środa, 11 czerwca 2014

Jak pięknie opowiedzieć o wojnie - filmowo o "Mandarynkach"

Ponieważ zbliża się weekend, czyli moment, kiedy często szukamy czegoś ciekawego do obejrzenia w kinie, mam dla Was kolejną polecankę - film, na który najchętniej zaciągnęłabym (nawet siłą) wszystkich swoich znajomych oraz znajomych znajomych, bo to przepiękna produkcja, którą można łatwo przegapić wśród lepiej rozreklamowanych tytułów.  



Mandarynki to skromny, ale przejmujący, rozpisany właściwie na cztery głosy (z gościnnym występem kilku epizodycznych postaci) dramat, będący jednocześnie subtelnym antywojennym manifestem, a nawet moralitetem traktującym o najważniejszych ludzkich wartościach oraz zachowaniach w czasie najtrudniejszej próby, jaką jest wojna.  

Film zdobył m.in. nagrodę publiczności na ubiegłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym i naprawdę gorąco namawiam do odszukania go w swoim kinie, bo osobiście dawno już nie widziałam tak prostej i poruszającej historii. 

W szerszej perspektywie, gruziński reżyser (i scenarzysta) Zaza Urushadze pokazuje nam fragment wojny w Abchazji w 1992 r., podczas której siły gruzińskie próbowały powstrzymać abchaskie dążenia do niepodległości. Jednak w filmie sama wojna toczy się daleko w tle, a my obserwujemy jej wpływ na dwóch podstarzałych Estończyków, którzy w przeciwieństwie do pozostałych mieszkańców małej anonimowej wioski nie opuścili jeszcze swoich domów i nie wrócili do kraju swoich przodków. Postacią, wokół której koncentruje się akcja, jest cieśla Ivo, który pomaga swojemu sąsiadowi i przyjacielowi - Magnusowi przy wyjątkowo obfitym corocznym zbiorze mandarynek. Choć mężczyzn różni właściwie wszystko - począwszy od temperamentu, życiowej mądrości (widać wyraźnie, że Ivo jest dla Magnusa swego rodzaju mentorem), jak i podejścia do przyszłości (Magnus nieustannie planuje wyjazd tuż po zakończeniu zbiorów, Ivo natomiast bardzo niechętnie podejmuje ten temat), to ich surowa przyjaźń opiera się zarówno na współpracy, jak i żartobliwym przekomarzaniu się i ani przez moment nie wątpimy w jej szczerość. 

Zarówno bohaterowie, jak i widzowie wiedzą, że prędzej czy później odległa wojna dosięgnie i ich i faktycznie dzieje się tak za sprawą dwóch rannych żołnierzy, którzy pojawiają się dosłownie na progu jednego z domów. Żeby jednak nie było tak „łatwo” i przyjemnie, jeden z nich okazuje się czeczeńskim najemnikiem (walczącym po abchaskiej stronie), a drugi Gruzinem, co czyni z nich śmiertelnych wrogów. I tu rozpoczyna się właściwa treść filmu. Ivo mając świadomość tego, że nie da rady bezustannie kontrolować obu ocalałych, krok po kroku, bez zbędnych słów, czy sentymentów doprowadza do tego, że zarówno temperamentny Ahmed, jak i spokojniejszy Nika zaczynają dostrzegać (choć z początku bardzo niechętnie) w swoim przeciwniku, człowieka. 

Reżyserowi udała się trudna sztuka nakręcenia subtelnego filmu o wojnie, który tak naprawdę opowiada o czymś o wiele głębszym - o istocie człowieczeństwa, o godności, szacunku i cichej odwadze. A wszystko to podane jest w prostym, bezpretensjonalnym tonie, pozbawionym nachalnego moralizowania, co sprawia, że „Mandarynki” są surowym, ale jednocześnie poetyckim obrazem, który bawi i wzrusza, a także zmusza nas do zastanowienia się nad tematami nieodłącznie związanymi z wojną - nienawiścią, uprzedzeniami, pojednaniem, miłosierdziem, a także miejscem jednostki w krwawej zawierusze. 

Postać Ivo, z jego wydawałoby się naiwną (ale nienaruszalną) wiarą w honor człowieka oraz konserwatywnym moralnym kompasem, jest prawdziwym fundamentem tej historii, a jedna z ostatnich scen, podczas której dowiadujemy się dlaczego tak naprawdę ciężko mu rozstać się z tym miejscem i zdecydować na wyjazd do Estonii, jest naprawdę poruszająca. Zresztą cały obraz jest podobny do tej postaci - szczery, bezkompromisowy i skoncentrowany na najprostszych rzeczach.  

Zamysł przedstawienia ciężkiego tematu wojny w taki, można powiedzieć wręcz intymny sposób, okazał się strzałem w dziesiątkę, bowiem dzięki temu „Mandarynki” zapadają głęboko w pamięć i choć osadzone w egzotycznym otoczeniu, od pierwszych scen nabierają uniwersalnego wydźwięku - tak naprawdę bowiem nie jest ważne gdzie, kto i z kim walczy. Istotne staje się „dlaczego”. A także jak wpływa to na nasze człowieczeństwo. I za zadanie tych pytań reżyserowi należą się oklaski. 

Warto wspomnieć również o przepięknych zdjęciach autorstwa Reina Kotova, któremu udało się sprawić, że film rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni ani przez moment nie staje się nużący, ani klaustrofobiczny - wręcz przeciwnie - zapierające dech w piersiach widoki stają się idealną przeciwwagą dla niełatwej tematyki filmu. 

Jednym zdaniem - jeśli lubicie DOBRE KINO, to maszerujcie czym prędzej do kina na "Mandarynki", dopóki jeszcze je grają! 

wtorek, 3 czerwca 2014

Chciałabym, chciała, czyli Wishlist vol.4

Ostatnia chciejlista pojawiła się na blogu dość dawno temu, bo jeszcze w październiku (TUTAJ możecie sobie ją zobaczyć) i nawet udało mi się z niej zrealizować większość rzeczy, dlatego czas na odsłonę wiosenno-letnią :) Poza tym wielkimi krokami zbliżają się moje urodziny, a to jest świetny sposób na uporządkowanie tego, co mi chodzi po głowie i z czego bym się ucieszyła. 

Jak zwykle, lista jest przemyślana i nie ma na niej rzeczy przypadkowych, ani takich, które wpadły mi do głowy w ostatniej chwili. 

1. Zielona herbata NUTE z maliną i tymiankiem - dla takiej herbaciary jak ja, pozycja obowiązkowa, a tej jeszcze nie piłam. No i oczywiście nie zapominajmy o pięknym opakowaniu :) zdjęcie STĄD

2. Dawno już nie kupowałam nowej torby (co wcześniej mi się nie zdarzało), więc może pora na zmianę i przepakowanie się? Ta na zdjęciu STĄD - jest idealnie w moim stylu - duża, pakowna, niezobowiązująca i szara!

3.  Wiadomo, że kubek (a nawet dwa) MUSIAŁ się tu pojawić :) Ten w błękitne dmuchawce "chodzi" za mną już od dłuższego czasu - jest STĄD 

4. Świece zapachowe to kolejna rzecz, którą lubię i namiętnie kupuję - te z serii Les Lumieres du Temps są wykonane z naturalnych składników i nie podrażniają (a to ważne, jeśli pali się ich sporo) i mają fantastyczne zapachy! Ja jestem leciutko uzależniona od aromatu FIGI. STĄD 

5. Skoro jesteśmy przy świecach, to jedną od Pat&Rub (zimową) już miałam i była całkiem ok, ale to ta z melisą, goździkiem i cytryną teraz bardziej do mnie przemawia. Można ją znaleźć m.in. TUTAJ 

6. Ponieważ preferuję biżuterię minimalistyczną, ten srebrno-złoty naszyjnik bardzo do mnie przemówił! Jest od polskiego projektanta Bello Design i można go znaleźć TUTAJ 

7. Pora na coś dla ducha :) Wprawdzie od jakiegoś czasu czytam głównie na Kindlu, ale niektóre pozycje chciałabym mieć w wersji klasycznej, papierowej. A rozmowy o języku w wykonaniu panów Bralczyka, Miodka i Markowskiego zdecydowanie należą do tej kategorii. Do dostania m.in. TUTAJ 

8. Szukam właśnie wygodnych, czarnych i skórzanych sandałów, ponieważ moje stopy zdecydowanie odmawiają współpracy z butami, które są wykonane z innych materiałów. Te konkretne są od VAGABOND i bardzo mi się podobają (ale cena nieco mniej), może się okazać, że skończę z jakąś bardziej ekonomiczną wersją :) Fotka STĄD 

9. Wspominałam o kubkach, więc bez specjalnego zaskoczenia pokazuję kolejny - te z kolekcji Keitha Brymera Jonesa ze słowami prześladują mnie już długo, a najtrudniej chyba było wybrać najbliższe mi hasło - padło na "Drama Queen" - kto mnie zna, ten wie, czemu :D Inne też są świetne! Zwł. seria herbaciano-grunge'owa! Można je dopaść TUTAJ 

10. No i "last, but not least", kolejna pozycja książkowa (chociaż raczej do oglądania, niż czytania) - bo jako wielbicielka Woody'ego Allena, mam na półce chyba wszystkie tytuły zarówno jego autorstwa, jak i o nim, wydane w Polsce. Oprócz tego oczywiście :) STĄD

No i tyle moich zachcianek, póki co. Zobaczymy jak się to będzie miało do urodzinowych prezentów oraz najbliższych zakupów. 

A Wam wpadło w oko coś fajnego ostatnio? A może kogoś zainspirowałam :)  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...