czwartek, 30 maja 2013

Obrazki vol. 8.2

Czyli druga część maja dla wytrwałych :)) Pierwszy odcinek możecie obejrzeć TUTAJ :)

Tym razem mamy następujące kategorie:

1. Zakupy: 
Obłędnie pachnące świeczki z nowej serii Bath & Body Works, czyli Market Peach i Lemon Mint Leaf (nie mogę się zdecydować, która bardziej mi się podoba), plus sanitizer do rąk o zapachu chyba owoców leśnych i maliny (albo maliny i czegoś jeszcze, nie pamiętam dokładnie, ale pachnie ślicznie). Zbliżenie na lakiery poniżej
Jak zapewne wiele z Was, ja także skorzystałam z promocji w Hebe i dorzuciłam do swojej kolekcji Essie (którą można było obejrzeć sobie TUTAJ) dwa kolory: różowy Lovie Dovie oraz jaśniutki Fiji - ten ostatni, mimo mojego sceptycyzmu, okazał się odkryciem wiosny :)
Moja kolekcja wygodnych butów powiększyła się o połączenie mokasynów z tenisówkami w stylu marynarskim - uwielbiam paski, a te butki są absolutnie urocze :)
Mój telefon doczekał się nowej osłonki - tym razem w kolorowe sówki - jest mega pozytywna i optymistyczna i bardzo ją lubię :)
Tu dwa nowe kubki - jestem totalnym kubkowym maniakiem i nawet nie będę się przyznawać, ile ich mam w mieszkaniu (do tego część została przy przeprowadzce u rodziców, więc tak naprawdę ich ilość jest mocno nieadekwatna do moich potrzeb :)) Kocham Muminki, a moją absolutnie ulubioną postacią zawsze był Włóczykij, więc siłą rzeczy nie mogłam się oprzeć kubkowi z jego podobizną i cytatem z tyłu:

A tu coś, co ma mi przypominać o innej pasji - pisaniu i spełnieniu odwiecznego marzenia :)

Ja także nie oparłam się osławionej w blogosferze promocji -40% w Rossmanie, ale właściwie ciężko byłoby to nazwać szaleństwem zakupowym - skusiłam się na delikatny różowy lakier Manhattan (nigdy nie miałam chyba żadnego produktu tej firmy, więc nie wiem, czego się spodziewać), szminkę Wibo Elixir w kolorze 04, cień do powiek w kremie Maybelline Color Tatoo w odcieniu Permanent Taupe oraz wodoodporny tusz do rzęs Max Factor False Lash Effect (nie wiem, czy uwierzycie, ale w życiu nie miałam chyba żadnego tuszu MF, więc jestem ciekawa, jak się u mnie sprawdzi ta drogeryjna marka).
2. Miejsca
Warszawski Skok na Sok z cudownym wyborem świeżo robionych soków i koktajli to zawsze dobry pomysł :)

Secret Life Cafe na Żoliborzu to sympatyczne, niezobowiązujące miejsce z pysznym jedzeniem (obok widać tartę z suszonymi śliwkami i morelami - była obłędna!), fajnymi koktajlami i przyjemnym wystrojem (można też przyjść z pieskiem, a jak jest ciepło, łapać promienie słońca na leżaku). Jest wprawdzie trochę głośno, ale mnie osobiście jakoś specjalnie to nie przeszkadza.






Mokotowski Warburger to już kultowe miejsce. I słusznie, bo ich burgery są po prostu cudowne. Na pewno jeszcze tam wrócę, chociaż nie powiem, żeby była to najłatwiejsza potrawa do zjedzenia (nie wiem, jak można tak szeroko otworzyć usta :)) 
Burger BBQ - mniam :)
Tak wyglądał ostatnio prawie non stop widok z mojego okna :( 
A tak było zdecydowanie zbyt rzadko :)
Czasem więc ja wyglądałam tak :)

Lub tak :)
Ale ostatnio najbardziej przydawały się te gadżety...

I to już wszystko, moi mili. Jeśli ktoś się przebił, to cudownie, jako bonus dostaje moje ukochane peonie :) 


A na bieżąco można mnie podpatrywać TUTAJ.
Miłego wolnego dnia!
I oby wcześniejsze prognozy na dziś się nie sprawdziły (miało padać) :) 

środa, 29 maja 2013

Obrazki vol.8.1.

Czyli co robiłam w maju, wg mojego Instagramu? :)) Będzie dużo zdjęć (chociaż i tak nie wszystkie, ponieważ przyznaję, że jestem instagramowym freakiem :)

1. Czytałam: 

Tu trochę o Warszawie (to taki mój konik, mam całą półkę varsavianistyczną w swojej biblioteczce), trochę o fascynującym świecie social media ("Rewolucję social media" gorąco polecam, swoją drogą!).

Dwa naprawdę świetne magazyny kulinarne (Kuk Buk to po prostu "must have" dla każdego, kto lubi gotować i jeszcze do tego ma słabość do ładnych zdjęć jedzenia i ciekawych tekstów - jestem zakochana w tym dwumiesięczniku!).

Bardzo fajny słownik zestawiający angielski brytyjski z amerykańskim. Do tego rozdziały poświęcone londyńskiemu slangowi i wyrażeniom z różnych rejonów Anglii - bardzo ciekawa lektura dla językowych maniaków :)
Dobrze, że nie kupiłam, tylko pożyczyłam, bo polski Harper's Bazaar mnie w ogóle nie zachwycił, wręcz przeciwnie - poza może dwoma artykułami (a właściwie jednym artykułem i jednym wywiadem) i jedną fajną sesją zdjęciową, nie znalazłam w nim kompletnie NIC dla siebie. Ogólnie spory zawód. 
Z kolei "Słodkie życie w Paryżu" powinno się raczej znaleźć w podgrupie "zakupy", bo jak dotąd zdążyłam je zaledwie pobieżnie przejrzeć, ale muszę powiedzieć, że pierwsze wrażenie robi bardzo dobre i słyszałam, że dalej jest jeszcze lepiej :) Bonusowo moje wymarzone retro słomki w paski - chorowałam na nie długo i w końcu mam :) Do pełni szczęścia brakuje mi błękitnych :)

2. Oglądałam


To powrót do jednego z najśmieszniejszych angielskich sitcomów (pewnie głównie dla geeków, bo nie wiem, czy wszyscy docenią dość specyficzne poczucie humoru) o niezwykłym dziale IT w pewnej korporacji. W skrócie - uwielbiam :) 

The Fall to moje najnowsze odkrycie z bardzo BARDZO ładnie wyglądającą Gillian Anderson (czyli po prostu Scully z The X Files) - serial naprawdę dobry, trzymający w napięciu i mocno "uwierający" - dla odmiany rozgrywa się w Belfaście, w rolach głównych pani policjantka oraz seryjny morderca (w postaci przykładnego ojca i męża - brrr) - jeśli ktoś lubi takie klimaty, to bardzo polecam. 
Z Bates Motel miałam spory problem, ponieważ właściwie przez 9 odcinków (seria ma 10) nie mogłam się zdecydować, czy mi się to podoba, czy niekoniecznie - jeszcze nigdy chyba nie podejmowałam decyzji tak długo :) Ostatecznie nie mogę nadal powiedzieć, że jestem jakąś wielką fanką tego prequelu Psychozy, ale jest w nim coś takiego, że mimo wszystko mnie wciągnął i sprawił, że czekam na kolejny sezon. Duży plus za świetne role matki i syna, czyli Normy i Normana Batesów :) Choć, gdyby się głębiej zastanowić, to chyba nie do końca można nazwać to "prequelem", raczej powiedziałabym, że to taki "spin-off" ze znanymi postaciami. Chyba raczej tylko dla fanów :) 
 
3. Oczywiście bez malowania paznokci się nie obyło :)
Były miętowe kropki, czyli Essie Mint Candy Apple w duecie z Absolutely Shore

I żelowy Barry M. w kolorze pastelowej śliwki Prickle Pear
Także Barry M., tym razem w odcieniu Grapefruit (choć dla mnie to raczej kolor arbuzowy, ale bez względu na nazwę - bardzo go lubię).
I po raz kolejny Barry M. - moja ulubiona Satsuma, która na zdjęciu wygląda nieco mniej soczyście niż w rzeczywistości - na żywo jest absolutnie wibrującą ostrą pomarańczą - genialny, energetyzujący kolor!
A tu odpoczynek od żywych odcieni, czyli delikatny Essie Fiji (moje odkrycie tej wiosny!) w połączeniu ze złotym brokatem od Barry M. Wyszło trochę "ślubnie", ale mi osobiście się podobało :)

No i okazuje się, że nie mam umiaru w fotografowaniu urywków mojego życia :) Żeby Was nie dobijać, reszta będzie jutro - część pt. "Miejsca, zakupy i inne", więc stay tuned :))


piątek, 24 maja 2013

Filmowo - voyeryzm dla średnio zaawansowanych, czyli "U niej w domu" F. Ozona



Uwielbiam moment wyjścia z kina z poczuciem, że właśnie obejrzałam film, który zapada w pamięć, taki, o którym wiem, że zmusi mnie do myślenia o nim jeszcze długo po seansie. 

Mimo że na ogół starannie wybieram tytuły do oglądania, to ostatnio nieczęsto zdarza mi się takie przeżycie. Jednak po filmie francuskiego reżysera Francois Ozona „U niej w domu” (chociaż moim zdaniem polski dystrybutor jak zwykle postanowił wyjść przed szereg z tłumaczeniem, ponieważ oryginalny tytuł brzmi po prostu „W domu” i dla kogoś, kto film widział, ta wersja zdecydowanie lepiej pasuje do treści) przypomniałam sobie, jaka to przyjemność zobaczyć historię, która mnie poruszy. 


Tu właściwie podobało mi się wszystko (no, może poza trochę naciąganym zakończeniem, które moim zdaniem robi wrażenie kręconego naprędce, tak jakby reżyserowi nagle uświadomiono, że po spójnej treści trzeba całość jakoś – i zdecydowanie – zakończyć) – począwszy od doboru aktorów, przez muzykę, sposób filmowania i samą historię oczywiście. 

Tu muszę się przyznać, że mam osobiście ogromną słabość do pisarzy, więc film opowiadający o pisarzu z miejsca dostaje ode mnie kredyt zaufania :) Dla osób, które w kinie oczekują więcej akcji, ten obraz może okazać się zdecydowanie zbyt przegadany; dla tych o bardziej konserwatywnym światopoglądzie może być zbyt odważny, dla innych z kolei za mało – ja najwyraźniej okazałam się idealnym targetem, bo wyszłam zachwycona i moje odczucie do tej pory się nie zmieniło...

 Idealna, "święta" rodzina i Claude...

Ale do rzeczy – jeśli chodzi o zarys fabuły, to mamy dwóch głównych bohaterów – podstarzałego, lekko zgorzkniałego nauczyciela literatury we francuskim liceum, który co roku narzeka na obniżający się poziom wiedzy swoich uczniów oraz niepokojącego nastolatka, który jest zarówno utalentowany pisarsko oraz mocno „skrzywiony” psychicznie. 

I tu zaczyna się interesująca gra, ponieważ to, co początkowo wydaje się jedynie zwyczajną relacją profesor-uczeń, przeradza się we wzajemną manipulację – Germain coraz bardziej uzależnia się od opowiadanej przez Claude’a historii, zatracając się w niej i choć przez jakiś czas próbuje wpłynąć na literacki kształt twórczości chłopaka, to szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że to Claude ma tutaj decydujące zdanie. I to jest właśnie mocno niepokojące, ponieważ nastolatek jest przedstawiony w sposób, który sugeruje, że za kilka lat może wyrosnąć z niego klasyczny psychopata... Tu brawa należą się odtwórcy tej roli, czyli Ernstowi Umhauerowi (myślę, że warto zapamiętać to nazwisko), który genialnie wcielił się w chłopaka pokazując go na początku jako nieśmiałego introwertyka, stopniowo nabierającego pewności siebie i odkrywającego coraz mroczniejsze rejony swojego pożądania. Scena jego reakcji na pocałunek kolegi jest tego najlepszym przykładem – w jego oczach widać dokładnie coś, co nie jest do końca „normalne” – odniosłam wrażenie, że to osoba, która obserwuje wszystko, co się dookoła niego dzieje z beznamiętną ciekawością badacza – wchodzi w życie obcych ludzi z taką łatwością i obojętnością, nie przejmując się zupełnie konsekwencjami swoich czynów, że jest to autentycznie przerażające. To zostało tu przedstawione fantastycznie. 

 Claude ma w oczach coś, co każe nam wierzyć, że może okazać się niebezpieczny... Jednocześnie jest totalnie fascynującą postacią.
 
Sam wątek erotycznej fascynacji pomiędzy nim, a dwiema znacznie starszymi od niego kobietami jest moim zdaniem mniej istotny – oczywiście niby na tym opiera się fabuła filmu, ale dla mnie to bardziej film o psychicznej manipulacji (i relacji męsko-męskiej) i obsesji, ale wcale nie do końca erotycznej (Claude poszukuje wypełnienia pustki, szuka „idealnej rodziny”, a nie wyłącznie seksualnego zaspokojenia) – widać to najlepiej w ostatniej scenie podglądania życia innych przez niego i upadłego nauczyciela...
 Zdjęcie, które przedstawia cały film w pigułce - nauczyciel, uczeń i kobieta - pytanie brzmi - kto manipuluje kim? 



Myślę, że dla kogoś, kogo interesują ludzkie zachowania i motywy, ten  film będzie fascynującym przeżyciem, ja nie mogę przestać o nim myśleć i z pewnością czeka mnie jeszcze co najmniej jeden seans, choćby po to, żeby sprawdzić, czy mój odbiór postaci nie ulegnie zmianie. Polecam więc go z zastrzeżeniem, które zrobiłam na początku opisu – jeśli wolicie „konkretną” akcję, to Ozon niekoniecznie przypadnie Wam do gustu.
Co do reszty obsady, to oczywiście poza moim zachwytem dla młodego Ersta, muszę wspomnieć o cudownym Fabrice Luchini, Kristin Scott Thomas (która ma mój dozgonny podziw za to, że będąc Angielką mówi po francusku jak rodowita Francuzka) oraz Emmanuelle Seigner w roli dojrzałej i nie do końca świadomej swojej mocy femme fatale :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...