niedziela, 24 listopada 2013

Moja Warszawa - Targi Rzeczy Ładnych - Warszawa 23-24 listopada 2013

1. Lubię ładne rzeczy.
2. Lubię fajne nazwy.
3. Kocham kubki (i inne duperelki).


Oto trzy powody, dla których nie mogłam sobie odpuścić wizyty na Targach Rzeczy Ładnych, które odbywają się w ten weekend w Soho Factory na warszawskiej Pradze.
Moment świetny, zwłaszcza że Święta za pasem, a jestem zdania, że zawsze fajniej jest dostać (lub podarować) coś trochę bardziej oryginalnego niż rodem z którejś z sieciówek - można także (tak jak ja) zrobić mały prezent samemu sobie i rozjaśnić trochę szarobury dzień :)


W wielkiej hali na otwartej przestrzeni można było wybierać pomiędzy meblami, dodatkami, ręcznie robionymi akcesoriami, lampami etc. 

Była porcelana klasyczna (poniżej firma Kalva, na stoisku której w końcu udało mi się kupić upatrzony dawno temu kubek :) 


Była także nieco mniej klasyczna w kształcie...


I coś dla wielbicieli stylu retro :)


Były cudne meble dla dużych:



...i dla całkiem małych (na zdjęciach poniżej widać pokoiki dla lalek, wykonane z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów - był także fantastyczny dom dla lalek!)



W strefie grafiki można było obejrzeć i/lub kupić świetne plakaty na ścianę, dodatki oraz kultowy już chyba kalendarz Pan Kalendarz :) 




Z całą pewnością nietrudno było tam znaleźć coś dla siebie - poniżej trochę różnych drobiazgów:

KOOOTY (Fram, poznajesz Diablo?) :) 

genialne sowy :) 

drewniane różności

coś dla wielbicieli psiaków :)



I stoisko, przy którym krążyłam najdłużej (ta "optyczna" tablica mnie urzekła, ale niestety ostatnią sztukę sprzątnął mi dosłownie sprzed nosa ktoś czujniejszy), z fajnymi warszawskimi bibelotami.

Podsumowując - super pomysł, fajnie było pooglądać rzeczy zrobione przez bardziej uzdolnionych manualnie ode mnie i odkryć, że ciekawe wnętrze nie tylko dla mnie to niekoniecznie takie, w którym dominują oklepane dodatki z Ikei*. 

*do Ikei jako takiej nic nie mam, powiem więcej - lubię ten sklep, ale dużo bardziej doceniam wysiłek osób, które starają się nadać swoim mieszkaniom indywidualny styl, bawiąc się trendami, a nie kopiując popularny katalog :)

A jak jest z Wami - lubicie takie imprezy? Szukacie niebanalnych prezentów i dodatków? Czy kompletnie nie kręci Was ta tematyka i wolicie wnętrza proste, bez żadnych designerskich "udziwnień"? 

piątek, 22 listopada 2013

Koncert życzeń :)

Zaczynamy paracytatem z "Psów", bo tak mi się jakoś skojarzyło, no i uważam, że właściwie każdy pretekst jest dobry, żeby sobie przypomnieć teksty wypowiadane od niechcenia (ale jakże znaczące!) przez Franza Mauera vel Bogusława Lindę, a potem przez całe pokolenie jego wielbicieli i "wannabes". 

Ale niech Was nie zwiedzie ten enigmatyczny wstęp - sam post ma się do "Psów" jak marchewka do latawca (czyli nijak) - albowiem w odpowiedzi na specjalne życzenie, postanowiłam pokazać Wam dziś fragmenty mojego mieszkania. Czyli taki post trochę o niczym, ale może należycie do tej samej kategorii dyskretnych podglądaczy co ja i lubicie podpatrywać mimochodem różne szczególiki z życia mniej lub bardziej prywatnego :)
Poz tym znamy się już trochę, więc czuję, że mogę was zaprosić do siebie. A jeśli spodoba Wam się ta krótka wycieczka, to może kiedyś powtórzymy tę przygodę. 

Zapraszam więc, ale lojalnie uprzedzam, że może nastąpić u Was przesyt zdjęciowy. Oraz ból karku, ponieważ nie mam pojęcia czemu postanowiłam zabawić się edytorem i przerobić zwykłe zdjęcia na "polaroidy" - wybaczcie!
Aha, no i mojego mieszkania raczej nie da się zaliczyć do tych urządzonych w stylu minimalistycznym :)

Ok, opanowawszy wrodzony słowotok, płynnie (bardzo) przechodzimy do konkretów: 
Na wejściu wita Was duża reprodukcja mojego ulubionego obrazu, czyli Nighthawks Edwarda Hoppera oraz fragment salonu w tle :) 


Tu kolejny fragment tegoż salonu (i bardzo wyraźnie widoczny brak minimalizmu, o którym wspominałam na początku). 


Książki, książki, książki...




I żeby Was nie zanudzić na śmierć, trochę detali z różnych zakątków mieszkania:
Świeczki: 


Część ulubionych filmów:


Inne:




I na koniec mały bonus dla cierpliwych - fragment mojej łazienki, która zdecydowanie wzbudza najgorętsze uczucia we wszystkich moich gościach :) Nie wiem, czy to przez ten róż na ścianach, czy retro pocztówki z roznegliżowanymi paniami :)


Mam nadzieję, że przeżyliście. 
I nie uciekliście z krzykiem. 
I będziecie nadal do mnie zaglądać :)

Miłego piątkowego popołudnia i wieczoru, kochani! 

wtorek, 19 listopada 2013

Aaa, kotki dwa....

Dziś będzie post o ... spaniu. Jak zapewne doskonale wiecie, sen jest jednym z najważniejszych sprzymierzeńców naszego zdrowia i urody, a jednak często o tym zapominamy i wolimy skupiać się na naprawianiu skutków jego niedoboru. 

To, ile śpimy, jest dyskusyjne - są bowiem osoby, którym do pełnej regeneracji wystarcza 5 godzin i gdybyśmy zmusili je do "odbębnienia" zalecanych pełnych 8 lub nawet 9 godzin, to następnego dnia mogłoby się to odbić negatywnie na ich samopoczuciu - pewnie dobrze znacie ten stan, kiedy spaliście za długo i przez kilka godzin organizm dochodził do siebie - tak więc nie odkryję Ameryki twierdząc na początku, że odpowiednią ilość snu każdy powinien dobrać do własnych potrzeb, nie przesadzając w żadną stronę
Warto jednak zadbać o to, aby codziennie (w miarę możliwości) kłaść się o podobnej porze. 


Równie ważne są jednak warunki, w jakich śpimy i to o tym chciałabym dziś napisać. 

Paradoksalnie, jestem osobą, która cierpli na cykliczną bezsenność (mam syndrom nieustannie pracującego mózgu, który staje się problematyczny zwłaszcza w okresach, kiedy jestem narażona na większy niż zazwyczaj stres), ale może właśnie z tego powodu przywiązuję dużą wagę do odpowiednich przygotowań do nocnego odpoczynku. Ponadto może na koniec okaże się, że będziecie chcieli dodać od siebie coś, co pomoże zarówno mnie, jak i innym borykającym się z bezsennością. 

 
Zatem do rzeczy - poniżej znajdziecie listę tego, co jest moim zdaniem niezmiernie ważne, aby naszą noc zaliczyć do udanych: 

1. O wygodnym, dopasowanym do nas łóżku i (a zwłaszcza) materacu, nie będę pisała zbyt wiele, bo to oczywiste - spędzamy na nim sporą część naszego życia, dlatego uważam, że powinniśmy postarać się o najlepszy, na jaki nas stać. To samo odnosi się do poduszki - wie o tym każdy, kto choć raz cierpiał rano na ból karku i kręgosłupa szyjnego, spowodowany zbyt miękką/twardą/niedopasowaną poduszką. Idealny materac powinien być średnio twardy, taki, żebyśmy nie zapadali się do podłogi, ale także nie mieli wrażenia, że śpimy na desce. Co do poduszek, to ze swojej strony polecam takie, które są produkowane dla alergików - te z naturalnym pierzem w środku, wbrew pozorom wcale nie są najzdrowsze, ponieważ "łapią" duże ilości kurzu i są idealną pożywką dla roztoczy. 


2. Pamiętajmy o tym, żeby zadbać o odpowiednią temperaturę w sypialni - tu także każdy powinien ustawić ją zgodnie z własnymi upodobaniami, ale zawsze lepiej się śpi w dobrze wywietrzonym i chłodniejszym pomieszczeniu, aniżeli dusznym i przegrzanym. Poza tym na pewno zdrowiej jest przykryć się dodatkowym kocem (lub założyć w nocy skarpetki) niż dusić się w minipiecu. Bardzo przydają się także nawilżacze powietrza - choćby takie najprostsze, które zawieszamy na kaloryferze i napełniamy wodą. 

3. Dla mnie osobiście ważne jest zarówno to, NA czym, jak i W czym śpię - staram się wybierać naturalne materiały, najchętniej bawełnę (lub bawełnę z lnem). Bardzo lubię piżamy i na ogół komponuję swoje własne zestawy, do tego często jesienią i zimą dobieram bawełniane lub wełniane skarpetki (ale koniecznie BEZ ściągaczy, żeby nie uciskały kostek!). 


4. To, o czym część z nas zapomina, a mianowicie odstawienie "rozpraszaczy" - komputera, tableta, telefonu, czy nie wiem czego jeszcze - wszelkich urządzeń elektronicznych, które prawie mówią do nas "jeszcze tylko zajrzę na minutkę na FB/IG/Twittera" - a "minutka" przechodzi w godzinę i zanim się spostrzeżemy, zarywamy pół nocy na kompletne bzdury, które naprawdę MOGĄ poczekać do rana :) 

5. Jeśli chodzi o mnie, to zauważyłam, że dobrze sprawdzają się stałe "rytuały", które po jakimś czasie po prostu zaczynają nam się kojarzyć z szykowaniem do snu, a potem z zasypianiem - czyli wszelkie staranne zabiegi kosmetyczne (demakijaź, nakładanie balsamu, kremowanie dłoni i stóp), czasem relaksująca kąpiel, po której przebieram się w piżamę i zakładam ciepłe kapcie (wiem, zabrzmiało to totalnie jak zwierzenie 85-latki) etc. 
Wykorzystuję także relaksujące zapachy, które stanowią sygnał dla mojego nosa, że "oto nieuchronnie zbliża się pora spania" - w moim przypadku jest to zapach lawendy z uspokajającymi ziołami, który rozpylam w okolicach poduszki (ale nie na samą poduszkę) oraz balsam na skronie i nadgarstki, który także pozwala mi się odrobinę wyciszyć. 


6. Na jakąś godzinę przed planowanym zaśnięciem (która czasem oczywiście pozostaje w grupie "myślenia życzeniowego"), wypijam także relaksującą herbatę ziołową - tu należy pamiętać, żeby nie zawierała ona kofeiny (dlatego najlepsze są specjalnie przygotowane mieszanki ziół) - na ogół jest to melisa z rumiankiem, z koprem włoskim i czasem jakimś dodatkowym składnikiem - doskonale wycisza, uspokaja i także nastraja nasz organizm do wieczornego odpoczynku. 


Jeśli jesteśmy przy piciu, to może warto wspomnieć, żeby starać się unikać wieczornego jedzenia - zwłaszcza na krótko przed położeniem się spać - obciążając bowiem żołądek sprawiamy, że nasze organy zamiast odpoczywać i się regenerować, będą zmuszone do trawienia, co może skutkować po pierwsze kiepską nocą (będziemy przewracać się nerwowo z boku na bok, nie mogąc znaleźć sobie miejsca), a także...koszmarami. Ograniczmy się więc do jakiejś lekkostrawnej kolacji przed 20. 

7. Dobrze jest także symbolicznie "odhaczyć" miniony dzień - możemy to zrobić, zapisując coś w rodzaju podsumowania w dzienniku/notesie/kalendarzu, lub po prostu robiąc to po cichu w głowie - ot, po prostu po to, aby nasz mózg także wiedział, że dany dzień dobiegł końca i mógł się przygotować na kolejny. Starajmy się jednak unikać w tym momencie planowania kolejnego dnia - na to będzie czas rano; zakończmy na myśleniu o tym, co się wydarzyło, a najlepiej - co było przyjemne, co nam się udało

8. Ostatnim elementem jest lektura - wiem, że niektórzy zamieniają ją na oglądanie filmu, ale moim zdaniem książka sprawdza się lepiej - pod warunkiem, że nie trafimy na tytuł, który tak nas wciągnie, że postanowimy w ogóle zrezygnować ze snu :) Dlatego na wieczór dobrze jest wybrać coś lżejszego (niekoniecznie nudnego :)), uspokajającego. 

I to tyle jeśli chodzi o moje "mądrości". Jakie jest Wasze zdanie - macie jakieś swoje "rytuały", które pozwalają Wam lepiej przygotować się do snu, czy może nie przywiązujecie do tego wagi? 
Z przyjemnością poznałabym Wasze sposoby :) 

9. Już po napisaniu przypomniała mi się jeszcze kwestia oświetlenia - lub jego braku - są osoby, które mogą spokojnie zasnąć wyłącznie w totalnych ciemnościach, lub takie (w tym ja), które muszą mieć choćby odrobinę światła przenikającego przez żaluzje (dlatego nigdy nie zasłaniam ich całkowicie). Idealnie sprawdzają się właśnie żaluzje, ponieważ w przeciwieństwie do rolet, dają możliwość regulacji natężenia padającego z zewnątrz światła. 

niedziela, 3 listopada 2013

Maraton filmowy, czyli znów mam 15 lat :)

Postanowiłam. Dzisiejszy dzień (a na pewno wieczór) spędzę w towarzystwie pana, w którym podkochiwałam się całymi latami i muszę przyznać, że chyba do dziś mi tak do końca nie przeszło :) 

Mam na myśli Jamesa Spadera - aktora wg mnie mocno niedocenianego, który niestety poza niewątpliwym talentem, ma również nie najszczęśliwszą rękę jeśli chodzi o dobór swoich ról... Z całą pewnością należy on jednak do tej grupy, która wbrew logice z czasem zdobyła sobie grono tak wiernych fanów (lub może raczej fanek), że nawet występ w jakimś totalnym gniocie (albo paru pod rząd) nie jest w stanie tego zmienić. Parę razy udało mu się trafić niemal w dziesiątkę (tak jak np z "Sekretarką", która jest obiektywnie b.dobrym filmem), ale nawet w tych gorszych produkcjach potrafił sprawić, że film stawał się oglądalny wyłącznie dzięki niemu - a do tego trzeba mieć spory talent! 

Macie takich ulubieńców, co do których czujecie taką miętę, że obejrzeliście nawet te najgorsze z najgorszych filmy wyłącznie dlatego, że "oni" tam zagrali?

Przyznam się, że ja mam całą listę takich aktorów, a na jej czele stoi właśnie James Spader :) 
Nie mam pojęcia, o co tu chodzi, może po pierwszym filmie, w jakim go zobaczyłam (a był to "Sex, kłamstwa i kasety wideo"), mój mózg automatycznie wrzucił go do szufladki "obiekt obsesyjnego zainteresowania do końca życia" i od tamtej pory może się walić i palić, a JS już zawsze będzie wzbudzał we mnie ciepłe uczucia. 

A czemu nagle dziś wyskoczył mi JS? Otóż wspominałam już, że jestem nieuleczalną serialomaniaczką i ciągle szukam nowych tytułów i inspiracji. 

A że mam również słabość do kryminałów i ogólnie czegoś z przeróżnymi psychopatami w tle, to nowa produkcja NBC pt. "The Blacklist" po prostu musiała w końcu na mnie trafić. No i trochę* przepadłam (*a to "trochę" to taki eufemizm dla "z kretesem"). Bo ten serial to James Spader w takim stężeniu, że po każdym odcinku mam ochotę obejrzeć wszystkie jego poprzednie filmy raz jeszcze, a potem znowu...
Nie wiem, co ten facet w sobie ma (poza zwierzęcym magnetyzmem, rzecz jasna), że może sobie wyglądać jak podstarzały urzędniczyna z lekką nadwagą, a kiedy tylko się odezwie, to siedzę przykuta do monitora i zaczynam się ślinić :) 


Tak więc dziś będzie powrót po latach - a na liście do ponownego obejrzenia mam:
- Sekretarkę (uwielbiam ten film i jeśli ktoś nie jest przekonany, że JS potrafi hipnotyzować, to polecam seans)
 - wspomniany już Sex, kłamstwa i kasety wideo,
- Crash (tak, w pewnym okresie James ewidentnie miał słabość do specyficznych scenariuszy),
- White Palace (duet z Susan Sarandon jest nie do pobicia), 
- The Watcher (nic nie poradzę na to, że mam totalną słabość do tego filmu i nawet Keanu Drewniany Reeves mi tam jakoś nie przeszkadza :)),
- Pretty in Pink - to już będzie taki bardziej hardcorowy powrót do przeszłości i mam nadzieję, że nie będę żałować tego kroku :)
Oczywiście nie planuję obejrzeć wszystkiego za jednym zamachem, ale na pewno mam zapewnioną rozrywkę na kilka najbliższych dni - będą to takie moje "guilty pleasure days"...

A Wy macie takich aktorów sprzed lat (lub całkiem "świeżych"), których uwielbiacie mimo wszystko? 

Tylko nie piszcie mi, proszę rzeczy typu "nie wiem, jak on może Ci się podobać, bo jest obleśny", bo to absolutnie nie zmieni mojego podejścia do ww, natomiast uprzedzam, że może negatywnie odbić się na moim stosunku do osoby pozostawiającej taki komentarz :)) 

Miłej listopadowej niedzieli! 

sobota, 2 listopada 2013

Ulubione dodatki vol.3 - mój Kindle

Od czasu do czasu (to takie bardziej eleganckie określenie "kiedy mi się przypomni") staram się zamieszczać tu posty dotyczące moich ulubionych akcesoriów - wcześniejsze części znajdziecie TUTAJ i TUTAJ (a także pewnie w poście o ulubieńcach, czyli np. TUTAJ).
Dzisiaj będzie coś z cyklu "ja i mój spóźniony zapłon piszemy o super gadżecie, który znają/mają wszyscy, a w końcu mam go i ja". 

Ale a nuż okaże się, że jednak nie wszyscy i gdzieś tam w blogosferze plącze się jeszcze jakiś nieborak, który może i by chciał, ale nie bardzo wie jak się do tego zabrać? I wówczas wkraczam JA (ale nie cała na biało - to dla tych, którzy znają tego prześmiesznego suchara) :)) 

No, ale żarty żartami, królowo dygresji, a post sam się nie napisze, więc do rzeczy. 

O Kindlu (bo jak się zapewne zorientowaliście po tytule posta, to o nim będzie mowa) myślałam i marzyłam od nie pamiętam już nawet kiedy. Właściwie ten czytnik został chyba wymyślony dla mnie i mi podobnych - gdybyście kiedykolwiek znaleźli się w moim mieszkaniu, stałoby się to dla Was jasne (zarysuję Wam to w ten sposób: na prawo książki, na lewo książki, wszędzie książki, a pomiędzy nimi meble i pozostałe sprzęty) - nie raz już tu pisałam (i zapewne jeszcze nie raz to zdanie się tu pojawi) - KOCHAM książki ponad wszystko i nie wyobrażam sobie bez nich życia, a czytanie jest dla mnie równie ważne, jak oddychanie. No, ale nie ma co się oszukiwać - moja przestrzeń życiowa się nie rozrasta, wręcz przeciwnie - wykazuje raczej niepokojącą tendencję do kurczenia się. Dlatego pytanie związane z Kindlem brzmiało w moim przypadku nie "czy", ale "kiedy"? 

Z różnych względów zdecydowałam się na zakup dopiero teraz i naprawdę mogę sobie tylko napluć w brodę za to opóźnienie, bo to urządzonko znakomicie ułatwia życie (no dobra, może raczej - czyni je o niebo wygodniejszym), dlatego to zdecydowanie będzie post pochwalny i zachęcający dla tych, którzy jeszcze się wahają :) Ci, którzy kręcą nosem na takie wynalazki i robią właśnie głośne PFFFFFF, niech sobie lepiej zaparzą kubek meliski, bo wiadomo, że jak ja się czegoś uczepię, to nie będzie na pół gwizdka, tylko raczej można się spodziewać gorącego wyznania miłości :P

Mój Kindle wygląda tak: 


To wersja Classic, tzw. Kindle 5, który de facto różni się od swojego poprzednika jedynie kolorem (czwórka była grafitowa). 
Ogólnie, jeśli chodzi o parametry, szczegóły, porównania techniczne i wszelkie niezbędne info, to zainteresowanych odsyłam do najlepszego (moim zdaniem) miejsca o czytnikach, czyli bloga: http://swiatczytnikow.pl

U mnie będą wyłącznie moje subiektywne odczucia, tam znajdziecie konkrety :) 

Przyznam się, że długo zastanawiałam się, czy nie wybrać jednak wersji Paperwhite, czyli "tej ze światełkiem", ale po namyśle doszłam do wniosku, że jednak lampka nie jest mi aż tak niezbędna (choć na pewno się przydaje), a druga funkcja, czyli zapamiętywanie wyszukanych wcześniej słówek przez słownik nie jest dla mnie w tej chwili warte zapłacenia prawie dwukrotnej ceny. Więc ogólnie Paperwhite kiedyś jak najbardziej tak, ale raczej nie znajduje się on teraz na liście moich zakupowych priorytetów. 


Co do samego czytnika, to jego użytkowanie jest dziecinnie proste - po zarejestrowaniu (nie jest ono konieczne, ale ułatwia np zarządzanie naszym zbiorem książek, no i to takie miłe, kiedy po włączeniu wyświetla się nasze imię :)) włączamy go, zgrywamy (przez kabelek lub wifi) posiadane książki, odpalamy którąś i czytamy :) VOILA! 

Jak widać powyżej, tytuły możemy przydzielać do różnych folderów - tworzymy je i nazywamy dowolnie, każda książka może być przyporządkowana do kilku jednocześnie (u mnie np kilka jest zarówno w folderze "english" oraz "thriller"). 


Samo czytanie jest bardzo wygodne - Kindle jest zrobiony z tzw. papieru elektronicznego (czyli ma ekran ZUPEŁNIE inny niż monitor komputera!), który NIE MĘCZY OCZU (ja np nie znoszę czytania na komputerze i dlatego m.in. nie byłam początkowo przekonana do tego gadżetu - całkiem błędnie, jak się okazuje!). Bateria czytnika jest wytrzymała - nie pamiętam dokładnych liczb, ale nawet przy włączonym internecie i intensywnym użytkowaniu, idzie to w dni, więc naprawdę nie ma potrzeby denerwować się, że nagle coś nam się rozładuje i zostaniemy bez lektury. 

Co do obsługiwanych formatów, to oczywiście najlepszy jest ten, który został stworzony chyba specjalnie dla czytników, czyli .mobi, ale np zwykły .pdf też daje radę (a żeby było wygodniej, możemy go bez problemu przekonwertować, korzystając z darmowych programów (np Calibre, który jest łatwy w obsłudze i bardzo przydatny!)). 

No, ale najważniejsze - Kindle jest niewielki, LECIUTKI, poręczny, a przy tym diabelnie wręcz POJEMNY!!!  

Spokojnie pomieści kilkaset książek, czyli de facto możemy zawsze mieć przy sobie bardzo rozbudowaną bibliotekę i być przygotowani na każdą okoliczność :) I to jest cudowne - wychodząc z domu nie muszę się zastanawiać, czy będę miała chęć zresetować się przy kryminale, douczyć angielskiego, czy poczytać coś edukacyjnego - wyboru dokonuję włączając to urządzonko i mogę zmieniać zdanie niemal w nieskończoność :)

I do tego jeszcze jest ładny - moja malinowa okładka z ekologicznej skóry wygląda tak (w rzeczywistości jest bardziej stonowana, ale mój aparat ma problem z różowym kolorem i z niewiadomych względów zawsze go dodatkowo nasyca) - teraz nie mam już problemu ze zlokalizowaniem go w mojej przepastnej torbie, ani nie muszę się martwić, że porysuję czymś ekran.


Na koniec jako ciekawostka, porównanie wielkościowe - z lewej przykładowy magazyn, w środku Kindle, z prawej mój telefon (LG Swift L5, czyli raczej malutki). 


Nie wiem, czy jest sens pytać Was, czy jesteście właścicielami tego, lub innego czytnika, ale przyznaję, że trochę jestem ciekawa :) 

A przede wszystkim Waszego zdania na ten temat - czy uważacie, że to faktycznie przydatny gadżet, który ułatwia życie mola książkowego, czy też stoicie twardo po stronie "jak książka, to tylko papierowa"?
Od siebie powiem jeszcze jedno - nie wydaje mi się, żeby Kindle kiedykolwiek zastąpił mi zwykłe książki, bo mimo całej sympatii, jaką udało mu się zdobyć, pozbawiony jest on najważniejszej cechy, a mianowicie MAGII, która nierozerwalnie łączy się dla mnie z papierem - uwielbiam np wąchać nowe książki, uwielbiam książki używane, takie z historią, które wiele przeszły, lubię je dotykać, podziwiać piękne wydania i są pewne tytuły, których po prostu nie wyobrażam sobie mieć tylko w wersji elektronicznej. Nie ukrywam, że traktuję go raczej jako przenośną bibliotekę, tzn czytam na nim książki, do których specjalnie się nie przywiązuję - te ulubione i tak muszę mieć fizycznie przed nosem :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...