobiazgi, postanowiłam uskutecznić mini chwalipięctwo - mam nadzieję, że mi wybaczycie.  Poza tym jak wiadomo - trzeba jak najczęściej cieszyć się z małych rzeczy, więc to właśnie zamierzam uczynić :) 


Jak już wspominałam na IG, książka "Jadłonomia" to chyba jeden z popularniejszych prezentów i wiele osób znalazło go pod choinką. Można się z tego tylko cieszyć, zarówno ze względu na przefajną autorkę bloga i książki - Martę Dymek, jak i czytelników, którzy teraz podobnie jak ja będą mogli szaleć do woli z wegańskimi przepisami (ja odrobinę mniej "do woli", ze względu na moją czarną listę alergenów, ale i tak YAY!). 

Zarówno kubek w filcowym kubraczku, jak i pokrowiec na Kindla od Anita się nudzi znalazły się na mojej ostatniej liście zachcianek - teraz do kompletu brakuje mi tylko przepięknej wełnianej torby od tej uzdolnionej dziewczyny! 

Mam nadzieję, że Wasz Mikołaj / Gwiazdor / Aniołek sprawdził się równie dobrze. 

Tak pro forma dodam tylko, że Święta to dla mnie przede wszystkim czas spędzony z najbliższymi - prezenty są jedynie miłym dodatkiem :) A na pierogi z kapustą i grzybami, przygotowywane przez trzy pokolenia (babcia+mama+ja), warto czekać cały rok!  

niedziela, 28 grudnia 2014

Moje lektury - Angole Ewy Winnickiej

Koniec 2014 zbliża się wielkimi krokami (uff!!! - to nie był mój najlepszy rok), ale stwierdziłam, że zamiast robić jakieś podsumowania (oczywiście nie powiedziałam w tym temacie jeszcze ostatniego słowa, więc you never know :)) chcę polecić Wam książkę, która wywarła na mnie spore wrażenie i myślę, że spokojnie mogę ją zaliczyć do kilku najlepszych lektur ostatnich 12 miesięcy (swoją drogą serwis "lubimy czytać" uzupełniony o mój notes podpowiadają mi, że łącznie uzbierało mi się około 80 przeczytanych tytułów, co w sumie nie jest złym wynikiem, chociaż z drugiej strony pamiętam czasy, kiedy spokojnie przekraczałam setkę...).

No nic, dywagować o ilości (i jakości) tegorocznych lektur będę kiedy indziej, a dziś napiszę Wam parę zdań nt "Angoli" Ewy Winnickiej, wydanych przez Wydawnictwo Czarne. 

(zdjęcie okładki ze strony wydawnictwa Czarne)

Tytuł ten przewinął się przez wiele blogów książkowych i nadal często na niego trafiam w różnych miejscach, ale przyznam się, że gdyby nie koleżanka (dzięki, Madziu!), na której opinii polegam, pewnie jeszcze długo bym po niego nie sięgnęła. I straciłabym wiele. Bo to arcyciekawy (i bardzo zróżnicowany) zbiór rozmów z ludźmi, którzy w ciągu ostatnich kilku czy kilkunastu lat wyjechali do Anglii i... No i właśnie tu zaczyna się robić naprawdę interesująco. Mamy bowiem zderzenie ponad trzydziestu historii tak różnych, że łączy je jedynie pochodzenie bohaterów oraz miejsce, w którym wylądowali - mamy opowieści ludzi skrajnie naiwnych (żeby nie powiedzieć totalnie bezmyślnych), porywających się na podróż do obcego kraju bez choćby podstawowej znajomości języka czy obowiązujących tam zwyczajów (o prawodawstwie nie wspomnę), mamy historie tych, którym udało się tam odnaleźć i stworzyć swój dom, mamy wreszcie tych, którzy pomagali i pomagają innym, przekazując dalej kolejne odcinki tej wielowątkowej sagi. Wiele historii, z których część autentycznie wzrusza, część jeży włosy na głowie, a wszystkie spisane ze sporą dawką zdystansowanej sympatii (czytając je, odnosimy wrażenie, że autorka po prostu pozwalała swoim rozmówcom się "wygadać" i zamieszczała ich relacje pozostawiając charakterystyczny styl poszczególnych osób). 

Temat emigracji jest mi szczególnie bliski, bo na dobrą sprawę sama mogłabym spokojnie stać się jednym z rozdziałów tej książki. Jednym z najbardziej przełomowych momentów w moim życiu stał się ten, kiedy postanowiłam wyjechać do Londynu - różnica polegała na tym, że a) znałam język (i to całkiem dobrze, chociaż i tak nie uchroniło mnie to przed brutalnym zderzeniem z angielskim używanym na codzień, który naprawdę różnił się od tego, którego uczyłam się latami) oraz b) jechałam z kwotą odłożoną na czarną godzinę oraz wiedząc, że przynajmniej na początku mam się gdzie zatrzymać. Można powiedzieć, że miałam nieprawdopodobnego pecha do okoliczności (na jakieś 3 miesiące, które tam spędziłam, pewnie połowę przeleżałam w szpitalu) i równie wielkie szczęście do ludzi, których spotkałam na swojej drodze - począwszy od pracy, przez koleżankę, z którą się trzymałam, aż po ludzi (Polaków), z którymi mieszkałam (niestety za krótko!). Doceniam więc swoje doświadczenie, zwłaszcza w świetle przeczytanych właśnie "Angoli", bo będąc TAM sama również nasłuchałam się różnych historii - o ludziach, którzy mieszkali w Londynie od dobrych paru miesięcy i nadal nie potrafili dogadać się nawet w najprostszych kwestiach, robili zakupy wyłącznie w polskich sklepach kupując polskie produkty "bo po co mam próbować coś nowego" albo najtańsze konserwy i poza swoją trasą do i z pracy, nie widzieli dosłownie NIC (bo "szkoda pieniędzy"). 

Wracając do opisywanej przeze mnie książki, muszę powiedzieć, że gdybym przeczytała ją 10 lat temu, przed podjęciem decyzji o wyjeździe, nie jestem pewna, czy nie zmieniłabym zdania. Większość relacji bowiem jest po prostu dołująca - zarówno ze względu na głupotę (sorry, ale inaczej nie da się tego nazwać) niektórych, ale także na opis Anglików, którzy mentalnie i temperamentnie różnią się od nas jak dzień od nocy (nie wiem, czy najbardziej nie zabolała mnie właśnie ta podkreślana na każdym kroku obojętność i poczucie wyższości w stosunku do innych, a także mniej lub bardziej zawoalowany rasizm, co w sumie zaskakuje biorąc pod uwagę wielokulturowość tego kraju). Dla takiego anglofila jak ja, obraz przedstawiony przez Ewę Winnicką, jest równie ciekawy, co nieprzyjemny, zwłaszcza że przez dobre pół książki zmagałam się także ze wstydem za swoich własnych pobratymców. 

Oczywiście trzeba i warto pamiętać, że to jest tylko wycinek obrazka i nie można mierzyć tą samą miarą wszystkich (tak samo jak ja jestem wdzięczna, że nie zdarzyło mi się, żeby ktoś potraktował mnie jak "głupią Poleczkę, która przyjechała się dorobić") - myślę jednak, że warto poznać i taki obraz kraju, który wiele z nas ciągle idealizuje (ze mną włącznie), a także spojrzeć na nas samych przez pryzmat tytułowych Angoli - może wówczas przestaniemy się tak dziwić i oburzać stale powracającym pomysłom na ograniczenie napływu imigrantów z Polski... 

Tak czy inaczej - uważam, że to książka warta przeczytania, zwłaszcza jeśli ktoś miał podobne doświadczenia lub planuje stać się jednym z "polskich najeźdźców" :) 

A ja czaję się na wcześniejszą pozycję tej autorki, czyli "Londyńczyków" - ktoś może zna?  

wtorek, 23 grudnia 2014

Have yourself :)

Kochani! 

w przerwie pomiędzy pieczeniem ciasteczek i ćwiczeniem jogi, 
życzę Wam, abyście mogli spędzić te Święta dokładnie tak, jak lubicie najbardziej - 
bez presji, bez nerwów, 
za to z uśmiechem na twarzy, spokojem w sercu
i bliskimi osobami obok! 


A żeby mojej małej blogowej tradycji stało się zadość, jako bonus kolejna wersja przepięknej (choć smutnej) para-świątecznej piosenki, czyli RIVER (Joni Mitchel) w wykonaniu zespołu Travis: 


Do przeczytania wkrótce!

środa, 10 grudnia 2014

Chciałabym, chciała, czyli Wishlist vol. 6, wydanie świąteczne

Grudzień to ten miesiąc, kiedy wszyscy jak szaleni tworzą listy propozycji prezentowych ze wszystkich możliwych kategorii, a także swoich zachcianek. Ja nie będę gorsza :) Poza tym nic nie poradzę, że naprawdę uwielbiam oglądać takie zestawienia u innych - stanowią one niewyczerpane źródło inspiracji, a także zaspokajają (częściowo) moją ciekawość jeśli chodzi o zainteresowania i pasje osób, które lubię "podglądać" :) 

Sama też chętnie dzielę się swoimi zachciankami, bo po pierwsze jest to świetny sposób na sprawdzenie, na ile mocno coś utkwiło w mojej głowie, a po drugie - taki post sprawdza się również jako podpowiedź dla potencjalnych prezentodawców :)

Pokażę Wam więc, co więc mi się ostatnio marzy - może coś z tego wpadnie Wam w oko (chociaż jak mi ktoś podkupi matę do jogi, to będę Z Ł A ;)



1. Spersonalizowany kubek z napisem (cytatem ze Stinga): I don't drink coffee i take tea my dear

2. Nowa mata do jogi: http://www.jogasklep.pl/31,mata-kino-karma-tpe-malinowo-grafitowa-nowosc-w-polsce-!.html 

Przy okazji - jeśli ktoś z Was ćwiczy jogę i ma do polecenia jakąś super-hiper matę (grubszą niż 3 mm!), to odezwijcie się pls w komentarzach...

3. Książka Jadłonomia: http://www.wydawnictwodwiesiostry.pl/katalog/prod-jadlonomia.html

4. Torba, która już kiedyś się pojawiła w takim zestawieniu (co oznacza, że prędzej czy później się na nią skuszę, skoro nadal mi się podoba): http://pl.dawanda.com/product/44464710-Bucket-Bag---Szara#product_description

Drugą (wysuwającą się na prowadzenie) kandydatką jest to cudo (chwilowo nie do zdobycia): 
https://www.facebook.com/260089707433604/photos/a.276597932449448.58685.260089707433604/635759229866648/?type=1&theater

5. Etui na Kindla (teoretycznie na tablet, ale można zamówić na wymiar), również od przezdolnej dziewczyny z Anita się nudzi:
http://en.dawanda.com/product/72427199-tabletowka--filcowe-etui-na-tablet

6. I do kompletu kubek w filcowym kubraczku :)
http://pl.dawanda.com/product/72345471-Kubeczek-w-filcowym-kubraczku

Jak widać - Anita się nudzi zdominowała moje najnowsze zachciewajki :) 

7. Zawsze i w każdych ilościach herbata Pukka

8. Dywanik z Ikei, który mnie totalnie urzekł i już go widzę w mojej sypialni:
http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/30229077/

9. Szminka MAC Plumful (idealny odcień na zimę!) - chodzę za nią od końca lata i ciągle szkoda mi $. Może kiedyś :)

10. Jeśli już jesteśmy przy kosmetykach, to marzy mi się także to masło do ciała z jabłkiem i lawendą od Zielonego Laboratorium:
http://www.zielonelaboratorium.pl/produkt/maslo-do-ciala

Pierwszym wyborem było lawendowe masło Mythos, ale bardzo ciężko znaleźć je stacjonarnie (nawet w miejscach, w których teoretycznie powinno być) i troszkę się przez to zniechęciłam. 

11. Były kubki, to niech będą i drewniano-skórzane podstawki od Czary z drewna:
https://www.facebook.com/pages/Czary-z-Drewna/284017244953398?fref=ts 

12. Dziergana szara pufa z Duki (z nią mam jak z torebką - w końcu BĘDZIE MOJA!)

13. Coś mnie najwyraźniej wzięło na filc w tym sezonie, bo marzę o tych butach z Zary lub takich z Topshop. Średnio zimowe, ale whatever :) 


Plus właściwie wszystko z poprzedniej listy (w poprzednim wpisie wspominałam, że ograniczam zakupy, prawda? oto dowód :)). Wcześniejsze edycje można znaleźć TU i TU i TU

Mam nadzieję, że też lubicie takie wpisy :) Mnie się one chyba nigdy nie znudzą :)  

wtorek, 9 grudnia 2014

Pięć małych radości

No i bach, znowu jestem. Bardzo staram się szukać w codziennym życiu drobiazgów, które sprawiają mi radość i myśleć pozytywnie. Dlatego też postanowiłam co jakiś czas robić takie mini-zestawienie, żeby mi te malutkie przyjemności nie umknęły w natłoku zajęć (Was też gorąco do tego zachęcam!).

Oto pięć rzeczy, które ostatnio mnie uszczęśliwiają:

1. Na nowo odkryta joga – staram się wygospodarować na nią chociaż kilkanaście minut prawie każdego dnia, ale zauważyłam, że najlepiej się czuję po mniej więcej godzinnej sesji. Ćwiczę w domu, a moimi ulubionymi trenerkami są Erin Motz i AdrieneMnie joga pomaga na wszystko – od bólu kręgosłupa (od długiego siedzenia przy biurku), przez chaos w mojej głowie i skłonności do rozdzielania włosa na czworo, aż po dolegliwości miesiączkowe. 

Do pełni szczęścia brakuje mi jedynie nowej, grubszej maty, bo ta którą mam już od kilkunastu (sic!) lat, ma tylko 3 mm i niestety moje posiniaczone kolana zaczynają coraz mocniej protestować :) 

2. Klimatyczne wieczory domowe – przy nastrojowych lampkach, zapachowych świeczkach, ulubionym kubku z herbatą i książką lub kilkoma odcinkami serialu. Już pewnie wspominałam, że jesienią i zimą zamieniam się w totalnego leniwca i ciężko mnie wyciągnąć na zewnątrz :)

3. Ciasteczka owsiane z suszonymi morelami. To moje niedawne odkrycie ze sklepu ze zdrową żywnością i przyznam się, że przy mojej przymusowej diecie antysłodyczowej (na większość składników i tak jestem uczulona), czasem po prostu MUSZĘ zjeść coś słodkiego i wówczas wspomniane ciasteczka sprawdzają się idealnie!

4. Zbliżające się Święta – bez względu na to, ile mam lat, w grudniu zawsze w głębi duszy czuję się totalnym dzieciakiem, który ekscytuje się zarówno przygotowywaniem prezentów dla innych, wymyślaniem tego, co sama chciałabym dostać oraz całą magiczną otoczką – kilka dni temu o mało nie popłakałam się z radości włączając płytę ze świątecznymi standardami! A w najbliższy weekend planuję ubrać choinkę i wpatrywać się w nią wieczorami podśpiewując "Let it snow, let it snow, let it snow!" 

5. Spotkania ze znajomymi – zawsze sprawiają mi wiele przyjemności, chociaż nie ukrywam, że czasem (patrz pkt 2) ciężko mnie na nie namówić – dlatego też w tym okresie najlepiej sprawdzają się tzw. domówki – i nie mówię tu o wielkich grupowych imprezach, tylko spotkaniach indywidualnych (lub w małych grupkach), przy winie / ginie z tonikiem / herbacie, niekończących się pogaduchach na wszelkie tematy, niezmordowanym plotkowaniu i śmiechu do bólu brzucha. Nawet kiedy wydaje mi się, że mam już dosyć ludzi i potrzebuję wyłącznie samotności, to po takich kilku godzinach w towarzystwie kogoś, przy kim mogę się totalnie wyluzować, czuję, że moje „akumulatorki socjalne” zostały na nowo naładowane.


A co Was ostatnio cieszy? 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Kto stoi w miejscu, ten się cofa, czyli parę słów o zmianach.

Długo zastanawiałam się, czy tłumaczyć się z tego długaśnego przestoju (kolejnego!), czy też przemilczeć to i po prostu zamieścić nowy wpis. Uznałam jednak, że winna Wam jestem choćby kilka słów wyjaśnienia.

Sytuacja wygląda tak, że w obecnym momencie sama jeszcze nie wiem, jaka będzie przyszłość tego miejsca. Jednego jestem pewna - na pewno czekają je zmiany – być może nawet tak rewolucyjne, jak całkowite zamknięcie tego bloga i start w zupełnie nowym miejscu, a może skończy się na jakichś mniej lub bardziej drastycznych poprawkach i kontynuacji tutejszej przygody. Moje życie się zmienia (ostatnio wprawdzie może nie do końca w sposób, jaki mnie zadowala, ale cóż…), wraz z nim zmieniam się i ja, więc siłą rzeczy blog także nie może pozostawać ślepy i głuchy na te sygnały. Z pewnością nie jestem już tą samą dziewczyną, która rozpoczynała swoją radosną przygodę tutaj kilka lat temu – ba, właściwie biorąc pod uwagę mój wiek, w ogóle nie jestem już „dziewczyną” :) 

Z drugiej strony, niektóre rzeczy na pewno nie straciły swojej aktualności, nadal interesuje mnie kino (chociaż przyznam się, że od dobrych paru miesięcy mam takie zaległości, że wstyd się przyznać), dużo czytam i bardzo chciałabym się z Wami podzielić niektórymi tytułami.


Jeśli chodzi o zakupy (głównie kosmetyczne), tu chyba widać największą zmianę (która zachodziła etapami i do pewnego stopnia można było ją obserwować na blogu) – zdecydowanie poruszam się w kierunku tak modnego obecnie minimalizmu. Miały na to wpływ różne czynniki, począwszy od związanych z moją nietolerancją pokarmową (o której szerzej pisałam jakiś czas temu) problemów skórnych, aż po finanse. Dlatego pewnie w nowej odsłonie takie wpisy pojawiałyby się jedynie sporadycznie. To dotyczy większości grup produktowych – zarówno kosmetyków, ubrań, jak i innych „gadżetów” – ze wszystkich sił staram się bowiem ograniczyć do tego, co już posiadam, wykorzystywania zapasów i / lub wybijania sobie z głowy kolejnych zachcianek :) Z różnym skutkiem, to oczywiste, ale wydaje mi się, że stopniowo udaje mi się wypracować coś w rodzaju względnej równowagi i przestaję się nerwowo miotać w poszukiwaniu ciągle czegoś nowego, lepszego (co też dobrze robi mi na psychikę, swoją drogą).


Nie ukrywam, że bardzo ważne są dla mnie obecnie kwestie odżywiania – ponieważ w moim przypadku sposób mojego jedzenia bezpośrednio (i prawie natychmiast) uwidacznia się w stanie mojej skóry, nie da się tego oszukać, ani w żaden sposób „obejść” – no nie ma bata… Nie oznacza to, że teraz stanę się jakąś szaloną fit-blogerką, ale nie wykluczam, że takie elementy też się tu znajdą. Co do aktywności fizycznej, to po wielu latach przerwy i szukania mniej lub bardziej na oślep, na nowo odkryłam jogę. Właściwie to zawsze wiedziałam, że to jest najbliższa mi dziedzina, ale z jakiegoś powodu usilnie starałam się znaleźć też coś „żywszego”. No i ostatecznie w ciągu ostatnich kilku miesięcy doszłam do wniosku, że połączenie pilates, rozciągania i hatha jogi daje w moim przypadku najlepsze efekty – zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Moje ciało na pewno jest mi wdzięczne (co widać!).



Żebyście jednak nie czuli się tak całkiem skonfundowani nadchodzącymi zmianami i porzuceni na dobre, następny post (obiecuję, że wrzucę go jeszcze w tym tygodniu, a nie za kolejne 2 miesiące!) będzie na przekór o moich życzeniach okołoświątecznych (bo jednak do takiej całkowitej życiowej minimalistki to mi jeszcze bardzo daleko)...
Nie wiem, ile z nich uda mi się zrealizować, ale w końcu marzenia nic nie kosztują...
Planuję też napisać o "Głaskologii" Miłosza Brzezińskiego, którą przeczytałam z ogromnym zainteresowaniem i od tej pory polecam wszystkim znajomym :)



Do zobaczenia wkrótce, moi mili!

PS Wszystkie zdjęcia z tego posta, są na moim regularnie uaktualnianym IG.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...