sobota, 15 marca 2014

I upadli na Ziemię, by wzmocnić swe szeregi - filmowo o makiawelistycznym "Borgmanie"

Dziś recenzja jednego z najdziwniejszych filmów, jakie obejrzałam ostatnio (a ponieważ oglądam naprawdę sporo rzeczy, które z reguły znajdują się albo na obrzeżach, albo daleko poza mainstreamem, to wierzcie mi, że ten konkretny JEST faktycznie specyficzny). Mój tekst ukazał się wcześniej TUTAJ


Gdybym miała jednym słowem opisać, jakie filmy podobają mi się najbardziej, powiedziałabym że nieokreślone - lubię kiedy reżyser zaskakuje mnie i pokazuje wyrywek świata, który choć wygląda realnie, skrywa w sobie coś więcej, jednocześnie pozostawiając mi swobodę oceny tego, co widzę. Lubię także oczekiwanie na to, co będzie dalej, bez pojęcia dokąd tym razem zabierze mnie twórca filmu, ani w jakim miejscu zakończy się nasza podróż. Bez wątpienia można uznać, że Holender Alex van Warmerdam opanował system zaskakiwania widza do perfekcji, albowiem od mniej więcej połowy filmu "Borgman" możemy się poczuć jak na rollercoasterze - czujemy coraz bardziej zagęszczającą się atmosferę, ale choć przeczuwamy, że prędzej czy później wydarzy się coś niedobrego, to skala wydarzeń może przerosnąć wyobrażenia przeciętnego widza. 

Myślę, że warto zaznaczyć, że ten film jest jedną wielką metaforą i z pewnością nie można odbierać go dosłownie - tak samo nie ma większego sensu czepianie się celowych, czy przypadkowych niedociągnięć typu "dlaczego dzieci chodzą spać, kiedy na zewnątrz jest nadal jasno?". Fundamentem tej opowieści jest zło i to takie przez duże Zet, które osacza pozornie zwyczajną rodzinę i krok po kroku przejmuje nad nią panowanie. 

*UWAGA - poniższy akapit może zawierać mniejsze lub większe spoilery!*

"I upadli na Ziemię, aby wzmocnić swoje szeregi" - to zdanie, pojawiające się na początku filmu, jest jednocześnie jego mottem, jak i kluczem do zrozumienia sensu tego obrazu. Oczywiście już po seansie można dyskutować dowolnie długo i namiętnie, czy Borgman i jego świta to sam Szatan, "zwykłe" upadłe anioły, czyli diabły / demony czy też grupa szaleńców, która bawi się kosztem innych. Moim zdaniem siła tego filmu tkwi raczej w pokazaniu tego, jak łatwo można manipulować ludźmi oraz (pół żartem, pół serio) do czego może doprowadzić nuda... 

Warstwa fabularna obrazu nie jest specjalnie wyszukana, chociaż jego początek jest bardzo oryginalny - od pierwszych scen jesteśmy bowiem świadkami specyficznego "polowania" na tajemniczego włóczęgę, który mieszka w podziemnej jamie - fakt, że jednym z uczestników tegoż polowania jest ksiądz, ma wymiar symboliczny, chociaż znaczenie tego pojmiemy dopiero pod koniec filmu. Na początku jesteśmy raczej skłonni kibicować uciekającemu mężczyźnie i cieszymy się, kiedy udaje mu się uzyskać pomoc od znudzonej pani domu, Marianne. Kulturalny, pozornie niegroźny nieznajomy w domku gościnnym, poczęstowany posiłkiem i ugoszczony aby odzyskał siły - aż do tego momentu historia rozwija się całkiem spokojnie i niewinnie. Przeczuwamy jednak, że pod tą gładką powierzchnią czai się coś mrocznego i groźnego. I oczywiście mamy rację.

"Borgman" z pewnością jest filmem oryginalnym i bardzo nieoczywistym (co w zależności od naszych upodobań, może być postrzegane zarówno jako jego zaleta, jak i wada) - mnie osobiście szalenie przypadła do gustu ta nieco surrealistyczna wizja, którą możemy interpretować na wiele sposobów - zarówno jako alegorię rosnącego zepsucia i zblazowania społeczeństwa dobrobytu, zubożenia uczuciowo-religijnego, czy po prostu pokaz makiawelistycznych talentów głównego bohatera. Uprzedzam, że oglądanie filmu zdecydowanie może ułatwić potencjalne zamiłowanie do czarnego humoru, ponieważ niektóre sceny (jak np. reakcja dziewczynki na prośbę o pomoc zranionego mężczyzny, czy makabryczny, ale i trochę baśniowy sposób pozbywania się ciał), odebrane dosłownie i bez niezbędnego dystansu, mogą wywołać spory dyskomfort psychiczny.

Gdybym miała ocenić, czego mi w tym obrazie zabrakło, to powiedziałabym, że charyzmy głównego bohatera - ogólnie wprawdzie gra Jana Bijvoeta, wcielającego się w rolę Borgmana jest raczej chwalona, ale moim zdaniem nie do końca udało mu się udźwignąć ciężar tej postaci - być może na mój odbiór wpłynęło to, że przez pierwszą część filmu aktor wyglądał trochę jak młodsze wydanie Franciszka Pieczki z "Jańcia Wodnika", co odrobinę kłóciło mi się z uczuciami, jakie wzbudzał u pani domu, a może po prostu nieco inaczej wyobrażam sobie demonicznego Złego? Moje kolejne zastrzeżenie odnosi się do wszystkich filmowych postaci - być może takie było założenie reżysera, ale nie ukrywam, że dość ciężko ogląda mi się historię, w której żadna z pojawiających się osób nie zbudza mojej sympatii, lub wręcz wywołuje u mnie mniejszą lub większą irytację. Dlatego przyznam się, że mimo wszystko aż do końca nie potrafiłam się zdobyć na współczucie żadnemu z członków tej nieszczęsnej rodziny, ponieważ tak naprawdę nie zdołałam się przywiązać do żadnego z bohaterów.  

Mimo tych uwag, w mojej subiektywnej ocenie, "Borgman" jest na tyle ciekawym obrazem, że warto się z nim zapoznać, oczywiście nie oczekując uzyskania od jego twórców odpowiedzi na wszystkie pojawiające się w trakcie seansu pytania. Dla mnie - to dodatkowy plus, ponieważ tak jak wspomniałam wcześniej - reżyser pozostawia nam niejako wolną rękę, jeśli chodzi o interpretację, a także to w jaki sposób odbierzemy zarówno tajemniczą postać Borgmana, jak i cały obraz. Dla niektórych więc będzie to symboliczny, mocny przekaz o złu, wkradającym się podstępnie i niespodziewanie w nasze życie, inni odbiorą film bardziej dwuwymiarowo, jako mroczny i niepokojący thriller. Jeszcze inni mogą wyjść w trakcie seansu :)  
 

środa, 12 marca 2014

Co lubi moje ciało? *

* oczywiście poza dobrym jedzeniem (a także tym, czego aktualnie nie może jeść), wygodnymi ubraniami, seksem i paroma innymi rzeczami, które są nie mniej przyjemne, ale o których nie będę dziś pisać :)

Dziś (w ramach odskoczni od tematyki filmowej) będzie o dwóch kosmetykach, które moje ciało bardzo lubi i otrzymuje je w ostatnim okresie dość regularnie i w sporej dawce. 


Masła do ciała The Body Shop są zapewne znane większości z Was i albo je lubicie, albo nie. Nie zamierzam nikogo przekonywać co do ich wyższości nad innymi produktami nawilżającymi - sama zresztą też nie wrzucam ich hurtem do jednego worka, ponieważ nie ukrywam, że dla mnie poza działaniem i składem, liczy się także zapach i zgodnie z tym niektóre lubię, a niektóre omijam szerokim łukiem. Do moich ulubionych należy mango oraz grejpfrut, lubię także malinę, a do tej małej grupki dobiła ostatnio również jagoda, czyli Blueberry. Skład zobaczycie sobie na zdjęciu poniżej, nie ma na co narzekać, bo nie jest zły, może i daleko mu do ideału (czy choćby do rywala poniżej), ale to już kwestia indywidualnego podejścia. 


Podobnie działanie i aplikacja - dla mnie konsystencja jest w sam raz, rozsmarowuje się bez problemu, nie zostawia tłustej warstwy, wchłania się dość szybko, jest raczej wydajne, a zapach mnie osobiście urzeka, bo jest dość słodki, ale nie przesadnie i nie ma w sobie tej sztuczności, która czasem potrafi zwalić z nóg (oczywiście zależy co kto lubi, bo niektórych pewnie może odrzucać). Co do nawilżania, to to jest mi najtrudniej obiektywnie ocenić, ponieważ nie używam masełka codziennie. Jesienią i zimą, głównie po kąpieli, wsmarowuję w ciało znaną wszystkim oliwkę Hipp, a co któryś dzień, wymiennie, stosuję właśnie to masło TBS lub balsam, o którym wspomnę za moment. Tak więc w takiej kombinacji nawilżenie jest idealne, nie mam pojęcia jak sprawdziłby się ten kosmetyk solo. Podejrzewam jednak, że o ile nie macie jakiejś super wysuszonej skóry, to byłoby ok, ponieważ latem używałam wyłącznie wspomnianej wersji grejpfrutowej i nie miałam najmniejszych problemów z przesuszeniem. No, ale wiadomo - wszystko zależy od stanu i rodzaju skóry. 


Ja jagódkę bardzo lubię, szkoda tylko, że teraz to chyba jest wersja limitowana. No i jasna sprawa, że masła TBS kupujemy na przecenach, bo umówmy się, że 65 zł za opakowanie to nie jest rozsądna oferta. 


Drugim kosmetykiem, o którym chciałam napisać, jest balsam do ciała Lavera Body SPA wersja różana i to jest dla mnie strzał w dziesiątkę (lub może raczej w dziewiątkę, bo muszę sprawdzić inne wersje zapachowe). Tu zarówno do składu, jak i działania nie można chyba mieć żadnych wątpliwości, bo kosmetyk jest naprawdę świetny. 
Podaję (za wizaz.pl): /Coconut Dream/ Aqua, Glycerin, Alkohol*, Olea Europea Fruit Oil*, Caprylic Triglyceride, Myristyl Alkohol, Cetearyl Alkohol, Glycine Soja Oil*, Glyceryl Stearate Citrate, Butyrospermum Parki*, Prunus Amygdalus Dulcis Oil*, Squalane, Hydrogenated Lecithine, Xanthan Gum, Hydrogenated Palm Glycerides, Vanilla Planifolia Fruit Extract*, Lysolecithin, Cocos Nucifera Extract*, Theobroma Cacao Extract*, Brassica Campestris Sterols, Tocopherol, Lecithin, Helianthus Annus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, Fragrance/Parfum. Natural essencial oils: Citral, Limonene, Linalool. 
100% naturalnych składników. 100% składników pochodzenia roślinnego. Dermatologicznie testowany na skórze wrażliwej. Posiada certyfikaty NaTrue i Vegan Society.

Jedyne, na co radzę uważać, to zapach, bo - drogie Panie - jego intensywność może zabić, albo doprowadzić do płaczu, jeśli strzelimy sobie tę przyjemność w ciemno :) Od siebie powiem tak - bardzo lubię zapach róży, ale ten balsam muszę sobie dawkować raz na dobrych kilka dni, bo aromat jest zarówno bardzo realistycznie oddany, jak i diabelnie mocny - i utrzymuje się na skórze równie długo! Jestem bardzo ciekawa wersji lawendowej i kokosowej, chociaż trochę się boję efektu kulek na mole albo batonika Rafaello...

Tak czy inaczej - jeśli jeszcze nie znacie któregoś z ww kosmetyków, a macie chęć na coś nowego, to polecam (z zachowaniem ostrożności i dokładnym obwąchaniem obu wersji PRZED zakupem!) :)

Ciekawa jestem, które z maseł TBS są wśród Waszych ulubionych? Albo czy macie coś innego, z fajnym składem i zapachem, co warto przetestować?  

sobota, 8 marca 2014

Hurtowy wpis filmowy cz.2 Mads Mikkelsen odsłona pierwsza

No i bach, kolejny wpis filmowy, druga część hurtowego przeglądu :)

Tym razem głównym bohaterem będzie Mads Mikkelsen, ponieważ uważam, że to jeden z najwybitniejszych współczesnych aktorów, obdarzony taką ekranową charyzmą, że na dobrą sprawę mógłby z powodzeniem przez półtorej godziny siedzieć nieruchomo przed kamerą i przełykać ślinę, a i tak stworzyłby niezapomnianą kreację. Dla tych z Was, którzy nie bardzo wiedzą, o kim mowa, napiszę w skrócie, że Mads jest Duńczykiem i już od początku swojej kariery filmowej wybierał postaci charakterystyczne i zapadające w pamięć, stopniowo wybijając się coraz bardziej i stając się symbolem aktorskiej jakości oraz z czasem także najsłynniejszym duńskim "towarem eksportowym". Bardzo podoba mi się w nim to, że nawet po tym, kiedy został zauważony przez Hollywood i zdobył popularność za oceanem, jego kariera nadal biegnie dwutorowo - nadal kręci filmy także w Europie, ceni sobie życie rodzinne i ma ogromny dystans do całego blichtru i rozgłosu wokół siebie. Do najbardziej rozpoznawalnych tytułów oraz granych przez niego postaci należy bez wątpienia najnowsze wcielenie najsłynniejszego psychopaty ever, czyli Hannibala Lectera w serialu NBC (to jest rola wybitna podwójnie - po pierwsze sama w sobie, a po drugie jako coś, co dla aktora jest niezwykle ciężkie do dźwignięcia, a mianowicie wcielenie się w postać, która została wcześniej zagrana DOSKONALE i bez jednej fałszywej nuty przez Anthony'ego Hopkinsa - a jednak Mikkelsenowi udało się dokonać prawie niemożliwego i zbudował postać od nowa w taki sposób, że nie tylko nie jest ona zaprzeczeniem roli Hopkinsa, ale wręcz stanowi jej dopełnienie - to się nazywa aktorski geniusz!), Lucas w "Polowaniu" (o którym więcej będzie poniżej), czy Le Chiffre w jednym z Bondów - Casino Royale. Jednak poza tymi filmami, w dorobku Madsa znajduje się mnóstwo fantastycznych i mniej znanych tytułów, po które warto sięgnąć, bo każdy z nich jest absolutnie wyjątkowy i daje do myślenia.
Dziś napiszę o kilku z nich, a parę innych zostawię na następny raz :)


The Hunt, czyli Polowanie (w oryginale Jagten) był silnym ubiegłorocznym kandydatem do Oskara w kategorii filmów obcojęzycznych - kibicowałam mu z całych sił, ale niestety niewystarczająco, jak się okazało (przegrał z innym, podobno równie wybitnym obrazem - Wielkie piękno, który nadal jest przede mną, więc ograniczę się tylko do tej krótkiej wzmianki). Wyreżyserował go Thomas Vinterberg, o którym wspominałam pokrótce przy okazji filmu "Submarino" TUTAJ. Przyznam się, że miałam chęć pokusić się o pełną recenzję tego obrazu, bo to prawdziwy klejnot w swojej kategorii, ale nie jestem pewna, czy nie odstraszyłabym Was poziomem mojego entuzjazmu :)
"Polowanie" to film bez jednej zbędnej sceny, zrobiony z taką finezją, że praktycznie od pierwszych minut widz zostaje po prostu wciągnięty w pokazywany świat i staje się uczestnikiem wydarzeń, a nie tylko ich biernym obserwatorem. Sama historia jest bardzo ciężka, bowiem porusza temat molestowania seksualnego dzieci, a także (w większym stopniu) przedstawia mechanizmy, jakie funkcjonują w małej zżytej ze sobą społeczności. I to ten drugi aspekt pokazany jest w tak mistrzowski sposób, że czujemy się, jakbyśmy co jakiś czas dostawali cios pięścią w żołądek - za sportretowanie grupy, która  za sprawą jednego zdania jest w stanie przejść w mgnieniu oka od przyjaźni i zażyłości do nienawiści i prawie publicznego linczu, Vinterbergowi należą się stojące owacje. A Mikkelsen jako Lucas, który w całym szaleństwie stara się za wszelką cenę zachować zimną krew i godność, jednocześnie wzrusza, wzbudza współczucie i ogromną sympatię i po prostu zwala z nóg - jeśli szukacie aktorstwa na najwyższym poziomie, to znajdziecie je w tym filmie. Ostrzegam jednak lojalnie, że chyba każdy zdrowo myślący człowiek podczas oglądania będzie czuł narastającą złość, bo ten obraz po prostu dotyka czułych strun i pokazuje ludzi od nieprzyjemnej strony, od której wolelibyśmy siebie nie oglądać. Dodatkowym "smaczkiem" są dwa, czy trzy zdania po polsku (w dodatku wypowiedziane taką ładną Polszczyzną, że chapeau-bas, Alexandro Rapaport!), chociaż bohaterka o imieniu Nadja niekoniecznie może jednoznacznie kojarzyć się z naszym krajem.
Niedawno obejrzałam jeden z wywiadów, jakich udzielił Thomas Vinterberg i spodobało mi się to, jak opowiedział, że istotą tego filmu jest skonfrontowanie zwykłych ludzi z tematem, który we współczesnym społeczeństwie stanowi jedno z największych tabu - molestowaniem dzieci - powiedział także, że przez cały film starał się utrzymać coś w rodzaju sympatii do tej społeczności (a przynajmniej do większości z osób), ponieważ tak naprawdę oglądając tę historię, mimo naszego oburzenia i narastającej wściekłości, nie możemy do końca potępić ich postępowania - to chyba jest najbardziej męczące, że zdajemy sobie sprawę z tego, że w obliczu takiego ciężkiego oskarżenia (bo przecież przez długi czas wszyscy są przekonani, że to prawda) logika i rozsądek zawodzą, a wówczas do głosu dochodzą przede wszystkim bardzo silne i negatywne emocje. Również Mads w wielu wypowiedziach stwierdził, że ten film dlatego tak mocno oddziałuje na ludzi, ponieważ pokazuje sytuację, w której nikt z nas nie chciałby się znaleźć - ani po jednej, ani po drugiej stronie i właściwie nawet oburzając się wewnętrznie, nie możemy ze 100% pewnością powiedzieć, że my zachowalibyśmy się zupełnie inaczej. To jest największa siła tego obrazu. 


Ze znacznie wcześniejszych filmów Madsa, warto również sięgnąć po "Open Hearts" (w oryginale Elsker dig for evigt) z 2002 r, bardzo ciekawy obraz nakręcony wg zasad Dogmy 95, w reżyserii Susanne Bier. To poruszająca historia czwórki ludzi, połączonych ze sobą dramatycznym wydarzeniem. Świat Joachima i jego narzeczonej, Cecille runął w gruzach w momencie bardzo poważnego wypadku chłopaka i od tego momentu każde z nich na swój sposób i z różnym skutkiem stara się dostosować do nowej sytuacji, miotając się jednocześnie z własnymi uczuciami, jak i stojącą pod znakiem zapytania przyszłością. Wypadek ten odciska również niezatarte piętno na życiu Marie i Nielsa (Mads Mikkelsen), wplątując ich w układ, z którego nie będzie łatwego wyjścia. To historia o ludzkich słabościach, namiętnościach, lęku przed samotnością, a także o tym, jak szybko i prosto można wszystko stracić - w dodatku pozbawiona wszelkich ozdobników, opiera się właściwie niemal wyłącznie na grze aktorów i głównie dlatego warto ją obejrzeć, bo wszystkie stworzone kreacje są rewelacyjne i właściwie przez cały film ciężko się zdecydować, komu powinniśmy kibicować, a kogo potępić, ponieważ postępowanie całej czwórki jest tak czysto ludzkie, że żadna z postaci nie jest ani w 100% pozytywna, ani zła. 


Ostatnim filmem, o którym chciałam wspomnieć w tej części, jest nieco dziwny niemiecki film pt. "Drzwi" (oryg. Die Tür) z 2009 r., który pewnie bym przeoczyła, gdyby nie fakt, że jakiś czas temu uparłam się zapoznać z całą (lub prawie całą) filmografią Madsa :) Obiektywnie to nieco inna klasa filmu niż dwa wspomniane wyżej tytuły, ale pomysł fabularny jest na tyle ciekawy (i dobrze zrealizowany), że może jednak kogoś zachęcę :) "Drzwi" to trochę dramat psychologiczny, trochę thriller, w którego centrum znajduje się ceniony artysta, David (Mads), zmagający się ze śmiercią ukochanej córki. Film zawiera elementy z pogranicza fantasy, próbuje także sprowokować widza do odpowiedzi na pytanie "co byś zrobił, gdybyś dostał kolejną szansę?" i to mi się w nim szalenie spodobało, tak samo jak dość subtelne połączenie osobistego wymiaru dramatu i żałoby po stracie dziecka z narastającą coraz bardziej mroczną atmosferą. Nie znaczy to jednak, że film nie ma wad, bo niestety tą zasadniczą (dla mnie) jest zdubbingowanie Madsa (film jest niemiecki, większość aktorów także, więc siłą rzeczy i główny bohater z założenia miał mówić czysto i bez obcego akcentu) - niestety bardzo negatywnie wpłynęło to na mój odbiór filmu, bo przez dłuższy czas miałam problem ze skupieniem się na fabule, słysząc inny głos wydobywający się z ust mojego ulubieńca...Poza tym niedociągnięciem, sama historia także nie jest idealna i można się przyczepić zarówno do braku logiki w pewnych momentach (zakończenie, które nie do końca ma sens, gdyby chcieć je dokładnie analizować), jak i do zbędnych elementów, ale mimo wszystko film sam w sobie jest dość interesujący i jeśli ktoś lubi takie nieoczywiste historie, to jest szansa, że mu się spodoba :)

A w kolejnej odsłonie filmografii Madsa będę pisać m.in. o dwóch starszych rewelacyjnych filmach - "Jabłkach Adama" oraz "Tuż po weselu", więc szykujcie się na sporą dawkę entuzjazmu :) Oprócz tego mam jeszcze w zanadrzu kilka szwedzkich tytułów, więc tak szybko Wam nie odpuszczę :) Ale tym, którzy mają trochę dosyć zdradzę, że w ramach przerywnika będzie też coś kosmetycznego :)

Znacie/lubicie Madsa? Oglądaliście któryś z wymienionych filmów? A może macie jakiś ulubiony tytuł z jego udziałem? 

wtorek, 4 marca 2014

Who wants to live forever? - filmowo o nowym Jarmuschu

Nie wiem, czy to dobrze, czy nie, ale ten blog stopniowo może zostać zdominowany przez wpisy filmowe, z tego prostego powodu, że chwilowo jest to najbliższy mi temat. Nie wiem, czy tak zostanie na dłużej, czy też będę przeplatać opisy filmów z innymi tematami - jeśli macie chęć podzielić się ze mną swoimi refleksjami na ten temat, to zapraszam do komentowania :) 

A w międzyczasie poczytajcie sobie o nowym filmie jednego z reżyserów, na którego filmy urywałam się regularnie z lekcji w liceum :) Standardowo, poniższa recenzja ukazała się wcześniej TUTAJ


Nie mam najmniejszych wątpliwości, że najnowszy obraz Jima Jarmuscha - jednego z tych reżyserów, których nadal na jednym oddechu wraz z nazwiskiem określa się automatycznie jako "kultowych", wywoła wśród widzów skrajne oceny - jest to bowiem film z rodzaju tych, które albo od pierwszych scen nas zachwycą i wchłoną, albo znudzą i zirytują do granic możliwości. Z pewnością nie jest to film, który poleca się komuś, kto szuka w kinie "czegoś fajnego do obejrzenia", czy czystej rozrywki i zrelaksowania. Nie poleciłabym go także komuś, kto lubi precyzyjne i konkretne kino. I zwartą fabułę. Ani - paradoksalnie - wielbicielom wampirów. Jeśli natomiast lubicie: Jarmuscha/aktorów występujących w tym obrazie/piękną muzykę i wnętrza/kino eksperymentalne/melancholijne historie o kryzysie egzystencjalnym/filmy, w których "nic się nie dzieje", to z pewnością jest to tytuł dla Was :)

Jeśli chodzi o wampiry, to po jakimś milionie tytułów wykorzystujących ten motyw mogłoby się wydawać, że nic nowego w tym temacie nie da się już wymyślić. A jednak okazuje się, że nadal możliwe jest znalezienie świeżego i oryginalnego spojrzenia i pokazanie tego zagadnienia od nieco innej strony.

Obawiam się, że każda próba opisania filmu "Tylko kochankowie przeżyją" z założenia będzie porażką. Ten film bowiem to uczta dla naszych zmysłów i emocji, której po prostu trzeba się poddać - w przeciwnym wypadku można skończyć jak wiele osób w trakcie seansu, które wyszły w połowie, lub - jeśli dotrwały do końca - po zapaleniu świateł miały na twarzy jeden wielki znak zapytania. 

W maksymalnym skrócie to opowieść o wystylizowanej do granic możliwości dwójce wampirów, Adamie i Ewie. Adam (Tom Hiddleston) jest utalentowanym undergroundowym muzykiem z depresją i tendencjami samobójczymi, który od lat ukrywa się w domu na odludziu w Detroit (mieście, które w ostatnim czasie stało się niechlubnym amerykańskim symbolem gospodarczej i społecznej ruiny), komponując i kolekcjonując instrumenty z przeszłością i żywiąc się krwią kupowaną od skorumpowanego lekarza z pobliskiego szpitala. Ewa (Tilda Swinton) funkcjonuje dyskretnie (aczkolwiek luksusowo) w marokańskim Tangerze, utrzymując kontakt z innym leciwym wampirem - Christopherem Malrowe* (John Hurt) i próbując tchnąć na odległość w swojego ukochanego przynajmniej jakiś promyk optymizmu.Jedyny zwrot akcji nastąpi, kiedy w niespodziewane odwiedziny do połączonej znowu pary kochanków przybędzie nieokrzesana siostra Ewy o mentalności rozkapryszonej nastolatki, Ava (Mia Wasikowska) i która swoją wizytą wywoła totalny chaos i przewróci do góry nogami ustabilizowaną egzystencję głównych bohaterów. 

Jarmusch z premedytacją bawi się wampirzą konwencją, nonszalancko mieszając zarówno wszystkie oklepane stereotypy (wampiry są blade, stylowe, melancholijne, trochę pretensjonalne  i przypominają Lestata czy Louisa z "Wywiadu z wampirem") z własnymi pomysłami (ściąganie gościom rękawiczek jako rytuał powitalny gospodarza domu, czy krwawe lody, które wywołały wśród widowni paroksyzm śmiechu), a jednocześnie tworząc niepowtarzalną atmosferę, w której zanurza nas na 2 godziny. Tu trzeba wspomnieć, że zarówno strona wizualna (dopracowana w najdrobniejszych szczegółach) oraz muzyka są pełnoprawnymi bohaterami tej historii - główny motyw rozbrzmiewał mi w głowie jeszcze na długo po seansie i uważam, że soundtrack do tego filmu to prawdziwy majstersztyk. Oprócz tego reżyser niemal na każdym kroku wrzuca kolejne mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do literatury (*), muzyki, czy popkultury, a także snuje (raczej pesymistyczne) rozważania na temat ludzkiej egzystencji, współczesnych problemów społecznych i kierunku, w jakim zmierza świat (i ludzie, określani tu mianem "zombie"). 

Chyba w żadnym innym filmie o wampirach, istoty te nie zostały pokazane w tak...ludzki sposób - tu widzimy wyraźnie ich ból istnienia, wynikający być może z faktu obserwowania świata i zachodzących w nim od wieków zmian, a to, co do tej pory było podkreślane jako podstawowa zaleta wampirzego bytu, czyli życie wieczne, u Jarmuscha staje się czymś w rodzaju przekleństwa. 

"Tylko kochankowie przeżyją" to zarówno egzystencjalny dramat, ponadczasowa romantyczna love-story, jak i inteligentna komedia, w której humor podawany jest jednak na tyle subtelnie, że można go przeoczyć. Osobiście nie nazwałabym tego filmu arcydziełem, bo mimo mojej sympatii do nietypowych obrazów, zabrakło mi w nim czegoś istotnego, jakiegoś elementu scalającego tę historię i sprawiającego, że nie miałabym wrażenia oglądania wampirzej odsłony kanału National Geographic.   

Na zachętę fragment hipnotyzującego soundtracku wraz ze sceną z filmu:


Dla zainteresowanych - film będzie w kinach od najbliższego piątku, 7.03
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...