czwartek, 27 lutego 2014

Hurtowy wpis filmowy, czyli co ostatnio obejrzałam (nie w kinie) cz.1

Jeśli chodzi o moje recenzenckie wycieczki do kina, to staram się na bieżąco wrzucać tutaj opisy wybranych filmów, które wcześniej pojawiają się w serwisie filmosfera.pl 

Ponieważ jednak nie zawsze mam czas i wenę na pełną recenzję, a oglądam całkiem sporo, to od czasu do czasu będę także w skrócie wspominać tytuły, które obejrzałam w domu, a które uznam za warte polecenia. Z reguły będą to pozycje mniej popularne, może trochę starsze, bo mam słabość do kina niekomercyjnego i jeśli "zafiksuję" się na jakimś temacie/aktorze/kraju, to potem z reguły lecę całą listą z jednej szufladki - w ten sposób już nie raz zdarzyło mi się odkryć jakiś ciekawy i oryginalny film, na który pewnie nigdy nie trafiłabym standardową drogą :)
Kiedyś wrzuciłam już podobny post, więc jeśli macie chęć, możecie się z nim zapoznać TUTAJ. Teraz być może zrobię z tego coś w rodzaju bardziej rozbudowanego mini-cyklu. 

Moją obecną małą "fiksacją" jest Skandynawia i jakoś tak się złożyło, że te pozornie spokojne i chłodne klimaty, skrywające z reguły pod powierzchnią coś o wiele bardziej mrocznego i zepsutego, bardzo się wpasowują w mój obecny nastrój. Ponadto zarówno Duńczycy, jak i Szwedzi mają taki zestaw świetnych aktorów, że wystarczy właściwie obejrzeć dowolny film (najlepiej wychodzą im dramaty), a potem zbierając szczękę z podłogi, wypisywać sobie listę nazwisk do zapamiętania :)

Moja ostatnia odsłona skandynawskiej fascynacji zaczęła się od serialu Bron/Broen, o którym pisałam TUTAJ, potem przyszła pora na Den som draeber (Those Who Kill). 


Serial na pewno wart jest polecenia, chociaż jego tematyka nie jest aż tak oryginalna, żeby zwalać z nóg - to po prostu bardzo przyzwoicie zrobiony kryminał, z dwójką interesujących postaci w rolach głównych - na tyle interesujących, żeby Amerykanie zdecydowali się nakręcić własną wersję - w marcu ma się pojawić ona w tv (chociaż z tego, co widziałam, w przepastnym internecie już chyba jest), a w postać młodej policjantki po przejściach wcieli się Chloe Sevigny. To, co wyróżnia ten serial spośród innych, to momentami dość ciężka tematyka i ciekawe podejście (co widać zwłaszcza w ostatniej części, która funkcjonowała w duńskich kinach jako samodzielny pełnometrażowy film - mamy tam mordercę z ostrymi zaburzeniami psychiki, który został wcześniej wypuszczony ze szpitala i pozostawiony sam sobie, ponieważ lekarze uznali, że jego brutalne fantazje nie stanowią realnego zagrożenia - fabuła tej części koncentruje się w równym stopniu na kryminalnej zagadce, jak i społecznej dyskusji o trafności takiego postępowania) - zarówno od strony psychologicznej, jak i policyjnej. Trochę mnie ciekawi, na ile wierna oryginałowi będzie wersja amerykańska, ale mimo wszystko pozostanę przy Duńczykach, zwłaszcza, że bardzo lubię Jakoba Cedergrena, który gra współpracującego z policją psychologa.
Lubię go tak bardzo, że aż dwa z trzech filmów, o których wspomnę poniżej, to właśnie wycinki z jego filmografii. 

Pierwszy z nich to "Terribly Happy" z 2008 r., dziwny, klimatyczny film z gatunku neo-noir, który momentami odrobinę przypomina swoją gęstą atmosferą wczesne obrazy Davida Lyncha. Cedergren wcielił się w Roberta, policjanta, który za karę zostaje zesłany na głęboką prowincję, do małego miasteczka w Południowej Jutlandii, w którym po pierwsze nic nie jest takie, jak się wydaje, a po drugie gdzie mieszkańcy przyzwyczajeni są do załatwiania problemów na własną rękę. Mamy tu bitą znudzoną żonę, która stanie się katalizatorem kolejnych nieszczęśliwych wydarzeń, dziwną zamkniętą społeczność, w której obcy znikają w tajemniczych okolicznościach i wrzuconego w to wszystko niezrównoważonego outisdera. W skrócie - niby nic się nie dzieje, ale jednak kilka razy dostajemy fabułą po głowie i jeśli lubicie takie trochę "dziwne" obrazy, to polecam i ten tytuł. W dodatku jest tam powiązanie z rodzaju tych, które zawsze sprawiają mi przyjemność, a mianowicie w jednej z ról wystąpił Kim Bodnia (który z kolei gra główną postać w serialu Bron/Broen i z którym Jacob Cedergren spotkał się także w dwóch odcinkach Den som draeber). 


Drugi film to całkiem inny gatunek i kaliber. "Submarino" to przytłaczający dramat o bardzo dysfunkcyjnej, a nawet patologicznej rodzinie i o tym, jak to, co przeżywamy w dzieciństwie wpływa na nasze dorosłe życie. Ostrzegam lojalnie, że to jest bardzo ciężki film (zwłaszcza dla osób, które mają dzieci) i choć na samym końcu można się dopatrzeć czegoś w rodzaju małego promyczka nadziei, to jednak większość historii jest raczej dołująca. To opowieść o dwóch braciach, wychowywanych (chociaż w tym przypadku to słowo zdecydowanie na wyrost) przez matkę alkoholiczkę, którzy opiekują się swoim maleńkim braciszkiem. Spotykamy ich ponownie po wielu latach, obserwując jak tragedia z dzieciństwa odbiła się na ich życiu - jeden z nich ma problem z przystosowaniem się do życia w społeczeństwie, orbitując gdzieś na jego obrzeżach, spędzając dni na piciu i ćwiczeniach w siłowni, drugi wprawdzie dorobił się synka, którego kocha ponad wszystko, jednak jego słabość do narkotyków doprowadzi do kolejnego dramatu. Bracia spotykają się raz na pogrzebie matki, a następnie na krótko w więzieniu i właściwie na tym zakończę ten opis. Film wyreżyserował Thomas Vinterberg, który wyrobił sobie nazwisko po świetnym "Festen" (a ostatnio także rewelacyjnym "Polowaniu") i choć "Submarino" nie jest kręcony metodą dogmy, to realizm i smutek tej opowieści jest naprawdę uderzający. Polecam, jeśli macie nastrój na prawdziwy dramat, albo chcecie sprawdzić swoją emocjonalną odporność. 


Z nieskandynawskich ostatnio obejrzanych (z niezwykłym dla mnie poślizgiem) filmów, polecam także "Blue Jasmine", czyli ostatni obraz Woody'ego Allena. W.A. to jeden z moich ukochanych twórców i przyznam się, że jeśli chodzi o niego, to nie potrafię być obiektywna; w dodatku mam ogromną słabość do jego poważnych produkcji (jednym z moich ukochanych filmów wszechczasów jest "Wrzesień"), więc nie jest żadnym zaskoczeniem, że i Blue Jasmine mi się spodobała. Warto jednak wspomnieć, że TO NIE JEST KOMEDIA - wręcz przeciwnie, ten film jest tak depresyjny, jak tylko się da, zmusza do myślenia o naszym własnym życiu i tym, w jakim kierunku zmierzamy, więc niech nie zwiedzie Was nazwisko reżysera, ani materiały promocyjne, bo możecie przeżyć spore zaskoczenie! To mistrzowsko zagrana (zarówno przez Cate Blanchett, za którą będę trzymać kciuki podczas tegorocznych Oskarów, jak i fantastycznie partnerującą jej Sally Hawkins) i bardzo smutna historia mocno niestabilnej psychicznie Jasmine, która boryka się z nagłą i niespodziewaną utratą wszystkiego. Przez półtorej godziny obserwujemy jej mniej lub bardziej histeryczne zmagania z usuwającą się spod stóp ziemią i kolejne próby powrotu do równowagi, a jej bohaterka koncertowo przechodzi od wzbudzania naszej sympatii i współczucia, przez lekką niechęć, antypatię i irytację, aż po coś w rodzaju zabarwionego życzliwością politowania. Wiele osób porównuje kreację Blanchett do Blanche Dubois z "Tramwaju zwanego pożądaniem" i coś faktycznie w tym jest - obie kobiety są równie rozedrgane i na skraju załamania nerwowego i obie ogląda się z fascynacją, ale i przerażeniem. Dla mnie to jeden z lepszych filmów nakręconych w ostatnich latach przez mojego ulubieńca i polecam go z całego serca!

Nie wiem, czy Was zachęciłam, ale może mi się udało :) Znacie któryś z wymienionych przeze mnie tytułów? A może oglądaliście ostatnio coś ciekawego, o czym chcecie wspomnieć?  

poniedziałek, 24 lutego 2014

Moje lektury - kryminalnie Craig Russell

Trzymając się obietnicy pisania częściej (choć być może nieco mniej rozwlekle niż zazwyczaj, co w ostatecznym bilansie może wyjść Wam, moi mili czytelnicy na dobre i co na razie udaje mi się raczej średnio), chcę dziś wspomnieć o początku książkowej serii, w którą się wciągnęłam (zanim o niej zapomnę, również zgodnie z tym, o czym pisałam we wstępie do TEGO wpisu) :) 

Czytam właściwie non stop i przez to mam spory przerób (a od kiedy jestem posiadaczką Kindle, to ta ilość jeszcze się zwiększyła - nie wiem, czy też tak macie?). Dlatego często zdarza mi się, że po zakończeniu jednej książki, od razu zabieram się za kolejną, potem za następną i zanim się zorientuję, jestem już 10 tytułów dalej i nie pamiętam, o czym chciałam pisać :) 

Dlatego - dopóki pamiętam - dziś chcę Wam polecić autora, którego odkryłam jakiś czas temu i który na szczęście okazał się zarówno utalentowany, jak i pisarsko płodny (prywatnie może także, ale ten aspekt akurat mniej mnie interesuje) - tak więc stworzył całą serię z fajnym bohaterem, dzięki której mam zapewnioną rozrywkę na co najmniej kilka tygodni :) 

Autor, o którym piszę nazywa się Craig Russell i jest Szkotem (co zważywszy na umiejscowienie akcji jego powieści w Hamburgu, wcale nie jest takie oczywiste) z fiksacją na punkcie Niemiec (patrz uwaga o miejscu akcji). Do tej pory znany jest z dwóch niezależnych od siebie serii - napisał 6 tomów o niemieckim (a właściwie niemiecko-brytyjskim) detektywie Janie Fablu oraz 4 części o szkockim detektywie Lennoxie.  

Na razie jestem po lekturze dwóch pierwszych tomów z serii hamburskiej, którymi są "Krwawy Orzeł" oraz "Baśniowy Morderca" (znany także pod tytułem "Brat Grimm").  Od razu uprzedzam, że radzę zabierać się do lektury zgodnie z porządkiem serii, ponieważ poza wątkiem kryminalnym, książki zawierają sporo wątków pobocznych i nie zachowując kolejności, możemy się lekko pogubić (piszę z doświadczenia, bo sama zaczęłam od drugiego tomu i dowiedziałam się o części zdarzeń z poprzedniej książki odrobinę za wcześnie). 



Fabuła jak to fabuła w kryminałach/thrillerach zwykle bywa - trochę zawiła, a morderca jest zarówno szalenie inteligentny, jak i przebiegły i lubi wodzić policję za nos. Mnie osobiście chyba nieco bardziej przypadła do gustu ta z "Brata Grimm"/"Baśniowego Mordercy" (jak można się domyślić po tytule, morderca inspiruje się słynnymi baśniami zebranymi przez braci Grimm, a konkretniej ich oryginalnymi, nieprzerobionymi i makabrycznymi wersjami) - po pierwsze podoba mi się oryginalny pomysł, a po drugie autor z każdą kolejną książką się rozkręca i szlifuje warsztat. "Krwawy Orzeł" jest dla mnie trochę za bardzo skomplikowany, za dużo w nim wątków - ni to polityczno-społecznych, ni to historycznych, chociaż z kolei tu spodobały mi się odniesienia do nordyckiej mitologii. 

Tym jednak, co najbardziej mnie ujęło w tej serii, jest postać głównego bohatera, detektywa (tak naprawdę to ma on pozycję nadkomisarza) Jana Fabla, opisywanego jako "angielski komisarz", ze względu na swoje pochodzenie oraz nieskrywaną anglofilię. Przez to cały czas czuje się lekko "niedopasowany" do otoczenia i ma poczucie bycia outsiderem, co w zależności od okoliczności może być plusem, lub minusem. Lubię jego przemyślenia, sposób wiecznego analizowania wszystkiego, to że mimo wieloletniego doświadczenia, nadal przejmuje się swoją pracą i ofiarami i makabryczne morderstwa potrafią nim wstrząsnąć. Lubię jego stosunek do podwładnych, to jak stara się na swój sposób nimi opiekować, bez zbytniego angażowania się w ich życie prywatne. Doceniam także to, że nie jest on ani superbohaterem, ani zgorzkniałym nieudacznikiem (ok, wiadomo, że Harry Hole czy Wallander są absolutnie uroczy, ale przyznam się, że po kilkunastu książkach z niemal identycznymi wzorami głównej postaci miałam chęć na kogoś bardziej zwykłego i mniej pooranego przez życie). Widać, że postać ta została napisana z sympatią i taką samą sympatię wzbudziła we mnie. Dlatego po dwóch przeczytanych tomach, mam chęć na więcej - właśnie zaczęłam trzecią część, czyli "Eternal", a w kolejce czekają kolejne tytuły :)

Gwoli ostrzeżenia wspomnę jeszcze tylko, że opisy zbrodni w obu przeczytanych przeze mnie tomach (i jak się domyślam, w kolejnych pewnie także) są naprawdę drastyczne, dlatego może ci z Was, którzy mają słabsze żołądki, niech mają to w pamięci zanim zabiorą się za czytanie. Ja jestem zaprawiona w bojach i wycinanie płuc czy wyrywanie żeber nie robi na mnie specjalnego wrażenia (w książkach, rzecz jasna, bo jako wzrokowiec zdecydowanie mocniej reaguję na takie sceny w filmach - chociaż czytając, też potrafię je sobie dość barwnie zwizualizować), ale przyznaję, że niekoniecznie miałam ochotę na jedzenie w trakcie/tuż po owych lekturach :)

Tak dla pełnej informacji, podaję listę tytułów:
Seria z Janem Fablem: 
- Blood Eagle - 2005 - Krwawy Orzeł  (pl 2006) ,
- Brother Grimm -2006- Baśniowy Morderca/Brat Grimm (pl 2007/2011),
- Eternal -2007- Zmartwychwstały (pl 2013),
- The Carnival Master -2009,
- The Valkyrie Song - 2009 - Pieśń Walkirii (pl 2013), 
- A Fear of Dark Water - 2011, 

Seria z Lennoxem: 
- Lennox - 2009 - Lennox (pl 2012), 
- The Long Glasgow Kiss - 2010 - Długi pocałunek z Glasgow (pl 2013),
- The Deep Dark Sleep - 2011 - Długi kamienny sen (pl 2013),
- Dead Men and Broken Hearts - 2012,

Znacie tego pana?

Dla zainteresowanych, którzy nie śledzą bloga regularnie - TU poprzedni wpis z tego cyklu, o innej autorce kryminałów. 

czwartek, 20 lutego 2014

Serialowo-kryminalnie - o skandynawskim Bron/Broen

Ok, obiecałam, że postaram się częściej pisać, to macie :) Mój "problem" polega na tym, że interesuje mnie wiele rzeczy, bardzo różnych, w związku z czym właściwie ciągle coś czytam, oglądam, poznaję, sprawdzam, odkrywam etc., ale żeby uwzględniać to wszystko w moich zapiskach tutaj, musiałabym spędzać na bloggerze jakieś pół doby dziennie :) Dlatego też z reguły zanim zabiorę się do pisania, na tapecie mam już coś nowego, a to o czym miałam wspomnieć, wylatuje z pamięci. Nie wiem, czy i na ile uda mi się to zmienić, ale spróbuję tworzyć choćby krótkie wpisy na różne tematy bardziej na bieżąco, ot - choćby dla inspiracji. 

Dziś mam dla Was notkę o serialu, który choć nie jest z tych najnowszych (o takim* też będzie, ale za jakąś chwilę, bo czekam czy mój początkowy zachwyt się utrzyma - * mówię o hicie ostatnich tygodni, czyli "True Detective"), wciągnął mnie bez pamięci. 

Najpierw mała dygresja (to tak, żeby tradycji stała się zadość - powinnam sobie sprawić koszulkę "Królowa dygresji", skoro potrafię zrobić nawet dygresję od dygresji :)) Jak niektórzy z Was pewnie wiedzą, po pierwsze jestem wielbicielką kryminałów, ze szczególnym uwzględnieniem literatury skandynawskiej. Po drugie mam słabość (w teorii!) do seryjnych zabójców. Po trzecie uwielbiam seriale. Dlatego też tytuł, który zawiera wymienione elementy, ma u mnie na wejściu spore szanse i tak właśnie stało się ze szwedzko-duńskim serialem Bron/Broen (przetłumaczonym na polski jako "Most nad Sundem"). Do tej pory powstały 2 sezony, 3 ponoć jest w przygotowaniu. 



Nie będę się za bardzo rozwodzić nad samą fabułą, bo myślę, że ci, których tematyka zainteresuje, sięgną po ten tytuł i sami zadecydują, czy mają chęć zanurzyć się w tym nastrojowym, mrocznym, ale i chłodnym świecie. W ogromnym gąszczu wszelakich seriali, które są mniej lub bardziej nachalnie promowane, łatwo się zagubić, a tym bardziej nie jest łatwo znaleźć taki, który proponuje coś oryginalnego. Myślę, że "Bron/Broen" wyróżnia się pod tym względem. Już początek jest oryginalny - wszystko zaczyna się bowiem od tego, że na moście łączącym Danię ze Szwecją zostaje znalezione ciało kobiety - przy czym jest ono ułożone precyzyjnie w taki sposób, że jedna połowa znajduje się po stronie szwedzkiej, a druga po duńskiej - co automatycznie wymusza współpracę służb z obu krajów. Do grupy śledczej zostaje przydzielona Szwedka Saga Noren oraz Duńczyk Martin Rohde, którzy mimo początkowych zgrzytów, muszą znaleźć sposób na wspólne działanie. Taki jest punkt wyjścia. 


Dodatkowym "smaczkiem" (choć nie jest to chyba najlepsze określenie) i tym, co wyróżnia serial wśród innych, jest interakcja pomiędzy bohaterami. Saga bowiem cierpi na syndrom Aspergera (a ponieważ nigdzie nie jest to powiedziane wprost, wielu widzów na początku odbierało jej postać jako odpychającą i sztuczną oraz źle zagraną), który charakteryzuje się m.in. brakiem umiejętności odczytywania sygnałów niewerbalnych - jest ona więc jednocześnie świetną policjantką (dla której przestrzeganie reguł to świętość, ponieważ w przeciwnym przypadku świat pogrąża się w chaosie) i fatalną towarzyszką w życiu codziennym, jako że liczą się dla niej wyłącznie konkrety, a wszystko odbiera dosłownie - nie wyczuwa ironii, ani subtelności, nie docenia żartów, jest do bólu szczera i bezpośrednia, przez co często także okrutna i nieczuła. I właśnie ta relacja i wzajemne "uczenie się" od siebie Sagi i Martina, jest najmocniejszą stroną serialu. 


Zagadka kryminalna (zwłaszcza ta z pierwszego sezonu) także jest bardzo interesująca, a fabuła prowadzona w sposób, który naprawdę wciąga. W pierwszym sezonie mamy serię morderstw, które połączą się w logiczną całość dopiero w ostatnich odcinkach sprawiając, że śledzimy kolejne odsłony z autentycznym zainteresowaniem (mimo że obiektywnie oceniając, taka historia wydaje się raczej mało prawdopodobna - chociaż diabli wiedzą, co się kryje w skandynawskich głowach :)), drugi skupia się częściowo na problemach związanych z funkcjonowaniem współczesnego świata (ekologia, eksperymenty na zwierzętach, groźne wirusy etc.), ale także na skomplikowanych i często wypaczonych relacjach międzyludzkich. 
Dodatkowy plusem jest jeden z najlepszych i najmocniejszych finałów, jaki zdarzyło mi się oglądać (mam na myśli koniec pierwszego sezonu, chociaż cliffhanger w ostatnim odcinku 2 części również wcisnął mnie trochę w fotel). 


Podsumowując - jeśli ktoś lubi skandynawskie klimaty i fabułę, która daje do myślenia (a nie jest li tylko czystą rozrywką), to powinien poszukać tego tytułu. W sieci porównuje się go często do słynnego już Forbrydelsen (i amerykańskiej wersji The Killing), a także do brytyjskiego Broadchurch. Jeśli szukacie czegoś w równie mrocznych klimatach, to polecam także The Fall z fantastyczną Gillian Anderson (która nie wiem, jak to robi, ale z wiekiem pięknieje) i najładniejszym psychopatą ever, czyli Jamie'm Dornanem, a także duński Den som draeber (Those Who Kill, który również doczekał się już swojej amerykańskiej wersji, pewnie żywcem ściągniętej z oryginału), o którym także niedługo coś się tu pojawi. 

Jako ciekawostkę dodam, że na fali popularności, powstały dwie inne wersje - amerykańsko-meksykańska The Bridge (którą obejrzałam jako pierwszą i która moim zdaniem, choć całkiem niezła, nie umywa się do oryginału) oraz angielsko-francuska The Tunnel, którą raczej sobie odpuszczę, ze względu na to, że główny wątek i postaci są powieleniem znanej mi już historii.. 


A Wy lubicie takie trochę bardziej mroczne serialowe klimaty? Znacie/macie chęć poznać Bron/Broen? Lubicie europejskie filmy, czy raczej trzymacie się amerykańskich produkcji? 

PS Przy okazji muszę napisać o dodatkowej ciekawostce i małej zagadce, która nie dawała mi spokoju od pierwszego momentu - jestem trochę geekiem i dlatego często nie dają mi spokoju różne drobiazgi - podczas oglądania zaintrygowało mnie, w jaki sposób Martin, który jest Duńczykiem dogaduje się ze szwedzką ekipą, z którą przyszło mu współpracować i zaczęłam drążyć temat. W ten oto sposób dowiedziałam się (nie znam żadnego z języków skandynawskich, więc dla mnie była to kompletna nowość - dla lepiej obeznanych z tematem, pewnie będzie to oczywistość), że język duński i szwedzki są do siebie tak podobne (niektóre zdania różnią się między sobą np zaledwie jedną literą), że mieszkańcy tych dwóch krajów spokojnie mogą ze sobą rozmawiać - każdy po swojemu. Oczywiście są to dwa oddzielne języki, ale to trochę tak, jakby rozmawiały ze sobą osoby z różnych części tego samego kraju - w dwóch dialektach. Jak widzicie, nawet podczas rozrywki można poszerzyć swoją wiedzę ogólną :)) 

wtorek, 18 lutego 2014

Ulubione dodatki vol.4 - biżuteria od Mokave

Kiedyś byłam wielką fanką biżuterii. Do dziś mam taką kolekcję kolczyków, naszyjników i bransoletek, że często służę jako wypożyczalnia weselno-imprezowa dla moich koleżanek, które poszukują czegoś w konkretnym kolorze :) 
Sama jednak od dłuższego już czasu noszę jedynie wybrane dodatki, z czego większość jest na tyle uniwersalna, że pasuje po prostu do wszystkiego. Skłaniam się nie tyle ku totalnemu minimalizmowi, co raczej umiarkowanej prostocie i doceniam nieskomplikowane wzory (chociaż bardzo lubię też ciekawe i nieprzekombinowane "statement necklaces") i staranne wykonanie
Dlatego dziś będzie na szybko o dwóch dodatkach, które skradły moje serce i stały się takimi właśnie uniwersalnymi ulubieńcami, noszonymi przeze mnie zarówno do eleganckich sukienek, jak i prostych t-shirtów.

Dla porządku wspomnę, że TO NIE JEST wpis sponsorowany - za pokazywaną poniżej biżuterię zapłaciłam własnymi pieniędzmi, a pokazuję ją, bo uważam, że warto jest promować nasze rodzime talenty :) 

Pod nazwą Mokave kryje się młoda polska projektantka, której wzory od razu przypadły mi do gustu, do tego stopnia, że miałam problem z wyborem - ostatecznie postawiłam na coś, co wpadło mi od razu w oko :) 


Na złotym łańcuszku zawieszony jest szary agat, który idealnie pasuje do moich neutralnych szarych, czarnych, granatowych i białych ubrań. Naszyjnik jest długi i fantastycznie wygląda z prostą sukienką by Insomnia (która notabene też znajdzie się w moim zestawieniu ulubieńców, jeśli kiedykolwiek takie stworzę!). 



 W zależności od światła (i tła), kamień przybiera bardziej lub mniej fioletowy odcień. 


Ale tak naprawdę moja przygoda z Mokave zaczęła się od tej pastelowej bransoletki, którą noszę codziennie, uwielbiam i która zbiera nieustannie mnóstwo komplementów :)



Więcej wzorów projektantki znajdziecie na podlinkowanej stronie, lub w sklepie Pakamera. Ja na pewno skuszę się w przyszłości na coś jeszcze! 


Podoba Wam się taka biżuteria, czy lubicie zupełnie coś innego? Macie jakieś stałe elementy, z którymi się nie rozstajecie, czy zmieniacie dodatki, w zależności od humoru? U mnie na stałe obecna jest jeszcze moja srebrna, najprostsza z możliwych bransoletka z łańcuszków od Pandory (nie zaliczam się do fanek tych najpopularniejszych bransoletek modułowych), którą pokazywałam TUTAJ i to właściwie wszystko, co na siebie z reguły zakładam (z biżuterii, rzecz jasna, z biżuterii :)) 

sobota, 15 lutego 2014

Co ratuje moją skórę?

Wprawdzie pisałam już o tym nie raz, ale ponieważ nie każdy musi śledzić na bieżąco każdy z moich wpisów, powtórzę to dziś i będę pewnie powtarzać jeszcze niejeden raz. Mam bardzo wrażliwą cerę. Powiem więcej - jestem alergikiem, który od lat ma świadomość, że wiele kosmetyków drogeryjnych przynosi mi więcej szkody niż pożytku, dlatego bardzo uważnie dobieram produkty, które na siebie nakładam. Oczywiście nie zmienia to faktu, że i tak trafiam czasem na minę i potem borykam się całymi tygodniami z Atopowym Zapaleniem Skóry, które sprawia, że mam chęć wyrwać sobie z głowy wszystkie włosy. W dodatku niestety cierpię także na nietolerancję pokarmową, która również objawia się ATZ - normalnie ubaw po pachy, gdyby nie to, że często nie jest mi za bardzo do śmiechu. W dodatku wiele produktów, zarówno tych aptecznych, przepisywanych przez dermatologów, jak i kosmetycznych, reklamowanych jako te dla cery super i hiper wrażliwej, alergicznej i nie wiadomo jakiej jeszcze, w ogóle się u mnie nie sprawdza, a niektóre wręcz potrafią zrobić dodatkową krzywdę. 

Ostatnio udało mi się jednak stworzyć coś w rodzaju mojego mini zestawu ratunkowego, który nie raz już pomógł mi w podbramkowej sytuacji i dlatego chcę się tym z Wami podzielić, bo a nuż okaże się, że ktoś z Was boryka się z podobnym problemem i nadal szuka czegoś, co mu pomoże. Oczywiście pamiętajcie o tym, że produkty zawsze dobieramy do swoich indywidualnych potrzeb, bo każda z nas ma inną cerę, a także to, co jednej osobie będzie służyć idealnie, drugiej może zaszkodzić! Dlatego przestrzegam zarówno przed kupowaniem czegoś totalnie w ciemno, a po drugie przed sugerowaniem się wyłącznie reklamami, lub tym, co ktoś inny pisze na blogu - najpierw sprawdzamy składy oraz właściwości danego kosmetyku - wiem, że większość z Was doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale wiem także, jak łatwo jest w zakupowym "amoku" zapomnieć o tych ważnych rzeczach :) 

Produktów, o których chcę dziś napisać, nie jest dużo, właściwie można powiedzieć, że to taka garstka ulubieńców, dobranych autorską metodą prób i błędów, niekiedy odkrytych zupełnie przez przypadek. 


1. Na początek idzie czarne mydło afrykańskie African Black Soap z firmy Nubian Heritage, zamówione przeze mnie w sklepie iHerb. Jak widać na zdjęciu poniżej, zawiera ono m.in. popiół z palmy, ekstrakt z tamaryndowca (czymkolwiek on jest) oraz korę platanową, a także owies, aloes i witaminę E. 


Mydło pachnie bardzo delikatnie i bardzo ładnie (troszkę orientalnie), jest faktycznie calutkie czarne i przyznam się, że w tej grupie było dla mnie największym zaskoczeniem - odkąd używam go do mycia dłoni, moja skóra naprawdę dochodzi do siebie znacznie szybciej (a dodam, że przy podrażnieniu wcześniej musiałam unikać wody, która dodatkowo mnie wysuszała i sprawiała, że skóra pękała). Przetestowałam je także bardzo ostrożnie na twarzy i muszę powiedzieć, że też zauważyłam poprawę! Dlatego póki co - to moje odkrycie tego roku. 

2. Kolejnym odkryciem jest krem Mediderm, jak widać po nazwie - przeznaczony do pielęgnacji skóry z ATZ, łuszczycą czy egzemą. 


I tu ciekawostka - w momencie zaostrzenia mojego AZS, przy nałożeniu na skórę tego kremu, mam wrażenie, że ktoś oblał mnie właśnie żrącym kwasem, który wypala mi twarz - trwa to na szczęście tylko chwilę (upierdliwą, ale powiedzmy, że do przeżycia), a potem następuje długa ulga i autentyczna poprawa stanu skóry :) Przy remisji, krem nie daje aż takich spektakularnych efektów, ale dobrze nawilża i łagodzi podrażnienia. Jest bezzapachowy i tani i na mnie osobiście działa o niebo lepiej niż wszystkie inne apteczne maści, balsamy i elo-bazy. 


3. W okresach, kiedy moja skóra czuje się i wygląda nieco lepiej, lub też kiedy muszę wyjść do ludzi i wyglądać przyzwoicie (czytaj: nałożyć makijaż, który przetrwa cały dzień w mniej więcej nienaruszonym stanie), z pomocą przychodzi mi Emolientowy Krem Nawilżający od Pharmaceris. Jest bardzo delikatny, świetnie nawilża i nadaje się pod podkład. Czasem wymiennie stosuję jeszcze Krem Ratunek (który nie załapał się na zdjęcie grupowe, ale też jak najbardziej znajduje się w grupie ulubieńców!).  



4. Jeśli chodzi o dłonie, to od zawsze testuję jakąś szaloną ilość kremów - zawsze daję się skusić na coś nowego, czego czasem żałuję. Być może uda mi się zrobić za jakiś czas zestawienie aktualnie używanych przeze mnie produktów, z wyróżnieniem tych, które polecam. Wśród nich na pewno znajdzie się Hipoalergiczny Balsam do Rąk firmy Pat&Rub, który uwielbiam za działanie i skład, a nie cierpię za cenę i wydajność - sorry P&R, ale dla mnie regularna cena 39-45 zł za krem do rąk (który naprawdę zużywa się w błyskawicznym tempie) to po prostu zdzierstwo i naprawdę argumenty typu "za dobry skład trzeba płacić" etc. są dla mnie kompletną bzdurą.



5. Last but not least, dwa produkty, które stosuję zamiennie i z których jeden (Uriage) jest ze mną trochę dłużej, a drugi (Caudalie) został kupiony na wypróbowanie stosunkowo niedawno. 
O wodzie termalnej Uriage napisano i powiedziano już chyba wszystko i od siebie dodam tylko, że podpisuję się obiema rękoma pod wszelkimi peanami na jej temat - myślę, że tylko ten, kto nigdy nie borykał się z podrażnieniem skóry może się przyczepić do tego produktu i uznać go za coś zbędnego. Przedtem przetestowałam wiele innych wód termalnych dostępnych na naszym rynku i muszę powiedzieć, że po prostu sorry, ale odpadają w przedbiegach - nie tylko dlatego, że Uriage nie trzeba wycierać i można spokojnie zostawić ją na twarzy do wyschnięcia/wchłonięcia, ale przede wszystkim ze względu na to, że u siebie widzę zasadniczą różnicę w działaniu. Uriage koi. I tyle w temacie. 


Co do wody winogronowej od Caudalie, to na razie mogę powiedzieć dość ostrożnie, że wydaje się być dobrym zamiennikiem Uriage - co być może przyda się komuś, kto ma dostęp do jednej firmy, a drugiej np musi szukać. Moja skóra lubi ten kosmetyk, jest po nim wyraźnie odświeżona i zrelaksowana, a nawet ukojona. Jeśli w międzyczasie ulegnie to zmianie, nie omieszkam o tym wspomnieć :) 

Podsumowując, podkreślę raz jeszcze - to są kosmetyki, które sprawdzają się U MNIE, ze swojej strony więc szczerze je polecam, ale liczę się z tym, że ktoś może w komentarzu napisać, że coś u niego wywołało całkiem inną reakcję. Tak to już jest z kosmetykami, dlatego uważam, że zarówno w drogerii, jak i w aptece należy zachować czujność i nie dać się zanadto ponieść impulsom (no, chyba że jesteście szczęśliwcami i posiadacie skórę jak nosorożec, której nic nie zaszkodzi - wówczas życzę miłego eksperymentowania!) :))

Przyjemnego weekendu, mili moi! 

piątek, 14 lutego 2014

Filmowo o nietypowej miłości, czyli "Ona"

Walentynki to idealny dzień na wrzucenie mojej recenzji jednego z najciekawszych filmów o miłości, jakie zdarzyło mi się obejrzeć ostatnio (a może i kiedykolwiek) - jeśli jesteście ciekawi, co konkretnie o nim myślę, zapraszam do lektury, a po niej - do kina :) Wcześniej recenzja standardowo ukazała się na portalu filmosfera.pl


Co znaczy być człowiekiem? 
Co czeka nas w najbliższej przyszłości? 
Dokąd zaprowadzi nas nasze wszechogarniające uwielbienie dla nowoczesnych technologii? 
Tego typu pytania pojawiają się w głowach twórców dość regularnie i wystarczy przypomnieć sobie choćby na szybko "Łowcę Androidów", "Metropolis"czy jakikolwiek głośny tytuł z kategorii s-f, żeby uzyskać autorską wizję przyszłości, w której ludziom będzie towarzyszyć coraz lepiej rozwinięta sztuczna inteligencja. 

Oryginalny i słynący z raczej niekonwencjonalnych pomysłów reżyser Spike Jonze (znany szerszej publiczności m.in. z filmu "Być jak John Malkovich" czy "Adaptacja") postanowił pójść o krok dalej, aczkolwiek w nieco innym kierunku i pokazać nam świat, w którym potrzeba uczuciowej więzi staje się tak silna, że znikają bariery emocjonalne pomiędzy ludźmi, a komputerami. Rzeczywistość odzwierciedlona w filmie "Ona" to przyszłość, którą mamy w zasięgu ręki - właściwie samo uzależnienie od technologii pokazane na ekranie nie różni się niemal niczym od tego, co możemy obserwować obecnie wokół nas - ludzie nie rozstają się ze swoimi telefonami, odcinając się od otaczającej ich rzeczywistości, tyle tylko, że ich "design" jest odrobinę nowocześniejszy. 

A jednak "Ona" nie jest filmem o potencjalnych zagrożeniach wynikających z nadużywania nowoczesnych technologii, ani o inwazji "obcych". 

Paradoksalnie, to film o najbardziej ludzkim ze wszystkich uczuć. O Miłości. Przepięknej, zabawnej, wzruszającej, ale i smutnej miłości.

Chłopak i dziewczyna. Theodor i Samantha. Poznają się, rozmawiają, zakochują w sobie, jak wiele innych par przed i po nich.  Tyle tylko, że Theodor jest człowiekiem, a Samantha to komputerowy System Operacyjny. I tu największe zaskoczenie - albowiem to, co mogło pogrzebać tę historię i sprawić, że stanie się ona jakimś sztucznym pretensjonalnym tworem, jest jego najmocniejszym punktem - w pewnym momencie przestajemy bowiem myśleć o tym, że Samantha (w którą fantastycznie, choć bezcieleśnie wcieliła się Scarlett Johansson) nie jest człowiekiem, tylko sztuczną inteligencją, ale skupiamy się wyłącznie na rozwijającym się uczuciu pary bohaterów. 

Ten film został błyskawicznie okrzyknięty przez wielu najlepszym obrazem 2013 roku i wszędzie roi się wręcz od jego entuzjastycznych recenzji - ja jednak podkreśliłabym mocno, że to nie jest film dla wszystkich. Myślę, że aby właściwie go docenić, należy mieć specyficzną wrażliwość, umiejętność otwarcia na coś innego i zajrzenia pod powierzchnię. Gdyby opisywać filmy według kolorów, "Ona" byłaby pastelowo-przezroczysta, dlatego namawiam wszystkich tych, którzy szukają w kinie mocnych wrażeń (i scen) oraz wbijającej w fotel akcji, aby dwa razy zastanowili się zanim wybiorą się (lub pozwolą zabrać) na ten seans. Pozostali mogą już planować walentynkowy wypad do kina! 

Już pierwsze sceny ujmują swoją subtelnością i ciężkim do przekazania na piśmie urokiem - w momencie kiedy poznajemy Theodora, samotnego pisarza, który realizuje się w tworzeniu przepięknych, poetyckich listów w imieniu innych ludzi, wzbudza on naszą natychmiastową sympatię. Widzimy jego wrażliwość i problem z pogodzeniem się ze stratą bliskiej osoby, razem z nim obserwujemy świat, w którym ludzie zamiast ze sobą, rozmawiają ze swoimi komputerami, widzimy i czujemy wręcz pogłębiającą się izolację. Może dlatego w momencie, kiedy Theodor decyduje się na zakup najnowszego wynalazku, jakim jest samoewoluujący system operacyjny, choć przeczuwamy, że na dłuższą metę nic dobrego nie może z tego wyniknąć, mimo wszystko kibicujemy mu z nadzieją na happy-end. W tym momencie muszę powiedzieć, że bez Joaquina Phoenixa ten film nie byłby tym, czym się stał - tak naprawdę to on dźwiga całą tę historię na swoich barkach i uwiarygodnia ją swoją niesamowitą grą. Bardzo łatwo byłoby "przedobrzyć" i sprawić, że postać Theo nabrałaby cech wyizolowanego dziwaka, lub sentymentalnego głupca - jednak Phoenix przez bite dwie godziny ani razu nie przeskakuje zanadto w żadną stronę - cały czas leciutko balansując na granicy tych dwóch światów. Warta uwagi jest także chemia pomiędzy nim, a głosem Scarlett Johansson, która - choć pozbawiona ciała, nadaje Samancie tyle inteligencji i uroku, że widz bez problemu jest w stanie uwierzyć w rodzące się pomiędzy tą dwójką uczucie. 
Niemniej ważne są tu pozostałe postaci kobiece, za sportretowanie których reżyserowi należą się oddzielne brawa - niełatwo jest bowiem stworzyć dwie drugoplanowe bohaterki, które pojawiają się sporadycznie (jedna w większości w scenach retrospekcji), ale jednocześnie pozostają pełnowymiarowymi postaciami. Zarówno Amy (grana bardzo subtelnie przez Amy Adams) w roli troszkę dziwacznej, ale bardzo sympatycznej i ciepłej przyjaciółki Theodora, jak i jego była żona Catherine (w którą wcieliła się Rooney Mara), wydobywają w swoich scenach pełnię charakteru portretowanych przez siebie kobiet i idealnie zgrywają się z postacią głównego bohatera. 

Mimo to ten film to przede wszystkim mistrzowski koncert rozgrywany pomiędzy Phoenixem, a Johansson - jej Samantha to bezcielesna istota o mentalności i ciekawości dziecka - jej zachwyt światem ("oglądanym" i poznawanym za pośrednictwem Theodora) i umiejętność błyskawicznej nauki i przyswajania wszelkich informacji, a także analizowania ich i wyciągania wniosków mogłaby być przerażająca, gdyby nie została pokazana z taką sympatią i ciepłem. Subtelność, z jaką Jonze prowadzi swoich aktorów, a wraz z nimi i nas, widzów, poprzez tę historię sprawia, że "Ona" jest filmem, który zostaje w głowie na długo po zakończonym seansie. 

Myślę, że to też jest jedna z jego mocnych stron - to, że część osób zada sobie pytania, od których rozpoczęłam tę recenzję, dla innych będzie to swego rodzaju ostrzeżenie przed kierunkiem, w jakim zmierza świat, jeszcze inni (w tym ja) zadowolą się po prostu jedną z najpiękniejszych love-story, jakie przyszło im oglądać. I na tym właśnie, drodzy czytelnicy, polega magia kina. I za tę Magię (przez duże M) dziękuję Ci, Spike'u Jonze! 

czwartek, 13 lutego 2014

Tea Time cz.4

Poprzednie odsłony tej mini-serii można było zobaczyć TU, TU i TU. Po kilku miesiącach nadeszła pora na małą aktualizację, jako że licho nie śpi, a wraz z nim również i moja herbatomania. Nieustannie bowiem szukam nowych smaków i producentów, przekopując się przez wpisy na blogach, oferty sklepów, Instagram i wiele innych stron w poszukiwaniu herbacianych inspiracji.

Kiedy uda mi się znaleźć smak, który mnie zaciekawi, a ponadto herbata spełnia jeszcze kilka innych warunków (najlepiej jeśli jest ziołowa, lub zielona, organiczna, albo ma w sobie dodatek lawendy), wówczas jest spora szansa, że się na nią skuszę. W ten oto sposób moja kolekcja powiększyła się w ciągu ostatnich miesięcy o następujące produkty: 


1. Herbaty ziołowe amerykańskiej firmy Celestial Seasonings kusiły mnie od jakiegoś czasu i w końcu zdecydowałam się zamówić kilka rodzajów na spróbowanie. Z trzech smaków najbardziej do gustu przypadła mi wersja śliwkowa oraz waniliowa, ta pierniczkowa (z nazwy), po której wiele sobie obiecywałam, okazała się niczym specjalnym.


Jak widać na poniższych zdjęciach, ich skład jest bardzo zachęcający, chociaż oczywiście nazwa, a zawartość to jak często bywa - dwie różne rzeczy (w herbacie śliwkowej na pierwszym miejscu jest...hibiskus) :) 
Sugar Plum Spice, czyli moja ulubiona śliwka z przyprawami:


Sleepytime Vanilla, czyli uspokajająca przed snem wanilia:

oraz pierniczkowa Gingerbread Spice:

Wszystkie herbaty są bezkofeinowe, więc można je spokojnie pić o dowolnej porze, są także bezglutenowe i mają dość mocny, charakterystyczny słodki smak, więc jeśli ktoś lubi ciężkie, wytrawne napoje, to pewnie te powyższe mu nie posmakują. 

2. Następne w kolejności są te oto pudełeczka: 


O tym, że bardzo lubię Yogi Tea już wspominałam, poza tym mam sporą słabość do lawendy, więc wiadomo, że herbata z miodem i lawendą musiała się znaleźć w mojej szafce! 


Z kolei Breakfast in Paris firmy Stash urzekła mnie swoim opakowaniem. Smakowo i składowo przypomina Earl Greya z dodatkiem lawendy, którego udało mi się kiedyś upolować. 


Biała herbata z dodatkiem lawendy Tea of Life to ciekawostka dla miłośników białej herbaty :) Przyznam się, że ja się dopiero oswajam z tym smakiem, na razie mam mieszane uczucia (mówię ogólnie o białej herbacie, nie o tej konkretnej). Na pewno jest delikatna, a to dla mnie zawsze plus, bo bardzo nie lubię mocnych naparów. 


3. Na koniec zostawiłam dwie ciekawostki - mimo że na ogół pijam herbaty ziołowe lub zielone, lubię także Earl Grey i Chai Tea Latte. A ponieważ ciągnie mnie również do wszystkiego, co ma w sobie dynię, nie mogłam przejść obojętnie obok tego smaku :) 


Twinings Chai Pumpkin Spice to mój ulubieniec tej zimy - uwielbiam popijać ją z dodatkiem "mleka" roślinnego i delektować się jej korzenno-dyniowym aromatem i smakiem. Żałuję tylko, że ciężko ją zdobyć (moja przyleciała aż zza oceanu, bo nie mogłam jej znaleźć nigdzie bliżej :(). 

Z kolei rumiankowa teapigs to spełnienie mojej zachcianki z TEGO WPISU - Mikołaj wziął sobie do serca moją miłość do herbat z rumiankiem i dorzucił pod choinkę zestaw z całymi koszyczkami rumianku - muszę powiedzieć, że mimo dość wysokiej ceny, ta herbatka jest fantastyczna i naprawdę czuć różnicę w smaku! Oszczędzam ją sobie na specjalne okazje, kiedy naprawdę potrzebuję wyciszenia i mogę sobie ją zaparzyć w spokoju, żeby w pełni docenić jej smak :)  

Oczywiście herbat w mojej kolekcji jest o wiele więcej - są wśród nich takie, które uzupełniane są przeze mnie regularnie (jak np Pukka, od której jestem uzależniona), czy ziołowa i zielona herbata od Marks&Spencer. Inne zmieniają się co jakiś czas, zgodnie z tym, co napisałam na początku - ciągle poszukuję nowych smaków i kiedy odkrywam coś ciekawego, zostaję przy tym na dłużej, z kolei pozostałe smaki stają się ciekawymi, ale jednorazowymi przygodami. 

Jeśli macie do polecenia jakieś ciekawe herbaty, to wpiszcie je w komentarzach - będę wdzięczna! 

sobota, 8 lutego 2014

Jesienno-zimowi ulubieńcy lakierowi

Zgodnie ze wspomnianym przeze mnie ostatnio postanowieniem zamieszczania tematycznie zróżnicowanych postów, dziś będzie coś dla lakieromaniaczek, czyli jak widać po tytule posta - zestawienie moich ulubionych lakierów jesienno-zimowych. Wyraźnie piszę MOICH, bo wiem, że po pierwsze lakieromaniaczki dzielą się na te, które różnicują odcienie ze względu na porę roku oraz te, które tego nie robią, przy czym obie grupy uważają, że ta druga postępuje kompletnie bez sensu, a po drugie ogólnie dobieranie kolorów to kwestia czysto subiektywna i ja np nie znoszę (i nie noszę) na moich paznokciach zieleni, żółci, ani fioletu (chociaż z tym ostatnim jestem najmniej radykalna), ale wiem też, że jest sporo osób, które w ten sam sposób podchodzą do uwielbianych przeze mnie od niedawna granatów i nie chciałabym ani nikogo przekonywać, że to ja mam lepszy gust, ani też być o tym przekonywana przez jakiegoś uparciucha :)

Poza tym w pierwotnym planie miało być 5 lakierów, ale jak widać, trochę mi się w międzyczasie buteleczki rozmnożyły i ostatecznie wyszło 9, bo z żadnej nie chciałam zrezygnować. Powiem więcej - już po zrobieniu zdjęć i wpisu przypomniałam sobie jeszcze o co najmniej dwóch, które przecież też lubię i noszę, ale cóż - widocznie tak miało być i spóźnialscy może załapią się na kolejną odsłonę tego posta :)

Ok, tyle słowem wstępu, czas na pokaz. 

Tak wyglądają wszyscy szczęśliwcy razem. Jak widać, jestem raczej monotematyczna pod względem producentów, ale zanim na czyichś ustach pojawi się określenie "snobka", powiem tylko tyle - jeśli ktoś kiedykolwiek miał do czynienia z reakcją alergiczną na kosmetyk, ten będzie siedział cicho, a reszcie życzę, aby nigdy Was to nie spotkało. Okazuje się bowiem, że nawet te lakiery, które teoretycznie nie zawierają najszkodliwszych składników (a wśród firm produkujących takie kosmetyki niestety znajduje się m.in. Models Own, na której się srodze zawiodłam!), mogą wywoływać podrażnienie skóry. W moim przypadku najbezpieczniejsze okazały się właśnie Essie oraz OPI, co zresztą mnie cieszy, jako że naprawdę lubię ich produkty. 


A poniżej macie rozpiskę, jak prezentują się poszczególne odcienie - oczywiście przed potencjalnym zakupem i tak zachęcam Was do dokładnego obejrzenia mnóstwa zdjęć w przeglądarce, ponieważ czeluści internetu mają to do siebie, że można w nich znaleźć WSZYSTKO (a czasem nawet więcej niż byśmy chcieli) i naprawdę warto sprawdzać jak dany odcień prezentuje się w różnym świetle i np przy różnych karnacjach. 
Mimo przyznanych im numerków, kolejność jest totalnie przypadkowa. 


Oczywiście doskonale wiem, że dla niewprawnego oka poniższe trzy lakiery mogą wydawać się IDENTYCZNE, ale zapewniam Was, że wcale tak nie jest :) To, za co je uwielbiam to fakt, że żaden z tych kolorów nie jest tak naprawdę typowym granatem - BfB niekiedy wpada w szarość, ASBB potrafi przypominać czerń, a MYM jest taką trochę wypadkową obu pozostałych (najbliżej jest mu do BfB, więc jeśli ktoś nie jest kompletnym lakierowym freakiem, to pewnie spokojnie wystarczy mu jeden z tych odcieni). 


Kolejne trzy kolory to pewnie żadne zaskoczenie, bo takie barwy mi osobiście bardzo kojarzą się z jesienią, a zimą noszę je trochę z rozpędu (i żeby nie było tak strasznie mroczno). Wszystkie są bardzo eleganckie, klasyczne i może dla niektórych trochę nudnawe (chociaż to też subiektywna ocena) :) 


Wśród trzech ostatnich wybrańców są aż dwaj moi ulubieńcy i akurat przy tych odcieniach bardzo Was namawiam do poszukania zdjęć na paznokciach, bo warto! Mówię o Sable Collar (który "wziął" mnie kompletnie z zaskoczenia i przyznam się, że już dawno nie byłam aż tak oczarowana żadnym kolorem - nosiłam go właściwie non stop przez cały miesiąc, co zdarza mi się naprawdę rzadko!) oraz My Private Jet, które należą do lakierów-kameleonów, zmieniających się w zależności od światła - bardzo ciężko jest więc uchwycić ich faktyczną barwę, jak i opisać je w sensowny sposób - najlepiej sprawdzić na sobie :) 


a Wy co najchętniej nosiłyście na paznokciach ostatniej jesieni i (ciągle) aktualnej zimy?


Przy okazji chciałam się także spytać Was, czy macie jakieś specjalne życzenia odnośnie blogowych postów? Bo oczywiście przede wszystkim staram się pisać o tym, co interesuje mnie i o czym sama lubię czytać, z nadzieją, że temat okaże się w miarę ciekawy także dla kogoś jeszcze, ale może chodzi Wam po głowie coś, co chcielibyście tu zobaczyć? 

środa, 5 lutego 2014

Filmowo - Tajemnica Filomeny

Tadam! Mili moi - dziś kolejny post recenzyjny - ale niech ci z Was, którzy nie przepadają za oglądaniem filmów w obłędnych ilościach nie rwą jeszcze włosów z głów - niedawno ambitnie zrobiłam sobie plan blogowania (o, tak - jakkolwiek niewiarygodnie by to nie brzmiało w moim wypadku) i mam całą rozpiskę, co, kiedy i po co zamierzam tu wrzucać :) Tak więc będzie znowu (oby!) trochę o wszystkim (i trochę o niczym :))
Oczywiście przy wdrażaniu tegoż planu w życie wiele może się zdarzyć, ale póki co - bądźmy dobrej myśli!

A tymczasem zapraszam Was do lektury mojej mocno entuzjastycznej recenzji, którą niektórzy mogli widzieć już  w serwisie Filmosfera TUTAJ :)


Z pewnością nie raz spotkaliście się ze stwierdzeniem, że "najlepsze scenariusze pisze życie". To jeden z tych truizmów, które od czasu do czasu powtarzamy bezmyślnie aż do znudzenia, nie zastanawiając się głębiej nad jego znaczeniem. A jednak oglądając filmy takie jak "Tajemnica Filomeny", to banalne zdanie nagle urasta do rangi objawienia i po zakończonym seansie mamy wręcz chęć zaciągnąć do kina wszystkich naszych znajomych, a także przypadkowe i nieświadome niczego osoby, które mijamy na ulicy. Są po prostu takie historie, których nie chcemy zatrzymywać wyłącznie dla siebie, ale którymi chcemy się dzielić. Opowieść o Filomenie z pewnością należy do tej kategorii.

Magia opowiadanej historii opiera się na zestawieniu dwójki głównych bohaterów, którzy nie mogą się od siebie bardziej różnić - Filomena Lee (genialnie zagrana przez Judi Dench, która zresztą za tę rolę otrzymała nominację do Oscara) to prostolinijna i nieco naiwna (ale jednocześnie o zaskakująco nowoczesnych poglądach, uzasadnianych tym, że przez 30 lat pracowała jako pielęgniarka) Irlandka, dla której oparciem nawet w najcięższych chwilach jest jej wiara. Martin Sixsmith z kolei (w którego wcielił się Steve Coogan) to inteligentny i cyniczny dziennikarz, zmagający się z zawodowym kryzysem, dla którego znajomość z Filomeną miała być wyłącznie zleceniem i szansą na znalezienie lukratywnego zajęcia po publicznym upokorzeniu, jakiego doznał. Tę specyficzną parę połączyła ze sobą niezwykła historia, która wydarzyła się naprawdę - w latach 50. nastoletnia Filomena zaszła w ciążę, po czym została oddana przez rodzinę do Opactwa Roscrea, w którym wraz z innymi dziewczętami w podobnej sytuacji miała odpracować wydatki, jakie poniosły zakonnice przygarniając ją pod swój dach i udzielając pomocy.

Po urodzeniu dziecka, młodej matce pozwalano spędzać z nim zaledwie godzinę dziennie, po czym po kilku latach przekazano jej syna (bez konsultacji z nią) do adopcji przez amerykańską rodzinę. Innymi słowy - sprzedano zarówno synka bohaterki, jak i wiele innych dzieci, uniemożliwiając nieletnim matkom zarówno jakikolwiek kontakt z odebranymi dziećmi, jak i możliwość odszukania ich po latach. Filomena nosiła w sobie tę tajemnicę przez 50 lat, przekonana zarówno o swoim grzechu, jak i hańbie, jaką przyniosła swoim postępowaniem. Dopiero pod koniec podróży z Martinem, do której doszło przez przypadkowe spotkanie, zmieniła swoje nastawienie i doznała czegoś w rodzaju katharsis, chociaż muszę powiedzieć, że biorąc pod uwagę wszystko, przez co przeszła, jej dar wybaczenia wydaje się czymś nieprawdopodobnym.

Można powiedzieć, że "Tajemnica Filomeny" to nietypowy film drogi - ta przedziwna para - przygarnięta przez zakonnice, zaczytująca się w tanich romansach Irlandka i przyzwyczajony do obracania się w wyższych sferach inteligent, wyruszają na poszukiwanie zaginionego przed laty syna, mozolnie pokonując kolejne mury niechęci, zarówno tej irlandzkiej, uosabianej przez (wyjątkowo niesympatyczne) zakonnice, jak i amerykańskiej, reprezentowanej przez przyrodnią siostrę i partnera poszukiwanego mężczyzny oraz wszechobecną biurokrację.

Oczywiście oceniając film wyłącznie po opisie, należałoby wyobrazić sobie łzawą i pretensjonalną historię, która może i chwyta za serce, ale jednocześnie wywołuje u widza wyrzuty sumienia i ból głowy. Nic bardziej mylnego! Tu oklaski zbiera przede wszystkim Steve Coogan, który wraz z Jeffem Pope stworzył wyjątkowy scenariusz i zbudował wokół tej historii niezwykle ciepły i wzruszający klimat. Oprócz tego zarówno on, jak i reżyser Stephen Frears (znany kinomanom m.in. z kultowego obrazu „Niebezpieczne związki” czy „Królowa”) wycisnęli z relacji dwójki bohaterów tyle ciepłego humoru, że mimo ciężaru całej tematyki, film po prostu oczarowuje i momentami autentycznie bawi (jak choćby w uroczych scenach streszczania kolejnego strasznego romansidła przez zafascynowaną Filomenę i próby zainteresowania szmirowatą powieścią zaskoczonego Martina). I wzrusza, co oczywiście po wszystkim, co napisałam wyżej, nie powinno nikogo dziwić. Z tym, że nie jest to "tanie" wzruszenie, a my w trakcie seansu nie czujemy się emocjonalnie zmanipulowani - to co mnie ujęło najbardziej, to niesamowite wyważenie i takt, z jakim poruszają się twórcy oraz brak jakiejkolwiek sugestii, która z postaci ma "lepsze" podejście - Filomena i Martin reprezentują dwie skrajności, ale widz sam dokonuje wyboru, która z dróg jest mu bliższa i dlaczego. Wiara katolicka przedstawiona w tym filmie także ma dwa oblicza - jedno to bezduszna i arogancka zakonnica, która w swojej pysze nie potrafi nawet po wielu latach przyznać się do błędu, uważając, że jedyną osobą, która ma prawo ją osądzać, jest Bóg (sic!), na drugim natomiast biegunie mamy czystą i ufną Filomenę, która pomimo chwilowej słabości, ostatecznie zdobywa się na akt wybaczenia bez cienia wahania. To piękna scena, zresztą jedna z wielu, bo gdybym miała zabrać się do opisania wszystkich momentów, które chwyciły mnie za serce i sprawiły, że miałam chęć przytulić się do przypadkowego widza siedzącego obok mnie, musiałabym szczegółowo zrelacjonować co najmniej połowę filmu.  

Dlatego zamiast tego napiszę - zanotujcie sobie koniecznie w kalendarzu datę 21 lutego, bowiem wtedy będzie miała miejsce polska premiera "Tajemnicy Filomeny" i koniecznie zarezerwujcie bilet do kina! Nie z uwagi na kontrowersyjny temat, czy poruszane kwestie wiary, ale ponieważ jest to po prostu kino najwyższej klasy i poruszająca historia, którą szkoda byłoby przegapić w zalewie lepiej rozreklamowanych tytułów. 
A prawdziwa Filomena, zaskoczona niezwykłym odzewem na całym świecie, niedawno założyła fundację na rzecz pomocy kobietom w podobnej sytuacji, które próbują odnaleźć swoje zaginione przed laty dzieci. Jak widać - życie pisze także niezłe epilogi... 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...